Taki mamy grudzień…

Taki mamy grudzień…

Prokurator pionu śledczego IPN w Katowicach wszczął śledztwo w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości, której dopuścili się Niemcy w latach 1939–45 podczas akcji T4 w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu.
Poznaliśmy uzasadnienie wszczęcia śledztwa w sprawie akcji T‑4 w szpitalu w Lublińcu. Obejmuje ono m.in. popełnienie zbrodni nazistowskiej, która stanowiła zbrodnię wojenną oraz zbrodnię przeciwko ludzkości – zabójstw pacjentów szpitala psychiatrycznego w czasie II wojny światowej. Nie wykluczone, że podczas zbrodniczej eutanazji, niemieccy lekarze – psychiatrzy wraz z pomocnikami, zamordowali kilkuset chorych – dzieci i dorosłych.

Przeciwnicy śledztw IPN będą używać argumentu, że takie śledztwo jest niepotrzebne, skoro sprawcy nie żyją. Odpowiedź jest prosta – celem tego śledztwa jest ustalenie prawdy, zadośćuczynienie pamięci ofiar, które nigdy nie doczekały sprawiedliwości, ich rodziny nie doczekały się oficjalnego uznania cierpienia bliskich, a zbrodnia w Lublińcu jest niemal nieznana.
Ważne jest też to, że oficjalne śledztwo i ustalenia prokuratury będą chronić przed rewizjonizmem i negacją zbrodni, a zwolennicy tego nie zakwestionują faktów ustalonych przez prokuraturę. To sygnał, że zbrodnie przeciwko ludzkości nie przedawniają się, a Polska nie zapomina o ofiarach niemieckich zbrodniarzy, także w lekarskich kitlach.
Śledztwa i mataczenia
W Polsce do tej podejmowano dwie próby postawienia przed sądem sprawców zbrodni Akcji T‑4 w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu. Pierwsza – to śledztwo prowadzone przez polskie organy ścigania i Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w latach 60. ub. wieku. Materiały zostały przekazane w 1968 r. niemieckiej prokuraturze w Dortmundzie z żądaniem wszczęcia śledztwa. O losach śledztwa, które prokurator w Dortmundzie zajmował się aż 9 lat, piszę poniżej.
Drugi raz polskie śledztwo rusza w 2001 roku. Tym razem prokurator IPN Marzena Kusion wszczyna śledztwo, które jednak nie dotyczy przypadków zbrodniczej eutanazji pacjentów w szpitalu w Lublińcu, ale przeprowadzanych eksperymentów pseudomedycznych.
Biegłym w tym śledztwie zostaje psychiatra Krzysztof Czuma, który – jak ustaliła Kalina Błażejowska w swojej książce „Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych” – uznał, że podawanie pacjentom luminalu w dawkach powodujących śmierć, „nie odbiegało od ówcześnie obowiązującego paradygmatu psychiatrycznego dotyczącego diagnozy i terapii”.
W 2004 roku prokurator Kusion śledztwo umarza. W uzasadnieniu pisze, powołując się na opinię wydaną przez niemieckich biegłych (!) na potrzeby prowadzonego tam śledztwa, że „przewlekłe stosowanie luminalu u dzieci nie miało śmiertelnego skutku”. Podobnie zresztą orzekł dr Czuma, onegdaj guru śląskiej psychiatrii. Nie wiadomo, dlaczego prokurator pominęła odmienną ekspertyzę, którą wydał prof. Tadeusz Chruściel na potrzeby pierwszego, powojennego śledztwa. Ekspertyza była w aktach.
Śmierć z łaski
W październiku 1939 roku Adolf Hitler wydał tajną dyrektywę (antydatowaną na 1 września), upoważniającą szefa Kancelarii Führera Philippa Bouhlera oraz swojego osobistego lekarza, dr. Karla Brandta, do „rozszerzenia uprawnień imiennie określonych lekarzy” w celu udzielania „śmierci z łaski” (Gnadentod) osobom uznanym za nieuleczalnie chore. Dokument ten, mimo że nie miał rangi ustawy, stworzył podstawę prawną dla masowych morderstw medycznych.
Akcja T‑4, nazwana od adresu berlińskiej siedziby przy Tiergartenstraße 4, stanowiła jeden z najbardziej mrocznych rozdziałów w historii medycyny – systematyczne mordowanie osób uznanych za „życie niewarte życia” (Lebensunwertes Leben). Program realizowany w latach 1939–1945 pochłonął życie około 200 000 osób z niepełnosprawnościami fizycznymi i psychicznymi, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Odpowiedzialność za te zbrodnie poniosło około 50 lekarzy psychiatrów, którzy dobrowolnie uczestniczyli w selekcji i zabijaniu pacjentów.
Na ochotnika do zbrodniczej eutanazji
Wbrew powszechnym przekonaniom, lekarze dołączali do programu T‑4 dobrowolnie, mimo wiedzy o jego rzeczywistych celach. Źródła dokumentują przypadki lekarzy, którzy odmówili udziału bez ponoszenia poważnych konsekwencji. Lista 40 głównych ekspertów T‑4 (T4-Gutachter) obejmowała wielu szanowanych profesorów psychiatrii i dyrektorów instytucji.
„Tragedia polega na tym, że psychiatrom niepotrzebny był rozkaz. Działali z własnej inicjatywy. Nie wykonywali wyroku śmierci, który został wydany przez kogoś innego” – pisał Fredric Wertham, niemiecko-amerykański psychiatra w „Signs of Cain. An Exploration of Human Violence” w 1969 roku. W tym samym czasie trwało śledztwo w niemieckiej prokuraturze.
Kruk krukowi oka nie wykole
Śledztwo prokuratury w Dortmundzie (1965−1974) przeciwko lekarzom i personelowi zaangażowanym w morderstwa dzieci w ramach Akcji T‑4 w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu (niem. Loben) stanowi jeden z najbardziej wymownych przykładów systemu bezkarności wobec niemieckich zbrodniarzy medycznych w powojennej Republice Federalnej Niemiec.
