Jeżeli Was zainteresuje dyskusja z moim udziałem, to polecam obejrzenie nagrania. Ostrzegam – ciekawe, ale długie…
IPN
There are 13 posts tagged IPN (this is page 1 of 2).
Strach esbeków
Apeluję o ostrożność w powielaniu pewnej dezinformacji dotyczącej księdza Blachnickiego.
Prezydent Andrzej Duda odznaczył niedawno pośmiertnie Orderem Orła Białego ks. Franciszka Blachnickiego, założyciela Ruchu Światło-Życie i twórcę Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Prezydent podkreślił, że Order Orła Białego jest „odznaczeniem wolnej, suwerennej, niepodległej Rzeczypospolitej”.
- Dlatego tak szczególnie ks. Franciszkowi Blachnickiemu ten Order się należy. Za walkę o suwerenną Polskę – stwierdził. – Był prześladowany przez komunistów, więziony, umieszczony na przymusowym leczeniu psychiatrycznym, a liczne akcje dezinformacyjne deprecjonowały ruch, który tworzył - mówił prezydent.
Warto tu zaapelować jednak o ostrożność. Nie wiem, kto Prezydentowi pisał to przemówienie, ale zawiera nieprawdziwe stwierdzenie, na dodatek stygmatyzujące duchownego, i mogące zaszkodzić w trwającym w Watykanie procesie beatyfikacyjnym.
O tym, że ksiądz Blachnicki miał przebywać na przymusowym leczeniu psychiatrycznym (ani dobrowolnym) nie wiedzą bowiem ani historycy, zajmujący się działalnością księdza, ani duchowni czy publicyści.
W 1995 r. rozpoczął się w archidiecezji katowickiej proces beatyfikacyjny ks. Blachnickiego. We wrześniu 2015 r. papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności jego cnót, co oznaczało, że potrzeba już tylko uznania cudu za jego wstawiennictwem. Przeciwnicy beatyfikacji mają w ręku argument „Blachnicki był wariatem, bo leczył się psychiatrycznie”. Gdyby taki element życiorysu (prawdziwy lub spreparowany) pojawił się, to natychmiast zostałby wykorzystany przez nienawidzących duchownego funkcjonariuszy SB i MSW, o KGB nie wspominając.
O „represjach psychiatrycznych” nie ma słowa w aktach spraw operacyjnych MSW, w których pojawia się osoba księdza Franciszka Blachnickiego, zachowanych w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej.
Festiwal dezinformacji
Kiedy w marcu 2023 roku minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ogłosił, że prokurator IPN w Katowicach Michał Skwara w drugim śledztwie w sprawie śmierci księdza Blachnickiego, zdobył dowody na to, że duchowny został otruty w lutym 1987 roku w Carlsbergu w RFN przez agenturę służb specjalnych PRL, rozpoczął się natomiast festiwal dezinformacji.
Jego podłoże jest proste do wyjaśnienia. Przede wszystkim dowody na fakt, że w zabójstwie księdza brali udział agenci Departamentu I MSW, skutecznie demoluje „mit założycielski” wywiadu PRL, po transformacji miękko, niemal bez weryfikacji funkcjonariuszy przekształconego w Zarząd Wywiadu UOP, kreujących się na szlachetnych oficerów, brzydzących się zabójstwami i polityką. Przecież oni tylko zbierali informacje i nie przekazywali ich do Moskwy… Zapewne byli i tacy. Jednak na obraz całości składają się szczegóły.
Na to nakłada się niechęć Agencji Wywiadu do współpracy z IPN w tym śledztwie. Opisywałem jej prawdopodobne podłoże: AW chroni swoją nadal aktywną agenturę w Carlsbergu, którą przejęła po 1989 r.
Uwiarygodnienie wersji „leczenia psychiatrycznego”, nawet przymusowego (gdyby było) daje zabójcom możliwość podważenia wyników opinii toksykologiczno-sądowej, która dowiodła, że ks. Blachnicki został otruty. „Te ślady substancji X, które wykryto podczas badań, były składnikami leków psychotropowych, które zażywał. No i przedawkował, stąd zator i śmierć. Przecież o wspominał o tym Prezydent” – zapewne usłyszy od przesłuchiwanych oficerów Departamentu I prokurator. Zresztą wyszkoleni w przesłuchaniach i dezinformacji wszystkiemu zaprzeczają. Na razie są monolitem.
Zresztą już w wypowiedziach niektórych współpracowników ks. Blachnickiego z Carlsbergu pojawiały się wprowadzone wcześniej sprytnie wątki dezinformacyjne. Na przykład wypowiedź ks. Kazimierza Ćwierza. To jeden z czwórki kapłanów wyświęconych w 1985 r. dla Ruchu Światło-Życie przez bpa Szczepana Wesołego (podjął decyzję o szybkim pochówku i zaniechaniu sekcji zwłok), którzy w ostatnich latach życia księdza Franciszka Blachnickiego, posługiwali i pracowali razem z nim w Carlsbergu.
W filmie „Blachnicki. Życie i Światło” w reżyserii Iwo Kardela, który jest autorem scenariusza wraz z Janem Pospieszalskim, ks. Ćwierz opowiada o możliwości zatrucia się przez ks. Franciszka oparami (sic!) ze sklejarki, na wskutek uszkodzenia wentylacji w drukarni. Wraz z nim taką wersję podtrzymuje drugi ksiądz – Marek Dydo. Opinia toksykologiczno-sądowa jednak to wykluczyła. Inni świadkowie też. Ale wrzucony wątek krąży.
Co z tego wynika? Dezinformacja, że ks. Blachnicki zatruł się w drukarni, a nie został otruty przez agentów SB, bo w dniu śmierci ks. Blachnickiego agentów wywiadu Andrzeja i Joanny Gontarczyków („Yon” i „Panna”) nie było w Carlsbergu. Takie alibi.
