Tak czy owak wygry­wa Nowak

Te wybo­ry zosta­ły spa­pra­ne od same­go począt­ku. Prze­pi­sy są nie­lo­gicz­ne i umoż­li­wia­ją mani­pu­la­cje, a ich twór­cy mają wybor­ców za idiotów.

Wpa­dli­by­ście na coś takie­go, że odda­nie kil­ku gło­sów na jed­ną listę jest odda­niem waż­ne­go gło­su? Nawet, gdy wybor­ca chce np. skre­ślić kil­ku kan­dy­da­tów na liście, aby zapro­te­sto­wać w ten spo­sób, to nie odda­je nie­waż­ne­go głosu.

idz-na-wybory

Pod­czas kam­pa­nii przed wybo­ra­mi i naucza­nia, wybor­com tłu­czo­no do głów, że:

W jed­nym okrę­gu w mie­ście na pra­wach powia­tu do podzia­łu może być od pię­ciu do dzie­się­ciu man­da­tów. Miej­skie rady mogą liczyć mak­sy­mal­nie 45 człon­ków, z wyjąt­kiem Rady War­sza­wy, któ­ra liczy 60 rad­nych. Wybor­ca może oddać zawsze tyl­ko jeden głos, nie­za­leż­nie od przy­pa­da­ją­cej na okręg licz­by man­da­tów. Man­da­ty są dzie­lo­ne pro­por­cjo­nal­nie do licz­by odda­nych gło­sów mię­dzy komi­te­ty, któ­re prze­kro­czy­ły 5‑proc. próg wybor­czy (meto­dą d’Hond­ta). Man­da­ty tra­fia­ją do kan­dy­da­tów z danej listy, któ­rzy otrzy­ma­li naj­wię­cej gło­sów.” (cytat za PAP, i ta wer­sja była obo­wią­zu­ją­ca we wszyst­kich mediach).

Nie wiem, czy to nie­do­pa­trze­nie, czy kam­pa­nia dez­in­for­ma­cyj­na, ale art. 440 § 4 Kodek­su wybor­cze­go mówi:

Jeże­li znak „×” posta­wio­no w krat­ce z lewej stro­ny obok nazwisk dwóch lub więk­szej licz­by kan­dy­da­tów, ale z tej samej listy, głos uzna­je się za waż­ny i odda­ny na wska­za­ną listę z przy­zna­niem pierw­szeń­stwa do uzy­ska­nia man­da­tu temu kan­dy­da­to­wi, przy któ­re­go nazwi­sku znak „×” jest umiesz­czo­ny w pierw­szej kolejności.”

Naj­czę­ściej pozy­cja kan­dy­da­ta na listach zale­ży od jego pozy­cji w par­tii (ugru­po­wa­niu). Nie trud­no wyobra­zić sobie na przy­kład sytu­ację, że mąż zaufa­nia” dane­go ugru­po­wa­nia eli­mi­nu­je” na listach tych lep­szych od lide­ra, dys­kret­nie sta­wia­jąc krzy­ży­ki przy wła­ści­wych nazwiskach.

Dla­cze­go zatem nie wpro­wa­dzić inne­go prze­pi­su, ot na przy­kład, że w przy­pad­ku skre­śle­nia kan­dy­da­tów na innych listach, gło­sy są zali­cza­ne kan­dy­da­tom z komi­te­tu wybor­cze­go nr 1”? W tym roku wygra­ło­by PSL.

Kolej­nym absur­dem jest prze­pis o tym, że kan­dy­dat na pre­zy­den­ta, wój­ta czy bur­mi­strza nie musi miesz­kać w mie­ście, któ­rym chce rzą­dzić. Nato­miast kan­dy­dat na rad­ne­go musi sta­le zamiesz­ki­wać na obsza­rze gmi­ny, w któ­rej kan­dy­du­je, ale nie­ko­niecz­nie już na obsza­rze okrę­gu wybor­cze­go, w któ­rym kan­dy­dat zosta­nie zgło­szo­ny. I tu pole do nadużyć.

W wie­lo­krot­nie opi­sy­wa­nych Świę­to­chło­wi­cach, pod­czas wybo­rów face­ta, któ­ry został ponow­nie pre­zy­den­tem doszło do, zda­niem jego kon­ku­ren­tów, nazwij­my to deli­kat­nie, nieprawidłowości.

Otóż Dawid Kostemp­ski na wszel­ki wypa­dek” kan­dy­do­wał też na rad­ne­go z listy PO. Jego kon­ku­ren­ci ujaw­ni­li, że pomi­mo zamel­do­wa­nia w Świę­to­chło­wi­cach, nie miesz­ka w tym mie­ście, ale w Kato­wi­cach, o czym nie­jed­no­krot­nie infor­mo­wał chęt­nie opi­nię publicz­ną, cho­ciaż­by wpi­sa­mi na Facebooku.

Jesz­cze w cza­sie kam­pa­nii wybor­czej Kostemp­ski – miesz­ka­niec” Świę­to­chło­wic korzy­stał ze służ­bo­we­go samo­cho­du Urzę­du Miej­skie­go w Świę­to­chło­wi­cach, któ­rym był wożo­ny z Kato­wic do pra­cy w magi­stra­cie i odwo­żo­ny z powro­tem. Do domu, gdzie cze­ka­ła stę­sk­nio­na żona i dzieci.

Jestem bar­dzo cie­kaw, jakich to praw­nych wygi­ba­sów uży­je sąd, do któ­re­go tra­fi pro­test wybor­czy. Pod­po­wia­dam jeden, ale wie­rzę w pomy­sło­wość sędziów:

Kato­wi­ce leżą bli­sko Świę­to­chło­wic, a Kostemp­ski ma zdol­ność bilokacji”.

Kodeks wybor­czy nie zaka­zu­je nato­miast jed­no­cze­sne­go kan­dy­do­wa­nia na rad­ne­go i na wój­ta, bur­mi­strza, pre­zy­den­ta w tej samej lub innej gmi­nie. Dopusz­czal­ne jest tak­że jed­no­cze­sne kan­dy­do­wa­nie na rad­ne­go powia­tu lub rad­ne­go woje­wódz­twa i na wój­ta lub bur­mi­strza lub prezydenta.

W przy­pad­ku jed­no­cze­sne­go wybo­ru tego same­go kan­dy­da­ta na rad­ne­go i na wój­ta, bur­mi­strza, pre­zy­den­ta jego man­dat rad­ne­go wyga­sa z mocy pra­wa. Taki totolotek.

Fol­wark Świę­to­chło­wi­ce, czy­li pre­zy­dent jest z PO

Pre­zy­dent Świę­to­chło­wic jest kla­sycz­nym przy­kła­dem rzą­dów Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej – peł­nych aro­gan­cji i nie­speł­nio­nych obiet­nic. Szko­da tyl­ko, że od czte­rech lat kró­li­ka­mi doświad­czal­ny­mi są miesz­kań­cy tego miasta.

Nadzie­ja ślą­skiej PO”, jak jesz­cze do nie­daw­na był przed­sta­wia­ny Dawid Kostemp­ski (i jak sam kre­ował się w mediach oraz przez zaprzy­jaź­nio­nych żur­na­li­stów) potra­fi mani­pu­lo­wać media­mi. A to zle­ci w jakiejś gaze­cie kam­pa­nię rekla­mo­wą, a to da ogło­sze­nia lub wes­prze zle­ce­niem bystre­go dzien­ni­ka­rza. Ponad rok temu zatrud­nił na sta­no­wi­sku dorad­cy do spraw mediów dzien­ni­ka­rza Pol­skie­go Radia Kato­wi­ce Jerze­go Zawartkę.

Zapew­ne po to, by czę­sto wystę­po­wać w jego pro­gra­mach w publicz­nej roz­gło­śni. Po ujaw­nie­niu tego skan­da­lu dzien­ni­karz zna­lazł posa­dę w Radzie Nad­zor­czej miej­skiej spół­ki w Sosnow­cu, w któ­rej wice­pre­ze­sem jest Agniesz­ka Kostemp­ska, jego żona.

n_10010749_2443

Dawid Kostemp­ski, w plat­for­mer­skich krę­gach Del­fi­nem zwa­ny, wraz z żoną miesz­ka w Kato­wi­cach. Kostemp­ski marzy o pre­zy­denc­kiej reelek­cji, a w naj­gor­szym wypad­ku – by zostać rad­nym w Świę­to­chło­wi­cach, w któ­rych nie­daw­no się zamel­do­wał. Kie­row­ca jed­nak codzien­nie zawo­ził pre­zy­den­ta do Kato­wic, a rano – przy­wo­ził służ­bo­wą limu­zy­ną do świę­to­chło­wic­kie­go magistratu.

Pre­zy­dent Kostemp­ski oprócz star­tu w wybo­rach pre­zy­denc­kich kan­dy­du­je też w wybo­rach rad­nych w Świę­to­chło­wi­cach. Co praw­da kodeks wybor­czy mówi o tym, że kan­dy­dat na rad­ne­go musi sta­le zamiesz­ki­wać na obsza­rze danej gmi­ny”, ale absol­went wydzia­łu pra­wa, jakim zwie się Kostemp­ski, nie zawra­ca sobie gło­wy taki bzdetami..

Wg tegoż kodek­su – przez sta­łe zamiesz­ka­nie” nale­ży rozu­mieć zamiesz­ka­nie w okre­ślo­nej miej­sco­wo­ści pod ozna­czo­nym adre­sem z zamia­rem sta­łe­go poby­tu. W orzecz­nic­twie zarów­no sądów powszech­nych, jak i sądów admi­ni­stra­cyj­nych przyj­mu­je się, że:

za miej­sce sta­łe­go poby­tu nie uzna­je się miej­sca, w któ­rym oso­ba jest zamel­do­wa­na, ale w któ­rym sta­le reali­zu­je swo­je pod­sta­wo­we funk­cje życio­we, tj. w szcze­gól­no­ści miesz­ka, spo­ży­wa posił­ki, nocu­je, wypo­czy­wa, prze­cho­wu­je swo­je rze­czy nie­zbęd­ne do codzien­ne­go funk­cjo­no­wa­nia, przyj­mu­je wizyty.

Agniesz­ka tutaj nie mieszka

Miesz­kań­cy Świę­to­chło­wic wie­dzą, że pre­zy­dent ich mia­sta Dawid Kostemp­ski, nie miesz­ka w tym mie­ście. Sam zresz­tą np. w mate­ria­łach pra­so­wych oraz na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych jako miej­sce swo­je­go zamiesz­ka­nia wska­zu­je Kato­wi­ce, podob­nie zresz­tą jego mał­żon­ka, Agnieszka.

Dawid Kostemp­ski decy­du­jąc się na start w wybo­rach na rad­ne­go musiał wypeł­nić oświad­cze­nie o posia­da­niu bier­ne­go pra­wa wybor­cze­go na tere­nie Świę­to­chło­wic – czy­li potwier­dzić, że miesz­ka w tym mie­ście. Ist­nie­ją jed­nak dowo­dy, że skłamał.

Pani Kostemp­ska pozaz­dro­ści­ła stoł­ka mężo­wi i wymy­śli­ła sobie, że zosta­nie pre­zy­dent­ką Mysło­wic z ramie­nia Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej”. Nie­waż­ne, że w tym mie­ście nie miesz­ka, ani nie jest nawet zamel­do­wa­na. Kto boga­tej zabroni?

Jej opo­nen­ci zare­ago­wa­li natych­miast. W Mysło­wi­cach poja­wił się wiel­ki baner z napi­sem Agniesz­ka tutaj nie mieszka”.

Fakt”, lan­su­ją­cy do nie­daw­na to mał­żeń­stwo mło­dych, ale agre­syw­nych medial­nie poli­ty­ków, nie­daw­no ujaw­nił, że Kostemp­ska od kil­ku mie­się­cy jest na zwol­nie­niu lekar­skim, ale to nie prze­szka­dza jej w pro­wa­dze­niu kam­pa­nii wyborczej.