Prokurator przesłuchał kilkanaście osób z personelu szpitala. Zeznawał dr Ernst Buchalik, który osobiście nadzorował podawanie luminalu (fenobarbitalu) dzieciom na Oddziale B. Luminal, legalny lek nasenny i przeciwpadaczkowy, w podwyższonych dawkach działał jako trucizna powodująca śmierć. Dzieci otrzymywały go trzy razy dziennie w dawkach znacznie przekraczających normę terapeutyczną.Śmierć następowała różnie – niektóre dzieci umierały po kilku dniach, inne konały tygodniami lub miesiącami, stopniowo wyniszczane przez trujący lek.
Świadkiem była jego bliska współpracowniczka – dr Elisabeth Hecker – zwana „aniołem śmierci” w lekarskim kitlu. W 1934 roku Hecker publicznie poparła ustawę o zapobieganiu obciążonemu dziedzicznie potomstwu (Gesetz zur Verhütung erbkranken Nachwuchses). Jako dyrektor Dziecięcej Kliniki Psychiatrycznej w Lublińcu Hecker na swoim Oddziale A decydowała o życiu lub śmierci dzieci. „Rokujące” wyzdrowieniem dzieci z łagodniejszymi problemami (np. moczenie nocne) kierowała do zakładów poprawczych. „Nierokujące” – z diagnozami „Schwachsinn” (upośledzenie), padaczka – kierowała na Oddział B do Buchalika, czyli na śmierć.
Po śmierci dzieci Hecker osobiście przeprowadzała sekcje zwłok, podczas których wypreparowywała mózgi i wysyłała je do Instytutu Neurobiologii we Wrocławiu (kierowanego przez prof. Viktora von Weizsäckera).
Mimo twardych dowodów – zachowanego dziennika dr Ensta Buchalika, który był wtedy dyrektorem szpitala, z zapisami podawania dzieciom luminalu (256 nazwiska – 194 zgony), zeznań świadków i dokumentów Reichsausschussu, niemiecka prokuratura zakończyła postępowanie bez postawienia zarzutów. Postępowanie zostało ostatecznie zakończone w 1974 roku. Żadna z 15 osób objętych śledztwem nie została oskarżona lub postawiona przed sądem.
Uzasadnienie? Prokurator „uwierzył”, że dr Elisabeth Hecker mogła zakładać, iż dr Ernst Buchalik z uwagi na swoją „katolicką postawę” nigdy nie zabije dzieci. Ta absurdalna racjonalizacja pozwoliła sprawcom na pełną bezkarność – Hecker kontynuowała karierę jako pionierka psychiatrii dziecięcej w RFN, otrzymując Krzyż Zasługi Republiki Federalnej Niemiec w 1960 roku.
Buchalik w swoich zeznaniach twierdził, że luminal miał „chronić dzieci przed samookaleczeniem” – co było oczywistą nieprawdą w obliczu systematycznego stosowania śmiertelnych dawek i prowadzenia dziennika zgonów. Mimo, że Buchalik był poszukiwanym przez Polskę zbrodniarzem wojennym zaraz po wojnie, mógł swobodnie praktykować jako lekarz w strefie sowieckiej, a później w RFN. Prawdopodobnie współpracował ze służbami bezpieczeństwa NRD i ZSRR, co zapewniało mu ochronę.
Sprawiedliwość w niemieckim wydaniu
Zresztą po wojnie w RFN obowiązywał „kodeks bezkarności” wobec osób, które miały nazistowską przeszłość. Sędziowie oraz prokuratorzy RFN często sami byli w czasie II wojny światowej członkami NSDAP, w służbach specjalnych pracowali byli funkcjonariusze Gestapo i SD, także wysocy urzędnicy rządowi najchętniej ogłosiliby zbiorową amnestię.
Nie tylko środowisko medyczne obawiało się otwarcia puszki Pandory, w wyniku czego tysiące lekarzy mogłyby zostać skompromitowane ujawnieniem działalności przed 1945 rokiem.
Pierwszy proces dotyczący programu „eutanazji” odbył się w 1945 r. w Hadamar – jednym z sześciu głównych ośrodków zagłady. Amerykański trybunał wojskowy oskarżył siedem osób za zamordowanie 476 robotników przymusowych z Polski i ZSRR w latach 1944–1945. Zapadły trzy wyroki śmierci.
Główny Proces Lekarzy (United States of America v. Karl Brandt et al.) w 1946 r. przed amerykańskim trybunałem wojskowym w Norymberdze był pierwszym z dwunastu procesów kontynuacyjnych. Na ławie oskarżonych zasiadły 23 osoby – 20 lekarzy i 3 funkcjonariuszy SS.Wśród nich byli oskarżeni, którzy brali udział w Akcji T‑4 i zostali powieszeni: Karl Brandt – osobisty lekarz Hitlera i główny koordynator programu „eutanazji”; Viktor Brack – szef Hauptamt II w Kancelarii Führera, bezpośrednio nadzorujący Akcję T‑4;
W czerwcu 1947 roku w strefie okupacji sowieckiej odbył się proces 15 oskarżonych związanych z ośrodkiem zagłady Sonnenstein w Pirna. Na ławie oskarżonych znalazł się m.in. psychiatra Prof. Paul Nitsche – dyrektor medyczny Akcji T‑4 od grudnia 1941 (ścięty gilotyną).
Podczas, gdy alianckie trybunały w latach 1945–1948 wydawały wyroki śmierci, późniejsze zachodnioniemieckie postępowania w latach 60. kończyły się łagodnymi wyrokami lub umorzeniami. Jedynie około 45 proc. niemieckich lekarzy, którzy byli członkami NSDAP stanęło przed sądem. Z około 50 głównych lekarzy-ekspertów T‑4 skazano na śmierć tylko 4: Brandta, Bracka, Nitschego i jednego pielęgniarza (Gäblera). Większość sprawców Akcji T‑4 wróciła do praktyki medycznej lub uniknęła odpowiedzialności karnej, co jest bolesnym dowodem niepełnego rozliczenia medycznych zbrodni.
Mimo, że dziś wiemy bez wątpliwości, że E. Hecker i E. Buchalik byli zbrodniarzami odpowiedzialnymi za śmierć setek dzieci, nigdy nie zostali skazani. Ich bezkarność była nie tyle wynikiem braku dowodów, ale świadomej decyzji systemu prawnego RFN o nieściganiu zbrodni medycznych nazizmu. Elisabeth Hecker zmarła w 1986 jako odznaczona pionierka psychiatrii dziecięcej, a nie jako skazana morderczyni dzieci.
To jest najboleśniejszy dowód porażki niemieckiego rozliczenia z medycznymi zbrodniami nazizmu.