Dziesięciolecia inwigilacji
Naturalnie, komunistyczna bezpieka prowadziła inwigilację duchownego na każdym etapie jego życia i działalności: gdy w Katowicach tworzył Krucjatę Trzeźwości, gdy studiował i pracował na KUL w Lublinie, oraz w Krościenku, gdzie budował ruch oazowy, i wreszcie na emigracji, gdzie został zamordowany. Jak wspomina dr Andrzej Grajewski, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, pierwszy ślad inwigilacji ks. Blachnickiego pochodzi z połowy lat 50. ubiegłego wieku.
Są to donosy na niego, gdy jako młody ksiądz wystąpił przeciwko pomysłowi popieranego przez komunistyczną władzę wikariusza kapitulnego diecezji katowickiej ks. Jana Piskorza dotyczącemu zwołania nielegalnego synodu, który zagrażał jedności Kościoła na Śląsku. W 1957 r. ks. Blachnicki utworzył Krucjatę Trzeźwości, która łączyła zasady katolickiego ruchu abstynenckiego z ruchem maryjnym. Bezpieka zauważyła ogromny sukces tego ruchu, dlatego w 1959 r. założyła na niego sprawę o kryptonimie Zawada.
W marcu 1961 r. ks. Franciszek został aresztowany za „szkalowanie władzy” i osadzony katowickim więzieniu przy ul. Mikołowskiej.
Duchowny został skazany na dziewięć miesięcy za „wydawanie nielegalnych druków i rozpowszechnianie fałszywych wiadomości o prześladowaniach Kościoła”. Po kilku miesiącach spędzonych w areszcie został zwolniony. W tym samym więzieniu czekał na wykonanie wyroku śmierci skazany przez Niemców w 1942 r. Do idei walki z alkoholizmem oraz innymi uzależnieniami kapłan powrócił w 1979 r. w ramach przygotowań do pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski.
Agenci SB z Lublina inwigilowali duchownego podczas jego studiów i pracy na KUL. Otaczała go agentura werbowana zarówno wśród osób świeckich, jak i kapłanów z jego otoczenia. Działania bezpieki nasiliły się, gdy 31 października 1964 r. zakupił parter domu przy ul. Jagiellońskiej 100 na Kopiej Górce.
Wobec twórcy „Oazy” rozpoczęto prowadzenie operacji dezinformacyjnych, które trwały przez całe jego życie, a nawet są prowadzone dzisiaj. Bezpieka rozsyłała do biskupów „Samoobronę wiary”, czasopismo wydawane przez Grupę D MSW, które sugerowało, że duchowny odszedł od Kościoła katolickiego i zbliżył się do ruchu zielonoświątkowego tak bardzo, że otarł się już niemal o herezję. Reakcje były różne, bo w episkopacie ksiądz nie miał zbyt wielu przyjaciół. Gdyby nie wsparcie kard. Karola Wojtyły, działania duchownego zostałyby być może zablokowane przez nieprzychylnych mu hierarchów - wskazał dr Grajewski, dodając, że działania dezinformacyjne nasiliły się po sierpniu 1980 r.
SB odnotowała wystąpienie ks. Blachnickiego na podsumowaniu letnich rekolekcji oazowych we wrześniu 1980 r. Krytycznie ocenił w nim m.in. postawę episkopatu w trakcie sierpniowych strajków. Zaapelował, aby animatorzy oazowi angażowali się w „Solidarność”. Wtedy bezpieka przekazała do rąk kard. Stefana Wyszyńskiego list, jaki rzekomo ks. Blachnicki napisał do biskupa przemyskiego Ignacego Tokarczuka za pośrednictwem kogoś z najbliższego otoczenia Prymasa Polski. Prymas, oburzony tonem tego sfałszowanego listu, wystosował pismo do bp. Tadeusza Błaszkiewicza, opiekuna ruchu oazowego i biskupa pomocniczego diecezji przemyskiej, w którym bardzo negatywnie oceniał działalność ks. Blachnickiego. Takich przykładów wyrafinowanych działań, mających skłócić ks. Franciszka z władzami kościelnymi, było dużo. Np. w kurii katowickiej agentura SB (głównie duchowni) przekazywała bp. Herbertowi Bednorzowi spreparowane materiały, po to by wywołać w nim negatywne reakcje wobec. ks. Blachnickiego.
Ani słowa w tych wszystkich opisach środków operacyjnych i aktach MSW o tym, że ks. Blachnicki miał być leczony psychiatrycznie przymusowo lub dobrowolnie.
Rozpracowanie kryptonim Bax i Baxis
W 1982 r. ks. Blachnicki osiadł w Carlsbergu w RFN. Stworzył Chrześcijańską Służbę Wyzwolenia Narodu oraz Międzynarodowe Centrum Ewangelizacji Światło-Życie. Działalność Blachnickiego przyciągnęła zainteresowanie zarówno wywiadu PRL, Stasi, jak i Moskwy. Bezpieka podczas rozpracowywania nadała księdzu kryptonim „Bax”. Jednocześnie polskie władze wszczęły śledztwo z zamiarem postawienia duchownemu zarzutów działania na szkodę interesów PRL. W lutym 1983 r. rozesłano nawet za nim list gończy. W otoczeniu księdza działało także co najmniej dwoje agentów wywiadu PRL. Byli nimi Jolanta i Andrzej Gontarczykowie, którzy zostali przerzuceni przez wywiad PRL do RFN w 1982 r. Dwa lata później nawiązali współpracę z ośrodkiem w Carlsbergu i z samym ks. Blachnickim. Szybko zyskali jego zaufanie i stali się bliskimi współpracownikami. W rzeczywistości jednak mieli oni za zadanie inwigilację środowisk polskich w RFN.
Na dzień przed śmiercią, 26 lutego 1987 roku, ks. Blachnickiemu przedstawiono przekonujące dowody na temat agenturalnej działalności małżeństwa. To wówczas miał powiedzieć do swoich bliskich współpracowników, że „Gontarczykowie wykończyli Maximilianum”. W dniu swojej śmierci – wedle relacji świadków – Blachnicki odbył burzliwą rozmowę z Gontarczykami.