ZUS tak­że nie ma nic prze­ciw­ko temu, aby rzecz­nicz­ka ślą­skiej PO łama­ła pra­wo. Sor­ry, taki mamy kraj.

Nawia­sem mówiąc Elż­bie­ta Bień­kow­ska nie popar­ła swo­jej par­tyj­nej kole­żan­ki w tych wybo­rach w rodzin­nym mie­ście. Wola­ła reko­men­do­wać inne­go kandydata.

Eko­lo­gicz­ne skandale

Naj­więk­sze wize­run­ko­we wpad­ki pre­zy­den­ta Świę­to­chło­wic wią­żą się z eko­lo­gią. Na razie gigan­tycz­nym nie­wy­pa­łem oka­za­ła się rewi­ta­li­za­cja Sta­wu Kali­na, wąt­pli­wej atrak­cji jed­nej z dziel­nic mia­sta. Ów staw to zbior­nik rako­twór­czych feno­li, węglo­wo­do­rów aro­ma­tycz­nych, piry­dy­ny i diok­syn – jed­nych z naj­sil­niej­szych tru­cizn, któ­re wywo­łu­ją poro­nie­nia i wady płodu.

Rewi­ta­li­za­cja tego zbior­ni­ka, według mrzo­nek Kostemp­skie­go, któ­ry zdo­był” na ten cel milio­ny euro unij­nej dota­cji roz­po­czę­ła się od… wycię­cia ponad tysią­ca drzew, któ­re rosły nad brze­giem i były natu­ral­ną barie­rą przed tok­sycz­ny­mi wyziewami.

Zamiast czy­stej wody i pły­wa­ją­cych ryb, po kil­ku mie­sią­cach wybuchł skan­dal. Wyko­naw­ca, któ­ry wygrał prze­targ, zszedł z pla­cu budo­wy. Nie chciał fir­mo­wać fik­cji. Stwier­dził, iż narzu­co­na przez inwe­sto­ra, czy­li urząd mia­sta meto­da rewi­ta­li­za­cji jest zła i nie gwa­ran­tu­je uzy­ska­nia efek­tu eko­lo­gicz­ne­go”. A stę­że­nie tok­sycz­nych sub­stan­cji jest kil­ka tysię­cy razy wyż­sze, niż dekla­ro­wał to Urząd Miasta.

Staw Kali­na jest groź­ny dla zdro­wia nie tyl­ko z powo­du swo­jej zawartości.

Dzien­ni­karz Grze­gorz Mika, pre­zes Ślą­skiej Tele­wi­zji Miej­skiej w Świę­to­chło­wi­cach od kil­ku tygo­dni dosta­je pogróż­ki. Ktoś gro­zi jemu i rodzi­nie śmier­cią, jeże­li dalej będzie zaj­mo­wał się tema­tem Kaliny.

Fia­sko efek­tu eko­lo­gicz­ne­go” jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, jeże­li nie zosta­nie zmie­nio­na tech­no­lo­gia rewi­ta­li­za­cji. Wte­dy mia­sto będzie musia­ło zwró­cić kil­ka­dzie­siąt milio­nów zło­tych unij­nej dotacji.

O tym skan­da­lu zosta­ły zawia­do­mio­ne wszyst­kie służ­by i pro­ku­ra­tu­ra. I nic. Cze­ka­ją. Nic się nie dzie­je, bo nadal w Pol­sce rzą­dzi PO, a za kil­ka dni wybo­ry samorządowe.

Nie­daw­no miesz­kań­cy Świę­to­chło­wic dowie­dzie­li się o innym pre­zen­cie”, jakim obda­ro­wał ich pre­zy­dent Kostemp­ski. W cen­trum mia­sta, w tajem­ni­cy przed rad­ny­mi i bez wyma­ga­nych kon­sul­ta­cji spo­łecz­nych powsta­je eks­pe­ry­men­tal­na insta­la­cja, pro­du­ku­ją­ca ener­gię elek­trycz­ną i ciepl­ną z odpa­dów komu­nal­nych oraz osa­dów ściekowych (!).

Ujaw­nie­nie tej inwe­sty­cji wywo­ła­ło skan­dal i gorącz­ko­we zapew­nie­nie pre­zy­den­ta, że powsta­je nie spa­lar­nia odpa­dów, ale Ośro­dek Badaw­czo-Roz­wo­jo­wy” cze­goś tam.

Kostemp­ski recy­kler”

Nawia­sem mówiąc Dawid Kostemp­ski ma sła­bość” do zaj­mo­wa­nia się odpa­da­mi. 3 czerw­ca 2008 roku gdy był już rad­nym Kato­wic, jako wła­ści­ciel Fir­my Recy­kler otrzy­mał, wyda­ną z upo­waż­nie­nia Pre­zy­den­ta Mia­sta Kato­wi­ce Pio­tra Uszo­ka, decy­zję zezwa­la­ją­cą na zbie­ra­nie i trans­port odpa­dów. Szyb­ko, bo 28 czerw­ca tego same­go roku ogło­szo­na zosta­je przez Fir­mę Recy­kler pod patro­na­tem Pre­zy­den­ta Mia­sta, akcja zbiór­ki tzw. elek­tro­śmie­ci w ramach stwo­rzo­ne­go przez Recy­kler sys­te­mu Przy­nieś z miesz­ka­nia do punk­tu zbierania”.

Czy nie było to wyko­rzy­sta­nie wów­czas swe­go sta­no­wi­ska? Takich firm jest spo­ro, ale tyl­ko jed­na nale­ża­ła do rad­ne­go, na doda­tek ówcze­sne­go asy­sten­ta Jerze­go Buz­ka. Taki handicap.

Wzrok śled­czych spo­czy­wa na kuli­sach prze­tar­gu na wywóz i uty­li­za­cję śmie­ci, ogło­szo­ny przez gmi­nę. Ku zasko­cze­niu wszyst­kich nie wygra­ła gmin­na spół­ka MPGK ze Świę­to­chło­wic, ale pry­wat­na fir­ma z mia­sta obok, któ­ra… póź­niej zle­ci­ła wywóz śmie­ci prze­gra­nej. Nasu­wa się pyta­nie: sko­ro zwy­cięz­ca prze­tar­gu zapro­po­no­wał znacz­nie niż­sze staw­ki, to dla­cze­go pod­wy­ko­naw­cą jest MPGK? Na osło­dę porażki?

Nie­czy­sta kampania

Nie­daw­no zastęp­ca pre­zy­den­ta mia­sta, rów­nież star­tu­ją­cy w wybo­rach samo­rzą­do­wych z listy PO, wydał decy­zję o zaka­zie umiesz­cza­nia mate­ria­łów wybor­czych na budyn­kach i innym mie­niu nale­żą­cych do gmi­ny. W ten cudow­ny spo­sób w Świę­to­chło­wi­cach nie ma pra­wie bane­rów innych kan­dy­da­tów, niż PO, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem obec­ne­go pre­zy­den­ta. Ten poja­wia się w ilo­ściach wywo­łu­ją­cych oczopląs.

Głów­nym celem takie­go zaka­zu jest – jak czytamy:

zacho­wa­nie porząd­ku i este­ty­ki w mie­ście oraz uchro­nie­nie infra­struk­tu­ry miej­skiej od uszko­dze­nia i zapew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa uczest­ni­ków ruchu drogowego”.

W rezul­ta­cie bar­dzo zosta­ły ogra­ni­czo­ne środ­ki pro­wa­dze­nia kam­pa­nii wybor­czej. Jed­nym pismem zablo­ko­wa­na zosta­ła moż­li­wość eks­po­zy­cji mate­ria­łów wybor­czych wszyst­kim komi­te­tom, spryt­nie wyko­rzy­stu­jąc fakt wyku­pie­nia przez Plat­for­mę Oby­wa­tel­ską prak­tycz­nie wszyst­kich bil­l­bo­ar­dów rekla­mo­wych w mieście.

Decy­zja wyda­na zosta­ła bar­dzo póź­no. Gdy komi­te­ty wybor­cze wstęp­nie zare­zer­wo­wa­ły powierzch­nie, wyne­go­cjo­wa­ne umo­wy, a nawet prze­la­ły pie­nią­dze na kon­ta miej­skich insty­tu­cji, nie­spo­dzie­wa­nie zosta­ły poin­for­mo­wa­ne, że usta­le­nia są nieaktualne.

W uza­sad­nie­niu swo­jej decy­zji o zaka­zie umiesz­cza­nia mate­ria­łów wybor­czych na mie­niu gmi­ny, pre­zy­dent Świę­to­chło­wic pod­pie­ra się tro­ską o este­ty­kę mia­sta i bez­pie­czeń­stwem. Powo­łu­je się na swo­je upraw­nie­nia, ale nie poda­je żad­nej pod­sta­wy prawnej.

To nie jedy­ne kon­tro­wer­sje wokół dzia­łań Dawi­da Kostemp­skie­go. Nigdy swo­im wybor­com nie przy­znał się do tego, że w 1997 roku brał udział w wypad­ku samo­cho­do­wym, w któ­rym zgi­nął mło­dy czło­wiek, a dwaj inni zosta­li cięż­ko ran­ni. Mariusz K., któ­ry pro­wa­dził auto, przez 16 lat nie odbył pra­wo­moc­ne­go wyro­ku trzech lat wię­zie­nia. Kostemp­ski, ska­za­ny za ukry­wa­nie dowo­dów i nie­udzie­le­nie pomo­cy cięż­ko ran­nym na 1,5 roku w zawie­sze­niu, nigdy nie prze­pro­sił rodzi­ny ofiar.

Tajem­ni­ca zarob­ków medycz­nych tuzów

Pro­fe­sor Wie­sław W. Jędrzej­czak, legen­da pol­skiej hema­to­lo­gii i były kon­sul­tant kra­jo­wy demon­stra­cyj­nie sprze­ci­wił się poda­wa­niu do powszech­nej wia­do­mo­ści infor­ma­cji o zarob­kach, jakie leka­rze – kon­sul­tan­ci otrzy­mu­ją od firm medycznych.

TVN-owska Uwa­ga” pró­bo­wa­ła w wywia­dzie z prof. Wie­sła­wem W. Jędrzej­cza­kiem zna­leźć odpo­wiedź pyta­nie, czy pacjen­ci powin­ni wie­dzieć o kon­tak­tach sław medy­cy­ny z kon­cer­na­mi farmaceutycznymi.

Pro­fe­sor jest jed­nak zbyt wytraw­nym gra­czem, aby wpaść w sidła zasta­wio­ne przez dzien­ni­ka­rza. Zręcz­nie uni­kał odpo­wie­dzi na pyta­nia o swo­je kon­tak­ty z kon­cer­na­mi far­ma­ceu­tycz­ny­mi, zarob­ki i dzia­łal­ność na sty­ku biz­ne­su i służ­by zdro­wia. O lob­by­stach pro­fe­sor nawet się nie zająknął.

Pro­fe­sor Wie­sław W. Jędrzej­czak jest kie­row­ni­kiem Kate­dry i Kli­ni­ki Hema­to­lo­gii, Onko­lo­gii i Cho­rób Wewnętrz­nych War­szaw­skie­go Uni­wer­sy­te­tu Medycz­ne­go. Dotar­łem przy oka­zji do wyka­zu kil­ku­dzie­się­ciu mię­dzy­na­ro­do­wych pro­gra­mów badaw­czych, w jakich kli­ni­ka bra­ła udział. Moż­na się jedy­nie domy­ślać, że takie bada­nia nie są prze­pro­wa­dza­ne za dar­mo, a pła­cą kon­cer­ny far­ma­ceu­tycz­ne. Komu? Tego nie wia­do­mo, bo raport jest zano­ni­mi­zo­wa­ny – nie ma żad­nych nazwisk, tyl­ko kody pocz­to­we szpitali.