Przez 79 lat (1945−2024) miejsce zbrodni w Lublińcu pozostawało praktycznie zapomniane. Dopiero 12 listopada 2024 roku odsłonięto tablicę pamiątkową. Zamek, w którym mieścił się Oddział A – miejsce selekcji dzieci – dziś funkcjonuje jako luksusowy hotel. To symboliczny wyraz niemieckiej i polskiej amnezji wobec tej zbrodni.Sprawy zabójstw w ramach Akcji T‑4 w Lublińcu praktycznie nie ma w międzynarodowej literaturze anglojęzycznej.
Prokurator pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach podjął decyzję o wszczęciu śledztwa w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości, której dopuścili się Niemcy w latach 1939–1945 w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu.
Postępowanie dotyczy m.in. zabójstw pacjentów w ramach niesławnej akcji T4. Choć od tamtych wydarzeń minęło niemal osiem dekad, a sprawcy już nie żyją, celem śledczych jest ustalenie prawdy i zadośćuczynienie pamięci ofiar, które nigdy nie doczekały się sprawiedliwości.

Niewykluczone, że podczas zbrodniczej procedury eutanazji niemieccy lekarze psychiatrzy wraz z personelem pomocniczym zamordowali w Lublińcu kilkuset chorych – zarówno dorosłych, jak i dzieci. Wznowienie postępowania ma być także tamą dla rewizjonizmu i negacji zbrodni. To wyraźny sygnał: zbrodnie przeciwko ludzkości nie ulegają przedawnieniu, a Polska nie zapomina o ofiarach niemieckich zbrodniarzy w lekarskich kitlach.
Śmierć z łaski: Geneza zbrodni
Fundamentem ludobójstwa stała się tajna dyrektywa Adolfa Hitlera z października 1939 roku (antydatowana na 1 września), która upoważniała szefa Kancelarii Führera Philippa Bouhlera oraz dr. Karla Brandta do wdrożenia programu „śmierci z łaski” (Gnadentod). Dokument ten, choć nieposiadający rangi ustawy, dał mandat do masowych morderstw medycznych na osobach uznanych za nieuleczalnie chore.
Program, nazwany Akcją T4 od adresu berlińskiej centrali przy Tiergartenstraße 4, stanowi jeden z najmroczniejszych rozdziałów w historii medycyny. W jego ramach systematycznie mordowano osoby uznane za „życie niewarte życia” (Lebensunwertes Leben). W latach 1939–1945 procedura ta pochłonęła około 200 tysięcy ofiar – osób z niepełnosprawnościami fizycznymi i psychicznymi, w tym dzieci.
Wbrew powszechnym mitom o przymusie wykonywania rozkazów, lekarze dołączali do programu T4 dobrowolnie, mając pełną świadomość jego celów. Istnieją udokumentowane przypadki medyków, którzy odmówili udziału i nie ponieśli z tego tytułu poważnych konsekwencji. Mimo to, lista głównych ekspertów T4 (T4-Gutachter) obejmowała 40 nazwisk, w tym wielu szanowanych profesorów psychiatrii. Jak pisał psychiatra Fredric Wertham w 1969 roku: „Tragedia polega na tym, że psychiatrom niepotrzebny był rozkaz. Działali z własnej inicjatywy”.
Lubliniec: Mechanizm zagłady dzieci
W szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu (wówczas Loben) maszyneria śmierci działała precyzyjnie. Kluczową postacią była dr Elisabeth Hecker, dyrektor Dziecięcej Kliniki Psychiatrycznej, zwana przez niektórych „aniołem śmierci”. Jeszcze w 1934 roku publicznie poparła ona nazistowską ustawę o zapobieganiu obciążonemu dziedzicznie potomstwu.
To Hecker na swoim Oddziale A decydowała o życiu i śmierci. Dzieci „rokujące”, z lżejszymi schorzeniami (np. moczeniem nocnym), kierowała do zakładów poprawczych. Te „nierokujące” – z diagnozą upośledzenia (Schwachsinn) lub padaczki – wysyłała na Oddział B. Tam trafiały pod opiekę dr. Ernsta Buchalika.
Dr Buchalik osobiście nadzorował podawanie małym pacjentom luminalu (fenobarbitalu). Ten legalny lek przeciwpadaczkowy, podawany trzy razy dziennie w dawkach znacznie przekraczających normy terapeutyczne, stawał się trucizną. Śmierć nie była natychmiastowa – niektóre dzieci umierały po kilku dniach, inne konały tygodniami, stopniowo wyniszczane przez toksynę. Buchalik w powojennych zeznaniach cynicznie twierdził, że luminal miał „chronić dzieci przed samookaleczeniem”, co było kłamstwem w obliczu prowadzonego przez niego dziennika zgonów. Zachowany dziennik zawiera 256 nazwisk dzieci, którym podawano lek – 194 z nich zmarły.
Po śmierci ofiar dr Hecker osobiście przeprowadzała sekcje zwłok, preparowała mózgi i wysyłała je do Instytutu Neurobiologii we Wrocławiu, kierowanego przez prof. Viktora von Weizsäckera. Mimo bezsprzecznych dowodów winy, Hecker i Buchalik nigdy nie zostali skazani.
Mataczenia i nieudolność polskich śledztw
W Polsce podejmowano dotąd dwie główne próby rozliczenia zbrodni w Lublińcu. Pierwsze śledztwo, prowadzone przez Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w latach 60., zakończyło się przekazaniem materiałów dowodowych prokuraturze w Dortmundzie w 1968 roku z żądaniem wszczęcia śledztwa.
Drugie podejście miało miejsce w 2001 roku, kiedy sprawą zajęła się prokurator IPN Marzena Kusion. Śledztwo to nie dotyczyło jednak bezpośrednio eutanazji, lecz eksperymentów pseudomedycznych. Kluczową rolę odegrał tu biegły psychiatra Krzysztof Czuma. Jak ustaliła Kalina Błażejowska w książce „Bezduszni”, Czuma uznał, że podawanie śmiertelnych dawek luminalu „nie odbiegało od ówcześnie obowiązującego paradygmatu psychiatrycznego”.