Ks. Blachnicki zmarł nagle w Carlsbergu 27 lutego 1987 r. Jako przyczynę śmierci wskazano wówczas zator płucny. Do 2023 roku obowiązywała wersja, że stan jego zdrowia i samopoczucie pogarszała coraz gorsza sytuacja finansowa stworzonego przez niego ośrodka.
Siatkarski kłamca lustracyjny
Stanisław Gościniak – były reprezentant Polski w siatkówce został prawomocnie uznany przez sąd za kłamcę lustracyjnego.
24 czerwca ubiegłego roku do Sądu Okręgowego w Gliwicach został skierowany wniosek IPN o wszczęcie postępowania lustracyjnego wobec Stanisława Gościniaka, jednego z siatkarzy reprezentacji Huberta Wagnera.

Gościniak to były członek reprezentacji olimpijskiej w siatkówce, prowadzonej przez Huberta Wagnera. Był mistrzem świata w Meksyku w 1974, został też uznany za najlepszego gracza tych mistrzostw. Zdobył brązowy medal mistrzostw Europy (Stambuł 1967), a także drugie miejsce w Pucharze Świata w Pradze. Polskę reprezentował 218 razy (1965–1974). Był jednym z najlepszych rozgrywających na świecie.
Wedle źródeł z Instytutu Pamięci Narodowej, Stanisław Gościniak został pozyskany do współpracy, a następnie był prowadzony przez Gromosława Czempińskiego.
Stanisław Gościniak był gwiazdą mistrzostw świata w 1974 roku. Wybrano go najlepszym rozgrywającym imprezy, uznawany za najlepszego na tej pozycji na świecie. Z kadry odszedł po MŚ, nie pojechał na igrzyska do Montrealu, wybrał grę w USA.
W Polsce grał w Gwardii Wrocław i Resovii Rzeszów. Szybko został trenerem, prowadził do sukcesów AZS Częstochowa – cztery mistrzostwa Polski, dwa razy był selekcjonerem Biało-Czerwonych (1986−1987, 2003–2004). Członek galerii sław piłki siatkowej (Volleyball Hall of Fame).
Orzeczeniem z dnia 28 grudnia 2015 r. SO w Gliwicach uznał za niezgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne złożone przez Stanisława Gościniaka jako kandydata na radnego w Częstochowie wyborach 2010 r.
Orzekł wobec niego „utratę prawa wybieralności w wyborach do Sejmu, Senatu i Parlamentu Europejskiego oraz w wyborach powszechnych organu i członka organu jednostki samorządu terytorialnego oraz organu jednostki pomocniczej jednostki samorządu terytorialnego, której obowiązek utworzenia wynika z ustawy, a także orzekł zakaz pełnienia funkcji publicznej, o których mowa w art. 4 pkt 2–57 „ustawy lustracyjnej” – na okres 6 lat”.
Sic transit gloria…
Oaza pełna teczek
Opowieść będzie prawdziwa, choć wydaje się zupełnie nieprawdopodobna. Nieprawdopodobna głównie ze względu na finał.
Na portalu wpolityce.pl opisałem swego czasu przypadki „lustracyjnych wpadek sędziów i prokuratorów” z województwa śląskiego („Agenci w togach”). Historia ma dalszy ciąg, który obfituje w ciekawe zwroty akcji. Jeżeli Władysław Pasikowski kiedykolwiek zechce nakręcić kolejny odcinek Psów, to ma gotowy scenariusz.
Kilka lat temu do jednej z prokuratur na południu Polski listonosz przyniósł przesyłkę. Nie był to anonim. List miał prawdziwego nadawcę, ale nie to zaskoczyło śledczych. Szok przeżyli, kiedy okazało się, że zawierał szokujące informacje i dowody o „prywatyzacji akt” przez esbeków.

Proces niszczenia dokumentów SB rozpoczął się na przełomie 1988/1989 roku, trwał z przerwami podczas rozmów Okrągłego Stołu, był kontynuowany po wyborach 4 czerwca 1989 r., a w skali masowej rozpoczął się po sierpniowej nominacji Mazowieckiego na premiera. Nie wszystko zniszczono.
Okazało się, że teczki wybranej („perspektywicznej”) agentury w środowisku prawniczym i naukowym na Śląsku i Podbeskidziu, zamiast trafić do archiwum UOP (gdzie później znalazłyby się zapewne ze względu na rangę agentury w zbiorze zastrzeżonym IPN), wyniesiono do prywatnych zbiorów.
Autorką listu do prokuratury była żona wysokiego rangą funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Poinformowała śledczych o tym, iż w regionie działa grupa byłych esbeków, którzy szantażują przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości dokumentami sprzed lat. Napisała, że tylko jej mąż wyniósł z archiwum SB kilkadziesiąt tomów akt agentury, którą miały Wydziały: V (przemysł) i III (środowiska naukowe, twórcze, inteligenckie).
Wyjęte z archiwum SB teczki, które trafiły do prywatnych „czytelni” esbeków dotyczyły nie byle jakiej agentury. Były to dokumenty – dowody agenturalnej przeszłości wielu obecnie prominentnych sędziów, prokuratorów, notariuszy i adwokatów województwa śląskiego, i nie tylko.
Prokuratorzy zainteresowali się przysłanym listem. Zostało wszczęte postępowanie, objęte klauzulą najwyższej tajności. Informatorka prokuratury została przesłuchana. Podała konkretne przykłady, kto i jakie składał propozycje „ocalałym agentom”. Nietrudno się domyślić, że były z gatunku „nie do odrzucenia”, no chyba że ktoś z nich nagle chce, aby odnalazły się oryginalne akta, świadczące o jego delatorskiej przeszłości. A w konsekwencji na zarzut złożenia nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego i wystrzałowy koniec prawniczej kariery.