Pro­fe­sor W.W. Jędrzej­czak nie ukry­wał swo­ich bli­skich związ­ków z Fun­da­cją DKMS, któ­ra agre­syw­nie dzia­ła w Pol­sce. Medial­ną burzę wywo­łał kil­ka lat temu pro­ce­der wywo­że­nia przez DKMS pol­skich daw­ców szpi­ku do Nie­miec, gdzie pobie­ra­no od nich szpik dla… pol­skie­go dawcy.

Taka ope­ra­cja przy­no­si­ła spo­re zyski Fun­da­cji DKMS, bo szpik z impor­tu” był wie­lo­krot­nie droż­szy. Pła­cił natu­ral­nie pol­ski podatnik.

Pod­czas wystą­pie­nia przed senac­ką komi­sją zdro­wia 17 grud­nia 2013 r. prof. Jędrzej­czak był szcze­ry i przy­znał się do lob­bo­wa­nia za umoż­li­wie­niem Fun­da­cji DKMS dzia­łal­no­ści w Pol­sce i zmia­ną przepisów:

W momen­cie kie­dy zorien­to­wa­łem się, że DKMS ma zamiar wejść do Pol­ski, i że w Pol­sce jest pra­wo, któ­re dowol­ne­mu pod­mio­to­wi pozwa­la otwo­rzyć fun­da­cję dzia­ła­ją­cą na pra­wie pol­skim, to wysto­so­wa­łem pismo do Pani Mini­ster Kopacz infor­mu­jąc ją, że wystę­pu­je taka sytu­acja. Stwier­dzi­łem, że moim zda­niem jest nie do pomy­śle­nia sytu­acja, żeby tak potęż­na orga­ni­za­cja weszła do kra­ju, w któ­rym nie ma żad­nych prze­pi­sów praw­nych, któ­re to regu­lu­ją, w związ­ku z tym zwró­ci­łem się o to, żeby Pani Mini­ster Kopacz powo­ła­ła zespół do nowe­li­za­cji usta­wy i taki zespół został powołany”.

Dotar­łem do umo­wy, jaka Fun­da­cja DKMS zawar­ła z Samo­dziel­nym Publicz­nym Cen­tral­nym Szpi­ta­lem Kli­nicz­nym w War­sza­wie (SPCSK) przy ul. Bana­cha 1a, w któ­rym mie­ści się kli­ni­ka kie­ro­wa­na przez byłe­go kon­sul­tan­ta kra­jo­we­go. Fun­da­cja DKMS za pobra­nie szpi­ku od jed­ne­go daw­cy pła­ci­ła 8000 zło­tych. Czy część z tej kwo­ty tra­fia­ła do per­so­ne­lu kli­ni­ki i jej szefa?

Kto robi dobry interes?
Policz­my. Fun­da­cja DKMS według tej­że umo­wy pła­ci szpi­ta­lo­wi 2100 zł brut­to za pobra­nie szpi­ku wraz z wyko­na­niem badań dia­gno­stycz­nych, kosz­tów mate­ria­łów jed­no­ra­zo­wych blo­ku ope­ra­cyj­ne­go i znie­czu­le­nia ogól­ne­go oraz kosz­tów mate­ria­łów z ban­ku tka­nek. Kosz­ty bie­żą­ce szpi­ta­la to 1000 zł brut­to, a wyna­gro­dze­nie prze­ka­za­ne przez szpi­tal bez­po­śred­nim wyko­naw­com umo­wy, czy­li zespo­ło­wi pro­fe­so­ra – 8000 zł brutto.

Ile z tej kwo­ty tra­fia do kie­sze­ni pro­fe­so­ra Jędrzej­cza­ka, a ile – zespo­łu? Z moich infor­ma­cji zebra­nych w szpi­ta­lu wyni­ka, że pobra­nia dla DKMS (oko­ło 40 mie­sięcz­nie) odby­wa­ły się w godzi­nach pra­cy leka­rzy i pie­lę­gnia­rek zespo­łu w SPCSK.

Kil­ka lat temu na stro­nach inter­ne­to­wych Mini­ster­stwa Zdro­wia poja­wił się rejestr korzy­ści. Pro­fe­sor Wie­sław Wik­tor Jędrzej­czak, ówcze­sny kon­sul­tant kra­jo­wy ds. hema­to­lo­gii ujaw­nił spo­ro zawar­tych umów-zle­ceń z kon­cer­na­mi far­ma­ceu­tycz­ny­mi. Pro­fe­sor pobie­rał wyna­gro­dze­nia m.in. od Novar­tis-Pol­ska, BMS Pol­ska, Polphar­ma, Jans­sen-Cilag, Cel­ge­ne, Genzyme.

Pro­fe­sor jako jedy­ny zabro­nił ujaw­nia­nia źró­deł swo­ich docho­dów, bo w rubry­ce Reje­stru…” wid­nia­ła jego adnotacja:

Oświad­cze­nie to skła­dam do wyłącz­nej wie­dzy władz AOTM oraz Mini­stra Zdro­wia i nie zga­dzam się na jaką­kol­wiek for­mę poda­nia go do wia­do­mo­ści publicz­nej, a jeśli to nastą­pi podej­mę czyn­no­ści praw­ne w sto­sun­ku do osób odpo­wie­dzial­nych w związ­ku z naru­sze­niem moich praw osobistych”.

Takie sta­no­wi­sko tłu­ma­czył wte­dy m.in. oba­wą przed wyto­cze­niem ewen­tu­al­nych spraw sądo­wych za wysta­wio­ne opi­nie dla Agen­cję Oce­ny Tech­no­lo­gii Medycz­nych przez kon­cer­ny far­ma­ceu­tycz­ne. Umo­wy z kon­cer­na­mi far­ma­ceu­tycz­ny­mi wyja­wi­li wte­dy tak­że inni człon­ko­wie ówcze­snej Rady Kon­sul­ta­cyj­nej AOTM (zna­leź­li się w skła­dzie Rady Przej­rzy­sto­ści): kar­dio­log prof. Tomasz Pasier­ski (Sche­ring-Plo­ugh i Sano­fi Aven­tis) i onko­log prof. Rafał Suwiń­ski (wyjeż­dżał na sym­po­zja orga­ni­zo­wa­ne przez kon­cern Astra-Zeneca).

W prze­szło­ści
Prof. W. W. Jędrzej­czak oraz prof. Jerzy Hoło­wiec­ki bra­li udział w opi­nio­wa­niu finan­so­wa­nia tera­pii aza­cy­ty­dy­ną w lecze­niu pacjen­tów z ostrą bia­łacz­ką szpi­ko­wą. Pro­du­cen­tem sub­stan­cji czyn­nej w tym leku jest kon­cern Cel­ge­ne, z któ­rym kra­jo­wy kon­sul­tant ds. hema­to­lo­gii miał umowę-zlecenie.

Lob­by­ści, któ­rzy dzia­ła­ją na zle­ce­nie kon­cer­nów far­ma­ceu­tycz­nych nie­rzad­ko wcho­dzą w bli­skie rela­cje z medycz­ny­mi VIP-ami. Kon­sul­tan­ci kra­jo­wi mogą być wyjąt­ko­wo sku­tecz­ni, gdy cho­dzi o prze­ko­ny­wa­nie Mini­stra Zdro­wia o zale­tach nawet kon­tro­wer­syj­nych leków. Prof. Wie­sław Jędrzej­czak, kie­dy był kon­sul­tan­tem kra­jo­wym ds. hema­to­lo­gii, pro­po­no­wał, aby u cho­rych na szpi­cza­ka z nie­wy­dol­no­ścią nerek od począt­ku tera­pii sto­so­wać jeden z nowych leków – bortezomib.

Prof. W. Jędrzej­czak jest jed­no­cze­śnie Pre­ze­sem Fun­da­cji Hema­to­lo­gii i Onkologii”.

Nie widzę tu kon­flik­tu inte­re­sów pomię­dzy funk­cją kon­sul­tan­ta kra­jo­we­go a funk­cją spo­łecz­ne­go pre­ze­sa. Fun­da­cja Hema­to­lo­gii i Onko­lo­gii jest orga­ni­za­cją pożyt­ku publicz­ne­go, któ­ra nie pro­wa­dzi dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej. Jej jedy­nym celem jest wspie­ra­nie roz­wo­ju hema­to­lo­gii i onko­lo­gii. W prak­ty­ce jest to kon­to ban­ko­we, na któ­re zbie­ra­ne są daro­wi­zny, a gro­ma­dzo­ne środ­ki są wyko­rzy­sty­wa­ne na remon­ty i zaku­py sprzę­tu do kie­ro­wa­nej przez mnie Kli­ni­ki, któ­ra mie­ści się w publicz­nym szpi­ta­lu. Sprzęt jest następ­nie prze­ka­zy­wa­ny szpi­ta­lo­wi na wła­sność. Wyjąt­ko­wo dar­czyń­ca­mi są fir­my far­ma­ceu­tycz­ne, a naj­czę­ściej oso­by pry­wat­ne Zda­rza­ły się pry­wat­ne daro­wi­zny w wyso­ko­ści 100 tysię­cy złotych”

– wyja­śniał pro­fe­sor w jed­nym z artykułów.

Pro­fe­sor tak­że mil­czy na temat swo­jej prze­szło­ści. Szko­da. Z kar­to­te­ki MON wyni­ka, że Wie­sław Jędrzej­czak syn Wik­to­ra i Kse­ni z domu Sie­mie­rzyk, został pozy­ska­ny do współ­pra­cy 29 mar­ca 1968 roku przez Zarząd Woj­sko­wej Służ­by Wewnętrz­nej Pomor­skie­go Okrę­gu Woj­sko­we­go (Oddział WSW w Łodzi) i zare­je­stro­wa­ny jako TW Wik­tor” (nr reje­stra­cyj­ny 16343).

Z życio­ry­su WWJ wyni­ka, że był wte­dy 21-let­nim stu­den­tem WAM w Łodzi. Akta Wik­to­ra” zosta­ły znisz­czo­ne 21 sierp­nia 1990 roku.

Węglo­wa lustracja

Nie­któ­rzy biz­nes­me­ni” i urzęd­ni­cy bran­ży gór­ni­czej już cier­pią na bez­sen­ność. Powód? Roz­po­czy­na­ją­ce się pro­ce­sy lustra­cyj­ne wyso­kich ran­gą osób z bran­ży i swo­iste­go węglo­we­go towa­rzy­stwa wza­jem­nej adoracji”.

Po kata­stro­fach gór­ni­czych i afe­rach węglo­wych zawsze kolej­ni pre­mie­rzy mówi­li o tym, że nale­ży zro­bić porzą­dek w gór­nic­twie, spół­kach węglo­wych oraz skoń­czyć z pato­lo­gią”. Take sło­wa pada­ły pod lat 90. ubie­głe­go wie­ku, po tym jak poja­wi­ły się pierw­sze infor­ma­cje o mafii węglo­wej” i zni­ka­ją­cych” pocią­gach z węglem.

archiwumW więk­szo­ści przy­pad­ków skoń­czy­ło się jedy­nie na dekla­ra­cjach pusz­cze­nia w skar­pet­kach”. Dla­cze­go? Ano dla­te­go, że spół­ki gór­ni­cze od lat są miej­scem zatrud­nie­nia swo­ich” i rezer­wu­arem par­tyj­nych pie­nię­dzy na kam­pa­nie wyborcze.

Czy lustra­cja przez pro­ku­ra­to­rów IPN wyso­kich ran­gą urzęd­ni­ków spół­ek i urzę­dów gór­ni­czych pomo­że wyja­śnić wie­le afer węglo­wych? To praw­do­po­dob­ne. Jed­nak naj­waż­niej­sze, że być może zosta­ną ujaw­nio­ne pew­ne mecha­ni­zmy poli­tycz­no-biz­ne­so­we w górnictwie.