W 2004 roku prokurator Kusion umorzyła śledztwo, opierając się na opinii niemieckich biegłych oraz ekspertyzie dr. Czumy, z której wynikało, że przewlekłe stosowanie luminalu nie musiało mieć skutku śmiertelnego. Decyzja ta zapadła mimo istnienia w aktach odmiennej ekspertyzy prof. Tadeusza Chruściela z pierwszego śledztwa, którą prokuratura pominęła.
Niemiecki „kodeks bezkarności”
Jeszcze bardziej bulwersujące były losy śledztwa przekazanego do RFN. Prokuratura w Dortmundzie prowadziła sprawę przez 9 lat (1965–1974). Przesłuchano kilkanaście osób, w tym Buchalika i Hecker. Mimo twardych dowodów – dziennika zgonów, zeznań i dokumentów – postępowanie umorzono, a żadna z 15 objętych nim osób nie stanęła przed sądem.
Uzasadnienie prokuratora stanowi kuriozum w historii prawa. Śledczy „uwierzył” dr Hecker, że mogła ona zakładać, iż dr Buchalik – ze względu na swoją „katolicką postawę” – nie zabija dzieci. Ta racjonalizacja zapewniła sprawcom bezkarność. Elisabeth Hecker kontynuowała karierę w RFN, stając się pionierką psychiatrii dziecięcej i w 1960 roku otrzymując Krzyż Zasługi. Zmarła w 1986 roku jako ceniona lekarka, a nie skazana morderczyni. Buchalik, mimo że był poszukiwany przez Polskę jako zbrodniarz wojenny, praktykował w strefie sowieckiej, a potem w RFN, prawdopodobnie chroniony przez służby bezpieczeństwa NRD i ZSRR.
Systemowa amnezja
Przypadek Lublińca wpisuje się w szerszy obraz nieskutecznego rozliczenia zbrodni medycznych w Niemczech. Choć w procesach norymberskich skazano na śmierć kluczowe postacie T4, takie jak Karl Brandt czy Viktor Brack, a w procesie załogi Sonnenstein – prof. Paula Nitschego, to większość sprawców uniknęła kary.
W RFN panowała swoista zmowa milczenia. Sędziowie i prokuratorzy często sami mieli nazistowską przeszłość. Obawiano się, że rzetelne śledztwa skompromitują tysiące lekarzy aktywnych zawodowo po 1945 roku. Statystyki są nieubłagane: jedynie około 45 proc. niemieckich lekarzy należących do NSDAP stanęło przed sądem. Większość powróciła do praktyki.
Przez 79 lat miejsce zbrodni w Lublińcu pozostawało zapomniane. Zamek, w którym mieścił się Oddział A – miejsce selekcji – funkcjonuje dziś jako luksusowy hotel. Dopiero 12 listopada 2024 roku odsłonięto tam tablicę pamiątkową. Temat ten praktycznie nie istnieje w anglojęzycznej literaturze przedmiotu. Wznowione śledztwo IPN to ostatnia szansa na przełamanie tej amnezji i oficjalne nazwanie zbrodni, której ofiary i ich rodziny nigdy nie doczekały się uznania swojego cierpienia.
W świecie służb specjalnych obowiązuje zasada: „jeśli złapiemy twojego, wymienimy go na naszego”. Nie dotyczy to jednak Polaków, którzy w wyniku prowokacji siedzą w rosyjskich i białoruskich łagrach.
Przez ostatnie cztery dekady relacje wywiadowcze na linii Warszawa–Moskwa–Mińsk ewoluowały od „bratniej współpracy” służb PRL i ZSRR, przez chłodną grę lat 90., aż po otwartą wrogość ostatniej dekady.
Większość zdemaskowanych oficerów wywiadu (Agencji Wywiadu czy SKW) nie trafia do więzień. Chroni ich immunitet dyplomatyczny, co kończy się procedurą „persona non grata” i wydaleniem. Do łagrów trafiają zazwyczaj tzw. „nielegałowie” (szpiedzy bez przykrycia dyplomatycznego) lub cywile, którzy stali się ofiarami prowokacji.
Sprawa Mariana Radziejewskiego – handel czy wywiad?
To najgłośniejszy i najsurowszy przypadek ostatnich lat dotyczący polskiego obywatela w Rosji.
Marian Radziejewski, prywatny przedsiębiorca z Białegostoku, został aresztowany przez FSB w 2018 roku. Rosyjski kontrwywiad oskarżył go o próbę nielegalnego wywozu do Polski elementów systemu rakietowego S‑300 (szpiegostwo – art. 276 Kodeksu Karnego Federacji Rosyjskiej). Według FSB Radziejewski działał na zlecenie polskiego dostawcy na rzecz wojska. Obrona i rodzina utrzymywały, że padł on ofiarą prowokacji. Rosjanie często wykorzystują tzw. „kontrolowany zakup” – podstawiony agent oferuje towar podwójnego zastosowania (military/civilian), a po transakcji następuje aresztowanie pod zarzutem szpiegostwa technologicznego. Sprawa Radziejewskiego jest modelowym przykładem ryzyka, jakie ponoszą polscy biznesmeni wchodzący w niejasne interesy na Wschodzie. Proces odbył się w trybie tajnym. Radzajewski usłyszał surowy wyrok – 14 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.
Według relacji Radzajewskiego, funkcjonariusze FSB odwiedzili go w areszcie przed procesem i zaproponowali mu układ: jeśli przyzna się do szpiegostwa, zostanie wymieniony na rosyjskich szpiegów przebywających w Polsce. Radzajewski nie zgodził się na tę propozycję, chcąc, aby rozmowy odbywały się w obecności adwokata i świadków.
Skandalem jest, że Radzajewski nie został uwolniony w czasie wymiany więźniów w sierpniu 2024 roku, w ramach której wyszedł na wolność, przebywający w tym samym łagrze co Polak – Amerykanin, Paul Whelan. Polska w ramach tej wymiany, na prośbę USA, zwolniła aresztowanego w 2022 roku oficera GRU, Pawła Rubcowa. O Radzajewskim „zapomniano”.
Niezależnie od tego, czy Radzajewski był faktycznym agentem, czy ofiarą prowokacji FSB, obowiązkiem państwa polskiego jest dbanie o swoich obywateli i dążenie do ich uwolnienia. Reputacja wywiadu zależy od tego, czy dba on o swoich współpracowników.
