Jeżeli Was zainteresuje dyskusja z moim udziałem, to polecam obejrzenie nagrania. Ostrzegam – ciekawe, ale długie…
polityka
There are 168 posts filed in polityka (this is page 1 of 17).
Akt strzelisty
Dotarłem do pewnego bardzo ciekawego dokumentu, związanego z epidemią ołowicy w Szopienicach. To tak a propos serialu „Ołowiane dzieci”.
To cenny dokument. Wskazuje prawidłowo postawioną diagnozę, ale także zdumiewającą chęć do współpracy z władzami w ukrywaniu trującego problemu przed społeczeństwem. Przypomina trochę zachowanie władz w 1986 roku po katastrofie w elektrowni atomowej w Czarnobylu.

16 września 1974 roku prof. dr hab. Bożena Hager-Małecka, która była wówczas Kierownikiem Katedry i Kliniki Pediatrii Śląskiej Akademii Medycznej, a zarazem konsultantem wojewódzkim ds. pediatrii, pisze 6‑stronnicową notatkę do I Sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach Zdzisława Grudnia. Notatka, która dotyczy „zachorowania na ołowicę dzieci z terenu Katowic” jest „ściśle tajna” i „do rąk własnych” partyjnego notabla.
Profesor najpierw wyjaśnia, skąd się bierze zachorowanie na ołowicę, jakie są objawy tej choroby i skutki. Informuje, że w Klinice 2⁄3 chorych dzieci, u których rozpoznano ołowicę, może być niepełnosprawna fizycznie i intelektualnie.
Jednocześnie uspokaja Grudnia, bo w krajach kapitalistycznych jest gorzej:
„Opublikowane w 1971 r. wyniki badań nad zawartością ołowiu w powietrzu dziesięciu miast polskich (w ramach współpracy polsko-amerykańskiej) wykazały, że znaczne przekroczenie dopuszczalnej normy występuje jedynie w Katowicach (1,62 ug/m3).
Niektóre miasta USA i Europy przekraczają tę normę w jeszcze większym stopniu: Detroit – 4,8 ug/m3, Los Angeles 7,6, Mediolan 0,55–35,9.”
Jednak mimo tego na Śląsku sytuacja jest zła:
„Z końcem lipca b.r. rozpoznano ciężkie zatrucie ołowiem u 2 dzieci leczonych w I Klinice Pediatrii Śl. AM w Zabrzu z powodu bardzo rzadkiej i dziedzicznej choroby (mukopolisacharydozy). Równocześnie u 2 dzieci rozpoznano ołowicę w oddziale dziecięcym szpitala w Katowicach-Janowie. […] Jako konsultant wojewódzki ds. pediatrii wizytowałam oddział dziecięcy w Katowicach-Janowie, gdzie przebywało 2 dzieci. Zaproponowałam leczenie ołowicy metoda skuteczniejszą, stosowaną w klinice dziecięcej w Zabrzu.
Zastosowałam postępowanie, które uznałam za skuteczne i równocześnie zabezpieczające dyskrecję: jednej z zatrudnionych w obu poradniach lekarce, dr Jolancie Król, zaproponowałam przygotowanie wykazu wszystkich dzieci w wieku 0–15 lat mieszkających w najbliższym sąsiedztwie huty i wykazujących objawy choroby stanowiącej przedmiot dociekań. W tym samym dniu udałam się do dyrektora Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Katowicach, by przedstawić swój punkt widzenia i dostosować go do decyzji dyrektora na prowadzenie akcji przeciwdziałania chorobie wśród dzieci.
Okazało się, że dyrektor, dr med. K. Grzybowski, pozostaje w kontakcie z władzami i przeprowadził szereg czynności: laborantka ZOZ (mgr Michalska) w Szopienicach szkoli się w Instytucie Medycyny Pracy w Sosnowcu w zakresie badań diagnostycznych ołowicy, by je prowadzić następnie w miejscowym laboratorium; wykonano wyżej wspomniane pomiary zanieczyszczeń ołowiem w terenach, z których pochodziły chore dzieci – wykazano wysokie przekroczenie dopuszczalnych norm; uzyskano spis mieszkańców interesującego nas terenu, jednakże bez dokładnych adresów i wieku dzieci.
Na moje wyraźne zapytanie uzyskałam odpowiedź dyrektora dr. med. K. Grzybowskiego, że cała sprawa należy do jego kompetencji i bierze z tytułu pełnionego stanowiska za nią odpowiedzialność. Proponował, bym jako konsultant wojewódzki ds. pediatrii pomogła w realizacji programu akcji w odniesieniu do dzieci. Wizyta złożona w Instytucie Medycyny Pracy w Sosnowcu pozwoliła na uzyskanie rad ze strony najlepszych specjalistów w zakresie ołowicy, doc. dr. K. Marka i dr. med. Kłopotowskiego.
Zaraz po powrocie z urlopu dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Matki i Dziecka dr Kajzerowej, tj. po siedmiu dniach, odwiedziłyśmy wspólnie poradnię. Jako konsultant wojewódzki nie mam uprawnień administracyjnych, a tylko prawo służenia radą fachową. Dr Kajzerowa wydała odpowiednie polecenia dr Jolancie Król i jednej, najwyżej ocenianej, pielęgniarce.
Dr J. Król przedstawiła wykaz 390 dzieci. Na podstawie wstępnych badań przewidziano trzy grupy dzieci: zdrowe, chore na ołowicę, kierowane bezpośrednio do kliniki dziecięcej w Zabrzu i podejrzane o chorobę, kierowane do poradni hematologicznej przy klinice (kierownik dr med. M. Sroczyńska).
Zalecono nie wydawać żadnych zaświadczeń o zachorowaniu dziecka na ołowicę. Dr Król w ciągu całej swej działalności nie wymieniła ani razu słowa „ołowica”, tłumacząc potrzebę wykonywania badań okresowych dzieci i ewentualną ocenę złych warunków mieszkaniowych. Na usilne naleganie rodziców uzależniających oddanie następnych dzieci do leczenia szpitalnego od posiadania odpowiedniego zaświadczenia wydano, być może przedwcześnie, dwa zaświadczenia o ołowicy rodzinie K[…] i Ch[…]”.
Sytuacja była poważna, czego prof. Hager-Małecka nie ukrywała przed I Sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
„Do dnia 15 września ukończono zaplanowane badania wstępne. Dr J. Król przebadała 374 dzieci;
– ołowicę rozpoznano u 78 dzieci;
– podejrzanych, wymagających szczegółowej diagnostyki jest ponad 72 dzieci;
– dzieci ze szkoły specjalnej mają wyniki badań przemawiające za ołowicą;
– aktualnie leczonych w klinice i szpitalu jest 18 dzieci. Stąd część jest już przekazana do oddziału przedłużonej terapii kliniki dziecięcej w Zabrzu, w Katowicach-Ligocie. Za staraniem dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Matki i Dziecka dzieci te zostaną następnie umieszczone w sanatoriach.
Dużą trudność w prowadzeniu akcji stanowi niechęć rodziców dzieci do rozstawania się z nimi na okres leczenia. Niestety dalsze utrzymywanie tajemnicy wobec dzieci intensywnie leczonych nie jest możliwe. Rodzice dopominają się informacji co do celowości stosowanego leczenia i jego wyników”.
Prof. Hager-Małecka proponuje tow. Z. Grudniowi sposoby na uniknięcie paniki wśród mieszkańców:
„1. Jak najszybsze leczenie wszystkich dzieci: pierwszy etap w klinice, następnie, do uzyskania mieszkania, w sanatorium. Kierowanie dzieci bezpośrednio do sanatorium nie wydaje się słuszne ze względu na specjalny typ badań laboratoryjnych koniecznych do prowadzenia leczenia, a także na niebezpieczeństwo budzenia sensacji w nieprzystosowanych do tego typu zagadnień środowiskach sanatoryjnych (małomiasteczkowy charakter uzdrowisk).
2. Dla szybkiego wykrywania zachorowań prowadzenie przez wojewódzkie stacje sanitarno-epidemiologiczne pomiarów zanieczyszczeń atmosfery w tych miejscowościach województwa, gdzie zachodzi możliwość skażenia atmosfery.
3. W miejscowościach wykazujących przekraczanie dopuszczalnych norm zanieczyszczeń powietrza (także w Katowicach-Szopienicach) pobierać od osób przebywających z jakichkolwiek przyczyn w szpitalu (zwłaszcza od kobiet rodzących) materiał (krew i mocz) do odpowiednich badań mających na celu wykrycie zatrucia. Chorzy nie są zorientowani co do tego, jakim celem służą pobierane od nich próby.
4. W miejscowościach zagrożonych, a także (dla przeciwstawienia) w dzielnicach o czystej atmosferze wykonywać okresowe przeglądy zdrowotności dzieci zarówno szkolnych, jak i przedszkolnych i niemowląt, z uwzględnieniem badań ukierunkowanych na zatrucia metalami ciężkimi.
5. Przeprowadzić do bezpiecznych mieszkań rodziny dzieci chorujących na ołowicę. W pierwszej kolejności należałoby uwzględnić najliczniejsze zachorowania w rodzinie i zamieszkujących na parterze i pierwszym piętrze. W następnej kolejności zamieszkujących na wyższych piętrach i w dalszej odległości do huty. Zamknięcie huty nie wydaje się słuszne, gdyż znaczne skażenie dotyczy ziemi. W tej sprawie konieczna jest wypowiedź specjalistów w zakresie ochrony środowiska.
Opierając się na dotychczasowych wynikach badań, przedstawiam w załączeniu prowizoryczny, wynikający z przesłanek czysto lekarskich wykaz rodzin zasługujących na zmianę mieszkania w pierwszej kolejności (zał. a).
6. Może należałoby rozważyć celowość zorganizowania przez komitet blokowy zebrania dla mieszkańców zagrożonego terenu z udziałem lekarzy?”
Rozmowa w Radio Wnet
Niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) w latach 90. przyjęła strategię agresywnej penetracji polskiego życia publicznego i gospodarczego. Zamiast wycofać oficerów, Niemcy zmienili ich „legendy”. Służby wywiadowcze RFN masowo wykorzystywały przykrycia dyplomatyczne, biznesowe, a także – co budzi do dziś największe kontrowersje – działalność fundacji politycznych i stowarzyszeń kulturalnych.
I tak sobie porozmawialiśmy red. Katarzyną Adamiak niemalże bladym świtam. Było miło.
Asymetria naiwności. Jak polskie służby „wyszły” z Niemiec, a BND zostało w Polsce.
Gdy po 1989 roku Polska odzyskiwała powoli suwerenność, w gabinetach szefów rodzącego się Urzędu Ochrony Państwa zapadła decyzja, która na dekady zdefiniowała naszą pozycję w Europie: sojuszników się nie szpieguje.
W imię budowy zaufania i wspólnej drogi do NATO, Warszawa dobrowolnie „oślepiła się” na kierunku berlińskim, likwidując rezydentury i wygaszając agenturę. Jednak w świecie służb specjalnych próżnia nie istnieje. Podczas gdy polscy oficerowie otrzymali zakaz operowania nad Szprewą, niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) i kontrwywiad wojskowy (MAD) potraktowały Polskę jak poligon.

Od agresywnego wywiadu gospodarczego w czasie prywatyzacji, przez werbunek oficerów Wojska Polskiego, aż po systemową inwigilację polskich ministerstw – historia relacji wywiadowczych III RP z Niemcami to kronika naiwności, za którą przyszło nam zapłacić najwyższą cenę: strategiczne zaskoczenie projektami takimi jak Nord Stream.
Po 1989 roku, w imię politycznego resetu i dążenia do struktur zachodnich, Warszawa podjęła bezprecedensową decyzję o faktycznym wygaszeniu operacji wywiadowczych na terenie Niemiec. W tym samym czasie niemiecki wywiad cywilny – Bundesnachrichtendienst (BND) nie tylko nie zwolnił tempa, ale zintensyfikował działania, traktując Polskę jako poligon doświadczalny i strefę buforową. Historia relacji służb specjalnych III RP i RFN to studium jednostronnego rozbrojenia.
Wśród funkcjonariuszy dawnego Urzędu Ochrony Państwa (UOP) do dziś krążą opowieści o „politycznym zakazie”, który na początku lat 90. sparaliżował polski wywiad na kierunku niemieckim. W czasie, gdy Krzysztof Kozłowski i inni architekci nowych służb nieudolnie budowali fundamenty demokratycznej kontroli nad resortami siłowymi, zapadła niepisana, lecz rygorystycznie przestrzegana decyzja: sojuszników się nie szpieguje. Niemcy jako główny adwokat polskiej akcesji do NATO i UE, otrzymały od Warszawy swoisty immunitet wywiadowczy.
Problem w tym, że w Pullach (ówczesnej siedzibie BND) nikt podobnych rozkazów nie wydał.
Doktryna jednostronnego zaufania
Decyzja o wycofaniu aktywów wywiadowczych z Niemiec była podyktowana geopolityką. Rząd Tadeusza Mazowieckiego, a następnie kolejne gabinety solidarnościowe, wychodziły z założenia, że budowa zaufania wymaga pełnej transparentności. Oficerowie Zarządu Wywiadu UOP otrzymali jasny sygnał: Berlin to partner, nie cel.
„To był ewenement na skalę światową. Żaden szanujący się kraj, nawet w ramach najściślejszych sojuszy, nie rezygnuje całkowicie z rozpoznania wywiadowczego u swojego największego sąsiada. My to zrobiliśmy, licząc na wzajemność, której nigdy nie było” – mówi anonimowo były oficer pionu kontrwywiadu, aktywny w latach 90.