W tak pato­lo­gicz­nym śro­do­wi­sku, peł­nym mniej lub bar­dziej for­mal­nych ukła­dów, z milio­na­mi zło­tych krą­żą­cy­mi do swo­ich” peł­no jest ludzi służb. Tych daw­nych, jak i obec­nych. Nie­trud­no bowiem sobie wyobra­zić, jaka była siła argu­men­tów z esbec­kich teczek, cudow­nie oca­lo­nych od bra­ko­wa­nia” pod koniec 1989 roku.

Dla­te­go tak waż­ne jest oczysz­cze­nie tego śro­do­wi­ska, swo­ista opcja zero­wa”. Na razie roz­po­czy­na się lustra­cja gór­ni­czej wier­chusz­ki”.

Od lip­ca 2013 r. przed Sądem Okrę­go­wym w Kato­wi­cach toczy się spra­wa Woj­cie­cha Jezio­row­skie­go peł­nią­ce­go funk­cję dyrek­to­ra Okrę­go­we­go Urzę­du Gór­ni­cze­go w Kra­ko­wie, podej­rze­wa­ne­go o zata­je­nie współ­pra­cy z SB WUSW w Kato­wi­cach w latach 19841986. Z mate­ria­łów zacho­wa­nych w IPN wyni­ka, iż Jezio­row­ski był kon­tak­tem ope­ra­cyj­nym poli­cji poli­tycz­nej PRL.

30 paź­dzier­ni­ka 2014 r. do Sądu Okrę­go­we­go w Kato­wi­cach tra­fił wnio­sek pro­ku­ra­to­ra biu­ra lustra­cyj­ne­go IPN o wsz­czę­cie postę­po­wa­nia lustra­cyj­ne­go w spra­wie Wal­de­ma­ra Mro­za. Ów urzęd­nik był szy­chą – do 2013 roku wice­pre­ze­sem Kato­wic­kie­go Hol­din­gu Węglo­we­go S.A., i jako czło­nek zarzą­du pań­stwo­wej spół­ki musiał zło­żyć oświad­cze­nie lustracyjne.

O Mro­zie, gdy był wice­pre­ze­sem KHW SA napi­sa­łem, że z doku­men­tów zacho­wa­nych w archi­wach Insty­tu­tu Pamię­ci Naro­do­wej wyni­ka, iż Wal­de­mar Mróz został zare­je­stro­wa­ny jako taj­ny współ­pra­cow­nik SB ps. Krzysz­tof (IPN Kr 309525, IPN Kr 0099514). Dzię­ki temu, że zacho­wa­ła się tecz­ka pra­cy TW Krzysz­tof” bez tru­du moż­na poznać szcze­gó­ły kon­tak­tów ze Służ­bą Bezpieczeństwa.

Ska­la współ­pra­cy robi wra­że­nie, bo tecz­ka pra­cy TW Krzysz­tof” mia­ła 315 stron (!), jed­nak trzy­sta stron zosta­ło znisz­czo­nych i zacho­wa­ło się jedy­nie 15. Zacho­wa­ły się ory­gi­nal­ne dono­sy pisa­ne przez agenta.

Krzysz­tof” dono­sił o dzia­ła­czach NZS na AGH, prze­ka­zy­wał ulot­ki oraz cha­rak­te­ry­zo­wał kole­gów z uczel­ni. Jak wyni­ka z nume­rów stron w tecz­ce pra­cy TW Krzysz­tof pomię­dzy jesie­nią 1980 roku a mar­cem 1983 roku przy­by­ło 240 stron – to obraz ska­li współ­pra­cy. Ostat­nie zacho­wa­ne donie­sie­nie jest z 1 mar­ca 1983 roku.

Mróz nie przy­znał się w swo­im oświad­cze­niu lustra­cyj­nym do współ­pra­cy z SB w Kra­ko­wie w latach 19801984. Moje źró­dła w ABW poin­for­mo­wa­ły mnie ponad rok temu, że już po wybo­rze Mro­za na sta­no­wi­sko wice­pre­ze­sa KHW2001 roku, służ­by spe­cjal­ne (wów­czas Urząd Ochro­ny Pań­stwa) spraw­dza­ły prze­szłość nowe­go człon­ka zarzą­du stra­te­gicz­nej spół­ki węglowej.

I natra­fio­no od razu na ślad prze­szło­ści Mro­za. Pro­blem w tym, że tę wie­dzę UOP, a potem ABW zacho­wa­ły dla sie­bie, i nie poin­for­mo­wa­ły Rzecz­ni­ka Inte­re­su Publicz­ne­go, a potem IPN o tym, co pozo­sta­ło w esbec­kich mate­ria­łach o Wal­de­ma­rze Mro­zie. Dla­cze­go? Czy Mróz mógł był np. szan­ta­żo­wa­ny swo­ją prze­szło­ścią przez byłych funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy pro­wa­dzą inte­re­sy z KHW SA? A może wręcz prze­ciw­nie – był na usłu­gach służb III RP?

W tym tygo­dniu do Sądu Okrę­go­we­go w Gli­wi­cach zosta­nie skie­ro­wa­ny wnio­sek o wsz­czę­cie postę­po­wa­nia lustra­cyj­ne­go w spra­wie Grze­go­rza Juz­ka, w dacie skła­da­nia oświad­cze­nia lustra­cyj­ne­go peł­nią­ce­go funk­cję dyrek­to­ra Okrę­go­we­go Urzę­du Gór­ni­cze­go w Kato­wi­cach, obec­nie zastęp­cy dyrek­to­ra OUG w Ryb­ni­ku, podej­rze­wa­ne­go o zata­je­nie współ­pra­cy z SB RUSW w Wodzi­sła­wiu Ślą­skim w latach 19851987 jako TW oraz z SB WUSW w Kato­wi­cach w latach 19871989 jako konsultant.

Tak­że w listo­pa­dzie do Sądu Okrę­go­we­go w Gli­wi­cach zosta­nie skie­ro­wa­ny wnio­sek o wsz­czę­cie postę­po­wa­nia lustra­cyj­ne­go w spra­wie Krzysz­to­fa Matu­szew­skie­go. Kie­dy skła­dał oświad­cze­nie lustra­cyj­ne był dyrek­to­rem depar­ta­men­tu warun­ków pra­cy w Wyż­szym Urzę­dzie Gór­ni­czym w Kato­wi­cach. Pro­ku­ra­tor biu­ra lustra­cyj­ne­go podej­rze­wa go o zata­je­nie współ­pra­cy z Wydzia­łem III SB KWMO w Kato­wi­cach – Gru­py Ope­ra­cyj­nej w Gliwicach.

Czy Ślą­zak ma duszę?

Cie­ka­wa dys­ku­sja wywią­za­ła się na por­ta­lu Sto­wa­rzy­sze­nia Dzien­ni­ka­rzy Pol­skich. Pośred­nio o dzien­ni­kar­stwie, a bar­dziej – o Ślą­sku. War­to prze­czy­tać i pody­sku­to­wać. Naj­wyż­szy czas.

Grze­gorz Mika, Ślą­zak z dzia­da pra­dzia­da, ale dale­ki od fascy­na­cji Ruchem Auto­no­mii Ślą­ska, dzien­ni­karz napi­sał:

Ślą­zak to dusza. Dusza, któ­ra zosta­ła ukształ­to­wa­na przez warun­ki tu panu­ją­ce. Wszyst­kie warun­ki: histo­rycz­ne, spo­łecz­ne, kul­tu­ral­ne, reli­gij­ne i prze­my­sło­we. Dla­te­go pisa­nie co w duszy gra” Ślą­za­ko­wi wyma­ga wiel­kiej poko­ry, wie­dzy i dystansu.

Nie znam żad­ne­go Ślą­za­ka, któ­ry ubie­ra­jąc kierp­ce stał się góra­lem. Góra­lem z krwi i kości. Czy przez jedze­nie więk­szej ilo­ści ryb będę Kaszu­bem? I czy jak przy­ja­dę do War­sza­wy to będę war­sza­wia­kiem, czło­wie­kiem ukształ­to­wa­nym przez Paryż Pół­no­cy” czy 44 rok? Nie! – będę sło­ikiem” – (po ślą­sku: krał­zą). I nie ma co się obra­żać, wszak każ­de­go z nas dener­wu­je jak ktoś wcho­dzi w czy­jeś buty.

Na Ślą­sku jest tak, że więk­szość dzien­ni­ka­rzy piszą­cych o Ślą­sku jest spoza…Śląska. A oka­zu­je się, że to oni naj­le­piej wie­dzą, cze­go potrze­bu­je­my, co myśli­my. To oni rozu­mie­ją całą zło­żo­ność naszej kul­tu­ry i naszą wraż­li­wość. Nieprawda!

Czy nikt nie widzi tego, że Ślą­zak się mio­ta, bo zawsze musiał słu­chać kogoś z zewnątrz. Prze­śledź­cie, kto rzą­dził i rzą­dzi kopal­nia­mi, huta­mi. Kto zaj­mo­wał kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska, róż­nych szcze­bli? – ludzie prze­flan­co­wa­ni z innych czę­ści Pol­ski. A może Edward Gie­rek był Ślą­za­kiem (tak więk­szość twier­dzi) – nie był. Był z Zagłę­bia Dąbrowskiego.

Ślą­za­cy nie­wie­le chcą, nie­wie­le potrze­bu­ją. Czu­ją swo­ją odręb­ność kul­tu­ro­wą uwa­run­ko­wa­ną histo­rycz­nie, ale przede wszyst­kim, są zmal­tre­to­wa­ni eko­no­micz­nie. To już nie jest Śląsk z kopal­nia­mi, huta­mi i mnó­stwem róż­nych zakła­dów. To jest region gdzie bez­ro­bo­cie, w nie­któ­rych mia­stach, jest pra­wie PGR-owskie! Przez całe lata są roz­gry­wa­ni, okła­my­wa­ni i wpusz­cza­ni w kanał obiet­nic. Kanał, z któ­re­go zawsze muszą wycho­dzić sami. Ale są coraz bar­dziej poobijani.

Ergo: Ślą­zak to dusza, któ­ra, choć umę­czo­na, ale wol­na, uno­si się nad hał­da­mi i czar­ną zie­mią, a w bla­sku słoń­ca i w bla­sku księ­ży­ca ma odcień bia­ło-czer­wo­ny. I my to, nawet bez bry­li (oku­la­rów), widzi­my. Zobacz­cie i Wy. Szczęść Boże! – (to na Ślą­sku naj­waż­niej­sze pozdrowienie)

Tyle Grze­gorz Mika.

To bar­dzo cie­ka­wy i… odważ­ny arty­kuł. Dłu­go zasta­na­wia­łem się, czy zabie­rać głos, bo autor napi­sał dosad­nie i temat pra­wie wyczer­pał. Jed­nak po roz­wa­że­niu za i prze­ciw, dorzu­cę jed­nak swo­je trzy grosze.

Nie­ste­ty, dla regio­nu Pol­ski, z któ­re­go pocho­dzę i któ­ry jest mi bar­dzo bli­ski, do pew­ne­go momen­tu mono­pol na praw­dę o Ślą­sku” mia­ła jed­na pani, któ­rej opty­ka była moc­no ogra­ni­czo­na. Ogra­ni­czo­na z róż­nych powo­dów. Zamiesz­ka­nie w woje­wódz­twie ślą­skim z miesz­kań­ca Zagłę­bia nie czy­ni auto­ma­tycz­nie Ślą­za­ka. To kwe­stia histo­rii, mniej lub bar­dziej trau­ma­tycz­nej, podej­ścia do toż­sa­mo­ści, śro­do­wi­ska, rodzi­ny etc.