Reżim Aleksandra Łukaszenki instrumentalnie wykorzystuje paragrafy szpiegowskie do celów propagandowych, często nie ujawniając personaliów zatrzymanych. W ostatnich latach (po 2020 roku) definicja „działalności agenturalnej” na Białorusi została drastycznie rozszerzona.
W marcu 2023 roku KGB Białorusi poinformowało o rozbiciu „siatki szpiegowskiej” pracującej rzekomo dla Polski. W propagandowym filmie pokazano zatrzymania kilku osób. Obywatele Polski byli oskarżani o „działalność agenturalną” na rzecz polskich służb specjalnych.
W świecie służb specjalnych obowiązuje zasada: „jeśli złapiemy twojego, wymienimy go na naszego”. To jednak nie dotyczy opisanych przypadków.
Polska, będąc członkiem NATO, uczestniczy w szerszych wymianach szpiegów. Jeśli polski oficer wywiadu „wpadnie” w Rosji, zazwyczaj nie jest sądzony publicznie. Dochodzi do cichych negocjacji.
Wymiana z sierpnia 2024 roku (największa od czasów Zimnej Wojny) objęła m.in. Pawła Rubcowa (oficera GRU działającego jako Pablo González), którego Polska oddała w zamian za uwolnienie więźniów z Rosji (głównie rosyjskich dysydentów i Amerykanów).
Głośne jest aresztowanie z 4 września 2025 roku, kiedy to białoruska białoruskie KGB zatrzymało 27-letniego Grzegorza Gawła, zakonnika z zakonu Karmelitów Bosych. Na co dzień mieszkał w klasztorze w Krakowie. Młody duchowny, który w lipcu 2025 obronił pracę magisterską (o rodzinie Ulmów) i złożył śluby wieczyste. Według informacji zakonu i rodziny, kleryk udał się na Białoruś w celach prywatno-religijnych – odwiedzał znajomego księdza pracującego na Wschodzie.
Zatrzymano go w rejonie Lepela (obwód witebski), gdzie koncentrowały się wojska rosyjskie i białoruskie przed manewrami „Zapad-2025”. To kluczowa lokalizacja – w pobliżu znajduje się duży poligon, na którym koncentrowały się wojska rosyjskie i białoruskie przed manewrami.
Oskarżono go z art. 358 KK Białorusi (szpiegostwo). Wg reżimowej telewizji miał zbierać dane o liczebności wojsk, sprzęcie i przemieszczaniu się kolumn na ćwiczenia „Zapad-2025”. Pokazano nagrania operacyjne, na których rzekomo odbiera „tajne dokumenty” od podstawionego Białorusina. Reżimowa telewizja wyemitowała sensacyjny materiał operacyjny nakręcony przez kontrwywiad. Widać na nim moment zatrzymania Gawła, przy którym rzekomo znaleziono: kserokopie dokumentów z klauzulą „Tajne” (dotyczące przemieszczania wojsk), gotówkę w różnych walutach (na opłacenie informatorów), kartę SIM zarejestrowaną na obce nazwisko.
Według Mińska Gaweł miał zwerbować białoruskiego obywatela przez media społecznościowe, oferując mu pieniądze za informacje o liczebności i sprzęcie armii podczas ćwiczeń.
Jego profil zupełnie nie pasuje do typowego agenta wywiadu, co podkreślają eksperci, wskazując na cechy ofiary przypadkowej prowokacji. Cała sytuacja nosi znamiona klasycznej „szytej” prowokacji.
W świecie wywiadu nie wysyła się 27-letniego zakonnika bez przeszkolenia, by osobiście odbierał papierowe dokumenty w centrum miasteczka garnizonowego naszpikowanego agentami KGB. Wygląda to na inscenizację potrzebną Łukaszence do celów wewnętrznych – by pokazać, że „polscy dywersanci” zagrażają manewrom wojskowym.
Grzegorz Gaweł przebywa w areszcie śledczym KGB w Mińsku (tzw. „Amerykanka” lub areszt przy ul. Waładarskiego). Usłyszał zarzuty z art. 358 Kodeksu Karnego Republiki Białorusi – szpiegostwo. Grozi mu za to od 7 do 15 lat więzienia. Gaweł został oficjalnie uznany przez organizacje praw człowieka (np. Wiasna) za więźnia politycznego.
Polski MSZ i służby (Agencja Wywiadu) kategorycznie zaprzeczyły, by był on ich współpracownikiem, nazywając to prowokacją i „braniem zakładników”.
Skuteczny Watykan
O. Andrzej Juchniewicz OMI, przewodniczący Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych na Białorusi, został zatrzymany w maju 2024 roku. Początkowo oskarżano go o „działalność wywrotową” (wspieranie Ukrainy, krytyka władz), ale z czasem zarzuty zaostrzono do zdrady stanu. Proces był tajny. Wiosną 2025 roku usłyszał drakoński wyrok – 13 lat kolonii karnej. Przetrzymywano go w nieludzkich warunkach, bez dostępu do lekarza i sakramentów. Był to element presji na Watykan i Polskę. Razem z nim więziony był inny kapłan, ks. Henryk Okołotowicz (skazany na 11 lat).
20 listopada 2025 r. nastąpił przełom w sprawie. W wyniku cichych negocjacji dyplomatycznych, prowadzonych głównie przez Watykan (wizyta kard. Claudio Gugerottiego w Mińsku), Łukaszenka podpisał akt ułaskawienia. O. Andrzej Juchniewicz oraz ks. Henryk Okołotowicz zostali uwolnieni z łagru. Zostali natychmiast wywiezieni z Białorusi. Obecnie przebywają w Watykanie, gdzie przechodzą rekonwalescencję po miesiącach spędzonych w kolonii karnej. Jest to typowy mechanizm: wolność w zamian za banicję (zakaz powrotu na Białoruś).
Szczęśliwie zakończyła się też sprawa Jerzego Żywolewskiego — Polaka zatrzymanego w 2022 roku na Białorusi. Został skazany w 2023 roku na cztery lata więzienia za rzekome szpiegostwo. Był pierwszym obywatelem Polski oficjalnie uznanych przez Centrum Praw Człowieka Viasna za więźnia politycznego na Białorusi. Pochodzi z miejscowości przy granicy polsko-białoruskiej, jego żona była Białorusinką. Według białoruskich materiałów propagandowych miał pracować dla polskich służb pod pseudonimem „Posejdon” od początku XXI wieku. Został uwolniony 21 czerwca 2025 roku.