Skutki były natychmiastowe. Polska sieć agenturalna w Niemczech została w dużej mierze zwinięta lub „uśpiona” w sposób tak głęboki, że faktycznie przestała istnieć. Polski wywiad przeszedł na tzw. biały wywiad (analizę źródeł otwartych) i oficjalną wymianę partnerską. Tymczasem Niemcy, realizując swoją Ostpolitik, potrzebowali precyzyjnych informacji o stanie polskiej gospodarki, nastrojach społecznych i – co kluczowe – o stabilności politycznej kraju tranzytowego na Wschód.
O tym, że Niemcy przywiązują dużą uwagę do sytuacji w Polsce może świadczyć fakt, że co najmniej dwóch (?) ambasadorów miało w przeszłości związki z wywiadem. Niemieccy ambasadorowie w Polsce po 1990 r. – z doświadczeniem w służbach specjalnych.
Rüdiger Freiherr von Fritsch był ambasadorem Niemiec w Polsce w latach 2010–2014. Wcześniej pełnił funkcję wiceszefa Bundesnachrichtendienst (BND) – niemieckiej Federalnej Służby Wywiadu, czyli głównej cywilnej służby wywiadowczej RFN. Jego przejście z BND do placówki dyplomatycznej było komentowane jako „wysłanie do Warszawy dyplomaty o dużym doświadczeniu wywiadowczym”.
Arndt Freytag von Loringhoven – ambasador Niemiec w Warszawie w latach 2020–2022. Przed karierą dyplomatyczną był wiceszefem Bundesnachrichtendienst (BND) w latach 2007 – 2010.
BND: Sojusznik, który patrzy na ręce
Niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) w latach 90. przyjęła strategię agresywnej penetracji polskiego życia publicznego i gospodarczego. Zamiast wycofać oficerów, Niemcy zmienili ich „legendy”. Służby wywiadowcze RFN masowo wykorzystywały przykrycia dyplomatyczne, biznesowe, a także – co budzi do dziś największe kontrowersje – działalność fundacji politycznych i stowarzyszeń kulturalnych.
Cele BND w Polsce były wielowektorowe. To było rozpoznanie gospodarcze. Niemcy były żywotnie zainteresowane procesem prywatyzacji polskich przedsiębiorstw. Wiedza o tym, ile dany zakład jest wart i jakie są „nieoficjalne” warunki jego przejęcia, była bezcenna dla niemieckiego kapitału.
Monitorowano też środowiska niemieckiej mniejszości i nastroje na Ziemiach Odzyskanych. Penetrowano elity polityczne poprzez budowanie tzw. agentury wpływu, mającej na celu lobbowanie rozwiązań korzystnych dla Berlina w procesie negocjacyjnym z UE. Znacznie zwiększono kadrową obsadę niemieckich konsulatów w Opolu i Wrocławiu.
Polski kontrwywiad odnotowywał w połowie lat 90. wzmożoną aktywność niemieckich służb na Pomorzu i Śląsku. Dochodziło do „wojny nerwów” i cichych wydaleń dyplomatów bez medialnego rozgłosu.
Szpiedzy w sercu Polski – ujawnione przypadki
Choć polski kontrwywiad (najpierw UOP, potem ABW) miał związane ręce polityczną poprawnością, skala niemieckiej aktywności była już tak duża, że dochodziło do wpadek niemieckich szpiegów. Wiele z nich było wyciszanych dyplomatycznie, ale część ujrzała światło dzienne, obnażając mit partnerskich relacji.
W 1993 r. sąd wojskowy w Bydgoszczy skazał oficera WP ppłk. Piotra Hoffmanna na 4 lata pozbawienia wolności za szpiegostwo na rzecz wojskowego wywiadu RFN (MAD). Hoffmann jako wykładowca w Wyższej Szkole Oficerskiej w Koszalinie miał przekazywać informacje niemieckiemu wywiadowi od 1985 do 1992 r., został zatrzymany przez UOP już w realiach III RP.
Ryszard Tomaszek został zatrzymany przez UOP i aresztowany w 1991 roku. Tomaszek dostarczał Niemcom informacji w zamian za korzyści majątkowe. Dotyczyły one m.in. jednostek Wojska Polskiego. Tomaszek usiłował wykpić się tłumaczeniem, że swą działalność w 1987 r. podjął z pobudek politycznych, czyli jako przeciwnik ustroju PRL. Został skazany 9 kwietnia 1992 r. na 7 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych.
Jednak najbardziej bolesne były werbunki Polaków. Klasycznym modus operandi BND było wykorzystywanie problemów finansowych lub sentymentów proniemieckich. Co istotne – w sprawach tych często pojawiał się wątek „niskiej szkodliwości” w narracji publicznej. Przez lata dominowało przekonanie, że szpieg niemiecki to „dobry szpieg”, bo przecież jesteśmy w NATO. To uśpiło czujność.
Utracone „oczy i uszy”
Decyzja o wycofaniu operacyjnym z Niemiec miała długofalowe skutki. W kluczowych momentach dla polskiej racji stanu – takich jak negocjacje w sprawie gazociągu Nord Stream, czy później Nord Stream 2 – Warszawa była często zaskakiwana decyzjami Berlina.
Polscy decydenci nie dysponowali niejawną wiedzą o rzeczywistych powiązaniach niemieckich polityków z rosyjskim biznesem (przypadek Gerharda Schrödera), ponieważ polski wywiad nie prowadził tam aktywnej gry operacyjnej. Byliśmy skazani na to, co Niemcy chcieli nam powiedzieć oficjalnymi kanałami, lub na to, co udało się dowiedzieć z mediów.
Niemieckie służby wywiadowcze nie próżnowały. Wystarczy wspomnieć ujawnienie przez dziennikarzy tygodnika „Der Spiegel” w 2015 roku dokumentów, z których wynikało, że BND systematycznie podsłuchiwało polskie MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) oraz MSZ. Wśród celów były też polskie placówki dyplomatyczne. Berlin tłumaczył to „błędem w systemie selektorów”, ale eksperci nie mają wątpliwości: to było celowe działanie.
W odpowiedzi na ujawnienie afery, w 2016 r. Niemcy reformują prawo, de facto legalizując inwigilację instytucji unijnych i państw partnerskich w imię „interesu politycznego Niemiec”. Polska nadal pozostaje w strefie zainteresowania operacyjnego BND.
Cena poprawności
Bilans ostatnich trzech dekad wywiadowczych działań jest dla Polski niekorzystny. Podczas gdy Warszawa w imię „pojednania” dobrowolnie oślepiła się na kierunku zachodnim, Berlin pragmatycznie realizował doktrynę, w której zaufanie jest dobre, ale kontrola (wywiadowcza) jeszcze lepsza.
Przypadki ujawnionych agentów BND to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwym problemem nie są bowiem pojedynczy szpiedzy, ale systemowa zgoda polskich elit po 1989 roku na funkcjonowanie w warunkach informacyjnej asymetrii. W świecie służb specjalnych brak wzajemności nie jest traktowany jako gest dobrej woli, lecz jako oznaka słabości.
Kluczowe jest rozróżnienie dwóch niemieckich służb: BND (wywiad zagraniczny) oraz MAD (Militärischer Abschirmdienst – kontrwywiad wojskowy). O ile BND operuje na zewnątrz, o tyle MAD zajmuje się ochroną Bundeswehry, ale w Polsce obie te służby przejawiały aktywność, szczególnie w okresach napięć politycznych lub wielkich przetargów zbrojeniowych.
Choć ppłk Zbigniew J. (oficer Wojska Polskiego) został w 2014 r. skazany za szpiegostwo na rzecz Rosji, proces ten ujawnił potężną lukę w polskim kontrwywiadzie, którą przez lata wykorzystywały służby zachodnie, w tym BND i MAD. Podczas śledztwa wyszło na jaw, że polscy oficerowie, mający dostęp do tajemnic NATO, byli rutynowo „monitorowani” przez oficerów niemieckiego kontrwywiadu wojskowego (MAD).
Niemcy, pod pozorem współpracy sojuszniczej w ramach struktur NATO, prowadzili tzw. rozpoznanie sylwetkowe polskich dowódców. Zbierali dane o ich słabościach, nałogach i poglądach politycznych. W kilku przypadkach polskie służby musiały interweniować, by ograniczyć zbyt zażyłe relacje polskich oficerów z „łącznikami” z Berlina, które wykraczały poza protokół.
W roku 2000 doszło do bezpośredniego ujęcia osób powiązanych z niemieckimi służbami wojskowymi. W pobliżu portu wojennego w Gdyni zatrzymano dwóch obywateli Niemiec wyposażonych w wysokiej klasy sprzęt optyczny i nasłuchowy. Oficjalnie twierdzili, że są „pasjonatami okrętów”.
Polskie służby ustaliły, że zatrzymani współpracowali z niemieckim wywiadem morskim (podległym MAD/BND). Ich zadaniem było mapowanie ruchu polskich jednostek i testowanie czujności ochrony po wejściu Polski do programu Partnership for Peace. Sprawa zakończyła się cichym wydaleniem i oficjalnym protestem dyplomatycznym, który nigdy nie trafił na czołówki gazet.
„Operacja w martwym polu” – Inwigilacja polskiego MON
W 2015 roku, przy okazji afery Snowdena, ujawniono, że BND posiadało aktywnych informatorów lub techniczne źródła dostępu wewnątrz Ministerstwa Obrony Narodowej. Niemców interesowały polskie plany modernizacji armii, a konkretnie to, czy Polska wybierze ofertę niemiecką (np. czołgi Leopard, okręty podwodne), czy amerykańską.
Choć nie doszło do spektakularnego aresztowania „kreta” (prawdopodobnie ze względu na osłonę dyplomatyczną informatora), kontrwywiad wojskowy (SKW) musiał przeprowadzić głęboką czystkę w departamentach zamówień, po tym jak niemieckie firmy zbrojeniowe dysponowały wiedzą o tajnych parametrach przetargowych, zanim te zostały oficjalnie ogłoszone.
Agentura wpływu i „niemiecki łącznik” w Warszawie
W historii III RP odnotowano przypadki Polaków – często byłych współpracowników służb PRL – którzy po 1989 roku zostali „przejęci” przez BND.
Jeden z nich nosinazwisko często pojawiające się w opracowaniach historycznych dotyczących UOP. To wysokiej rangi urzędnik państwowy, odpowiedzialny swego czasu za politykę zagraniczną w latach 90. Przez kontrwywiad był podejrzewany o regularne przekazywanie analiz i notatek z posiedzeń rządu rezydenturze BND w Warszawie. Urzędnik nie został oskarżony o szpiegostwo (brak zgody politycznej na proces z Niemcami), ale został zmuszony do dymisji pod innym pretekstem. To klasyczny przykład „ujęcia” szpiega, który kończy się eliminacją z życia publicznego zamiast więzienia.
Polskie służby (szczególnie w latach 2007–2015) miały nieformalny priorytet: nie szukać wrogów na Zachodzie. Powodowało to, że wiele sygnałów o aktywności BND czy MAD było ignorowanych lub bagatelizowanych przez kierownictwo służb. Dopiero audyty w SKW i ABW po 2015 roku ujawniły skalę zaniedbań i to, jak głęboko niemieckie służby spenetrowały polskie procesy decyzyjne pod płaszczem „sojuszniczej wymiany informacji”.
Koniec epoki naiwności?
Dzisiaj, patrząc na puste teczki aktywów polskiego wywiadu z lat 90. i porównując je z listą „selektorów” BND wymierzonych w polskie MSZ, MSW i MON, widać wyraźnie, że partnerstwo z Berlinem było budowane na asymetrii.
Polska próbowała być prymusem nowej dyplomacji, Niemcy pozostały pragmatycznym graczem, dla którego informacja niejawna jest narzędziem budowy hegemonii. Przypadki ujętych współpracowników niemieckich służb wywiadowczych czy skandal z podsłuchiwaniem polskich polityków powinny być dla Warszawy bolesną lekcją: w świecie służb specjalnych nie ma państw „zaprzyjaźnionych” – są tylko państwa partnerskie, których interesy bywają zbieżne, ale których intencje zawsze muszą być weryfikowane.
Dopóki polskie służby nie odzyskają pełnej zdolności operacyjnej na kierunku zachodnim, będziemy jedynie pasywnym odbiorcą polityki kreowanej w Berlinie, a nasze bezpieczeństwo będzie zależeć nie od naszej wiedzy, lecz od cudzej łaski. Najwyższy czas, by „ślepa plama” na mapie polskiego wywiadu odeszła do historii wraz z epoką geopolitycznej naiwności.
Niemiecka narracja nacjonalistyczno-rewizjonistyczna
Niemiecka kampania dezinformacyjna dotycząca polskiej odpowiedzialności za Holokaust stanowi wyrafinowany mechanizm socjotechniczny, którego korzenie sięgają lat 50. XX wieku. Efekty widzimy dzisiaj.
Według prof. Grzegorza Kucharczyka, termin „polskie obozy koncentracyjne” stworzyli pod koniec lat pięćdziesiątych funkcjonariusze wywiadu RFN, którzy w czasie wojny pracowali dla III Rzeszy – byli to ludzie, którzy po kapitulacji Niemiec znaleźli się w strefach okupowanych przez aliantów zachodnich. Ten kłamliwy termin powstał w ramach wysiłku semantycznego opartego na zasadzie Goebbelsa, że kłamstwa ciągle powtarzane stają się prawdą.
Książka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe: przełomowy moment kampanii
Publikacja „Polscy burmistrzowie i Holokaust” autorstwa niemieckiego historyka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe stanowi kulminację wieloletniej kampanii zmierzającej do przerzucenia odpowiedzialności za Zagładę. Książka ta, finansowana przez niemieckie instytucje, wzbudziła ostrą krytykę Instytutu Pamięci Narodowej, który zidentyfikował szereg manipulacji historycznych.
Główne manipulacje zidentyfikowane przez IPN
Rossoliński-Liebe wprost wyraża ubolewanie, że w dotychczasowych badaniach historycznych marginalizowana była rola polskich burmistrzów. Nie dodaje jednak, że administracja lokalna była niemiecką administracją w stworzonym przez Niemców państwie „przybocznym” Rzeszy – Generalnym Gubernatorstwie, a etnicznych Polaków zatrudniano w niej jedynie jako urzędników zmuszonych do bezwzględnego posłuszeństwa.