W jednym dniu w kilku mieszkaniach na Śląsku i Podbeskidziu funkcjonariusze ABW przeprowadzili wielogodzinne przeszukania w domach esbeków, których nazwiska podała kobieta. Znaleziono wiele dokumentów, których nie powinno tam być. Zaczęły się przesłuchania podejrzewanych o prywatyzację esbeckich akt. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zgodnie z zasadami prokuratorskiej sztuki, organizatorzy procederu powinni mieć postawione zarzuty. Jednak tak się nie stało.
Śledztwo IPN ze Śląska zostało nagle odebrane i trafiło do Warszawy. Tam utknęło na długie miesiące. Prokurator Instytutu Pamięci Narodowej nie śpieszył się. Zamiast stawiać zarzuty organizatorom szantażu, wezwał autorkę listu. Podczas przesłuchania poinformował ją nagle, że mogą jej zostać postawione zarzuty. Taka deklaracja prokuratora wywołała u świadka natychmiastową amnezję.
Sławomir Cenckiewicz tak opisywał proceder niszczenia akt, elegancko nazywany przez podwładnych Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW „brakowaniem”:
„Pierwsza fala zniszczeń nastąpiła wiosną 1989 r. Jeszcze podczas trwania obrad Okrągłego Stołu, 26 marca 1989 r., dyrektor Departamentu IV MSW gen. Tadeusz Szczygieł poinformował szefa SB gen. Henryka Dankowskiego i dyrektora Biura „C” (archiwum MSW) płk. Kazimierza Piotrowskiego o zniszczeniu tzw. teczek ewidencji operacyjnej na księży. […]Kolejny etap niszczenia archiwów związany był z reorganizacją MSW w sierpniu 1989 r. Zlikwidowano wówczas najważniejsze piony operacyjne bezpieki, m.in. departamenty III (działalność antykomunistyczna), IV (walka z Kościołem), V (sfera produkcyjna) i owiane złą sławą Biuro Studiów zajmujące się elitą solidarnościowego podziemia. Przykładowo z połączenia Departamentu IV i Biura Studiów powstał później Departament Studiów i Analiz. W ten sposób skoncentrowano bodaj najważniejsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa procesu transformacji ustrojowej, aktualne sprawy operacyjne i zbiory archiwalne dotyczące ludzi Kościoła i „Solidarności”. Elita byłego Departamentu IV i Biura Studiów przystąpiła wówczas do akcji niszczenia akt”.
Decyzja śledczych sparaliżowała nie tylko naiwnych informatorów. Dlatego zapewne nigdy nie dowiemy się, czy i jaki był związek pomiędzy prywatyzacją akt przez esbeków, a operacją kryptonim „Oaza” prowadzoną w Bielsku Białej przez Wojskowe Służby Informacyjne na początku lat 90. ubiegłego wieku. Niektóre szczegóły tejże operacji zostały ujawnione w 2007 roku w „Raporcie z likwidacji WSI”.
Okazało się, że WSI w Bielsku Białej utworzyły tajną rezydenturę w ramach sprawy o kryptonimie „Oaza”, która była prowadzona od 10.10.1994 r. do 25.09.1996 r. Operacja „Oaza” prowadzona przez WSI na Podbeskidziu, jednak niewykluczone, że w całym kraju były jej odpowiedniki.
Informacje, zawarte w aktach tej sprawy są szokujące:
„Plan rozpoczynający teczkę o kryptonimie „O” wskazuje na konieczność budowania systemu zabezpieczenia kontrwywiadowczego na terenie województwa bielskiego z wykorzystaniem negatywnie zweryfikowanych b. oficerów SB i ich źródeł osobowych. Działalność ta miała być prowadzona pod przykryciem jako firma ochroniarska „Komandos”. Rezydentura miała składać się z trzech b. funkcjonariuszy SB, którzy mieli powtórnie pozyskać b. funkcjonariuszy oraz tajnych współpracowników SB w interesujących WSI środowiskach w kraju i zagranicą. Planowano podjęcie b. współpracowników uplasowanych w środowiskach dziennikarskim, prawniczym, urzędników administracji państwowej, biznesu, stanowisk kierowania oraz osób związanych ze służbami specjalnymi i wojskiem. Przewidywano zwerbowanie 8–10 b. TW na jednego członka rezydentury. Planowano wyposażenie szefa rezydentury (negatywnie zweryfikowanego b. funkcjonariusza SB) w dokument polecający do organów Policji i Straży Granicznej, skłaniający szefów miejscowych organów MSW do udzielania pomocy. Wynagrodzenie dla rezydentów miało opiewać na kwotę 4–5 milionów starych złotych miesięcznie. Do łącznikowania rezydentury wyznaczeni zostali płk Marek Wolny i ppłk Jan Węgierski. Wykluczono kontakty rezydentury z jawnymi placówkami terenowymi Kontrwywiadu WSI. Był to zabieg zapewniający konspirację działań, przy czym jednocześnie powodował, że stworzona struktura nie podlegała niczyjej kontroli ani merytorycznej, ani finansowej”.
Do działań zaangażowanych zostało trzech byłych funkcjonariuszy SB, którzy zostali pozyskani do współpracy z WSI jako rezydenci tej służby specjalnej o pseudonimach: „Ryszard […]”, „Władysław […]” i „Jan […]”. Autorzy raportu ustalili, że to „pseudonimy nadane przez WSI, jednak w niektórych przypadkach są to jednocześnie imiona i nazwiska osób powszechnie znanych na terenie byłych województwa bielskiego”.
Byli esbecy „sprzedali” wojskowej służbie specjalnej swoje informacje na temat agentury, która działała na kontrolowanym przez nich terenie w latach 80. Sporządzono listę ponad stu nazwisk byłych tajnych współpracowników SB
„Nie można wykluczyć, że osoby, które nie znalazły się w aktach sprawy realizowały przedsięwzięcia tak dalece naruszające prawo, że prowadzący sprawę nie zaryzykowali ich udokumentowania” – piszą autorzy raportu o WSI.