Brak reakcji to zbrodnia
Najbardziej zatem udokumentowanym, typowo sądowym przypadkiem „szpiega” (w rozumieniu kodeksowym) z ostatnich lat pozostaje nadal Marian Radziejewski. Większość innych przypadków to albo ciche wydalenia dyplomatów, albo medialne ustawki białoruskiego KGB, gdzie wina oskarżonych jest wątpliwa, a procesy są całkowicie utajnione.
Zatrzymanie karmelity Grzegorza Gawła przez białoruskie KGB w 2025 roku pokazuje, że polska dyplomacja wciąż nie nauczyła się lekcji z przeszłości. Premier Tusk czy minister Siemoniak zapowiadali „skutki” dla Białorusi, ale — jak w przypadku Radzajewskiego — słowa pozostają słowami, bez konkretnych działań dyplomatycznych i wymiany więźniów, które mogłyby zmienić sytuację.
Polskie górnictwo przechodzi najtrudniejszy w swojej historii proces transformacji. Wymaga to mądrych, przejrzystych i zgodnych z prawem rozwiązań, a nie legislacyjnych sztuczek mających na celu obejście rygorystycznych procedur konkurencyjnych.
Projektowana przez rząd nowelizacja ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego (słynny druk 1880) może prowadzić do obejścia rygorystycznych przepisów o zamówieniach publicznych i naruszenia prawa Unii Europejskiej. Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Agnieszka Olszewska w ostrym stanowisku przesłanym do Kancelarii Sejmu 21 listopada 2025 roku ostrzega przed zagrożeniami wynikającymi z planowanych zmian, które mogą otworzyć drogę do niekonkurencyjnego i nieprzejrzystego wydatkowania publicznych środków w procesie likwidacji kopalń.
Próba obejścia prawa UE pod pozorem reformy
Kluczowym elementem rządowego projektu jest dodanie nowego artykułu 6a do ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego. Przepis ten ma na celu zaliczenie do działalności sektorowej w zakresie wydobycia paliw działań związanych z likwidacją zakładów górniczych.
Jak pisze Prezes UZP: „Przepis ten stanowi o zaliczeniu do działalności sektorowej w zakresie wydobycia paliw, o której mowa w art. 5 ust. 4 pkt 7 ustawy Pzp, działań podejmowanych przez przedsiębiorstwa górnicze polegających na likwidacji zakładu górniczego lub jego oznaczonej części, działań polikwidacyjnych oraz zabezpieczenia kopalń przed zagrożeniem wodnym, gazowym i pożarowym po zakończeniu likwidacji kopalni”.
Problem polega na tym, że taka interpretacja stoi w jawnej sprzeczności z prawem unijnym. Prezes UZP kategorycznie stwierdza: „Prawo Unii Europejskiej określa zamknięty katalog działalności w sektorach, z którymi łączy się obowiązek stosowania przepisów dyrektywy 2014/25/UE. W prawie krajowym nie może więc funkcjonować pojęcie danej działalności sektorowej odmienne niż wynika to z dyrektywy 2014/25/UE, w szczególności z art. 8–14 tej dyrektywy”.



Precedens orzeczniczy jednoznacznie zanegowany
Rządowy projekt ignoruje ugruntowane orzecznictwo polskich sądów i administracji. Spółka Restrukturyzacji Kopalń S.A., która dotychczas prowadziła działania likwidacyjne, była traktowana jako zamawiający standardowy, nie sektorowy.
W decyzji Prezesa UZP z 8 października 2008 roku (Nr ZD/51/08) wyraźnie stwierdzono: „Celem działalności SRK S.A., w zakresie w jakim została ona powołana do prowadzenia likwidacji kopalń, zabezpieczenia kopalń sąsiednich przed zagrożeniem wodnym, gazowym oraz pożarowym, w trakcie i po zakończeniu likwidacji kopalni, zagospodarowywania majątku likwidowanej kopalni, zbędnego majątku przedsiębiorstwa górniczego, tworzenia nowych miejsc pracy, w szczególności dla pracowników likwidowanej kopalni, nie jest prowadzenie działalności sektorowej w zakresie wydobycia ropy naftowej lub gazu i ich naturalnych pochodnych oraz poszukiwania lub wydobycia węgla brunatnego, węgla kamiennego lub innych paliw stałych, ale likwidacja przedsiębiorstw zajmujących się taką działalnością i prowadzenie działań polikwidacyjnych”.
To stanowisko zostało potwierdzone przez Sąd Okręgowy – Sąd Zamówień Publicznych w Warszawie w wyroku z 27 sierpnia 2021 roku (sygn. akt XXIII Zs 63⁄21). Rząd, wprowadzając nowe przepisy, próbuje jednym pociągnięciem pióra przekreślić lata ugruntowanej praktyki orzeczniczej.
Likwidacja nie jest wydobyciem – logiczny absurd
Fundamentalnym błędem projektowanej regulacji jest utożsamienie działalności likwidacyjnej z działalnością wydobywczą. Jak podkreśla Prezes UZP, dyrektywa unijna 2014/25/UE ma zastosowanie do „działalności związanej z eksploatacją obszaru geograficznego w celu: a) wydobycia ropy naftowej lub gazu; b) poszukiwania lub wydobywania węgla lub innych paliw stałych”. Likwidacja kopalń to działanie o przeciwnym charakterze – nie służy wydobyciu, lecz zaprzestaniu tej działalności i zabezpieczeniu terenów po-górniczych.
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku z 10 kwietnia 2008 roku w sprawie C‑393/06 Ing. Aigner wyraźnie wskazał, że „podmiot zamawiający w rozumieniu dyrektywy 2004/17/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 31 marca 2004 r. koordynującej procedury udzielania zamówień przez podmioty działające w sektorach gospodarki wodnej, energetyki, transportu i usług pocztowych ma obowiązek stosowania procedury określonej w tej dyrektywie wyłącznie w przypadku udzielania zamówień związanych z działalnością, którą podmiot ten prowadzi w sektorze lub sektorach”. Ponieważ likwidacja nie jest działalnością górniczą, więc nie może być traktowana jako działalność sektorowa w zakresie wydobycia.