Najbardziej rażącym elementem jest niemal całkowite zatarcie różnicy między sprawcą a ofiarą systemu. Niemiecka administracja – twórca i wykonawca Zagłady – znika w formach bezosobowych: „zadecydowano”, „postanowiono”, „nakazano”. Autor przekonuje, że „obiekty” uważane dotychczas za przeciwieństwa w badaniach, np. okupanci i okupowani, są ze sobą połączone, przestając widzieć różnice między nimi, a tym samym ogranicza odpowiedzialność Niemców za ich działanie.
Rossoliński-Liebe stwierdza wręcz, że burmistrzowie byli często bardziej odpowiedzialni za Holokaust niż Niemcy, których nazywa „niemieckimi odpowiednikami” polskich urzędników. Przypisuje burmistrzom sprawczość i posiadanie pola do „własnych projektów politycznych”, ignorując fakt, że w relacjach polsko-niemieckich w GG istniała wyłącznie podległość Polaków wobec Niemców.
Rażącym przykładem manipulacji faktograficznej jest sprawa Karola Roschildta, burmistrza Piaseczna. Według sugestii Rossolińskiego-Liebe protestował on przeciwko wywożeniu przedmiotów z getta, ponieważ chciał zachować je dla siebie, podczas gdy dokumenty wskazują na zupełnie inne motywy.
System „polskich” autorów wspierających niemiecką narrację
Prof. Bogdan Musiał w tygodniku „wSieci” opisał mechanizm kreowania polityki historycznej przez Niemcy przy wykorzystaniu polskich historyków. Triada kontrowersyjnych nazwisk wygląda tak:
Jan Tomasz Gross – nazywany w niemieckich mediach „amerykańsko-polskim historykiem”, wielokrotnie gościł w czołowych niemieckich mediach, powtarzając tezy o tym, że Polacy w czasie II wojny światowej zabili więcej Żydów niż Niemców.
Marcin Zaremba – w wywiadzie dla niemieckiej stacji MDR powtórzył tezy Grossa, uzasadniając je liczbami. Stwierdził, że między październikiem 1939 a latem 1944 zabitych zostało około 1300 Niemców, podczas gdy wydanych lub zamordowanych przez Polaków zostało ponad 10 tysięcy Żydów.
Włodzimierz Borodziej – według prof. Musiała, profesor Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego zdominował dyskurs i badania na temat stosunków Polski z zachodnim sąsiadem. Wiele wskazuje na to, że zawdzięcza swoją pozycję zakulisowemu wsparciu różnych instytucji. Po upadku komunizmu Niemcy nadal forsują jego kandydaturę na różne stanowiska.
Terror niemiecki w Generalnym Gubernatorstwie
Aby zrozumieć manipulacyjny charakter narracji Rossolińskiego-Liebe, konieczne jest przypomnienie rzeczywistych warunków okupacji. W Generalnym Gubernatorstwie na czele którego stał Hans Frank, terror prowadzony był na masową skalę. Gubernator Frank 3 października 1939 roku stwierdził, że „Polska ma być traktowana jak kolonia, a Polacy staną się niewolnikami Wielkiej Rzeszy Niemieckiej”.
- Polacy pozbawieni byli jakiejkolwiek autonomii – urzędnicy byli zmuszeni do bezwzględnego posłuszeństwa;
- Za najmniejszą pomoc Żydom groziła śmierć całej rodziny ratującego;
- Rozporządzenie gubernatora Franka z października 1941 r. mówiło wprost: „Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci”.
- Rozkaz komendanta policji Herberta Böttchera nakazywał, że w przypadku odkrycia ukrywanych Żydów wszystkie zamieszkujące tam osoby – także dzieci – mają zostać uśmiercone, a zabudowania spalone;
Reakcja na wypowiedź ambasadora USA Toma Rose’a
Wypowiedź ambasadora USA Toma Rose’a z listopada 2025 roku stanowi przełomowy moment w konfrontacji z niemiecką kampanią dezinformacyjną. Rose, sam będący Żydem, użył niezwykle mocnych sformułowań:
Kluczowe tezy wypowiedzi ambasadora:
„Zbyt długo ten naród obciążany był moralną skazą, która nigdy nie była jego – oszczerstwem, że Polska w jakikolwiek sposób ponosi odpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez innych”.
„Przekonanie, że Polska współdzieli winę za barbarzyńskie czyny dokonane przeciwko niej jest groteskowym fałszowaniem historii i w gruncie rzeczy formą «oszczerstwa krwi» („blood libel”) wymierzonym w Polskę i Polaków”.
Rose świadomie użył terminu historycznie związanego z antysemickimi oskarżeniami Żydów o mordy rytualne, odwracając go przeciwko tym, którzy oskarżają Polskę. To językowe działanie ma głębokie znaczenie – porównuje fałszywe oskarżenia Polski o współudział w Holokauście do średniowiecznych mitów o mordach rytualnych, które przez wieki były narzędziem prześladowań.
Ambasador podkreślił, że takie oskarżenia „zatruwały przez lata relacje między Żydami i Polakami, między Izraelem a Polską, a także między Stanami Zjednoczonymi i Polską”, zmuszając „do rozmów dla Polaków głęboko obraźliwych”.
Kampania dezinformacyjna po wypowiedzi Rose’a
Po wystąpieniu ambasadora Rose’a narastają próby kontynuowania kampanii rewizjonistycznej. Charakterystyczne są:
Odwołania wydarzeń promocyjnych książki Rossolińskiego-Liebe: W Niemczech i Austrii odwoływano spotkania promocyjne książki, przy czym autor przyznawał, że podobne ograniczenia spotkał już w Polsce, gdzie odmawiano organizacji spotkań w muzeach i instytucjach.
Rola niemieckich instytucji: Niemieckie telewizje publiczne, jak ZDF, systematycznie używały określenia „polskie obozy zagłady”, co doprowadziło do procesu sądowego wygranego przez polskiego więźnia Auschwitz Karola Tenderę. Mimo to praktyka ta kontynuowana jest w innych formach.
Nowy etap rewizjonizmu: Jak zauważa Jakob Schergaut, historyk z Uniwersytetu w Jenie, rewizjonizm w Niemczech ewoluował od „klasycznego negowania Holokaustu” do pośredniego krytykowania kultury pamięci jako takiej. Postępująca erozja wiedzy historycznej w Niemczech skutkuje powstaniem luk, w których łatwo zasiać fałszywe narracje.
Przypadek AfD i Stefana Scheila
Przykładem nasilającego się rewizjonizmu są działania polityków Alternatywy dla Niemiec (AfD). Stefan Scheil, historyk związany z AfD, próbował uderzyć w Polskę, publikując fałszywą narrację o „polskim imperializmie” przed wojną. Użył znaczka z polskiej poczty podziemnej z 1942 roku, przedstawiającego w propagandowy sposób przyszłe granice Polski, aby „udowodnić” polskie ambicje kolonialne w 1939 roku – całkowicie ignorując kontekst historyczny.
Inny polityk AfD, Dominik Kaufner twierdzi, że „pierwsza faza ludobójstwa rozpoczęła się w 1918 roku” (cytując Stefana Scheila) sugerując, że Polska prowadziła politykę eksterminacji Niemców. Tego rodzaju tezy znajdą poklask wśród zwolenników AfD, mimo że krytycy określają Scheila jako pseudohistoryka.
Potomek generała Stahela i nowy etap rewizjonizmu
Symptomatyczne były działania w 2014 r. Christopha Brosziesa, profesora Uniwersytetu Goethego, potomka niemieckiego generała Reinera Stahela, który domagał się, aby Muzeum Powstania Warszawskiego przestało nazywać hitlerowskiego komendanta Warszawy zbrodniarzem wojennym – mimo że Stahel jest odpowiedzialny m.in. za wydanie rozkazu rozstrzelania 600 więźniów przy ul. Rakowieckiej oraz używanie cywilów jako żywych tarcz. Jak pisała „Niedziela”, działania te „są symptomatyczne i wyznaczają nowy etap niemieckiego rewizjonizmu historycznego”.
Mechanizmy niemieckiej polityki historycznej
Niemcy do uprawiania rewizjonizmu stosują wyrafinowaną socjotechnikę. Na przestrzeni ostatnich lat powstało wiele filmów przedstawiających Niemców bardziej jako ofiary wojny niż agresorów – o alianckich nalotach bombowych, o „dobrych” esesmanach, o Hitlerze jako „postaci tragicznej”. Dowodem na to jest m.in. trzyczęściowy serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, który TVP1 wyemitowała w czerwcu 2013 r. Film wywołał dyskusję w Polsce i Niemczech, dotyczącą sposobu przedstawienia w serialu Polaków oraz problemu odpowiedzialności Niemców za zbrodnie II wojny światowej. Po emisji filmu w publicznej telewizji ZDF w marcu w niemieckich mediach rozpoczęła się burzliwa debata o odpowiedzialności „zwykłych Niemców” za zbrodnie II wojny.
Pojawia się mit „wyzwolenia” Niemiec. Koncepcja, że 8 maja 1945 Niemcy zostały „wyzwolone”, jest stałym elementem niemieckiej narracji powtarzanej od dekad. W przeprowadzanych sondażach większość Niemców jest przekonana, że ich kraj został wyzwolony od nazistowskiego reżimu. Jak zauważył prof. Bogdan Musiał: „Niemcy dziś nie wiedzą, że przegrali wojnę. Wierzą, że zostali wyzwoleni”.
Według badań z 2020 roku blisko 70 proc. Niemców uważa, że ich przodkowie nie byli oprawcami w czasach nazizmu. Prof. Andrzej Przyłębski, były ambasador RP w Niemczech, stwierdził, że „95 proc. Niemców nie zna skali zbrodni dokonywanych w Polsce”.
Rola niemieckich fundacji i instytucji
Fundacje polityczne działające w Polsce, takie jak Fundacja im. Róży Luksemburg (zbliżona do partii Die Linke), Fundacja Konrada Adenauera czy Friedricha Eberta, mają swoje przedstawicielstwa w Warszawie. Projekty są współfinansowane ze środków Federalnego Ministerstwa Rozwoju i Współpracy Niemiec. Choć oficjalnie działają w zakresie „edukacji politycznej”, ich wpływ na kształtowanie narracji historycznej budzi pytania o neutralność przekazu.
Stanowisko Międzynarodowego Sojuszu na rzecz Pamięci o Holokauście
Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście (IHRA) w swoim raporcie z 2021 roku uznał, że zniekształcanie pamięci o Holokauście jest podstępniejsze niż jego negowanie. Jednym z przykładów jest zacieranie odpowiedzialności nazistowskich Niemiec za utworzenie obozów koncentracyjnych. IHRA wymienia jako przykłady fałszowania pamięci: usprawiedliwianie lub trywializowanie znaczenia Holokaustu, pomniejszanie liczby ofiar, próby obwiniania Żydów za spowodowanie własnego ludobójstwa.
Ambasador Rose przypomniał fundamentalne fakty ignorowane w rewizjonistycznej narracji:
- Polska stworzyła jedyną sponsorowaną przez rząd podziemną instytucję w całej okupowanej Europie poświęconą wyłącznie ratowaniu Żydów – Żegotę, która uratowała tysiące, być może dziesiątki tysięcy ludzi;
- Polska była jedynym miejscem w okupowanej przez Niemcy Europie, gdzie jakikolwiek rodzaj pomocy Żydom był karany egzekucją osoby ratującej i jej całej rodziny;
- Tysiące Polaków zginęło ratując Żydów;
- Żaden kraj poza Izraelem nie zrobił więcej dla upamiętnienia Holokaustu niż Polska – z pewnością nie Niemcy, które popełniły zbrodnie, ani Rosja, która je tłumiła;
- Polska jest dziś najbezpieczniejszym krajem w Europie dla Żydów;
Perspektywy i wnioski
Kampania dezinformacyjna dotycząca polskiej odpowiedzialności za Holokaust stanowi element szerszej strategii przesunięcia odpowiedzialności moralnej i historycznej. Jak wskazuje recenzja IPN, próba przesunięcia odpowiedzialności za Holokaust może wpływać na zachodnią debatę o historii i kształtować błędne narracje o polskim współudziale.
Prof. Andrew Michta określił wypowiedź ambasadora Rose’a jako „przełomowy moment dla zachodniej polityki historycznej”. Podkreślił, że „to, czego brakuje, to opowiedzenie prawdy o tym, czym była okupacja niemiecka. Mord na obywatelach polskich, czy to byli Polacy, czy to byli Żydzi, jest rzeczą, która nie powinna być używana do jakichkolwiek manipulacji politycznych”.
Niemiecka narracja nacjonalistyczno-rewizjonistyczna, wykładana w książkach podpisanych nazwiskami „polskich” lub „amerykańsko-polskich” autorów, służy osiągnięciu kilku celów strategicznych: redukcji niemieckiej odpowiedzialności moralnej i potencjalnie finansowej, osłabieniu pozycji Polski w sporach o odszkodowania wojenne, relatywizacji niemieckich zbrodni poprzez ukazanie rzekomej „powszechności” kolaboracji.
Jest to mechanizm opisany przez Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście jako bardziej niebezpieczny niż otwarty negacjonizm, ponieważ działa subtelniej i jest trudniejszy do zidentyfikowania.
Zrozumienie współczesnych manipulacji cyfrowych jest niemożliwe bez analizy ich pierwotnych źródeł w propagandzie nazistowskiej i komunistycznej. Te historyczne operacje informacyjne nie tylko ukształtowały międzynarodową percepcję Kampanii Wrześniowej w jej kluczowym momencie, ale przede wszystkim stworzyły fundamenty narracyjne, które są reaktywowane do dziś. Współczesne mity o polskim zacofaniu, bezcelowości oporu czy zdradzie sojuszników nie powstały w cyfrowej próżni – są echem starannie zaplanowanych kampanii, których celem było usprawiedliwienie agresji i osłabienie polskiej suwerenności.