Następnie wytypowane nazwiska sprawdzono w ewidencji operacyjnej UOP, uzyskując potwierdzenie charakteru rejestracji osoby jako TW, a przy okazji możliwość wglądu w materiały z archiwum SB. Dobór osób, którymi zainteresowały się WSI w ramach „Oazy” był dosyć przypadkowy. Wojskowy kontrwywiad nie powinien (co jednak podczas operacji „Oaza” robił) interesować aktorem, plastykiem czy handlowcem, bo nie mieli oni ani kompetencji związanych z bezpieczeństwem państwa, tym bardziej w aspekcie sił zbrojnych.
Z raportu o WSI:
„Przykładem tego nastawienia jest działanie b. funkcjonariusza SB, ps. „Janusz O.”, który przed pozyskaniem ujawnił, że posiada w ukryciu materiały ze sprawy prowadzonej w czasie, gdy służył w SB (sprawa miała kryptonim „PALESTRA” a z ukierunkowania funkcjonariusza można wnioskować, że dotyczyła środowiska prawniczego w rejonie bielskim). Około 300 stron tych materiałów przekazał on do WSI. Zawierały one m.in. fakty kompromitujące osoby ze środowiska prawniczego, wskazywały na tajnych współpracowników w tym środowisku (m.in. prokurator, sędzia, notariusz). O ukryciu materiałów oraz o ich zawartości zostali poinformowani M. Wolny i K. Głowacki. Inny funkcjonariusz SB, ps. „WŁADYSŁAW K.” wskazywał na swoje źródła, które były zwerbowane do rozpracowania struktur NSZZ „Solidarność”. Komisja dotychczas nie ustaliła, co dalej stało się z tymi materiałami. Z dotychczasowej analizy sposobu działania WSI można wnioskować, że zostały użyte bądź do szantażu występujących w sprawie osób, bądź jako pretekst do ich ponownego rozpracowania i zwerbowania. Tymczasem obowiązkiem WSI było przekazanie akt sprawy „PALESTRA” do IPN” ”.
Niewykluczone, że podczas operacji „Oaza” WSI prowadziły – jak czytamy w raporcie WSI – „zaprogramowane sprawdzenia środowiska biznesowo-prawniczego w woj. bielskim, z wyraźnym ukierunkowaniem na pozyskanie wiedzy umożliwiającej szantażowanie wybranych osób”.
Jednak nie tylko o rozpoznanie środowisk biznesowo-prawniczych w Operacji „Oaza” chodziło. Dotarłem do jednej z osób zaangażowanych w jej prowadzenie.
– Struktura organizacji była wzorowana na działaniach włoskich służb specjalnych w latach 50. XX w. i utworzenie w łonie tychże służb tajnej struktury bojowej pod kryptonimem Gladio. Gladio miała przeciwdziałać dojściu komunistów do władzy. Była też częścią struktury Stay-behind działającej w wielu krajach NATO. We Włoszech miała powiązania z tajną lożą P2, która pod wodzą bankiera i faszysty Licio Gelliego skupiała magnatów władzy ekonomicznej, politycznej i wojskowej. W razie wojny mieliśmy tworzyć ruch oporu – mówi J.
Podczas „Oazy” prowadzono działania wykraczające poza kompetencje kontrwywiadu WSI, realizując działania skierowane na rejon bielski i typowe dla wywiadu. Z jednej strony służyły rozpoznaniu stanu zabezpieczenia przez służby specjalne pewnych środowisk i osób, z drugiej zaś mogły być wstępem dla planowanych działań, dla których konieczne było rozpoznanie przeprowadzone w środowisku politycznym i prawniczym.
Dla bezpieczeństwa swoich informatorów nie podaję nazwisk oraz kryptonimów, pseudonimów, stanowisk bohaterów tej opowieści. Nadal też nie znamy odpowiedzi na podstawowe pytanie: Czy „Oaza” i „skręcone” śledztwo w sprawie prywatyzacji teczek agentury SB maja jakiś wspólny mianownik? Jeżeli tak, to umorzenie śledztwa opisywanego na początku tej opowieści wskazuje, że wpływy służb specjalnych III RP sięgają wymiaru sprawiedliwości.
Tomasz Szymborski
Artykuł ukazał się w tygodniku wSieci w listopadzie 2014 roku
Górniczy kłamca lustracyjny
Waldemar Mróz, były wiceprezes Katowickiego Holdingu Węglowego złożył nieprawdziwe oświadczenie lustracyjne, gdyż nie przyznał się do współpracy z bezpieką jako tajny współpracownik „Krzysztof” – orzekł Sąd Okręgowy w Katowicach.
Mróz w jednej z największych spółek górniczych – Katowickim Holdingu Węglowym SA przez 12 lat pełnił funkcję wiceprezesa. 30 października 2014 r. do Sądu Okręgowego w Katowicach trafił wniosek prokuratora biura lustracyjnego IPN o wszczęcie postępowania w sprawie Waldemara Mroza. Ów urzędnik był górniczą szychą. Do 2013 roku z wyboru załogi był wiceprezesem Katowickiego Holdingu Węglowego S.A. Jako członek zarządu państwowej spółki musiał złożyć oświadczenie lustracyjne. Złożył, ale skłamał.
- Sąd pierwszej instancji orzekł, iż Waldemar Mróz jest kłamcą lustracyjnym, bo skłamał, iż nie był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Orzekł wobec niego 5‑letni zakaz pełnienia funkcji publicznych – mówi prokurator Andrzej Majcher, szef Oddziałowego Biura Lustracyjnego w Katowicach.
Mróz został surowo ukarany, bo zazwyczaj sądy skazują kłamców lustracyjnych na 3 lata zakazu pełnienia funkcji publicznych. Orzeczenie jest nieprawomocne.