Zagrożenie dla konkurencyjności i przejrzystości zamówień
Uznanie działań likwidacyjnych za działalność sektorową ma poważne konsekwencje praktyczne. Zamówienia sektorowe podlegają mniej rygorystycznym procedurom niż zamówienia klasyczne. Oznacza to, że przedsiębiorstwa górnicze prowadzące likwidację będą mogły stosować uproszczone procedury przetargowe, co ograniczy konkurencję i zwiększy ryzyko nieefektywnego wydatkowania środków publicznych.
Jak zaznacza Prezes UZP: „Zamówienie nie może być uznawane za zamówienie sektorowe nawet w przypadku, gdyby było ono udzielane przez zamawiającego sektorowego, ale w ramach działalności innej niż działalność sektorowa; gdy nie służy ono bezpośrednio prowadzeniu działalności sektorowej albo pośrednio w zakresie koniecznym do sprawnego prowadzenia tej działalności”. Działania polikwidacyjne nie służą przecież prowadzeniu działalności wydobywczej – wręcz przeciwnie, są konsekwencją jej zakończenia.
Gigantyczne koszty likwidacji bez należytej kontroli
Proces restrukturyzacji polskiego górnictwa to przedsięwzięcie na wiele miliardów złotych. Likwidacja kopalń, zabezpieczenie przed zagrożeniami geologicznymi, rekultywacja terenów i działania polikwidacyjne wymagają ogromnych nakładów finansowych. W tym kontekście osłabienie mechanizmów kontrolnych i ograniczenie konkurencji w zamówieniach publicznych to droga do marnotrawstwa publicznych pieniędzy i potencjalnych nadużyć.
Planowana nowelizacja tworzy systemową lukę, która pozwoli przedsiębiorstwom górniczym – często w trudnej sytuacji finansowej – na udzielanie zamówień związanych z likwidacją według mniej rygorystycznych zasad. To otwiera drogę do faworyzowania wybranych wykonawców, zawyżania cen i nieefektywnego gospodarowania środkami publicznymi, które powinny podlegać maksymalnej transparentności.
Lekceważenie opinii niezależnych organów
Stanowisko Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych jest jednoznaczne i oparte na solidnych podstawach prawnych – zarówno krajowych, jak i unijnych. Mimo to rząd kontynuuje prace nad projektem, ignorując ostrzeżenia niezależnego organu nadzorczego. To wzorzec postępowania, który budzi głębokie zaniepokojenie: kluczowe decyzje dotyczące wydatkowania miliardów złotych są podejmowane wbrew opiniom ekspertów i w sprzeczności z ugruntowanym orzecznictwem.
Ryzyko postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu
Wprowadzenie przepisów sprzecznych z dyrektywami unijnymi naraża Polskę na postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Komisja Europejska może wszcząć procedurę naruszeniową, która zakończy się wyrokiem stwierdzającym niezgodność polskich przepisów z prawem UE i nałożeniem kar finansowych na polskich podatników.
Jak przypomina Prezes UZP, powołując się na orzecznictwo TSUE: „stosując prawo krajowe należy dokonywać wykładni tego prawa w świetle treści i celu dyrektyw, a zatem dla osiągnięcia zakładanego przez nie rezultatu”. Polska ma obowiązek implementować prawo unijne zgodnie z jego duchem i literą, a nie podejmować prób jego obchodzenia poprzez „kreatywną” legislację krajową.
Polityczne tło wątpliwej nowelizacji
Projektowana zmiana budzi pytania o rzeczywiste intencje rządu. Czy celem jest rzeczywiście usprawnienie procesu restrukturyzacji górnictwa, czy raczej stworzenie mechanizmu pozwalającego na mniej kontrolowane wydatkowanie publicznych środków? Precedens orzeczniczy i stanowisko UZP są jasne – likwidacja kopalń nie jest działalnością sektorową.
Dlaczego więc rząd tak usilnie próbuje zmienić tę kwalifikację prawną?
Odpowiedź może tkwić w chęci obejścia rygorystycznych procedur konkurencyjnych i stworzenia przestrzeni dla niekonkurencyjnego przyznawania kontraktów związanych z likwidacją kopalń. W czasach głębokich przemian polskiego górnictwa, gdy na szali leżą setki miliardów złotych i przyszłość całych regionów, takie działania są nie tylko prawnie wątpliwe, ale i społecznie nieodpowiedzialne.
Alarmujące jest również to, że projekt został przygotowany bez należytych konsultacji z ekspertami od zamówień publicznych. Urząd Zamówień Publicznych zajął stanowisko dopiero w odpowiedzi na zapytanie z Sejmu, gdy projekt był już na zaawansowanym etapie prac legislacyjnych. To świadczy o lekceważeniu procedur konsultacyjnych i ignorowaniu ekspertów w kluczowych dla gospodarki obszarach.
Precedens na przyszłość
Jeśli rządowi uda się przeprowadzić tę nowelizację wbrew stanowisku UZP, stworzy to niebezpieczny precedens. Oznaczałoby to, że ustawodawca może arbitralnie redefiniować pojęcia prawne wywodzące się z dyrektyw unijnych, obchodząc w ten sposób intencje prawodawcy wspólnotowego. W przyszłości podobny mechanizm mógłby być wykorzystany w innych sektorach gospodarki, prowadząc do systematycznego osłabiania standardów zamówień publicznych w Polsce.
Zagrożenie dla praworządności i zasad demokratycznych
Szerszy kontekst projektowanych zmian dotyczy fundamentalnych zasad państwa prawnego. Ignorowanie ugruntowanego orzecznictwa, omijanie opinii niezależnych organów kontrolnych i wprowadzanie przepisów sprzecznych z prawem unijnym to praktyki podważające zaufanie do instytucji państwa i jakość polskiego prawodawstwa.
W demokratycznym państwie prawa opinie takich organów jak Urząd Zamówień Publicznych powinny być traktowane z najwyższą powagą, zwłaszcza gdy są oparte na solidnych podstawach prawnych i dotyczą wydatkowania miliardów złotych publicznych pieniędzy. Lekceważenie tych opinii to sygnał, że decyzje polityczne górują nad racjonalnością prawną i gospodarczą.
Konieczność wycofania projektu
Stanowisko Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych nie pozostawia wątpliwości – projektowana nowelizacja jest prawnie wadliwa i zagraża przejrzystości procesu restrukturyzacji polskiego górnictwa. Rząd powinien wycofać się z forsowania tej regulacji i wrócić do sprawdzonych, zgodnych z prawem unijnym mechanizmów nadzoru nad wydatkowaniem środków publicznych w procesie likwidacji kopalń.