Fundamentalnym celem nazistowskiej propagandy w 1939 roku było odwrócenie ról ofiary i agresora, aby usprawiedliwić inwazję na Polskę w oczach własnego społeczeństwa i opinii międzynarodowej. Propagandyści III Rzeszy przedstawiali Niemcy jako państwo zmuszone do samoobrony przed rzekomymi polskimi prowokacjami i terrorem.
W tym celu zastosowano klasyczną operację pod fałszywą flagą. Incydent gliwicki, czyli pozorowany atak na niemiecką radiostację przeprowadzony przez przebranych w polskie mundury agentów SS, posłużył jako bezpośredni pretekst do rozpoczęcia działań „retorsyjnych”. Zaplanowany charakter tej operacji został jednoznacznie potwierdzony w powojennych zeznaniach jej dowódcy, Alfreda Naujocksa, złożonych podczas procesów norymberskich. Ministerstwo Oświecenia Publicznego i Propagandy Rzeszy systematycznie budowało fałszywy obraz „polskich środków terroru” i rzekomych prześladowań mniejszości niemieckiej, przygotowując grunt pod agresję militarną.
W przeciwieństwie do propagandy nazistowskiej, której celem było usprawiedliwienie agresji, powojenna dezinformacja komunistyczna dążyła do minimalizowania znaczenia polskiego oporu, który był niezależny od wpływów Związku Radzieckiego. Aparat komunistyczny, dążąc do legitymizacji swojej władzy, osłabiał autorytet i dziedzictwo II Rzeczypospolitej oraz jej sił zbrojnych.
W tym celu propagowano tezy deprecjonujące kompetencje polskiego dowództwa, wyolbrzymiano chaos w szeregach armii i podkreślano rzekomą bezcelowość walki. Choć najbardziej rażące kłamstwa, jak kłamstwo katyńskie, nigdy nie zyskały szerokiej akceptacji społecznej, inne narracje skutecznie zakorzeniły się w powojennej świadomości. Utrwalanie obrazu klęski jako nieuniknionej i wynikającej z niekompetencji wpisywało się w szerszą strategię osłabiania polskiej tożsamości narodowej i umniejszania suwerennej zdolności państwa do obrony.
Dowody archiwalne wskazują na świadomą współpracę agencji Associated Press z reżimem nazistowskim. AP nie tylko wiedziała o nadchodzącej inwazji, ale również dostarczyła amerykańskiej publiczności proniemiecki przekaz. Ten historyczny precedens jest dziś instrumentalizowany przez dezinformatorów do systemowego podważania wiarygodności współczesnych mediów i organizacji fact-checkingowych. Argument, że kluczowe media historyczne były kontrolowane przez państwo agresora, służy delegitymizacji wszelkich obecnych prób prostowania fałszywych narracji historycznych, przedstawiając je jako równie niewiarygodne i systemowo kontrolowane.
Historyczne tezy propagandowe, pierwotnie tworzone przez aparaty totalitarnych państw, zostały przekształcone w trwałe i uproszczone mity, które są idealnie dopasowane do wirusowego charakteru mediów społecznościowych.
Ich współczesnym celem jest erozja polskiej tożsamości historycznej, podważanie zaufania do sojuszy i osłabienie pozycji geopolitycznej Polski. Mity te, dzięki swojej prostocie i ładunkowi emocjonalnemu, zyskują przewagę nad złożonymi faktami historycznymi, stając się skutecznym narzędziem w wojnie informacyjnej.
Platforma X (dawniej Twitter) stanowi ekosystem informacyjny szczególnie podatny na dezinformację historyczną. Jej architektura, promująca szybkość, emocjonalne reakcje i uproszczone komunikaty, tworzy idealne warunki dla ewolucji i rozprzestrzeniania się historycznych mitów. Algorytmy platformy często wzmacniają treści kontrowersyjne i polaryzujące, co sprawia, że fałszywe, ale atrakcyjne narracje zyskują przewagę nad złożonymi i merytorycznymi analizami.
Akcja-reakcja
IPN na platformie X prowadzi aktywną kampanię przeciwstawną do narracji Rossolińskiego-Liebe. Konto @ipngovpl (założone w grudniu 2009, ponad 61 300 obserwujących) opublikowało wpis o recenzji książki niemieckiego historyka, który osiągnął znaczący zasięg: ponad 1200 pobrań recenzji książki w pierwszych dniach po publikacji.
Konta na X wspierające rewizjonistyczną narrację
Grzegorz Rossoliński-Liebe – brak weryfikowalnego oficjalnego konta
Mimo że autor książki jest aktywny w przestrzeni medialnej, nie posiada zweryfikowanego oficjalnego konta na X. Jego działalność promocyjna odbywa się głównie przez:
- Instytucje niemieckie (Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie)
- Fundacje finansowane z budżetu RFN (Friedrich-Ebert-Stiftung)
- Akademickie profile instytucjonalne
Krytyczne konta weryfikujące narrację
Anonimowy Dyplomata @adyplomata
Na X od sierpnia 2025 r., ale ma już ugruntowaną pozycję. Konto funkcjonuje jako jedno ze źródeł „amatorskiej dyplomacji” – równoległego, oddolnego komentowania sporów międzynarodowych z Polski, często w kontrze do działań lub bierności władz w Warszawie. Autor jako pierwszy 7 listopada ujawnił skandal wokół książki Rossolińskiego-Liebe, i przeprowadził kampanię ujawniającą przekłamania. Jego wpisy były później szeroko komentowane i repostowane. Omówił też szeroko recenzję IPN publikacji „Polscy burmistrzowie i Holokaust” na tysol.pl
Zygfryd Czaban @CDzwoni
„Founder and Honorary Fellow – Polski Instytut Studiów Teutońskich (PIST)” Polski Instytut Studiów Teutońskich (PIST) to inicjatywa stworzona przez Czabana, która – zgodnie z jego deklaracją – ma „twardo strzec myśli Dmowskiego i przekazywać ją następnym pokoleniom”. PIST koncentruje się na analizie relacji polsko-niemieckich z perspektywy krytycznej wobec Niemiec. Diament na X.
Anna Nowicka z LinkedIn w lutym 2024 opisała rolę Czabana w następujący sposób:
„Czaban jest na Twitterze takim guru od analizy relacji polsko-niemieckich. Jest rosnącym autorytetem na Twitterze. Jest też problemem w trwającej na Twitterze wojnie informacyjnej dla sił protuskowych.” Czaban monitoruje i nagłaśnia akcje niemieckich środowisk rewizjonistycznych, które chcą granic z 1914 roku, co oznaczałoby połowę dzisiejszego terytorium Polski.
Paweł Sokała (@PawelSokala)
Publicysta i dziennikarz publikujący analizę działań Rossolińskiego-Liebe. W kluczowym wpisie z 19 listopada 2025 ujawnił:
- Finansowanie autora przez fundację Friedrich-Ebert-Stiftung (budżet RFN)
- Promocję książki przez Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie objęty patronatem ministra spraw zagranicznych RP Radosława Sikorskiego
- Manipulacje historyczne dotyczące „ciągłości prawnej” między II RP a GG
Zbigniew Siedlewski (@ZbigSiedlewski)
Doskonały wpis z 24 listopada 2025 r. analizujący publikację książki Rossolińskiego-Liebe przez instytucje niemieckie. Identyfikuje mechanizmy dystrybucji narracji rewizjonistycznej.
Rosyjskie sieci dezinformacji na X
Jesienią 2024 roku zidentyfikowano siatkę polskojęzycznych botów składającą się z kilku tysięcy kont powiązanych z rosyjską agencją Social Design Agency (SDA) pracującą dla Kremla.
Monika Hübscher, badaczka z Uniwersytetu Duisburg-Essen zidentyfikowała strategiczne wykorzystywanie mediów społecznościowych przez AfD do reinterpretacji Holokaustu
Mechanizmy działania:
- Celowe pomijanie żydowskich ofiar narodowego socjalizmu w postach na Facebooku i YouTube
- Niewymienianie Holokaustu
- Przedstawianie Niemców jako ofiar Hitlera i nazizmu
- Jest to działanie antysemickie, ponieważ ma na celu relatywizację lub odwrócenie niemieckiej winy za Holokaust;
Kluczową słabością polskiej strategii w social mediach jest dychotomia między podejściem skoncentrowanym na treści a podejściem zorientowanym na format. Instytucje historyczne (IPN, MIIWŚ) dostarczają rzetelną, merytoryczną i złożoną wiedzę, która jest fundamentem odporności. Z drugiej strony, media społecznościowe takie jak X wymagają prostych, wirusowych i emocjonalnych formatów, aby skutecznie konkurować o uwagę odbiorcy. Złożone materiały historyczne, choć wartościowe, często przegrywają w starciu z dezinformacyjnymi memami. Tworzy to strategiczną lukę, w której prawdziwa, ale niedostosowana do medium narracja nie jest w stanie skutecznie zneutralizować fałszywego, ale atrakcyjnego przekazu.
Najbardziej szkodliwe i trudne do zwalczania są narracje bazujące na ziarnie prawdy, czego przykładem jest instrumentalizacja faktu o braku realnej pomocy ze strony zachodnich sojuszników w 1939 roku. Wykorzystywanie autentycznych urazów historycznych pozwala dezinformatorom skutecznie podważać zaufanie do obecnych sojuszy, takich jak NATO, co stanowi bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.
Instytucje historyczne (IPN, MIIWŚ) muszą wdrożyć strategię „treści konkurencyjnych”, produkując własne, w pełni rzetelne, ale wirusowe formaty (infografiki, krótkie wideo) zoptymalizowane pod algorytmy platformy X. Celem jest nie tylko prostowanie faktów, ale aktywne konkurowanie z dezinformacją o uwagę i zasięg w tym samym ekosystemie informacyjnym.
Sami @CDzwoni i @AnonimowyDyplmata nie wystarczą.
Akcja T4
Prokurator pionu śledczego IPN w Katowicach wszczął śledztwo w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości, której dopuścili się Niemcy w latach 1939–45 podczas akcji T4 w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu.
Poznaliśmy uzasadnienie wszczęcia śledztwa w sprawie akcji T‑4 w szpitalu w Lublińcu. Obejmuje ono m.in. popełnienie zbrodni nazistowskiej, która stanowiła zbrodnię wojenną oraz zbrodnię przeciwko ludzkości – zabójstw pacjentów szpitala psychiatrycznego w czasie II wojny światowej. Nie wykluczone, że podczas zbrodniczej eutanazji, niemieccy lekarze – psychiatrzy wraz z pomocnikami, zamordowali kilkuset chorych – dzieci i dorosłych.

Przeciwnicy śledztw IPN będą używać argumentu, że takie śledztwo jest niepotrzebne, skoro sprawcy nie żyją. Odpowiedź jest prosta – celem tego śledztwa jest ustalenie prawdy, zadośćuczynienie pamięci ofiar, które nigdy nie doczekały sprawiedliwości, ich rodziny nie doczekały się oficjalnego uznania cierpienia bliskich, a zbrodnia w Lublińcu jest niemal nieznana.
Ważne jest też to, że oficjalne śledztwo i ustalenia prokuratury będą chronić przed rewizjonizmem i negacją zbrodni, a zwolennicy tego nie zakwestionują faktów ustalonych przez prokuraturę. To sygnał, że zbrodnie przeciwko ludzkości nie przedawniają się, a Polska nie zapomina o ofiarach niemieckich zbrodniarzy, także w lekarskich kitlach.
Śledztwa i mataczenia
W Polsce do tej podejmowano dwie próby postawienia przed sądem sprawców zbrodni Akcji T‑4 w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu. Pierwsza – to śledztwo prowadzone przez polskie organy ścigania i Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w latach 60. ub. wieku. Materiały zostały przekazane w 1968 r. niemieckiej prokuraturze w Dortmundzie z żądaniem wszczęcia śledztwa. O losach śledztwa, które prokurator w Dortmundzie zajmował się aż 9 lat, piszę poniżej.
Drugi raz polskie śledztwo rusza w 2001 roku. Tym razem prokurator IPN Marzena Kusion wszczyna śledztwo, które jednak nie dotyczy przypadków zbrodniczej eutanazji pacjentów w szpitalu w Lublińcu, ale przeprowadzanych eksperymentów pseudomedycznych.
Biegłym w tym śledztwie zostaje psychiatra Krzysztof Czuma, który – jak ustaliła Kalina Błażejowska w swojej książce „Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych” – uznał, że podawanie pacjentom luminalu w dawkach powodujących śmierć, „nie odbiegało od ówcześnie obowiązującego paradygmatu psychiatrycznego dotyczącego diagnozy i terapii”.
W 2004 roku prokurator Kusion śledztwo umarza. W uzasadnieniu pisze, powołując się na opinię wydaną przez niemieckich biegłych (!) na potrzeby prowadzonego tam śledztwa, że „przewlekłe stosowanie luminalu u dzieci nie miało śmiertelnego skutku”. Podobnie zresztą orzekł dr Czuma, onegdaj guru śląskiej psychiatrii. Nie wiadomo, dlaczego prokurator pominęła odmienną ekspertyzę, którą wydał prof. Tadeusz Chruściel na potrzeby pierwszego, powojennego śledztwa. Ekspertyza była w aktach.
Śmierć z łaski
W październiku 1939 roku Adolf Hitler wydał tajną dyrektywę (antydatowaną na 1 września), upoważniającą szefa Kancelarii Führera Philippa Bouhlera oraz swojego osobistego lekarza, dr. Karla Brandta, do „rozszerzenia uprawnień imiennie określonych lekarzy” w celu udzielania „śmierci z łaski” (Gnadentod) osobom uznanym za nieuleczalnie chore. Dokument ten, mimo że nie miał rangi ustawy, stworzył podstawę prawną dla masowych morderstw medycznych.