O Mrozie, gdy był wiceprezesem KHW SA napisałem wiele. Na przykład to, że z dokumentów zachowanych w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej wynika, iż Waldemar Mróz został zarejestrowany jako tajny współpracownik SB ps. „Krzysztof” (IPN Kr 309⁄525, IPN Kr 009⁄9514).
Dzięki temu, że zachowała się teczka pracy TW „Krzysztof” bez trudu można poznać szczegóły kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa. Skala współpracy robi wrażenie, bo teczka pracy TW „Krzysztof” miała 315 stron (!), jednak trzysta stron zostało zniszczonych i zachowało się jedynie 15.
Zachowały się oryginalne donosy pisane przez agenta. „Krzysztof” donosił o działaczach NZS na AGH, przekazywał ulotki oraz charakteryzował kolegów z uczelni. Jak wynika z numerów stron w teczce pracy TW Krzysztof pomiędzy jesienią 1980 roku a marcem 1983 roku przybyło 240 stron – to obraz skali współpracy. Ostatnie zachowane doniesienie jest z 1 marca 1983 roku.
Mróz nie przyznał się w swoim oświadczeniu lustracyjnym do współpracy z SB w Krakowie w latach 1980–1984. Moje źródła w ABW poinformowały mnie prawie dwa lata temu, że już po wyborze Mroza na stanowisko wiceprezesa KHW w 2001 roku, służby specjalne (wówczas Urząd Ochrony Państwa) sprawdzały przeszłość nowego członka zarządu strategicznej spółki węglowej.
I natrafiono od razu na ślad przeszłości Mroza. Problem w tym, że tę wiedzę UOP, a potem ABW zachowały dla siebie, i nie poinformowały Rzecznika Interesu Publicznego (a później IPN) o tym, co pozostało w esbeckich materiałach o Waldemarze Mrozie.
Ten przykład wskazuje na dziwną bezradność służb specjalnych, które są odpowiedzialne za osłonę kontrwywiadowczą spółek Skarbu Państwa oraz sektora energetycznego. Tolerowanie na kierowniczym stanowisku osoby, które w przeszłości była konfidentem SB jest skandalem i stawia (po raz kolejny) pod znakiem zapytania profesjonalizm funkcjonariuszy ABW odpowiedzialnej za przyznawanie certyfikatów bezpieczeństwa.
Dlaczego? Czy Mróz mógł był np. szantażowany swoją przeszłością przez byłych funkcjonariuszy, którzy prowadzą interesy z KHW SA? A może wręcz przeciwnie – był na usługach służb III RP?
Na razie, jak wynika z KRS Waldemar Mróz jest na usługach jednego z najbogatszych Polaków – Krzysztofa Domareckiego, który rok temu ogłosił, iż chce kupić trzy kopalnie węgla kamiennego na Śląsku. Mróz jest prezesem zarządu spółki Universal Energy.
Artykuł opublikowany na portalu wPolityce.pl
Wiarygodny profesjonalista w służbie
Dziennikarz Gazety Wyborczej Wojciech Czuchnowski w opublikowanym dzisiaj artykule „Sąd kończy proces lustracyjny: SB fałszowała kwity”, opisując lustracyjne perypetie wspiął się na wyżyny profesjonalizmu. I odleciał.
Artykuł Czuchnowskiego zaczyna się mocno:
„Sąd w Katowicach oczyścił Piotra Bożka z zarzutu kłamstwa lustracyjnego, bo bezpieka tworzyła fikcyjne raporty na jego temat. „Powszechnie wiadomym jest fakt fałszowania dokumentacji przez SB” – stwierdził sąd”.
Problem Czuchnowskiego oraz Piotra Bożka, radcy prawnego z Bielska-Białej polega na tym, że orzeczenie sądu lustracyjnego nie jest prawomocne i prokurator Okręgowego Biura Lustracyjnego złoży wkrótce apelację.
Kłamliwa jest zatem informacja w artykule Czuchnowskiego, że lustrowany radca prawny Bożek
„W ubiegłym tygodniu dostał oficjalne potwierdzenie, że wydany 16 września wyrok w jego sprawie lustracyjnej jest już prawomocny. To znaczy, że nie będzie się od niego odwoływał prokurator IPN”.
„Robienie w konia” opinii publicznej w sprawie lustracji i IPN Gazeta Wyborcza ma opanowane do perfekcji. Swego czasu „rewelacją” stały się instrukcje nakazujące ukrywanie informacji pochodzących z tzw. techniki operacyjnej, czyli podsłuchów, perlustracji (cenzury) korespondencji i obserwacji zewnętrznej.
Historyk IPN Grzegorz Majchak w jednej ze swoich publikacji tak ocenił publicystykę Czuchnowskiego i jego redakcyjnej koleżanki Agnieszki Kublik:
„W ich artykule pt. „Instrukcja Kiszczaka 0018” umieszczonego na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” z 5 kwietnia 2006 r. pojawiła się nawet następująca informacja: „»Gazeta« dotarła do nieznanej instrukcji peerelowskiego MSW. Gen. Czesław Kiszczak kazał w niej esbekom ukrywać, że źródłem informacji są podsłuchy. Mieli je zamieniać na fałszywe raporty tajnych współpracowników”. W swym artykule cytowali anonimowego „byłego szefa MSW”, który stwierdzał: „Baliśmy się przecieków, a zdekonspirowany podsłuch był nic niewart. Dlatego Kiszczak polecił, by informacje z podsłuchu wpisywać do raportów tajnych współpracowników. Nie było żadnej instrukcji, jak to konkretnie robić. Decydowali sami naczelnicy wydziałów. Czasami informacje z podsłuchów wpisywali do raportów fikcyjnych TW, czasami, choć rzadziej, do raportów prawdziwych TW”. Autorzy artykułu konkludowali: „na podstawie ocalałych raportów SB bardzo trudno się zorientować, które informacje uzyskano bezpośrednio od agenta, a które inną drogą. Chyba że agent spisał raport własną ręką”.