Polskie górnictwo przechodzi najtrudniejszy w swojej historii proces transformacji. Wymaga to mądrych, przejrzystych i zgodnych z prawem rozwiązań, a nie legislacyjnych sztuczek mających na celu obejście rygorystycznych procedur konkurencyjnych. Społeczeństwo ma prawo do tego, by miliardy złotych wydawane na restrukturyzację sektora były kontrolowane według najwyższych standardów przejrzystości i konkurencji.
Czas, by rząd wysłuchał głosu ekspertów i wycofał się z tego niebezpiecznego projektu, zanim zostanie on uchwalony i narazi Polskę na kolejne postępowania przed Trybunałem w Luksemburgu oraz na uzasadnione zarzuty o marnotrawstwo publicznych pieniędzy.
Zagrożenia dla reformy górnictwa
Projekt rządowej nowelizacji ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego, który miał usprawnić proces restrukturyzacji branży, w rzeczywistości może doprowadzić do poważnych zakłóceń w transformacji sektora. Ostrzeżenia Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych oraz głosy związkowców i ekspertów wskazują na liczne zagrożenia wynikające z planowanych zmian prawnych.
Zagrożenie brakiem konkurencji i transparentności
Uznanie działań likwidacyjnych za działalność sektorową pozwoli przedsiębiorstwom górniczym stosować mniej rygorystyczne procedury przetargowe. Oznacza to osłabienie konkurencji i kontroli nad wydatkowaniem publicznych środków w procesie likwidacji kopalń, którego koszty szacowane są na 11,275 mld zł w ciągu najbliższych 10 lat.
Perspektywa związkowców – obawy o realizację umowy społecznej
Związkowcy od miesięcy alarmują o niepokojących sygnałach ze strony rządu dotyczących realizacji umowy społecznej z 2021 roku, która gwarantuje stopniowe wygaszanie kopalń do 2049 roku oraz pakiet osłon socjalnych dla górników.
Dominik Kolorz, szef śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, po spotkaniu z ministrem aktywów państwowych w październiku 2025 roku wskazywał na liczne niedociągnięcia: „Tak samo niewiele uzyskaliśmy, jeśli chodzi o tworzenie nowych miejsc pracy na Śląsku, o transformację całej gospodarki na Śląsku”. Związkowcy podkreślają, że mimo przyjęcia projektu ustawy przez rząd, „dopóki parlament tego nie przyjmie, a prezydent nie podpisze musimy być czujni”.
Bogusław Hutek, przewodniczący Krajowej Sekcji Górnictwa Węgla Kamiennego NSZZ „Solidarność”, ostro krytykował ministra energii Miłosza Motykę za wypowiedzi o niewypłacaniu dotacji do „nierentownych inwestycji”: „Mówienie, że nie będzie się dopłacało do redukcji zdolności produkcyjnych w kopalniach, na co przecież zgodził się polski rząd, kiedy podpisywał umowę społeczną, jest twierdzeniem oderwanym od rzeczywistości”. Związkowiec ostrzegał, że brak realizacji umowy może doprowadzić do „wielkich protestów”, które są „kwestią czasu”.
Bogusław Ziętek z związku zawodowego „Sierpień 80” już w 2021 roku przestrzegał przed konsekwencjami Polityki Energetycznej Polski: „PEP 2040 to fatalny dokument dla górnictwa, energetyki, ale także dla całej Polski”. Jego zdaniem rządowy plan jest „nierealistyczny” i oznacza, że „będziemy likwidować kopalnie szybciej, niż rząd zobowiązał się w porozumieniu ze stroną społeczną”. Ziętek ostrzegał również, że „w Polsce wystąpi niedostatek energii i surowców, co nas uzależni nasz kraj od dostaw rosyjskiego gazu bądź niemieckiej energii elektrycznej”.
Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, w październiku 2025 roku ostrzegał: „Jeżeli zaorają Eneę, to wezmą się za kolejne firmy, za polskie górnictwo i całą energetykę”. Szef „Solidarności” podkreślał, że rząd nie prowadzi rzeczywistego dialogu: „Dialog został zaorany przez ten rząd. Obserwujecie codziennie protesty rolników, górników, hutników, dziś protest energetyków”.
Dane przedstawione przez Fundację Instrat są alarmujące: wydobycie węgla kamiennego w Polsce spadło o 23 proc. w ciągu ostatnich trzech lat, a tylko w 2024 roku Polska Grupa Górnicza wydobyła 4 mln ton węgla mniej niż rok wcześniej – spadek o 18 proc. Koszty produkcji w PGG są „co najmniej dwukrotnie wyższe od konkurencji z Bogdanki.
Gigantyczne koszty społeczne i gospodarcze
Eksperci przestrzegają przed ogromnymi konsekwencjami społecznymi i gospodarczymi nieprzemyślanej restrukturyzacji. Według analiz przeprowadzonych na zlecenie Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, wygaszenie górnictwa węgla kamiennego może prowadzić do likwidacji co najmniej 26,6 tys. miejsc pracy w firmach kooperujących z kopalniami, a w wariancie pesymistycznym nawet 75,9 tys.
Tylko na Górnym Śląsku proces dotyka bezpośrednio ok. 83 tysięcy pracowników sektora wydobywczego, a pośrednio – nawet dwóch milionów mieszkańców terenów uzależnionych od górnictwa. Region najbardziej narażony to Górny Śląsk, gdzie zamknięcie zakładów górniczych może oznaczać spadek PKB o 2–3 proc. rocznie.
Chaos prawny i instytucjonalny
Eksperci są zgodni – bez realnego planu transformacji, który uwzględnia tempo spadku zapotrzebowania na węgiel, wsparcie dla górników i tworzenie nowych miejsc pracy, reforma górnictwa jest skazana na niepowodzenie. Planowana nowelizacja, zamiast ułatwiać transformację, może ją jedynie skomplikować i opóźnić. Rząd stoi przed wyborem: albo wycofać wadliwy projekt i stworzyć prawdziwie transparentny mechanizm restrukturyzacji zgodny z prawem UE i oczekiwaniami społecznymi, albo doprowadzić do chaosu prawnego i społecznego w jednym z najbardziej wrażliwych sektorów polskiej gospodarki.