Akcja T‑4, nazwana od adresu berlińskiej siedziby przy Tiergartenstraße 4, stanowiła jeden z najbardziej mrocznych rozdziałów w historii medycyny – systematyczne mordowanie osób uznanych za „życie niewarte życia” (Lebensunwertes Leben). Program realizowany w latach 1939–1945 pochłonął życie około 200 000 osób z niepełnosprawnościami fizycznymi i psychicznymi, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Odpowiedzialność za te zbrodnie poniosło około 50 lekarzy psychiatrów, którzy dobrowolnie uczestniczyli w selekcji i zabijaniu pacjentów.
Na ochotnika do zbrodniczej eutanazji
Wbrew powszechnym przekonaniom, lekarze dołączali do programu T‑4 dobrowolnie, mimo wiedzy o jego rzeczywistych celach. Źródła dokumentują przypadki lekarzy, którzy odmówili udziału bez ponoszenia poważnych konsekwencji. Lista 40 głównych ekspertów T‑4 (T4-Gutachter) obejmowała wielu szanowanych profesorów psychiatrii i dyrektorów instytucji.
„Tragedia polega na tym, że psychiatrom niepotrzebny był rozkaz. Działali z własnej inicjatywy. Nie wykonywali wyroku śmierci, który został wydany przez kogoś innego” – pisał Fredric Wertham, niemiecko-amerykański psychiatra w „Signs of Cain. An Exploration of Human Violence” w 1969 roku. W tym samym czasie trwało śledztwo w niemieckiej prokuraturze.
Kruk krukowi oka nie wykole
Śledztwo prokuratury w Dortmundzie (1965−1974) przeciwko lekarzom i personelowi zaangażowanym w morderstwa dzieci w ramach Akcji T‑4 w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu (niem. Loben) stanowi jeden z najbardziej wymownych przykładów systemu bezkarności wobec niemieckich zbrodniarzy medycznych w powojennej Republice Federalnej Niemiec.
Prokurator przesłuchał kilkanaście osób z personelu szpitala. Zeznawał dr Ernst Buchalik, który osobiście nadzorował podawanie luminalu (fenobarbitalu) dzieciom na Oddziale B. Luminal, legalny lek nasenny i przeciwpadaczkowy, w podwyższonych dawkach działał jako trucizna powodująca śmierć. Dzieci otrzymywały go trzy razy dziennie w dawkach znacznie przekraczających normę terapeutyczną.Śmierć następowała różnie – niektóre dzieci umierały po kilku dniach, inne konały tygodniami lub miesiącami, stopniowo wyniszczane przez trujący lek.
Świadkiem była jego bliska współpracowniczka – dr Elisabeth Hecker – zwana „aniołem śmierci” w lekarskim kitlu. W 1934 roku Hecker publicznie poparła ustawę o zapobieganiu obciążonemu dziedzicznie potomstwu (Gesetz zur Verhütung erbkranken Nachwuchses). Jako dyrektor Dziecięcej Kliniki Psychiatrycznej w Lublińcu Hecker na swoim Oddziale A decydowała o życiu lub śmierci dzieci. „Rokujące” wyzdrowieniem dzieci z łagodniejszymi problemami (np. moczenie nocne) kierowała do zakładów poprawczych. „Nierokujące” – z diagnozami „Schwachsinn” (upośledzenie), padaczka – kierowała na Oddział B do Buchalika, czyli na śmierć.
Po śmierci dzieci Hecker osobiście przeprowadzała sekcje zwłok, podczas których wypreparowywała mózgi i wysyłała je do Instytutu Neurobiologii we Wrocławiu (kierowanego przez prof. Viktora von Weizsäckera).
Mimo twardych dowodów – zachowanego dziennika dr Ensta Buchalika, który był wtedy dyrektorem szpitala, z zapisami podawania dzieciom luminalu (256 nazwiska – 194 zgony), zeznań świadków i dokumentów Reichsausschussu, niemiecka prokuratura zakończyła postępowanie bez postawienia zarzutów. Postępowanie zostało ostatecznie zakończone w 1974 roku. Żadna z 15 osób objętych śledztwem nie została oskarżona lub postawiona przed sądem.
Uzasadnienie? Prokurator „uwierzył”, że dr Elisabeth Hecker mogła zakładać, iż dr Ernst Buchalik z uwagi na swoją „katolicką postawę” nigdy nie zabije dzieci. Ta absurdalna racjonalizacja pozwoliła sprawcom na pełną bezkarność – Hecker kontynuowała karierę jako pionierka psychiatrii dziecięcej w RFN, otrzymując Krzyż Zasługi Republiki Federalnej Niemiec w 1960 roku.
Buchalik w swoich zeznaniach twierdził, że luminal miał „chronić dzieci przed samookaleczeniem” – co było oczywistą nieprawdą w obliczu systematycznego stosowania śmiertelnych dawek i prowadzenia dziennika zgonów. Mimo, że Buchalik był poszukiwanym przez Polskę zbrodniarzem wojennym zaraz po wojnie, mógł swobodnie praktykować jako lekarz w strefie sowieckiej, a później w RFN. Prawdopodobnie współpracował ze służbami bezpieczeństwa NRD i ZSRR, co zapewniało mu ochronę.
Sprawiedliwość w niemieckim wydaniu
Zresztą po wojnie w RFN obowiązywał „kodeks bezkarności” wobec osób, które miały nazistowską przeszłość. Sędziowie oraz prokuratorzy RFN często sami byli w czasie II wojny światowej członkami NSDAP, w służbach specjalnych pracowali byli funkcjonariusze Gestapo i SD, także wysocy urzędnicy rządowi najchętniej ogłosiliby zbiorową amnestię.
Nie tylko środowisko medyczne obawiało się otwarcia puszki Pandory, w wyniku czego tysiące lekarzy mogłyby zostać skompromitowane ujawnieniem działalności przed 1945 rokiem.
Pierwszy proces dotyczący programu „eutanazji” odbył się w 1945 r. w Hadamar – jednym z sześciu głównych ośrodków zagłady. Amerykański trybunał wojskowy oskarżył siedem osób za zamordowanie 476 robotników przymusowych z Polski i ZSRR w latach 1944–1945. Zapadły trzy wyroki śmierci.
Główny Proces Lekarzy (United States of America v. Karl Brandt et al.) w 1946 r. przed amerykańskim trybunałem wojskowym w Norymberdze był pierwszym z dwunastu procesów kontynuacyjnych. Na ławie oskarżonych zasiadły 23 osoby – 20 lekarzy i 3 funkcjonariuszy SS.Wśród nich byli oskarżeni, którzy brali udział w Akcji T‑4 i zostali powieszeni: Karl Brandt – osobisty lekarz Hitlera i główny koordynator programu „eutanazji”; Viktor Brack – szef Hauptamt II w Kancelarii Führera, bezpośrednio nadzorujący Akcję T‑4;
W czerwcu 1947 roku w strefie okupacji sowieckiej odbył się proces 15 oskarżonych związanych z ośrodkiem zagłady Sonnenstein w Pirna. Na ławie oskarżonych znalazł się m.in. psychiatra Prof. Paul Nitsche – dyrektor medyczny Akcji T‑4 od grudnia 1941 (ścięty gilotyną).
Podczas, gdy alianckie trybunały w latach 1945–1948 wydawały wyroki śmierci, późniejsze zachodnioniemieckie postępowania w latach 60. kończyły się łagodnymi wyrokami lub umorzeniami. Jedynie około 45 proc. niemieckich lekarzy, którzy byli członkami NSDAP stanęło przed sądem. Z około 50 głównych lekarzy-ekspertów T‑4 skazano na śmierć tylko 4: Brandta, Bracka, Nitschego i jednego pielęgniarza (Gäblera). Większość sprawców Akcji T‑4 wróciła do praktyki medycznej lub uniknęła odpowiedzialności karnej, co jest bolesnym dowodem niepełnego rozliczenia medycznych zbrodni.
Mimo, że dziś wiemy bez wątpliwości, że E. Hecker i E. Buchalik byli zbrodniarzami odpowiedzialnymi za śmierć setek dzieci, nigdy nie zostali skazani. Ich bezkarność była nie tyle wynikiem braku dowodów, ale świadomej decyzji systemu prawnego RFN o nieściganiu zbrodni medycznych nazizmu. Elisabeth Hecker zmarła w 1986 jako odznaczona pionierka psychiatrii dziecięcej, a nie jako skazana morderczyni dzieci.
To jest najboleśniejszy dowód porażki niemieckiego rozliczenia z medycznymi zbrodniami nazizmu.
Przez 79 lat (1945−2024) miejsce zbrodni w Lublińcu pozostawało praktycznie zapomniane. Dopiero 12 listopada 2024 roku odsłonięto tablicę pamiątkową. Zamek, w którym mieścił się Oddział A – miejsce selekcji dzieci – dziś funkcjonuje jako luksusowy hotel. To symboliczny wyraz niemieckiej i polskiej amnezji wobec tej zbrodni.Sprawy zabójstw w ramach Akcji T‑4 w Lublińcu praktycznie nie ma w międzynarodowej literaturze anglojęzycznej.
Zbrodnia bez kary i zmowa milczenia. IPN wznawia śledztwo w sprawie „eutanazji” w Lublińcu.
Prokurator pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach podjął decyzję o wszczęciu śledztwa w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości, której dopuścili się Niemcy w latach 1939–1945 w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu.
Postępowanie dotyczy m.in. zabójstw pacjentów w ramach niesławnej akcji T4. Choć od tamtych wydarzeń minęło niemal osiem dekad, a sprawcy już nie żyją, celem śledczych jest ustalenie prawdy i zadośćuczynienie pamięci ofiar, które nigdy nie doczekały się sprawiedliwości.

Niewykluczone, że podczas zbrodniczej procedury eutanazji niemieccy lekarze psychiatrzy wraz z personelem pomocniczym zamordowali w Lublińcu kilkuset chorych – zarówno dorosłych, jak i dzieci. Wznowienie postępowania ma być także tamą dla rewizjonizmu i negacji zbrodni. To wyraźny sygnał: zbrodnie przeciwko ludzkości nie ulegają przedawnieniu, a Polska nie zapomina o ofiarach niemieckich zbrodniarzy w lekarskich kitlach.
Śmierć z łaski: Geneza zbrodni
Fundamentem ludobójstwa stała się tajna dyrektywa Adolfa Hitlera z października 1939 roku (antydatowana na 1 września), która upoważniała szefa Kancelarii Führera Philippa Bouhlera oraz dr. Karla Brandta do wdrożenia programu „śmierci z łaski” (Gnadentod). Dokument ten, choć nieposiadający rangi ustawy, dał mandat do masowych morderstw medycznych na osobach uznanych za nieuleczalnie chore.
Program, nazwany Akcją T4 od adresu berlińskiej centrali przy Tiergartenstraße 4, stanowi jeden z najmroczniejszych rozdziałów w historii medycyny. W jego ramach systematycznie mordowano osoby uznane za „życie niewarte życia” (Lebensunwertes Leben). W latach 1939–1945 procedura ta pochłonęła około 200 tysięcy ofiar – osób z niepełnosprawnościami fizycznymi i psychicznymi, w tym dzieci.
Wbrew powszechnym mitom o przymusie wykonywania rozkazów, lekarze dołączali do programu T4 dobrowolnie, mając pełną świadomość jego celów. Istnieją udokumentowane przypadki medyków, którzy odmówili udziału i nie ponieśli z tego tytułu poważnych konsekwencji. Mimo to, lista głównych ekspertów T4 (T4-Gutachter) obejmowała 40 nazwisk, w tym wielu szanowanych profesorów psychiatrii. Jak pisał psychiatra Fredric Wertham w 1969 roku: „Tragedia polega na tym, że psychiatrom niepotrzebny był rozkaz. Działali z własnej inicjatywy”.
Lubliniec: Mechanizm zagłady dzieci
W szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu (wówczas Loben) maszyneria śmierci działała precyzyjnie. Kluczową postacią była dr Elisabeth Hecker, dyrektor Dziecięcej Kliniki Psychiatrycznej, zwana przez niektórych „aniołem śmierci”. Jeszcze w 1934 roku publicznie poparła ona nazistowską ustawę o zapobieganiu obciążonemu dziedzicznie potomstwu.
To Hecker na swoim Oddziale A decydowała o życiu i śmierci. Dzieci „rokujące”, z lżejszymi schorzeniami (np. moczeniem nocnym), kierowała do zakładów poprawczych. Te „nierokujące” – z diagnozą upośledzenia (Schwachsinn) lub padaczki – wysyłała na Oddział B. Tam trafiały pod opiekę dr. Ernsta Buchalika.
Dr Buchalik osobiście nadzorował podawanie małym pacjentom luminalu (fenobarbitalu). Ten legalny lek przeciwpadaczkowy, podawany trzy razy dziennie w dawkach znacznie przekraczających normy terapeutyczne, stawał się trucizną. Śmierć nie była natychmiastowa – niektóre dzieci umierały po kilku dniach, inne konały tygodniami, stopniowo wyniszczane przez toksynę. Buchalik w powojennych zeznaniach cynicznie twierdził, że luminal miał „chronić dzieci przed samookaleczeniem”, co było kłamstwem w obliczu prowadzonego przez niego dziennika zgonów. Zachowany dziennik zawiera 256 nazwisk dzieci, którym podawano lek – 194 z nich zmarły.
Po śmierci ofiar dr Hecker osobiście przeprowadzała sekcje zwłok, preparowała mózgi i wysyłała je do Instytutu Neurobiologii we Wrocławiu, kierowanego przez prof. Viktora von Weizsäckera. Mimo bezsprzecznych dowodów winy, Hecker i Buchalik nigdy nie zostali skazani.