Bożek i esbek
Problemy lustracyjne bohatera artykułu Czuchnowskiego rozpoczęły się po sprawdzeniu przez prokuratora jego oświadczenia, jakie złożył w 2008 roku. Bożek zaprzeczył w nim jakimkolwiek związkom i współpracy z SB.
Piotr Bożek od 1 listopada 1980 r. do 13 grudnia 1981 roku był doradcą prawnym w Zarządzie Regionu Podbeskidzie NSZZ „Solidarność” w Bielsku-Białej. Pracował równocześnie jako radca prawny w Polonijno-Zagranicznym Przedsiębiorstwie „Damari” w tym mieście.
Do pierwszej rozmowy Bożka i esbeka z Wydziału V bielskiej bezpieki doszło w nocy z 30 na 31 grudnia 1981 roku. Bożek został wtedy zatrzymany przez funkcjonariusza SB plutonowego Andrzeja Krawczyka. Esbek powiedział Bożkowi, że jego zatrzymanie ma związek z dochodzenie w sprawie nieprawidłowości finansowych w Zarządzie Regionu oraz ukrycia pieniędzy „S” tuz przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Bożek jeszcze 30 grudnia 1981 roku na piśmie (!) podał, z kim się spotykał z Zarządu Regionu „S”, i co robił w pierwszych dniach stanu wojennego. Dokładnie opisywał, jak jeździł do domów działaczy „S” i sporządził dokładne charakterystyki działaczy związku.
Jak wynika z notatki napisanej przez plutonowego Krawczyka, Bożek wyraził zgodę na współpracę z SB, którą zachować miał w tajemnicy także przed najbliższymi. Napisał także wymagane przez instrukcję operacyjną SB zobowiązanie do współpracy i podał, iż donosy będzie sygnować pseudonimem „Marek”. Podpisał przy okazji tzw. lojalkę, czyli deklarację „nie podejmowania jakichkolwiek działań na szkodę Państwa Polskiego”.
W archiwum IPN zachowała się teczka personalna i pracy agenta „Marka” oraz m.in. jego akta paszportowe. Jak wynika z akt TW „Marek” ze swoim prowadzącym esbekiem spotykał się kilka razy. O kilka razy za dużo.
Latem 1982 roku Bożek podjął decyzję o wyjeździe do Francji. Z dokumentów SB wynika, że TW „Marek” miał się zgodzić na współpracę za granicą, i rozpracowywać środowiska emigracji solidarnościowej.
Zgodę na wydanie paszportu pozytywnie zaopiniował naczelnik Wydziału V SB w Bielsku – Białej ppłk Jerzy Benbenek, który wiedział, że Bozek jest współpracownikiem SB. I tak Bożek, z błogosławieństwem bezpieki dostał w październiku 1982 roku paszport na wyjazd emigracyjny do Francji.
Do kraju przyjechał (z paszportem konsularnym) już w czerwcu 1983 roku, aby starać się o wydanie paszportu dla żony, która do sierpnia 1980 roku pracowała w MO (była m.in. sekretarką zastępcy Komendanta Wojewódzkiego MO ds. Służby Bezpieczeństwa). Próby spełzły na niczym, i Bożek wyjechał znowu zagranicę. O tym jednak Czuchnowski już nie wspomina.
Esbecy zeznają, sąd – ocenia
Podczas procesu lustracyjnego Bożek przyznał, że zobowiązanie do współpracy jest napisane przez niego. Przyznał się również do autorstwa trzech pisemnych informacji dla SB. Zakwestionował natomiast inne dokumenty, stwierdzając, iż dokumentacja dotycząca jego osoby została w znacznym stopniu sprokurowana przez SB.
Uzasadnienie Sądu Okręgowego w Katowicach, który rozpatrywał w pierwszej instancji w tym procesie lustracyjnym Piotra Bożka jest kuriozalne.
Sędziowie Damian Owczarek, Katarzyna Smołka i Justyna Kowalska, którzy orzekali w tej sprawie stwierdzili, iż:
„Sama okoliczność, że Piotr Bożek podpisał zobowiązanie do współpracy i kolejno sporządził dla Służb Bezpieczeństwa własnoręcznie pisemne informacje oraz spotykał się i rozmawiał z funkcjonariuszem wyżej powołanych Służb, przy czym zdaniem Sądu nie da się w sposób precyzyjny ustalić ilości tychże spotkań poza pewnymi trzema spotkaniami […] nie oznacza automatycznie, że z rzeczonymi Służbami współpracował […]”.
„Nadto zdaniem Sądu informacje przekazywane przez lustrowanego […] wskazują na okoliczność, iż lustrowany nie posiadał i nie przekazywał Służbom Bezpieczeństwa żadnych informacji o miejscach ukrywania się poszukiwanych działaczy NSZZ „Solidarność”
I na koniec crème de la crème:
„Należy stwierdzić, iż podpisane zobowiązanie do współpracy ze Służbami Bezpieczeństwa w odniesieniu do Piotra Bożka nie zmaterializowało się w świadomie (sic!) podejmowanych konkretnych działaniach w celu urzeczywistnienia podjętej współpracy, […] i współpracę tę należy uznać za pozorną”.
Alojzy Pietrzyk, jeden z działaczy podziemnej „Solidarności” jest zasadniczy.
- Każde zainteresowanie służb komunistycznych należało zgłaszać, upubliczniać w strukturach „S”. Kto tego nie robił, ten był częścią gry operacyjnej SB, a sam fakt nieupublicznienia był zawsze podejrzany –
przypomina.
Także Piotr Wroński, emerytowany oficer wywiadu dość zdecydowanie na Facebooku rozprawia się z tezami o „fałszowaniu dokumentacji przez SB”.
- Jeśli cokolwiek fałszowano, to na krótką metę. System kontroli i nadzoru był dość dobrze rozwinięty, mimo, że nie aż tak nachalny, jak w dzisiejszych służbach. Sam znam przypadki, które błyskawicznie ujawniano. Możliwa jest jednak nadinterpretacja postawy lub kontaktu, ale to było zawsze weryfikowane przez Centralę
– stwierdza Wroński.