Absurd całej sytu­acji pole­ga na tym, że pisa­nie o Ślą­sku tej autor­ki (celo­wo nie wymie­niam nazwi­ska), pole­ga­ło głów­nie na mono­te­ma­tycz­nym pisa­niu o zagro­że­niu dzia­łal­no­ścią RAŚ. Sła­ba warsz­ta­to­wo publi­cy­sty­ka miast osła­biać Ruch Auto­no­mii Ślą­ska – wzmac­nia­ła go. Mnie, jako dzien­ni­ka­rzo­wi czy­ta­jąc te arty­ku­ły było po pro­stu wstyd.

Dla­cze­go? Otóż jeże­li ktoś chce wal­czyć” z RAŚ, to powi­nien w swo­jej kru­cja­cie uży­wać wywa­żo­nych i mery­to­rycz­nych argu­men­tów. Ina­czej ośmie­sza nie tyl­ko sie­bie, ale przede wszyst­kim miesz­kań­ców regio­nu, o któ­re­go spra­wy wal­czy”, czy któ­re­go spra­wy sta­ra się przed­sta­wić. Ale wycho­dzi jak zawsze.

Powtó­rzę w tym miej­scu to, co powie­dzia­łem Fron​dzie​.pl (w 2010 roku!):

- Gorze­lik nie będzie dążył do sepa­ra­ty­zmu, ponie­waż nie jest idio­tą. On zda­je sobie spra­wę z tego, w jakich realiach żyje. Kie­dyś mówił mi, że celem jego dzia­łal­no­ści jest auto­no­mia podob­na do tej, jaką w Hisz­pa­nii cie­szy się Kraj Basków – mówi [Szym­bor­ski] por­ta­lo­wi Fron​da​.pl.

I dalej:

Tomasz Szym­bor­ski tłu­ma­czy suk­ces Ruchu nie­chę­cią do war­szaw­skiej” cen­tra­li. – To popar­cie to wynik dzie­się­cio­le­ci zanie­dby­wa­nia Ślą­ska przez resz­tę kra­ju. Ślą­za­cy czu­li się zawsze gor­si, uwa­ża­no, że tu jest zagłę­bie taniej, czy­taj: głu­piej siły robo­czej – uwa­ża dzien­ni­karz. […]Zda­niem Szym­bor­skie­go RAŚ nie powi­nien dążyć do pro­wa­dze­nia poli­ty­ki cen­tral­nej, ale zająć się dzia­łal­no­ścią w samo­rzą­dzie. – Powin­ni sku­pić się na poli­ty­ce samo­rzą­do­wej w ska­li woje­wódz­twa, a nie sze­rze­niu haseł, któ­re mogą wywo­ły­wać dziw­ne sko­ja­rze­nia z pró­bą ode­rwa­nia Ślą­ska od Polski.

Cie­szę się nato­miast, że powo­li Piotr Sem­ka zaczy­na koja­rzyć, o co z tym Ślą­skiem cho­dzi”. Ale on jest z Gdańska…

Ska­za­ni za kłam­stwo lustra­cyj­ne chcą być radnymi

W wybo­rach samo­rzą­do­wych star­tu­ją oso­by pra­wo­moc­nie ska­za­ne za kłam­stwo lustra­cyj­ne, czy­li zata­je­nie swo­jej współ­pra­cy z komu­ni­stycz­ny­mi służ­ba­mi spe­cjal­ny­mi lub służ­by w nich. Przy­naj­mniej nie mają dyle­ma­tu, co wpi­sać w skła­da­ne oświad­cze­nie lustracyjne.

Zgod­nie z usta­wą lustra­cyj­ną i prze­pi­sa­mi regu­lu­ją­cy­mi orga­ni­za­cję wybo­rów, do publicz­nej wia­do­mo­ści w obwiesz­cze­niu wybor­czym poda­je się treść oświad­czeń lustra­cyj­nych osób, któ­re przy­zna­ły się do pra­cy lub służ­by w orga­nach bez­pie­czeń­stwa pań­stwa lub współ­pra­cy z nimi.

Jed­nak prze­pi­sy nie są dosko­na­łe. Z jed­nej stro­ny pochop­nie zało­żo­no, że wszyst­kie oso­by peł­nią­ce lub kan­dy­du­ją­ce do peł­nie­nia funk­cji publicz­nych czy­ta­ją to, co pod­pi­su­ją i potra­fią czy­tać ze zro­zu­mie­niem. Błąd. Zda­rza­ło się bowiem, że do współ­pra­cy z SB w oświad­cze­niu przy­zna­wa­ły się oso­by, któ­re tego nigdy nie zrobiły.

Jest też gor­sza nie­do­rób­ka. Nie prze­wi­dzia­no bowiem sytu­acji, w któ­rej oso­ba kłam­li­wie zaprze­cza­ją­ca w oświad­cze­niu swo­jej służ­bie lub współ­pra­cy z orga­na­mi bez­pie­czeń­stwa i ska­za­na sądow­nie za kłam­stwo lustra­cyj­ne odby­ła już okres zaka­zu peł­nie­nia wska­za­nych w usta­wie funk­cji publicznych.

W przy­pad­ku takie­go kan­dy­da­ta na obwiesz­cze­nie wybor­cze nie tra­fia infor­ma­cja o jego współ­pra­cy, gdyż nie napi­sał tego w swo­im oświad­cze­niu lustra­cyj­nym. Prze­pi­sy prze­wi­du­ją zaś wyłącz­nie publi­ka­cję infor­ma­cji o tre­ści oświad­cze­nia osób, któ­re same do współ­pra­cy lub służ­by się przy­zna­ły! Jest to nie­uczci­we wobec wybor­ców. Taki kan­dy­dat ucho­dzi za nie­ska­la­ne­go ani kłam­stwem lustra­cyj­nym, ani współ­pra­cą z apa­ra­tem repre­sji PRL.

Do tej pory na w woje­wódz­twie ślą­skim jed­na oso­ba ska­za­na pra­wo­moc­nym wyro­kiem za zata­je­nie swo­jej współ­pra­cy z SB, kan­dy­du­je w tego­rocz­nych wybo­rach samo­rzą­do­wych. Chce zostać rad­nym Rady Powia­tu w Psz­czy­nie. I star­tu­je z listy Psz­czyń­skie­go Poro­zu­mie­nia Samorządowego.

Mam na myśli byłe­go bur­mi­strza Psz­czy­ny – Kry­stia­na Szo­sta­ka, któ­ry w stycz­niu 2011 roku został pra­wo­moc­nie uzna­ny za kłam­cę lustra­cyj­ne­go przez Sąd Ape­la­cyj­ny w Kato­wi­cach. Sąd uznał, że bur­mistrz (gdy zapadł wyrok w 2010 r. w sądzie pierw­szej instan­cji, Szo­stak peł­nił jesz­cze swo­ją funk­cję) był w latach 70. ub. wie­ku taj­nym współ­pra­cow­ni­kiem Służ­by Bezpieczeństwa.

Wraz z uzna­niem samo­rzą­dow­ca za kłam­cę lustra­cyj­ne­go”, sąd na trzy lata pozba­wił go pra­wa star­tu w wybo­rach i na taki sam okres zaka­zał mu peł­nie­nia funk­cji publicz­nej. Jak nie­trud­no obli­czyć, ten okres zaka­zu zakoń­czył się w stycz­niu tego roku.

Według IPN, były bur­mistrz Psz­czy­ny zata­ił w oświad­cze­niu lustra­cyj­nym, że w latach 197779 był taj­nym współ­pra­cow­ni­kiem SB o pseu­do­ni­mie Ryszard. Pod­czas dwóch ostat­nich lat stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Ślą­skim miał prze­ka­zy­wać infor­ma­cje na temat śro­do­wi­ska aka­de­mic­kie­go. Współ­pra­ca była dobro­wol­na i mia­ła trwać do cza­su zakoń­cze­nia przez nie­go stu­diów i wstą­pie­nia do PZPR.

Pod­czas pro­ce­su Szo­stak i jego adwo­kat sta­li na sta­no­wi­sku, że lustra­cja jest bez­przed­mio­to­wa. Argu­men­to­wa­li, że prze­ka­zy­wał on SB jedy­nie ogól­ne infor­ma­cje, stąd – ich zda­niem – oświad­cze­nie lustra­cyj­ne było zgod­ne z praw­dą. Z takim sta­no­wi­skiem nie zgo­dził się sąd. Uznał, że infor­ma­cje prze­ka­zy­wa­ne przez Szo­sta­ka mogły być przy­dat­ne w pra­cy SB i nie moż­na przy­jąć, by współ­pra­ca była pozor­na. Szo­stak przy­znał w trak­cie postę­po­wa­nia lustra­cyj­ne­go, że spo­rzą­dził zobo­wią­za­nie do współ­pra­cy, spo­ty­kał się z przed­sta­wi­cie­la­mi SB. Spo­rzą­dził też 12 pisem­nych infor­ma­cji dla SB.

W oświad­cze­niu lustra­cyj­nym Szo­stak zaprze­czył, by był taj­nym i świa­do­mym współ­pra­cow­ni­kiem orga­nów bez­pie­czeń­stwa PRL, ale – jak tłu­ma­czył – zro­bił tak dla­te­go, że subiek­tyw­nie za takie­go współ­pra­cow­ni­ka nigdy się nie uwa­żał. W dal­szej czę­ści oświad­cze­nia przy­znał, że pod­pi­sał dekla­ra­cję współ­pra­cy i opi­sał jak wyglą­da­ły jego kon­tak­ty z SB.

Okrut­ny żart Uszo­ka, czy­li Sośnierz

Andrzej Sośnierz jako kan­dy­dat PiS w wybo­rach na pre­zy­den­ta Kato­wic to albo okrut­ny żart z wybor­ców o jesz­cze pra­wi­co­wych poglą­dach albo sabo­taż PO i strzał w kola­no”. Pra­wo i Spra­wie­dli­wość się­ga po kan­dy­da­ta, któ­ry był boha­te­rem dwu­znacz­nej afe­ry korup­cyj­nej z udzia­łem pry­wat­nej fun­da­cji i zagra­nicz­nych kon­cer­nów farmaceutycznych.

Wyco­fa­nie się obec­ne­go pre­zy­den­ta Kato­wic Pio­tra Uszo­ka ze star­tu w wybo­rach wpro­wa­dzi­ło popłoch w sze­re­gi par­tii poli­tycz­nych. To okrut­ny żart na poże­gna­nie autor­stwa obec­ne­go pre­zy­den­ta, któ­ry przez lata wiecz­ne­go” rzą­dze­nia mia­stem do per­fek­cji opa­no­wał roz­gry­wa­nie lęków PO przed PiS i odwrotnie.

Nagle oka­za­ło się, że PO, PiS i SLD muszą wysta­wić swe­go kan­dy­da­ta. Rów­no­wa­ga sta­no­wisk i wpły­wów dla koali­cjan­tów”, któ­rej gwa­ran­tem był Piotr Uszok, zosta­ła zabu­rzo­na. Wcze­śniej­sze usta­le­nia (wice­pre­zy­den­ci z głów­nych par­tii w zamian za popar­cie i brak kon­ku­ren­cji), moż­na było o kant d… potłuc.

Kan­dy­da­tem PO na sta­no­wi­sko pre­zy­den­ta jest Arka­diusz Godlew­ski, obec­ny dyrek­tor Par­ku Ślą­skie­go, insty­tu­cji któ­ra jest prze­cho­wal­nią dzia­ła­czy tej par­tii, zatrud­nio­nych na róż­nych mniej lub bar­dziej potrzeb­nych sta­no­wi­skach. W wybo­rach star­tu­je tak­że poseł Jerzy Zię­tek, któ­ry pod koniec sierp­nia zre­zy­gno­wał z człon­ko­stwa w Plat­for­mie Oby­wa­tel­skiej. Jest naj­młod­szym wnu­kiem gen. Jerze­go Zięt­ka – powstań­ca ślą­skie­go, poli­ty­ka, ini­cja­to­ra wie­lu inwe­sty­cji w regio­nie w cza­sach PRL.