Mataczenia i nieudolność polskich śledztw
W Polsce podejmowano dotąd dwie główne próby rozliczenia zbrodni w Lublińcu. Pierwsze śledztwo, prowadzone przez Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w latach 60., zakończyło się przekazaniem materiałów dowodowych prokuraturze w Dortmundzie w 1968 roku z żądaniem wszczęcia śledztwa.
Drugie podejście miało miejsce w 2001 roku, kiedy sprawą zajęła się prokurator IPN Marzena Kusion. Śledztwo to nie dotyczyło jednak bezpośrednio eutanazji, lecz eksperymentów pseudomedycznych. Kluczową rolę odegrał tu biegły psychiatra Krzysztof Czuma. Jak ustaliła Kalina Błażejowska w książce „Bezduszni”, Czuma uznał, że podawanie śmiertelnych dawek luminalu „nie odbiegało od ówcześnie obowiązującego paradygmatu psychiatrycznego”.
W 2004 roku prokurator Kusion umorzyła śledztwo, opierając się na opinii niemieckich biegłych oraz ekspertyzie dr. Czumy, z której wynikało, że przewlekłe stosowanie luminalu nie musiało mieć skutku śmiertelnego. Decyzja ta zapadła mimo istnienia w aktach odmiennej ekspertyzy prof. Tadeusza Chruściela z pierwszego śledztwa, którą prokuratura pominęła.
Niemiecki „kodeks bezkarności”
Jeszcze bardziej bulwersujące były losy śledztwa przekazanego do RFN. Prokuratura w Dortmundzie prowadziła sprawę przez 9 lat (1965–1974). Przesłuchano kilkanaście osób, w tym Buchalika i Hecker. Mimo twardych dowodów – dziennika zgonów, zeznań i dokumentów – postępowanie umorzono, a żadna z 15 objętych nim osób nie stanęła przed sądem.
Uzasadnienie prokuratora stanowi kuriozum w historii prawa. Śledczy „uwierzył” dr Hecker, że mogła ona zakładać, iż dr Buchalik – ze względu na swoją „katolicką postawę” – nie zabija dzieci. Ta racjonalizacja zapewniła sprawcom bezkarność. Elisabeth Hecker kontynuowała karierę w RFN, stając się pionierką psychiatrii dziecięcej i w 1960 roku otrzymując Krzyż Zasługi. Zmarła w 1986 roku jako ceniona lekarka, a nie skazana morderczyni. Buchalik, mimo że był poszukiwany przez Polskę jako zbrodniarz wojenny, praktykował w strefie sowieckiej, a potem w RFN, prawdopodobnie chroniony przez służby bezpieczeństwa NRD i ZSRR.
Systemowa amnezja
Przypadek Lublińca wpisuje się w szerszy obraz nieskutecznego rozliczenia zbrodni medycznych w Niemczech. Choć w procesach norymberskich skazano na śmierć kluczowe postacie T4, takie jak Karl Brandt czy Viktor Brack, a w procesie załogi Sonnenstein – prof. Paula Nitschego, to większość sprawców uniknęła kary.
W RFN panowała swoista zmowa milczenia. Sędziowie i prokuratorzy często sami mieli nazistowską przeszłość. Obawiano się, że rzetelne śledztwa skompromitują tysiące lekarzy aktywnych zawodowo po 1945 roku. Statystyki są nieubłagane: jedynie około 45 proc. niemieckich lekarzy należących do NSDAP stanęło przed sądem. Większość powróciła do praktyki.
Przez 79 lat miejsce zbrodni w Lublińcu pozostawało zapomniane. Zamek, w którym mieścił się Oddział A – miejsce selekcji – funkcjonuje dziś jako luksusowy hotel. Dopiero 12 listopada 2024 roku odsłonięto tam tablicę pamiątkową. Temat ten praktycznie nie istnieje w anglojęzycznej literaturze przedmiotu. Wznowione śledztwo IPN to ostatnia szansa na przełamanie tej amnezji i oficjalne nazwanie zbrodni, której ofiary i ich rodziny nigdy nie doczekały się uznania swojego cierpienia.
„Jeśli zapomnę o Nich – Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie!”
W świecie służb specjalnych obowiązuje zasada: „jeśli złapiemy twojego, wymienimy go na naszego”. Nie dotyczy to jednak Polaków, którzy w wyniku prowokacji siedzą w rosyjskich i białoruskich łagrach.
Przez ostatnie cztery dekady relacje wywiadowcze na linii Warszawa–Moskwa–Mińsk ewoluowały od „bratniej współpracy” służb PRL i ZSRR, przez chłodną grę lat 90., aż po otwartą wrogość ostatniej dekady.
Większość zdemaskowanych oficerów wywiadu (Agencji Wywiadu czy SKW) nie trafia do więzień. Chroni ich immunitet dyplomatyczny, co kończy się procedurą „persona non grata” i wydaleniem. Do łagrów trafiają zazwyczaj tzw. „nielegałowie” (szpiedzy bez przykrycia dyplomatycznego) lub cywile, którzy stali się ofiarami prowokacji.
Sprawa Mariana Radziejewskiego – handel czy wywiad?
To najgłośniejszy i najsurowszy przypadek ostatnich lat dotyczący polskiego obywatela w Rosji.
Marian Radziejewski, prywatny przedsiębiorca z Białegostoku, został aresztowany przez FSB w 2018 roku. Rosyjski kontrwywiad oskarżył go o próbę nielegalnego wywozu do Polski elementów systemu rakietowego S‑300 (szpiegostwo – art. 276 Kodeksu Karnego Federacji Rosyjskiej). Według FSB Radziejewski działał na zlecenie polskiego dostawcy na rzecz wojska. Obrona i rodzina utrzymywały, że padł on ofiarą prowokacji. Rosjanie często wykorzystują tzw. „kontrolowany zakup” – podstawiony agent oferuje towar podwójnego zastosowania (military/civilian), a po transakcji następuje aresztowanie pod zarzutem szpiegostwa technologicznego. Sprawa Radziejewskiego jest modelowym przykładem ryzyka, jakie ponoszą polscy biznesmeni wchodzący w niejasne interesy na Wschodzie. Proces odbył się w trybie tajnym. Radzajewski usłyszał surowy wyrok – 14 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.
Według relacji Radzajewskiego, funkcjonariusze FSB odwiedzili go w areszcie przed procesem i zaproponowali mu układ: jeśli przyzna się do szpiegostwa, zostanie wymieniony na rosyjskich szpiegów przebywających w Polsce. Radzajewski nie zgodził się na tę propozycję, chcąc, aby rozmowy odbywały się w obecności adwokata i świadków.
Skandalem jest, że Radzajewski nie został uwolniony w czasie wymiany więźniów w sierpniu 2024 roku, w ramach której wyszedł na wolność, przebywający w tym samym łagrze co Polak – Amerykanin, Paul Whelan. Polska w ramach tej wymiany, na prośbę USA, zwolniła aresztowanego w 2022 roku oficera GRU, Pawła Rubcowa. O Radzajewskim „zapomniano”.
Niezależnie od tego, czy Radzajewski był faktycznym agentem, czy ofiarą prowokacji FSB, obowiązkiem państwa polskiego jest dbanie o swoich obywateli i dążenie do ich uwolnienia. Reputacja wywiadu zależy od tego, czy dba on o swoich współpracowników.
Reżim Aleksandra Łukaszenki instrumentalnie wykorzystuje paragrafy szpiegowskie do celów propagandowych, często nie ujawniając personaliów zatrzymanych. W ostatnich latach (po 2020 roku) definicja „działalności agenturalnej” na Białorusi została drastycznie rozszerzona.
W marcu 2023 roku KGB Białorusi poinformowało o rozbiciu „siatki szpiegowskiej” pracującej rzekomo dla Polski. W propagandowym filmie pokazano zatrzymania kilku osób. Obywatele Polski byli oskarżani o „działalność agenturalną” na rzecz polskich służb specjalnych.
W świecie służb specjalnych obowiązuje zasada: „jeśli złapiemy twojego, wymienimy go na naszego”. To jednak nie dotyczy opisanych przypadków.
Polska, będąc członkiem NATO, uczestniczy w szerszych wymianach szpiegów. Jeśli polski oficer wywiadu „wpadnie” w Rosji, zazwyczaj nie jest sądzony publicznie. Dochodzi do cichych negocjacji.
Wymiana z sierpnia 2024 roku (największa od czasów Zimnej Wojny) objęła m.in. Pawła Rubcowa (oficera GRU działającego jako Pablo González), którego Polska oddała w zamian za uwolnienie więźniów z Rosji (głównie rosyjskich dysydentów i Amerykanów).
Głośne jest aresztowanie z 4 września 2025 roku, kiedy to białoruska białoruskie KGB zatrzymało 27-letniego Grzegorza Gawła, zakonnika z zakonu Karmelitów Bosych. Na co dzień mieszkał w klasztorze w Krakowie. Młody duchowny, który w lipcu 2025 obronił pracę magisterską (o rodzinie Ulmów) i złożył śluby wieczyste. Według informacji zakonu i rodziny, kleryk udał się na Białoruś w celach prywatno-religijnych – odwiedzał znajomego księdza pracującego na Wschodzie.
Zatrzymano go w rejonie Lepela (obwód witebski), gdzie koncentrowały się wojska rosyjskie i białoruskie przed manewrami „Zapad-2025”. To kluczowa lokalizacja – w pobliżu znajduje się duży poligon, na którym koncentrowały się wojska rosyjskie i białoruskie przed manewrami.
Oskarżono go z art. 358 KK Białorusi (szpiegostwo). Wg reżimowej telewizji miał zbierać dane o liczebności wojsk, sprzęcie i przemieszczaniu się kolumn na ćwiczenia „Zapad-2025”. Pokazano nagrania operacyjne, na których rzekomo odbiera „tajne dokumenty” od podstawionego Białorusina. Reżimowa telewizja wyemitowała sensacyjny materiał operacyjny nakręcony przez kontrwywiad. Widać na nim moment zatrzymania Gawła, przy którym rzekomo znaleziono: kserokopie dokumentów z klauzulą „Tajne” (dotyczące przemieszczania wojsk), gotówkę w różnych walutach (na opłacenie informatorów), kartę SIM zarejestrowaną na obce nazwisko.
Według Mińska Gaweł miał zwerbować białoruskiego obywatela przez media społecznościowe, oferując mu pieniądze za informacje o liczebności i sprzęcie armii podczas ćwiczeń.
Jego profil zupełnie nie pasuje do typowego agenta wywiadu, co podkreślają eksperci, wskazując na cechy ofiary przypadkowej prowokacji. Cała sytuacja nosi znamiona klasycznej „szytej” prowokacji.
W świecie wywiadu nie wysyła się 27-letniego zakonnika bez przeszkolenia, by osobiście odbierał papierowe dokumenty w centrum miasteczka garnizonowego naszpikowanego agentami KGB. Wygląda to na inscenizację potrzebną Łukaszence do celów wewnętrznych – by pokazać, że „polscy dywersanci” zagrażają manewrom wojskowym.
Grzegorz Gaweł przebywa w areszcie śledczym KGB w Mińsku (tzw. „Amerykanka” lub areszt przy ul. Waładarskiego). Usłyszał zarzuty z art. 358 Kodeksu Karnego Republiki Białorusi – szpiegostwo. Grozi mu za to od 7 do 15 lat więzienia. Gaweł został oficjalnie uznany przez organizacje praw człowieka (np. Wiasna) za więźnia politycznego.
Polski MSZ i służby (Agencja Wywiadu) kategorycznie zaprzeczyły, by był on ich współpracownikiem, nazywając to prowokacją i „braniem zakładników”.
Skuteczny Watykan
O. Andrzej Juchniewicz OMI, przewodniczący Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych na Białorusi, został zatrzymany w maju 2024 roku. Początkowo oskarżano go o „działalność wywrotową” (wspieranie Ukrainy, krytyka władz), ale z czasem zarzuty zaostrzono do zdrady stanu. Proces był tajny. Wiosną 2025 roku usłyszał drakoński wyrok – 13 lat kolonii karnej. Przetrzymywano go w nieludzkich warunkach, bez dostępu do lekarza i sakramentów. Był to element presji na Watykan i Polskę. Razem z nim więziony był inny kapłan, ks. Henryk Okołotowicz (skazany na 11 lat).
20 listopada 2025 r. nastąpił przełom w sprawie. W wyniku cichych negocjacji dyplomatycznych, prowadzonych głównie przez Watykan (wizyta kard. Claudio Gugerottiego w Mińsku), Łukaszenka podpisał akt ułaskawienia. O. Andrzej Juchniewicz oraz ks. Henryk Okołotowicz zostali uwolnieni z łagru. Zostali natychmiast wywiezieni z Białorusi. Obecnie przebywają w Watykanie, gdzie przechodzą rekonwalescencję po miesiącach spędzonych w kolonii karnej. Jest to typowy mechanizm: wolność w zamian za banicję (zakaz powrotu na Białoruś).
Szczęśliwie zakończyła się też sprawa Jerzego Żywolewskiego — Polaka zatrzymanego w 2022 roku na Białorusi. Został skazany w 2023 roku na cztery lata więzienia za rzekome szpiegostwo. Był pierwszym obywatelem Polski oficjalnie uznanych przez Centrum Praw Człowieka Viasna za więźnia politycznego na Białorusi. Pochodzi z miejscowości przy granicy polsko-białoruskiej, jego żona była Białorusinką. Według białoruskich materiałów propagandowych miał pracować dla polskich służb pod pseudonimem „Posejdon” od początku XXI wieku. Został uwolniony 21 czerwca 2025 roku.
Brak reakcji to zbrodnia
Najbardziej zatem udokumentowanym, typowo sądowym przypadkiem „szpiega” (w rozumieniu kodeksowym) z ostatnich lat pozostaje nadal Marian Radziejewski. Większość innych przypadków to albo ciche wydalenia dyplomatów, albo medialne ustawki białoruskiego KGB, gdzie wina oskarżonych jest wątpliwa, a procesy są całkowicie utajnione.