SLD rzu­ca do boju o fotel pre­zy­den­ta Kato­wic Mar­ka Szczer­bow­skie­go. To kato­wic­ki rad­ny z wie­lo­let­nim sta­żem, dyrek­tor Woje­wódz­kie­go Ośrod­ka Kul­tu­ry i Spor­tu Sta­dion Ślą­ski”. Spraw­ny gracz.

Ruch Auto­no­mii Ślą­ska tak­że ma swe­go kan­dy­da­ta. Jest nim Alek­san­der Uszok, krew­ny obec­ne­go pre­zy­den­ta. Za nim stoi nazwi­sko oraz rze­sza zwo­len­ni­ków separatystów.

A PiS? Par­tia Jaro­sła­wa Kaczyń­skie­go sta­wia na Andrze­ja Sośnierza.

- To dobry kan­dy­dat, któ­ry pozy­tyw­nie zapi­sał się w pamię­ci miesz­kań­ców regio­nu jako dyrek­tor Ślą­skiej Kasy Cho­rych. Po rezy­gna­cji z ponow­ne­go star­tu przez obec­ne­go pre­zy­den­ta Pio­tra Uszo­ka zde­cy­do­wa­li­śmy, że potrzeb­ny jest kan­dy­dat, któ­ry tra­fi do jego kon­ser­wa­tyw­ne­go elektoratu 

- powie­dział PAP Woj­ciech Sza­ra­ma czło­nek Komi­te­tu Poli­tycz­ne­go PiS.

Szko­da, że poseł Sza­ra­ma spra­wia wra­że­nie, że nie wie o udzia­le Sośnie­rza w afe­rze z Fun­da­cją Zamek Chu­dów, któ­rą opi­sy­wa­łem w 2003 roku w arty­ku­le Kasa Fun­da­cji zabyt­ków” Rzecz­po­spo­li­tej”. Może ani Sza­ra­ma, ani inni poli­ty­cy Pra­wa i Spra­wie­dli­wo­ści nie arty­ku­łu czy­ta­li, zatem przy­to­czę obszer­ne fragmenty:

W cza­sach, gdy Ślą­ską Kasą Cho­rych kie­ro­wał Andrzej Sośnierz, fir­my, któ­re pod­pi­sy­wa­ły z nią kon­trak­ty, wpła­ca­ły jed­no­cze­śnie set­ki tysię­cy zło­tych na kon­to Fun­da­cji Zamek Chu­dów. Zało­ży­cie­lem i doży­wot­nim pre­ze­sem fun­da­cji jest Andrzej Sośnierz. 

Pie­nią­dze dla Fun­da­cji Zamek Chu­dów wpła­ca­ły od 1998 roku fir­my medycz­ne i far­ma­ceu­tycz­ne. Na liście spon­so­rów jest też kil­ka spół­ek infor­ma­tycz­nych i ban­ki. Z naszych infor­ma­cji wyni­ka, że fir­my, któ­re wpła­ca­ły pie­nią­dze na kon­to fun­da­cji, jed­no­cze­śnie pod­pi­sy­wa­ły intrat­ne kon­trak­ty ze Ślą­ską Kasą Cho­rych. Dostar­cza­ły leki, sprzęt kom­pu­te­ro­wy albo opro­gra­mo­wa­nie. Przy­chod­nie lekar­skie, któ­re wspo­ma­ga­ły fun­da­cję Sośnie­rza, otrzy­my­wa­ły w tym samym cza­sie z kasy kon­trak­ty na lecze­nie pacjentów. 

Z wyka­zu wpłat na kon­to fun­da­cji, do któ­re­go dotar­ła Rz” wyni­ka, że szczo­drym spon­so­rem fun­da­cji Sośnie­rza był Com­pu­ter­Land (od 1998 roku do koń­ca 2002 roku – 18 wpłat) oraz przed­sta­wi­ciel­stwa kon­cer­nów far­ma­ceu­tycz­nych: Sche­ring Plo­ugh Cen­tral East AG (13 wpłat), Eli Lil­ly Pol­ska (7 wpłat), John­son & John­son Poland (4 wpła­ty), Novar­tis Poland (2 wpła­ty), Roche Pol­ska (6 wpłat), Gla­xo­Smi­th­Kli­ne (5 wpłat) oraz hur­tow­nia far­ma­ceu­tycz­na Far­ma­col (5 wpłat). 

Wpła­ca­ły też pry­wat­ne przy­chod­nie lekar­skie, np. Samo­dziel­na Pra­cow­nia Dia­gno­sty­ki Obra­zo­wej Tomo­graf z Tych (25 wpłat), ADO-MED 2 ze Świę­to­chło­wic (7 wpłat) czy nie­pu­blicz­ny ZOZ Reme­dium z Kato­wic (3 wpła­ty). Wła­ści­ciel­ką Reme­dium jest żona Sośnie­rza, z któ­rą ma on roz­dziel­ność majątkową. 

- Wła­ści­ciel Tomo­gra­fu to mój wie­lo­let­ni przy­ja­ciel. Jego fir­ma nie była trak­to­wa­na w kasie cho­rych lepiej, niż inne, co moż­na spraw­dzić prze­glą­da­jąc kwo­ty kon­trak­tów. Znam też Andrze­ja Olszew­skie­go, wła­ści­cie­la Far­ma­co­lu. Ta fir­ma nigdy nie mia­ła żad­nych kon­trak­tów ani kon­tak­tów komer­cyj­nych ze Ślą­ską Kasą Cho­rych – zapew­nia Sośnierz. 

Usta­li­li­śmy jed­nak, że Far­ma­col był dostaw­cą leków dla Ślą­skiej Kasy Cho­rych. Dostar­czał kasie leki pro­du­ko­wa­ne przez fir­my, któ­re spon­so­ro­wa­ły fun­da­cję. Przy­kła­dy? Fir­ma Elli Lil­ly – zna­czą­cy spon­sor fun­da­cji – wytwa­rza abci­xi­mab, lek sto­so­wa­ny w ostrych zapa­le­niach wień­co­wych oraz gem­ci­ta­bi­ne, sto­so­wa­ny w far­ma­ko­te­ra­pii nowo­two­rów. Inny dona­tor fun­da­cji Sche­ring AG jest pro­du­cen­tem i dostaw­cą leków inter­fe­ro­no­wych Sche­ring Plo­ugh – leków sto­so­wa­nych w che­mio­te­ra­pii, Roche zaś pro­du­ku­je ery­tro­pe­ty­nę i leki inter­fe­ro­no­we. Wszyst­kie wymie­nio­ne spe­cy­fi­ki były kupo­wa­ne przez Ślą­ską Kasę w ramach pro­gra­mów zdrowotnych. 

Związ­ki mię­dzy fir­ma­mi, któ­re otrzy­my­wa­ły kon­trak­ty z kasy cho­rych, a fun­da­cją Sośnie­rza były bar­dzo bliskie. 

W 2000 roku Ślą­ska Kasa pod­pi­sa­ła dwie umo­wy z kra­kow­ską fir­mą SKK Sys­tem Kodów Kre­sko­wych o łącz­nej war­to­ści ponad 25,5 tys zł na dosta­wę dru­ka­rek kodów kre­sko­wych i prze­no­śne­go ter­mi­na­lu. W tym samym roku SKK spon­so­ro­wa­ła fun­da­cję Sośnierza. 

[…]

Prze­ło­mem w finan­sach fun­da­cji był jed­nak rok 1999 r. – dokład­nie ten sam, w któ­rym Sośnierz został dyrek­to­rem Ślą­skiej Regio­nal­nej Kasy Cho­rych w Kato­wi­cach. Na kon­to jego fun­da­cji wpły­nę­ło wów­czas 91 tys. zł. W kolej­nych latach dyrek­to­ro­wa­nia Sośnie­rza kasa fun­da­cji pęcz­nia­ła jesz­cze bar­dziej: w 2000 r. tra­fi­ło do niej ponad 485 tys. zł, a w 2001 r. – ponad 800 tys. zł. 

Pol­ska pro­ku­ra­tu­ra przez kil­ka mie­się­cy spraw­dza­ła, czy wpła­ty na kon­to fun­da­cji nie mia­ły związ­ku z kon­trak­ta­mi zawie­ra­ny­mi przez Ślą­ską Kasę Cho­rych. W 2004 roku śledz­two umo­rzy­ła, mimo że w 2002 r. spół­ka zależ­na Sche­ring-Plo­ugh dzia­ła­ją­ca w Pol­sce zapła­ci­ła według ame­ry­kań­skiej Komi­sji Papie­rów War­to­ścio­wych i Gieł­dy (SEC) ok. 76 tys. dola­rów na rzecz Fun­da­cji Zamek Chu­dów, na cze­le któ­rej stał ówcze­sny dyrek­tor Ślą­skie­go Fun­du­szu Zdrowia.

W grę wcho­dzi­ły tym razem m.in. prze­tar­gi na dosta­wy leków. Za to dzia­ła­nie Scher­ring-Plo­ugh musiał uiścić karę w wyso­ko­ści 500 tys. dola­rów.[http://​www​.sec​.gov/​l​i​t​i​g​a​t​i​o​n​/​l​i​t​r​e​l​e​a​s​e​s​/​l​r​18740​.​htm]

Z ofi­cjal­ne­go rapor­tu SEC:

S‑P Pol­ska wypła­cił Fun­da­cji wię­cej pie­nię­dzy niż jakie­mu­kol­wiek inne­mu odbior­cy pro­mo­cyj­nych daro­wizn. W 20002001 roku wpła­ty dla Fun­da­cji skła­da­ły się na oko­ło 40 do 20 proc. całe­go budże­tu S‑P Pol­ska prze­zna­czo­ne­go na daro­wi­zny pro­mu­ją­ce kor­po­ra­cję. Co wię­cej, Fun­da­cja była jedy­nym odbior­cą takich daro­wizn, któ­ry otrzy­mał kil­ka wpłat (czte­ry w 2000 i sie­dem w 2001 roku), co było wyso­ce nie­spo­ty­ka­ną praktyką.” 

[http://www.sec.gov/litigation/admin/3449838.htm]

Na mój głos Sośnierz liczyć nie może, i będę do tego gorą­co nama­wiał moich zna­jo­mych. Iro­nią losy było­by, gdy­by nie­uda­ne manew­ry per­so­nal­ne i nie­udol­na poli­ty­ka PiS na szcze­blu regio­nu dopro­wa­dzi­ły do tego, że pre­zy­den­tem Kato­wic zosta­nie przed­sta­wi­ciel Ruchu Auto­no­mii Śląska.

Życio­rys poli­tycz­ny Sośnie­rza jest barw­ny. W 2002 r. star­to­wał po raz pierw­szy w wybo­rach na pre­zy­den­ta Kato­wic, zajął wów­czas dru­gie miej­sce, w pierw­szej turze zwy­cię­żył Piotr Uszok. W wybo­rach w 2005 r. został posłem z ramie­nia Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej, został wyklu­czo­ny z tej par­tii za kry­ty­kę sta­no­wi­ska jej kie­row­nic­twa w spra­wie odmo­wy zawar­cia koali­cji PO-PiS.

Potem nale­żał do klu­bu par­la­men­tar­ne­go PiS. Na pre­ze­sa Naro­do­we­go Fun­du­szu Zdro­wia powo­łał go pre­mier Jaro­sław Kaczyń­ski. Funk­cję tę peł­nił w latach 20062007. Zre­zy­gno­wał z niej po wybo­rach w 2007 r., kie­dy został posłem z listy PiS.

W 2010 r. wystą­pił z klu­bu par­la­men­tar­ne­go tej par­tii i prze­szedł do klu­bu Pol­ska Jest Naj­waż­niej­sza. Start do Sej­mu z list tego ugru­po­wa­nia w 2011 r. nie przy­niósł mu man­da­tu. Czy teraz się uda? Śmiem wątpić.