Zatrzymanie karmelity Grzegorza Gawła przez białoruskie KGB w 2025 roku pokazuje, że polska dyplomacja wciąż nie nauczyła się lekcji z przeszłości. Premier Tusk czy minister Siemoniak zapowiadali „skutki” dla Białorusi, ale — jak w przypadku Radzajewskiego — słowa pozostają słowami, bez konkretnych działań dyplomatycznych i wymiany więźniów, które mogłyby zmienić sytuację.
Rządowy projekt ustawy zagraża przejrzystości restrukturyzacji górnictwa. Państwowy Urząd Zamówień Publicznych alarmuje.
Polskie górnictwo przechodzi najtrudniejszy w swojej historii proces transformacji. Wymaga to mądrych, przejrzystych i zgodnych z prawem rozwiązań, a nie legislacyjnych sztuczek mających na celu obejście rygorystycznych procedur konkurencyjnych.
Projektowana przez rząd nowelizacja ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego (słynny druk 1880) może prowadzić do obejścia rygorystycznych przepisów o zamówieniach publicznych i naruszenia prawa Unii Europejskiej. Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Agnieszka Olszewska w ostrym stanowisku przesłanym do Kancelarii Sejmu 21 listopada 2025 roku ostrzega przed zagrożeniami wynikającymi z planowanych zmian, które mogą otworzyć drogę do niekonkurencyjnego i nieprzejrzystego wydatkowania publicznych środków w procesie likwidacji kopalń.
Próba obejścia prawa UE pod pozorem reformy
Kluczowym elementem rządowego projektu jest dodanie nowego artykułu 6a do ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego. Przepis ten ma na celu zaliczenie do działalności sektorowej w zakresie wydobycia paliw działań związanych z likwidacją zakładów górniczych.
Jak pisze Prezes UZP: „Przepis ten stanowi o zaliczeniu do działalności sektorowej w zakresie wydobycia paliw, o której mowa w art. 5 ust. 4 pkt 7 ustawy Pzp, działań podejmowanych przez przedsiębiorstwa górnicze polegających na likwidacji zakładu górniczego lub jego oznaczonej części, działań polikwidacyjnych oraz zabezpieczenia kopalń przed zagrożeniem wodnym, gazowym i pożarowym po zakończeniu likwidacji kopalni”.
Problem polega na tym, że taka interpretacja stoi w jawnej sprzeczności z prawem unijnym. Prezes UZP kategorycznie stwierdza: „Prawo Unii Europejskiej określa zamknięty katalog działalności w sektorach, z którymi łączy się obowiązek stosowania przepisów dyrektywy 2014/25/UE. W prawie krajowym nie może więc funkcjonować pojęcie danej działalności sektorowej odmienne niż wynika to z dyrektywy 2014/25/UE, w szczególności z art. 8–14 tej dyrektywy”.



Precedens orzeczniczy jednoznacznie zanegowany
Rządowy projekt ignoruje ugruntowane orzecznictwo polskich sądów i administracji. Spółka Restrukturyzacji Kopalń S.A., która dotychczas prowadziła działania likwidacyjne, była traktowana jako zamawiający standardowy, nie sektorowy.
W decyzji Prezesa UZP z 8 października 2008 roku (Nr ZD/51/08) wyraźnie stwierdzono: „Celem działalności SRK S.A., w zakresie w jakim została ona powołana do prowadzenia likwidacji kopalń, zabezpieczenia kopalń sąsiednich przed zagrożeniem wodnym, gazowym oraz pożarowym, w trakcie i po zakończeniu likwidacji kopalni, zagospodarowywania majątku likwidowanej kopalni, zbędnego majątku przedsiębiorstwa górniczego, tworzenia nowych miejsc pracy, w szczególności dla pracowników likwidowanej kopalni, nie jest prowadzenie działalności sektorowej w zakresie wydobycia ropy naftowej lub gazu i ich naturalnych pochodnych oraz poszukiwania lub wydobycia węgla brunatnego, węgla kamiennego lub innych paliw stałych, ale likwidacja przedsiębiorstw zajmujących się taką działalnością i prowadzenie działań polikwidacyjnych”.
To stanowisko zostało potwierdzone przez Sąd Okręgowy – Sąd Zamówień Publicznych w Warszawie w wyroku z 27 sierpnia 2021 roku (sygn. akt XXIII Zs 63⁄21). Rząd, wprowadzając nowe przepisy, próbuje jednym pociągnięciem pióra przekreślić lata ugruntowanej praktyki orzeczniczej.
Likwidacja nie jest wydobyciem – logiczny absurd
Fundamentalnym błędem projektowanej regulacji jest utożsamienie działalności likwidacyjnej z działalnością wydobywczą. Jak podkreśla Prezes UZP, dyrektywa unijna 2014/25/UE ma zastosowanie do „działalności związanej z eksploatacją obszaru geograficznego w celu: a) wydobycia ropy naftowej lub gazu; b) poszukiwania lub wydobywania węgla lub innych paliw stałych”. Likwidacja kopalń to działanie o przeciwnym charakterze – nie służy wydobyciu, lecz zaprzestaniu tej działalności i zabezpieczeniu terenów po-górniczych.
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku z 10 kwietnia 2008 roku w sprawie C‑393/06 Ing. Aigner wyraźnie wskazał, że „podmiot zamawiający w rozumieniu dyrektywy 2004/17/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 31 marca 2004 r. koordynującej procedury udzielania zamówień przez podmioty działające w sektorach gospodarki wodnej, energetyki, transportu i usług pocztowych ma obowiązek stosowania procedury określonej w tej dyrektywie wyłącznie w przypadku udzielania zamówień związanych z działalnością, którą podmiot ten prowadzi w sektorze lub sektorach”. Ponieważ likwidacja nie jest działalnością górniczą, więc nie może być traktowana jako działalność sektorowa w zakresie wydobycia.
Zagrożenie dla konkurencyjności i przejrzystości zamówień
Uznanie działań likwidacyjnych za działalność sektorową ma poważne konsekwencje praktyczne. Zamówienia sektorowe podlegają mniej rygorystycznym procedurom niż zamówienia klasyczne. Oznacza to, że przedsiębiorstwa górnicze prowadzące likwidację będą mogły stosować uproszczone procedury przetargowe, co ograniczy konkurencję i zwiększy ryzyko nieefektywnego wydatkowania środków publicznych.
Jak zaznacza Prezes UZP: „Zamówienie nie może być uznawane za zamówienie sektorowe nawet w przypadku, gdyby było ono udzielane przez zamawiającego sektorowego, ale w ramach działalności innej niż działalność sektorowa; gdy nie służy ono bezpośrednio prowadzeniu działalności sektorowej albo pośrednio w zakresie koniecznym do sprawnego prowadzenia tej działalności”. Działania polikwidacyjne nie służą przecież prowadzeniu działalności wydobywczej – wręcz przeciwnie, są konsekwencją jej zakończenia.
Gigantyczne koszty likwidacji bez należytej kontroli
Proces restrukturyzacji polskiego górnictwa to przedsięwzięcie na wiele miliardów złotych. Likwidacja kopalń, zabezpieczenie przed zagrożeniami geologicznymi, rekultywacja terenów i działania polikwidacyjne wymagają ogromnych nakładów finansowych. W tym kontekście osłabienie mechanizmów kontrolnych i ograniczenie konkurencji w zamówieniach publicznych to droga do marnotrawstwa publicznych pieniędzy i potencjalnych nadużyć.
Planowana nowelizacja tworzy systemową lukę, która pozwoli przedsiębiorstwom górniczym – często w trudnej sytuacji finansowej – na udzielanie zamówień związanych z likwidacją według mniej rygorystycznych zasad. To otwiera drogę do faworyzowania wybranych wykonawców, zawyżania cen i nieefektywnego gospodarowania środkami publicznymi, które powinny podlegać maksymalnej transparentności.
Lekceważenie opinii niezależnych organów
Stanowisko Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych jest jednoznaczne i oparte na solidnych podstawach prawnych – zarówno krajowych, jak i unijnych. Mimo to rząd kontynuuje prace nad projektem, ignorując ostrzeżenia niezależnego organu nadzorczego. To wzorzec postępowania, który budzi głębokie zaniepokojenie: kluczowe decyzje dotyczące wydatkowania miliardów złotych są podejmowane wbrew opiniom ekspertów i w sprzeczności z ugruntowanym orzecznictwem.
Ryzyko postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu
Wprowadzenie przepisów sprzecznych z dyrektywami unijnymi naraża Polskę na postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Komisja Europejska może wszcząć procedurę naruszeniową, która zakończy się wyrokiem stwierdzającym niezgodność polskich przepisów z prawem UE i nałożeniem kar finansowych na polskich podatników.
Jak przypomina Prezes UZP, powołując się na orzecznictwo TSUE: „stosując prawo krajowe należy dokonywać wykładni tego prawa w świetle treści i celu dyrektyw, a zatem dla osiągnięcia zakładanego przez nie rezultatu”. Polska ma obowiązek implementować prawo unijne zgodnie z jego duchem i literą, a nie podejmować prób jego obchodzenia poprzez „kreatywną” legislację krajową.
Polityczne tło wątpliwej nowelizacji
Projektowana zmiana budzi pytania o rzeczywiste intencje rządu. Czy celem jest rzeczywiście usprawnienie procesu restrukturyzacji górnictwa, czy raczej stworzenie mechanizmu pozwalającego na mniej kontrolowane wydatkowanie publicznych środków? Precedens orzeczniczy i stanowisko UZP są jasne – likwidacja kopalń nie jest działalnością sektorową.
Dlaczego więc rząd tak usilnie próbuje zmienić tę kwalifikację prawną?
Odpowiedź może tkwić w chęci obejścia rygorystycznych procedur konkurencyjnych i stworzenia przestrzeni dla niekonkurencyjnego przyznawania kontraktów związanych z likwidacją kopalń. W czasach głębokich przemian polskiego górnictwa, gdy na szali leżą setki miliardów złotych i przyszłość całych regionów, takie działania są nie tylko prawnie wątpliwe, ale i społecznie nieodpowiedzialne.
Alarmujące jest również to, że projekt został przygotowany bez należytych konsultacji z ekspertami od zamówień publicznych. Urząd Zamówień Publicznych zajął stanowisko dopiero w odpowiedzi na zapytanie z Sejmu, gdy projekt był już na zaawansowanym etapie prac legislacyjnych. To świadczy o lekceważeniu procedur konsultacyjnych i ignorowaniu ekspertów w kluczowych dla gospodarki obszarach.
Precedens na przyszłość
Jeśli rządowi uda się przeprowadzić tę nowelizację wbrew stanowisku UZP, stworzy to niebezpieczny precedens. Oznaczałoby to, że ustawodawca może arbitralnie redefiniować pojęcia prawne wywodzące się z dyrektyw unijnych, obchodząc w ten sposób intencje prawodawcy wspólnotowego. W przyszłości podobny mechanizm mógłby być wykorzystany w innych sektorach gospodarki, prowadząc do systematycznego osłabiania standardów zamówień publicznych w Polsce.
Zagrożenie dla praworządności i zasad demokratycznych
Szerszy kontekst projektowanych zmian dotyczy fundamentalnych zasad państwa prawnego. Ignorowanie ugruntowanego orzecznictwa, omijanie opinii niezależnych organów kontrolnych i wprowadzanie przepisów sprzecznych z prawem unijnym to praktyki podważające zaufanie do instytucji państwa i jakość polskiego prawodawstwa.
W demokratycznym państwie prawa opinie takich organów jak Urząd Zamówień Publicznych powinny być traktowane z najwyższą powagą, zwłaszcza gdy są oparte na solidnych podstawach prawnych i dotyczą wydatkowania miliardów złotych publicznych pieniędzy. Lekceważenie tych opinii to sygnał, że decyzje polityczne górują nad racjonalnością prawną i gospodarczą.
Konieczność wycofania projektu
Stanowisko Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych nie pozostawia wątpliwości – projektowana nowelizacja jest prawnie wadliwa i zagraża przejrzystości procesu restrukturyzacji polskiego górnictwa. Rząd powinien wycofać się z forsowania tej regulacji i wrócić do sprawdzonych, zgodnych z prawem unijnym mechanizmów nadzoru nad wydatkowaniem środków publicznych w procesie likwidacji kopalń.
Polskie górnictwo przechodzi najtrudniejszy w swojej historii proces transformacji. Wymaga to mądrych, przejrzystych i zgodnych z prawem rozwiązań, a nie legislacyjnych sztuczek mających na celu obejście rygorystycznych procedur konkurencyjnych. Społeczeństwo ma prawo do tego, by miliardy złotych wydawane na restrukturyzację sektora były kontrolowane według najwyższych standardów przejrzystości i konkurencji.
Czas, by rząd wysłuchał głosu ekspertów i wycofał się z tego niebezpiecznego projektu, zanim zostanie on uchwalony i narazi Polskę na kolejne postępowania przed Trybunałem w Luksemburgu oraz na uzasadnione zarzuty o marnotrawstwo publicznych pieniędzy.
Zagrożenia dla reformy górnictwa
Projekt rządowej nowelizacji ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego, który miał usprawnić proces restrukturyzacji branży, w rzeczywistości może doprowadzić do poważnych zakłóceń w transformacji sektora. Ostrzeżenia Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych oraz głosy związkowców i ekspertów wskazują na liczne zagrożenia wynikające z planowanych zmian prawnych.
Zagrożenie brakiem konkurencji i transparentności
Uznanie działań likwidacyjnych za działalność sektorową pozwoli przedsiębiorstwom górniczym stosować mniej rygorystyczne procedury przetargowe. Oznacza to osłabienie konkurencji i kontroli nad wydatkowaniem publicznych środków w procesie likwidacji kopalń, którego koszty szacowane są na 11,275 mld zł w ciągu najbliższych 10 lat.