Cuch­ną­cy pro­blem wyborczy

Nie wia­do­mo, skąd wzię­ły się zani­żo­ne wyni­ki badań tok­sycz­ne­go sta­wu Kali­na w Świę­to­chło­wi­cach, i kto za to odpo­wia­da. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne jest, że gmi­na będzie musia­ła zwró­cić kil­ka­dzie­siąt milio­nów zło­tych unij­nej dota­cji, bo zasto­so­wa­na tech­no­lo­gia rewi­ta­li­za­cji nie zapew­nia uzy­ska­nia efek­tu ekologicznego.

Nie cich­nie skan­dal wywo­ła­ny skan­da­lem wokół rewi­ta­li­za­cji sta­wu Kali­na w Świę­to­chło­wi­cach na Ślą­sku. Mia­ło być pięk­nie – cuch­ną­cy ściek pełen tok­sycz­nych feno­li i innych rako­twór­czych związ­ków, dzię­ki pie­nią­dzom z Unii Euro­pej­skiej miał się zamie­nić w czy­sty staw, w któ­rym będą pły­wać ryby i wypo­czy­wać mieszkańcy.

kalina

Tak przy­naj­mniej obie­cy­wał pre­zy­dent mia­sta Dawid Kostemp­ski i taką eko­lo­gicz­ną wizję roz­ta­czał przed oszo­ło­mio­ny­mi świę­to­chło­wi­cza­na­mi. Z kal­ku­la­cji kosz­tów wyszło, że na oczysz­cze­nie trze­ba 30 mln zł. W 85 pro­cen­tach mia­ła to pokryć unij­na dota­cja. Prze­targ na pra­ce, któ­re mia­ły się zakoń­czyć w lip­cu przy­szłe­go roku, wygra­ło kon­sor­cjum z fir­mą VIG na czele.

Kil­ka­na­ście dni temu z inwe­sty­cji, z któ­rej pre­zy­dent Kostemp­ski chciał zro­bić atut wybor­czy, wyco­fa­ło się kon­sor­cjum firm. Na nic zda­ły się despe­rac­kie pró­by rato­wa­nia resz­tek wia­ry­god­no­ści przez Kostemp­skie­go i jego eki­pę. Niko­go nie prze­ko­na­ła ich argu­men­ty i ama­torsz­czy­zna na kon­fe­ren­cji pra­so­wej oraz zapew­nie­nia, że to gmi­na wypo­wie­dzia­ła wyko­naw­cy umowę.

Było jed­nak odwrot­nie. Z inwe­sty­cji wyco­fa­ło się konsorcjum.

– Naszym zda­niem nie ma moż­li­wo­ści oczysz­cze­nia wody sta­wu Kali­na, czy­li osią­gnię­cia efek­tu eko­lo­gicz­ne­go w zapro­jek­to­wa­nej tech­no­lo­gii aera­cji ze wzglę­du na wie­lo­krot­ne prze­kro­cze­nia indek­su feno­li. Przy­ję­ta tech­no­lo­gia napo­wie­trza­nia jest rów­nież szko­dli­wa ze wzglę­du na zagro­że­nie wpro­wa­dze­nia do powie­trza nie­bez­piecz­nych dla zdro­wia i życia ludz­kie­go innych tok­sycz­nych sub­stan­cji, któ­re znaj­du­ją się w sta­wie – przy­zna­je Zdzi­sław Sewe­ryn, pre­zes zarzą­du spół­ki VIG.

Cóż to jest ten efekt eko­lo­gicz­ny”? Otóż Unia Euro­pej­ska nie daje pie­nię­dzy na pięk­ne oczy. Trze­ba było wymy­ślić patent”, czy­li prze­ko­nać o tym, że dzię­ki pie­nią­dzom UE nad Kali­na będzie czy­ste nie­bo, trwa zie­lo­na a woda – źró­dla­na, zamiast tej brą­zo­wej pulpy.

Bez efek­tu

Jak wyni­ka z umo­wy, mier­ni­kiem efek­tu eko­lo­gicz­ne­go” miał być poziom stę­że­nia feno­li, któ­ry powi­nien być nie więk­szy niż 2 mg/​l (czy­li zgod­nie z roz­po­rzą­dze­niem Mini­stra Śro­do­wi­ska odpo­wia­dać wyma­ga­niom sta­wia­nym przez wody śród­lą­do­we będą­ce śro­do­wi­skiem życia ryb w warun­kach natu­ral­nych”) oraz uniesz­ko­dli­wie­nie co naj­mniej 20 tysię­cy ton (!) osa­dów z dna stawu.

- Stwier­dzi­li­śmy, że stę­że­nie feno­li waha­ło się od 220 do 1700 mg/​l. Było to znacz­nie wię­cej, niż wyni­ka­ło z danych prze­ka­za­nych nam przez Urząd Mia­sta przed prze­tar­giem – mówi Sewe­ryn.

Zapla­no­wa­na meto­da napo­wie­trza­nia sta­wu (aera­cja likwi­du­je feno­le) nie może być sto­so­wa­na. Za duże jest stę­że­nie tych związ­ków che­micz­nych. Roz­grze­ba­nie” Kali­ny spo­wo­do­wa­ło, że ze sta­wu zaczę­ły się uno­sić tru­ją­ce opa­ry w więk­szym niż do tej pory stężeniu.

Nadal nie wia­do­mo, dla­cze­go pro­jekt rewi­ta­li­za­cji, któ­ry zło­żo­no do wnio­sku o dota­cję unij­ną nie zakła­dał wła­ści­wych stężeń.

– Nie moż­na było osią­gnąć cze­go­kol­wiek przy zasto­so­wa­niu tej meto­dy, któ­ra for­so­wa­li pod­wład­ni Kostemp­skie­go. To wyrzu­co­ne pie­nią­dze. Sądzę, że dla pre­zy­den­ta liczył się efekt medial­ny, a nie eko­lo­gicz­ny – wyja­śnia jeden z urzęd­ni­ków świę­to­chło­wic­kie­go magistratu.

To ozna­cza, że cała ope­ra­cja pt. rewi­ta­li­za­cja sta­wu Kali­na” była pozor­na, i nie­wy­klu­czo­ne że jej orga­ni­za­to­rom moż­na będzie posta­wić przy­naj­mniej zarzut oszustwa.

Inspek­tor nic nie wie

Nie­praw­do­po­dob­nie jest tak­że to, że do nad­zo­ru nad pro­jek­tem, w któ­ry chcia­no wpom­po­wać kil­ka­dzie­siąt milio­nów zło­tych, nie został zaan­ga­żo­wa­ny Woje­wódz­ki Inspek­to­rat Ochro­ny Śro­do­wi­ska w Katowicach.

- Jako inspek­cja nie uczest­ni­czy­li­śmy w przy­go­to­wy­wa­niu pro­jek­tu rewi­ta­li­za­cji tego miej­sca, nie posia­da­my więc wyni­ków badań i eks­per­tyz, nie uczest­ni­czy­li­śmy też w żaden spo­sób w wybo­rze meto­dy rewi­ta­li­za­cji. Całość tema­tu pro­wa­dzi Urząd Mia­sta w Świę­to­chło­wi­cach, któ­ry posia­da peł­ną doku­men­ta­cję, kon­tro­lu­je prze­bieg pro­wa­dzo­nych prac i podej­mu­je wszel­kie decy­zje z nimi związane 

potwier­dza nasze szo­ku­ją­ce usta­le­nia Anna Wrze­śniak, Ślą­ski Woje­wódz­ki Inspek­tor Ochro­ny Śro­do­wi­ska w Katowicach.

- Do spra­wy rewi­ta­li­za­cji sta­wu Kali­na Woje­wódz­ki Inspek­to­rat Ochro­ny Śro­do­wi­ska w Kato­wi­cach będzie mógł się włą­czyć dopie­ro po zakoń­cze­niu prac. Nasza rola będzie pole­gać na spraw­dze­niu efek­tu eko­lo­gicz­ne­go, o ile Urząd Mia­sta zwró­ci się o to do nas – dodaje.

Nie mniej waż­ny dla miesz­kań­ców jest wymiar zdro­wot­ny, bowiem wraz z roz­po­czę­ciem prac rekul­ty­wa­cyj­nych, do atmos­fe­ry prze­do­sta­ją się zwięk­szo­ne ilo­ści tok­sycz­nych sub­stan­cji. To sub­stan­cje, któ­re mogą wywo­łać wzrost zacho­ro­wań na cho­ro­by nowo­two­ro­we i wady pło­du. Wszyst­ko wska­zu­je na to, że Dawid Kostemp­ski (zwa­ny w par­tyj­nych krę­gach Del­fi­nem), nie­gdyś nadzie­ja ślą­skiej Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej, poważ­nie nara­ził życie i zdro­wie miesz­kań­ców Świętochłowic.

Nie­daw­no rad­ni Świę­to­chło­wic przy­ję­li uchwa­łę zobo­wią­zu­ją­cą prze­wod­ni­czą­ce­go Rady Miej­skiej do poin­for­mo­wa­nia o zaist­nia­łej sytu­acji m.in. Naj­wyż­szą Izbę Kon­tro­li, Agen­cję Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­ne­go, Cen­tral­ne Biu­ro Anty­ko­rup­cyj­ne, i Pro­ku­ra­tu­rę Ape­la­cyj­ną w Kato­wi­cach. Oto­cze­nie pre­zy­den­ta jest jed­nak spo­koj­ne. Ufa­ją miej­skim opo­wie­ściom o tym, że ich szef jest moc­ny, i mogą mu skoczyć”.

Mac­ki bez­pie­ki wokół Zbi­gnie­wa Religi

Pro­fe­sor Zbi­gniew Reli­ga był na Ślą­sku przez nie­mal czte­ry lata inwi­gi­lo­wa­ny przez Służ­bę Bez­pie­czeń­stwa. Do same­go koń­ca PRL‑u kon­tro­lo­wa­no jego kore­spon­den­cję, a dono­si­ło na nie­go co naj­mniej dwóch szpicli.

Nawet SB doce­nia­ła talent i oso­bo­wość pro­fe­so­ra Zbi­gnie­wa Reli­gi. Świad­czy o tym kryp­to­nim kwe­stio­na­riu­sza ewi­den­cyj­ne­go, w któ­rym roz­pra­co­wy­wa­no kar­dio­chi­rur­ga – Uni­kat”. Zało­że­nie takie­go kwe­stio­na­riu­sza ozna­cza­ło, że SB inte­re­so­wa­ła się taką oso­bą. Wnio­sek o inwi­gi­la­cję Zbi­gnie­wa Reli­gi zło­żył 12 grud­nia 1986 r. kapi­tan Jerzy Obtu­ło­wicz z SB w Zabrzu.

religa

Docent Reli­ga od dwóch lat pra­co­wał na Ślą­sku – był m.in. kie­row­ni­kiem Kate­dry i Kli­ni­ki Kar­dio­chi­rur­gii Ślą­skiej Aka­de­mii Medycz­nej w Kato­wi­cach – Wydzia­łu Lekar­skie­go w Zabrzu. Z kolei Obtu­ło­wicz był doświad­czo­nym esbe­kiem. Oprócz tego, że inwi­gi­lo­wał śro­do­wi­sko naukow­ców i stu­den­tów medy­cy­ny w Zabrzu, roz­pra­co­wy­wał rów­nież Soli­dar­ność Walczącą”.