Perspektywa związkowców – obawy o realizację umowy społecznej
Związkowcy od miesięcy alarmują o niepokojących sygnałach ze strony rządu dotyczących realizacji umowy społecznej z 2021 roku, która gwarantuje stopniowe wygaszanie kopalń do 2049 roku oraz pakiet osłon socjalnych dla górników.
Dominik Kolorz, szef śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, po spotkaniu z ministrem aktywów państwowych w październiku 2025 roku wskazywał na liczne niedociągnięcia: „Tak samo niewiele uzyskaliśmy, jeśli chodzi o tworzenie nowych miejsc pracy na Śląsku, o transformację całej gospodarki na Śląsku”. Związkowcy podkreślają, że mimo przyjęcia projektu ustawy przez rząd, „dopóki parlament tego nie przyjmie, a prezydent nie podpisze musimy być czujni”.
Bogusław Hutek, przewodniczący Krajowej Sekcji Górnictwa Węgla Kamiennego NSZZ „Solidarność”, ostro krytykował ministra energii Miłosza Motykę za wypowiedzi o niewypłacaniu dotacji do „nierentownych inwestycji”: „Mówienie, że nie będzie się dopłacało do redukcji zdolności produkcyjnych w kopalniach, na co przecież zgodził się polski rząd, kiedy podpisywał umowę społeczną, jest twierdzeniem oderwanym od rzeczywistości”. Związkowiec ostrzegał, że brak realizacji umowy może doprowadzić do „wielkich protestów”, które są „kwestią czasu”.
Bogusław Ziętek z związku zawodowego „Sierpień 80” już w 2021 roku przestrzegał przed konsekwencjami Polityki Energetycznej Polski: „PEP 2040 to fatalny dokument dla górnictwa, energetyki, ale także dla całej Polski”. Jego zdaniem rządowy plan jest „nierealistyczny” i oznacza, że „będziemy likwidować kopalnie szybciej, niż rząd zobowiązał się w porozumieniu ze stroną społeczną”. Ziętek ostrzegał również, że „w Polsce wystąpi niedostatek energii i surowców, co nas uzależni nasz kraj od dostaw rosyjskiego gazu bądź niemieckiej energii elektrycznej”.
Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, w październiku 2025 roku ostrzegał: „Jeżeli zaorają Eneę, to wezmą się za kolejne firmy, za polskie górnictwo i całą energetykę”. Szef „Solidarności” podkreślał, że rząd nie prowadzi rzeczywistego dialogu: „Dialog został zaorany przez ten rząd. Obserwujecie codziennie protesty rolników, górników, hutników, dziś protest energetyków”.
Dane przedstawione przez Fundację Instrat są alarmujące: wydobycie węgla kamiennego w Polsce spadło o 23 proc. w ciągu ostatnich trzech lat, a tylko w 2024 roku Polska Grupa Górnicza wydobyła 4 mln ton węgla mniej niż rok wcześniej – spadek o 18 proc. Koszty produkcji w PGG są „co najmniej dwukrotnie wyższe od konkurencji z Bogdanki.
Gigantyczne koszty społeczne i gospodarcze
Eksperci przestrzegają przed ogromnymi konsekwencjami społecznymi i gospodarczymi nieprzemyślanej restrukturyzacji. Według analiz przeprowadzonych na zlecenie Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, wygaszenie górnictwa węgla kamiennego może prowadzić do likwidacji co najmniej 26,6 tys. miejsc pracy w firmach kooperujących z kopalniami, a w wariancie pesymistycznym nawet 75,9 tys.
Tylko na Górnym Śląsku proces dotyka bezpośrednio ok. 83 tysięcy pracowników sektora wydobywczego, a pośrednio – nawet dwóch milionów mieszkańców terenów uzależnionych od górnictwa. Region najbardziej narażony to Górny Śląsk, gdzie zamknięcie zakładów górniczych może oznaczać spadek PKB o 2–3 proc. rocznie.
Chaos prawny i instytucjonalny
Eksperci są zgodni – bez realnego planu transformacji, który uwzględnia tempo spadku zapotrzebowania na węgiel, wsparcie dla górników i tworzenie nowych miejsc pracy, reforma górnictwa jest skazana na niepowodzenie. Planowana nowelizacja, zamiast ułatwiać transformację, może ją jedynie skomplikować i opóźnić. Rząd stoi przed wyborem: albo wycofać wadliwy projekt i stworzyć prawdziwie transparentny mechanizm restrukturyzacji zgodny z prawem UE i oczekiwaniami społecznymi, albo doprowadzić do chaosu prawnego i społecznego w jednym z najbardziej wrażliwych sektorów polskiej gospodarki.
Resort bez ochrony
Kontakt ministra Żurka z niezidentyfikowanym „hiszpańskim dziennikarzem” w 2016 roku, w okresie aktywności szpiega GRU Pablo Gonzáleza (Pawła Rubcowa) w Polsce, wymaga bezwzględnego wyjaśnienia – szczególnie w kontekście wzorca operacyjnego GRU polegającego na budowaniu relacji ze środowiskami prawnymi i politycznymi.
Czy afera byłego sędziego Tomasza Szmydta stanowi potencjalnie największą aferę szpiegowską III Rzeczypospolitej z perspektywy zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego? Zobaczymy, bo sytuacja jest dynamiczna. Z punktu widzenia kontrwywiadu afera Szmydta ujawnia głęboką penetrację polskiego wymiaru sprawiedliwości przez służby białoruskie i rosyjskie, a także fundamentalne luki w systemie ochrony informacji niejawnych.
Brak reakcji ze strony ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka przez dziewięć lat, mimo ujawnienia tożsamości Rubcowa jako agenta GRU, pogarsza sytuację z punktu widzenia transparentności. Niezależnie od charakteru kontaktu, milczenie w tej sprawie jest nieakceptowalne dla osoby pełniącej funkcję ministra sprawiedliwości.
Sprawa Tomasza Szmydta stanowi potwierdzony przypadek wieloletniego szpiegostwa w najwyższych strukturach wymiaru sprawiedliwości. To dowód na systematyczne rozpracowywanie przez wywiad Rosji słabego ogniwa, z wykorzystaniem luk zarówno w przepisach, jak i bierności kontrwywiadu.
W maju 2024 roku uciekł na Białoruś Tomasz Szmydt, były sędzia WSA w Warszawie. Sędziowie, którzy mają dostęp do tajnych informacji nadal nie podlegają procedurom kontrwywiadowczym, bo rząd nie zajmuje się tym problemem.
Atmosfera w wymiarze sprawiedliwości jest obecnie bliska wrzeniu, po tym jak kilka dni temu przypomniano pewne nagranie. W wywiadzie dla TOK FM z 19 maja 2016 roku Waldemar Żurek, ówczesny sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie i członek KRS, stwierdził w kontekście ustawy o Trybunale Konstytucyjnym: „momentalnie miałem telefon z Hiszpanii od ważnego dziennikarza”.
W tym samym 2016 roku na portalu naiz.eus pojawił się artykuł rzekomo hiszpańskiego dziennikarza Pablo Gonzáleza (Pawła Rubcowa) poświęcony „polskiej demokracji w kłopotach”, krytykujący rząd PiS. Rubcow pisał o „skandalach wokół populistyczno-konserwatywnego rządu”, konfliktach z UE i „ksenofobicznych wypowiedziach”. Przypadek?
Analiza raportów Rubcowa z lat 2016–2020 ujawnia, że zbierał informacje o kontaktach z osobami związanymi z polską polityką i wymiarem sprawiedliwości. W relacji z forum w Rzeszowie pisał do centrali GRU: „Wygląda na to, że udało mi się zasiać ziarno wątpliwości wśród euroatlantystów”.
Minister Żurek do dzisiaj nie zabrał głosu w sprawie wywiadu sprzed dziewięciu lat. Media społecznościowe i prawnicy z Stowarzyszenia Prawnicy dla Polski domagają się wyjaśnień: „Kim był odważny hiszpański dziennikarz, któremu Waldemar Żurek relacjonował o meandrach życia publicznego w Polsce?”.
Żurek mógł być celem operacji wywiadowczej jako źródło informacji. Rubcow budował relacje z wieloma osobami ze środowisk prawniczych, medialnych i politycznych. W tym scenariuszu kontakt był inicjatywą Rubcowa, a Żurek nieświadomie udzielał informacji o sytuacji politycznej. Jeśli dziennikarzem był rzeczywiście Rubcow, kontakt mógł być elementem koordynowanej kampanii wywierania wpływu na polski wymiar sprawiedliwości w kluczowym momencie – podczas sporu o Trybunał Konstytucyjny w 2016 roku. Nie można wykluczyć, że Żurek kontaktował się z innym hiszpańskim dziennikarzem zainteresowanym polityką polską. Wymaga to jednak weryfikacji, której dotąd nie przeprowadzono.
Dezercja Szmydta była szokiem, jednakże jeszcze większym dla opinii publicznej była informacja, że sędziowie bez żadnej weryfikacji otrzymują dostęp do materiałów niejawnych. W przeciwieństwie do wielu urzędników nie przechodzą procedury uzyskania poświadczenia bezpieczeństwa, przeprowadzanej przez ABW. Nie przechodzą więc postępowania sprawdzającego mającego na celu ustalenie, czy daje rękojmię zachowania tajemnicy. Są z niej wyłączeni.
Jak przystało na przedstawicieli „nadzwyczajnej kasty”. Żeby było tragiczniej, to Szmydt podczas swego orzekania w WSA w Wydziale II zajmował się odwołaniami od niekorzystnych decyzji ABW o nieprzyznaniu poświadczenia bezpieczeństwa. Prawie przez pięć lat miał do czynienia z osobami, którym służby odmówiły poświadczenia bezpieczeństwa, czyli dostępu do tajnych dokumentów. Szmydt jako sędzia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie od 2018 roku był zaangażowany w 37 spraw związanych z informacjami niejawnymi i poświadczeniami bezpieczeństwa.
Ucieczka Szmydta na Białoruś nastąpiła nagle, bo miał nawet zaplanowane rozprawy, np. na 4 czerwca 2024 r., związane z odmowami wydania poświadczeń bezpieczeństwa w zakresie dostępu do informacji niejawnych, w tym o klauzulach NATO SECRET, SECRET UE i Tajne.
Na biurku Tomasza Szmydta znajdowały się akta spraw, w których były informacje ze służb specjalnych o powodach zastrzeżeń do danej osoby. Zakładając, że Szmydt mógł mieć kontakt z rosyjskim lub białoruskim wywiadem, informacje, które mogą posłużyć do szantażu delikwenta, są już w Moskwie lub Mińsku.
— Zasady dostępu sędziów do dokumentów z klauzulami tajności określają dwie ustawy: ochronie informacji niejawnych oraz prawo o ustroju sądów powszechnych. Pierwsza ustawa wyłącza właśnie sędziów z procedury poświadczenia bezpieczeństwa. Druga ustawa precyzuje, że sędzia przed przystąpieniem do pełnienia obowiązków zapoznaje się z przepisami o ochronie informacji niejawnych i składa oświadczenie o ich znajomości. I na tym się kończy cała procedura. Na tej podstawie sędzia może mieć dostęp do informacji niejawnych, ale tylko w zakresie niezbędnym do pełnienia urzędu na stanowisku sędziowskim, pełnienia powierzonej funkcji lub wykonywania powierzonych czynności — tłumaczył Jacek Kudła, biegły sądowy, ekspert w zakresie czynności operacyjno-rozpoznawczych.
Czy funkcjonariusze ABW także powinni weryfikować sędziów? — Powinni. To luka systemu. To jest konieczne, aby przywrócić kontrolę i ochronę kontrwywiadowczą również w obszarze sądownictwa. Ta kontrola, obejmująca m.in. postępowania sprawdzające, nie obowiązuje od 2000 r. I w dzisiejszej sytuacji nie broni się w żaden sposób, musi być prowadzona — oceniał ówczesny szef BBN Jacek Siewiera.
Wizja sprawdzania przez ABW sędziów wywołuje protest tego środowiska. Podobnie, jak w 1989 r. weryfikacja tych, którzy wiernie służyli komunistom. Dzisiaj obawiają się inwigilacji, i posługują się argumentem, że „sędziowie muszą niezawiśli i niezależni, co im gwarantuje konstytucja”. To bzdura.
Dostęp do informacji niejawnych powinien być przywilejem dla sędziów zasługujących na zaufanie. Nie ma przymusu orzekania w sprawach, w których pojawiają się informacje tajne ze względu na bezpieczeństwo państwa, szczególnie w czasie wojny za wschodnią granicą i agresywnej działalności rosyjskich i białoruskich służb specjalnych w Polsce. – Uporządkowanie tego problemu jest proste. Tylko sędziowie, którzy wyraziliby zgodę na przeprowadzenie postępowania sprawdzającego przez ABW powinni orzekać w sprawach, w których pojawiają się tajne informacje – wyjaśnia jeden z sędziów.
Na liście kontaktów Szmydta zidentyfikowano Artura Gajko, funkcjonariusza białoruskiego GUBOPiK (jednostka MSW ds. walki z przestępczością zorganizowaną), który pod przykryciem przeniknął do struktur białoruskiej opozycji. Szmydt publicznie przyznał w rosyjskich mediach, że „był zaangażowany jako sędzia w sprawy służb specjalnych w Polsce”.
Na 56-letnim Szmydcie ciąży zarzut szpiegostwa. Zgodnie z art. 130 par. 1, kto bierze udział w działalności obcego wywiadu albo działa na jego rzecz przeciwko RP, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż pięć lat. Art. 130 kk par. 5 stanowi, że jeśli tego czynu dopuści się funkcjonariusz publiczny, kara wynosi od ośmiu lat więzienia do dożywocia. Gdyby sędziowie podlegaliby procedurze kontrwywiadowczej, to być może szpiega ABW wykryłaby wcześniej.