Cóż tak zanie­po­ko­iło kapi­ta­na Obtu­ło­wi­cza, że rok po uda­nym prze­szcze­pie ser­ca przez docen­ta Reli­gę, zde­cy­do­wał się na inwi­gi­la­cję kar­dio­chi­rur­ga? To banal­ne. W aktach prze­cho­wy­wa­nych w archi­wum IPN w Kato­wi­cach zacho­wał się mel­du­nek, że 21 listo­pa­da 1986 r. uzy­ska­no agen­tu­ral­ną infor­ma­cję o Reli­dze, któ­ra była uza­sad­nie­niem zało­że­nia Kwe­stio­na­riu­sza Ewi­den­cyj­ne­go kryp­to­nim Uni­kat”. Reli­ga poja­wiał się w doku­men­tach SB jako oso­ba roz­pra­co­wy­wa­na, czy­li figurant.

Agent dono­sił, że kardiochirurg:

Pre­zen­tu­je opo­zy­cyj­ne do władz poglą­dy. Pod­czas dys­ku­sji pro­wo­ku­je tema­ty poli­tycz­ne o cha­rak­te­rze nega­tyw­nym. Z roz­mów jakie pro­wa­dzi doc. Z. Reli­ga wyni­ka, iż dys­po­nu­je mate­ria­ła­mi i wydaw­nic­twa­mi pod­ziem­ny­mi, jak­kol­wiek sam ich nie kol­por­tu­je. Z ope­ra­cyj­ne­go roz­po­zna­nia wyni­ka, że w sprzy­ja­ją­cych warun­kach może pod­jąć dzia­ła­nia o cha­rak­te­rze nega­tyw­nym politycznie”.

Po tym dono­sie machi­na inwi­gi­la­cji Reli­gi ruszy­ła. Infor­ma­to­rzy SB dzia­ła­li nawet pod­czas spo­tkań towa­rzy­skich. Jeden z takich dono­sów powstał wio­sną 1987 r.

Figu­rant w dniu 27.02.1987 będąc pod wpły­wem alko­ho­lu prze­ka­zał swój samo­chód do pro­wa­dze­nia swe­mu kole­dze dr Jano­wi Brzo­zow­skie­mu, któ­ry był rów­nież pod wpły­wem alko­ho­lu. Zatrzy­ma­ny przez funk­cjo­na­riu­szy wywo­łał awan­tu­rę. Od kie­row­cy dra J. Brzo­zow­skie­go pobra­no krew, któ­ra po bada­niu zawie­ra­ła 2,1 pro­mi­la. Figu­rant (czy­li Z. Reli­ga – przyp. TS) wyko­rzy­stu­jąc swój sta­tus zawo­do­wy i zwią­za­na z tym pozy­cje spo­łecz­ną sta­ra się wymu­sić m.in. na Kole­gium ds. Wykro­czeń w Zabrzu umo­rze­nie spra­wy wobec dr. J. Brzozowskiego”.

– Na mili­cję zadzwo­nił jeden z uczest­ni­ków tego przy­ję­cia, z któ­rym Reli­ga miał ostry kon­flikt. Spra­wa była gło­śna w śro­do­wi­sku, a Reli­ga wie­dział, kto chciał go wro­bić, bo powie­dzie­li mu to … mili­cjan­ci – wspo­mi­na jeden z eme­ry­to­wa­nych pro­fe­so­rów uczelni.

Czy­ta­jąc zacho­wa­ne w IPN akta Uni­ka­ta” moż­na dziś poznać pseu­do­ni­my infor­ma­to­rów SB, któ­rzy dono­si­li na pro­fe­so­ra Reli­gę w Zabrzu. Sieć była gęsta. Czy prof. Reli­ga widział, kto na nie­go dono­sił? W wywia­dzie-rze­ce Jana Osiec­kie­go Zbi­gniew Reli­ga. Czło­wiek z ser­cem na dło­ni”, pro­fe­sor tak wspominał:

O tym, że ktoś na mnie dono­sił, dowie­dzia­łem się w trak­cie spraw­dza­nia przez sąd moje­go oświad­cze­nia lustra­cyj­ne­go przed wybo­ra­mi pre­zy­denc­ki­mi. Sędzia nawet pytał, czy chcę zoba­czyć listę agen­tów, któ­rzy byli w moim oto­cze­niu. Odmó­wi­łem. […] Taka wie­dza chy­ba nie uła­twia życia, wręcz prze­ciw­nie, raczej je utrud­nia. Po co zatru­wać się myślą, że ktoś, kogo darzy­łem sym­pa­tią i zaufa­niem, na mnie dono­sił? […] Sądzę, żebym mu wyba­czył, ale wolał­bym nie wie­dzieć, że mi ktoś bli­ski coś takie­go zrobił”. 

Na pro­fe­so­ra nie dono­sił nikt bli­ski. Uda­ło się usta­lić dane agen­ta o pseu­do­ni­mie Ana­tom”. To Jerzy Nożyń­ski, któ­ry został zwer­bo­wa­ny w 1977 roku, w cza­sie kie­dy był stu­den­tem Ślą­skiej Aka­de­mii Medycz­nej. Ana­tom” pra­cę w WOK roz­po­czął w 1985 roku. Obec­nie pra­cu­je w Ślą­skim Cen­trum Cho­rób Ser­ca w Zabrzu.

W czerw­cu 1987 roku kpt. Obtu­ło­wicz raportował:

Z roz­po­zna­nia ope­ra­cyj­ne­go pro­wa­dzo­ne­go przez t.w. Ana­tom” i k.s. SP” wyni­ka, iż doc. Z. Reli­ga zak­ty­wi­zo­wał swo­ją dzia­łal­ność spo­łecz­ną i nauko­wą. Po udzia­le jako dele­gat na Zjazd PRON kil­ka­krot­nie wyjeż­dżał do Cze­cho­sło­wa­cji w spra­wie prze­szcze­pu sztucz­nej ner­ki i sztucz­ne­go ser­ca. Był rów­nież gościem Kró­lew­skie­go Insty­tu­tu Kar­dio­lo­gicz­ne­go w Szwe­cji. Doc. Reli­ga spo­dzie­wa się przy­śpie­sze­nia swo­jej nomi­na­cji na sto­pień profesorski”.

TW to taj­ny współ­pra­cow­nik, a k.s. – kon­takt służbowy.

Kil­ka mie­się­cy póź­niej TW Ana­tom” i KS SP” dono­si­li, że:

W ostat­nim okre­sie u doc. Z. Reli­gi w jego świa­to­po­glą­dzie i kon­tak­tach z ludź­mi zacho­dzą dostrze­gal­ne zmia­ny. Począt­ko­wo jak sam twier­dzi odpo­wia­da­ła mu filo­zo­fia Kuro­nia. Przy­jazd do Zabrza i pomoc władz par­tyj­nych zmu­si­ła go do zwe­ry­fi­ko­wa­nia swo­ich poglą­dów. Z kle­rem utrzy­mu­je sto­sun­ki na tyle popraw­ne, ile wyma­ga­ją tego wzglę­dy służ­bo­we. Nie­zmier­nie pozy­tyw­nie odno­si się do władz par­tyj­nych KM PZPR. Wią­że się to rów­nież z jego przej­ściem wraz z zespo­łem do nowe­go ośrod­ka w Kato­wi­cach Ochojcu”.

Pod koniec listo­pa­da 1987 roku w dono­sach poja­wi­ła się cen­na z punk­tu widze­nia SB infor­ma­cja. Ana­tom” i SP” infor­mo­wa­li o kon­flik­cie pomię­dzy Z. Reli­ga a dyrek­to­rem Woje­wódz­kie­go Ośrod­ka Kar­dio­lo­gicz­ne­go, prof. Sta­ni­sła­wem Pasy­kiem, któ­ry był bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym kardiochirurga.

Wśród wie­lu przy­czyn poważ­nym argu­men­tem jest brak sub­or­dy­na­cji figu­ran­ta wobec swe­go zwierzch­ni­ka. Dyrek­tor WOK doma­ga się kon­sul­ta­cji i wyłącz­no­ści decy­zji w pro­wa­dzo­nych przez doc. Z. Reli­gę ope­ra­cji prze­szcze­pów ser­ca. Uza­sad­nia to dużą ceną zabie­gu i dużą śmier­tel­no­ścią. Swo­je argu­men­ty prze­ka­zał par­tyj­nym wła­dzom woje­wódz­kim i Rek­to­ro­wi Śl. AM w Kato­wi­cach. Poseł prof. Hager-Małec­ka przed­sta­wi­ła to jako głos posel­ski doma­ga­jąc się więk­szej ilo­ści zabie­gów tań­szych i ratu­ją­cych życie w miej­sce prze­szcze­pów ser­ca. W odpo­wie­dzi figu­rant nawią­zał ści­słą współ­pra­cę z Ban­kiem Tka­nek w Kato­wi­cach. W myśl poro­zu­mie­nia otrzy­my­wać będzie ze zwłok zastaw­ki ser­ca i przy­go­to­wy­wać z nich prze­szcze­py aktu­al­nie spro­wa­dza­ne za dewi­zy. Doce­lo­wo oszczęd­ność wyno­sić będzie ok. 2000 $ na 1 sztu­ce (1 zastaw­ce). Doc. Reli­ga do dnia 15.11.87 r. prze­by­wał na zwol­nie­niu lekar­skim w War­sza­wie w związ­ku z dole­gli­wo­ścią kręgosłupa”.

Dużo uwa­gi SB poświę­ca­ła spra­wie zasta­wek. Podej­rze­wa­no, że z ich sprze­da­ży na Zachód, Reli­ga zarabia.

Z roz­po­zna­nia ope­ra­cyj­ne­go pro­wa­dzo­ne­go przez TW ps. Ana­tom wyni­ka, że po urlo­pie doc. Z. Reli­ga przy­stą­pił do nawią­za­nia i zacie­śnie­nia współ­pra­cy z naukow­ca­mi radziec­ki­mi. W dal­szym cią­gu kon­kre­ty­zu­je się współ­pra­ca z Ban­kiem Tka­nek i moż­li­wo­ści sprze­da­ży zasta­wek na ryn­ki zachod­nie, głów­nie do USARFN. Doc. Reli­ga w spo­sób zde­cy­do­wa­ny potę­pił okres straj­ko­wy i straj­ku­ją­cych stwier­dza­jąc, iż jest to kolej­ny hamu­lec dla kra­ju i nie­prze­my­śla­nych dzia­łań b. związ­ków solidarnościowych”

– moż­na prze­czy­tać w infor­ma­cji z czerw­ca 1988 r.

Ostat­ni zacho­wa­ny donos na prof. Reli­gę jest z 20.06.1989 r.

Z roz­po­zna­nia ope­ra­cyj­ne­go pro­wa­dzo­ne­go przez t.w. ps. Ana­tom, ks. SP” i KK” wyni­ka, że figu­rant KA 63275 Z. Reli­ga po przy­jeź­dzie na Śląsk odciął się od wszel­kich związ­ków opo­zy­cyj­nych, co wie­lo­krot­nie publicz­nie przy­zna­wał i stał się lojal­nym wobec rzą­du i władz poli­tycz­nych oby­wa­te­lem. Za oka­za­ną mu pomoc w spo­koj­nym kon­ty­nu­owa­niu pra­cy nauko­wej i prak­tycz­nej w dzie­dzi­nie kar­dio­chi­rur­gii. Uwień­cze­niem jego pra­cy i pozy­cji jaką zaj­mu­je w pol­skiej kar­dio­chi­rur­gii sta­ło się wysu­nię­cie Z. Reli­gii (sic!) przez śro­do­wi­sko lekar­skie na kan­dy­da­ta do Sena­tu w 1989 r”.

Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa inwi­gi­la­cję prof. Zbi­gnie­wa Reli­gi zakoń­czy­ła 21 czerw­ca 1989 r.

Kwa­śniew­ski

Po eks­ce­sach Alek­san­dra Kwa­śniew­skie­go w Char­ko­wie, jego dziw­nych kon­tak­tach biz­ne­so­wych itp. wła­ści­wie nic nie powin­no mnie zdzi­wić ani zaskoczyć.

A jed­nak…