Artykuł opublikowany na portalu wPolityce.pl
Zamach
Od zamachu na Jana Pawła II minęło ponad 34 lata i dopiero od niedawna dzięki śledztwu IPN udało się poznać nieznane fakty.
Od 2011 roku w księgarniach jest dostępna (a właściwie była, bo nakład wyczerpany) książka „Papież musiał zginąć – wyjaśnienia Ali Agcy”. Dzisiaj ukazuje się druga część pt. „Agca nie był sam. Wokół udziału komunistycznych służb specjalnych w zamachu na Jana Pawła II”.

Publikację opracowali Andrzej Grajewski i Michał Skwara. Grajewski to publicysta Gościa Niedzielnego, a Skwara – prokurator Instytutu Pamięci Narodowej, który prowadził przez kilka lat śledztwo w sprawie zamachu na Jana Pawła II.
Śledztwo IPN:
„objęło swym zakresem czyny przestępcze funkcjonariuszy komunistycznych bez względu na ich przynależność państwową, które zostały popełnione w okresie od dnia intronizacji Karola Wojtyły na Papieża do dnia wydania wyroku uniewinniającego obywateli tureckich i bułgarskich oskarżanych o współudział w spisku na jego życie. W szczególności dotyczyło to wszystkich tych czynów funkcjonariuszy państw komunistycznych, które popełnione w ramach związku przestępczego o charakterze zbrojnym prowadziły do dokonania zamachu, a także tych czynów, które w ramach innego już związku przestępczego zmierzały do utrudnienia, czy też uniemożliwienia prawidłowego i wolnego od nacisków osądzenia sprawców”.
Przedmiotem pierwszej części książki Grajewskiego i Skwary są zeznania, jakie złożył włoskim śledczym zamachowiec w latach 1981 – 1985. Książka została skutecznie wówczas zamilczana przez tzw. media głównego nurtu.
Na palcach rąk można policzyć media, które zamieściły cztery lata temu jakiekolwiek informacje czy recenzje. Dlaczego? Ano zapewne dlatego, że książka ukazała się krótko po katastrofie smoleńskiej, a już sama nazwa „IPN” oraz obawa, iż służby specjalne (cywilne lub wojskowe) mogły być w jakikolwiek sposób zamieszane w zamach, wywoływały ból głowy Tuska i Komorowskiego.
Historia zamachu
13 maja 1981 r. na placu Świętego Piotra do papieża strzelał turecki terrorysta Mehmet Ali Agca, którego schwytano natychmiast po zamachu. W lipcu 1981 r. zaczął się jego proces i zamachowiec został skazany na dożywotnie więzienie. Włoskie śledztwo nie wyjaśniło jednak tła zamachu.
W 1983 r. Jan Paweł II odwiedził Agcę w rzymskim więzieniu i długo z nim rozmawiał. W czerwcu 2000 r. prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi ułaskawił zamachowca. Nakazał też jego ekstradycję do Ankary, gdzie trafił do celi za zabójstwo tureckiego dziennikarza sprzed lat. W 2010 r. Agca został wypuszczony z więzienia. W sumie spędził za kratami 30 lat.
Dr hab. Filip Musiał z Ignatianum w swojej recenzji tak opisuje treść i zawartość książki „Agca nie był sam. Wokół udziału komunistycznych służb specjalnych w zamachu na Jana Pawła II”:
„Śledztwo w sprawie zamachu na Jana Pawła II jest jednym z najważniejszych śledztw prowadzonych przez IPN w całej jego 15-letniej historii. Niewątpliwie przynosi ono również niezwykle wartościowe ustalenia historyczne, które pozwalają spojrzeć na jedno z najgłośniejszych wydarzeń XX wieku z nowej perspektywy.
Książka „Agca nie był sam. Wokół udziału komunistycznych służb specjalnych w zamachu na Jana Pawła II” składa się z dwóch odrębnych, ale uzupełniających się części: postanowienia o umorzeniu śledztwa autorstwa prokuratora oraz artykułu naukowego, będącego wnikliwą analizą historyczną”.
Głównym celem śledztwa było ustalenie okoliczności przygotowania do zamachu, szczegółowe opisanie jego przebiegu oraz ujawnienie działań dezinformacyjnych prowadzonych przez służby specjalne bloku wschodniego w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
Od maja 1981 r. wywiad NRD (HVA) na zlecenie bułgarskich służb specjalnych brał udział w zakrojonej na szeroką skalę operacji dezinformacyjnej, która nosiła kryptonim „Papież” („Operation Papst”). Jej celem było odciągnięcie uwagi rzymskich śledczych od bułgarskiego tropu.
Oczy „Baszty”
Głównym celem rozpracowania wywiadu PRL w Rzymie był Jan Paweł II. Oficerów rezydentury wywiadu PRL (kryptonim „Baszta”) w Wiecznym Mieście interesowało wszystko: plan papieskich podróży zagranicznych, treść homilii i dokumentów, kontakty z polskim episkopatem, polityka zagraniczna Watykanu ze szczególnym uwzględnieniem kierunku wschodniego.
Z oczywistych względów sprawą zamachu na papieża interesował się Departament I MSW, czyli wywiad PRL. Najbardziej zaangażowana w gromadzenie informacji o zamachu na Jana Pawła II była rezydentura w Rzymie. Od czasu wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża, „Baszta” należała do najważniejszych placówek wywiadowczych PRL.
Gdy aresztowanie z pozoru niewinnego urzędnika bułgarskich linii lotniczych Siergieja Antonowa położyło cień na Bułgarów oraz sowieckiego przywódcę, służby specjalne PRL przyłączyły się do akcji ratowania z opresji swoich towarzyszy.
Specsłużby PRL (nie tylko Departament I, ale także Departament IV, zwalczający Kościół), doskonale zorientowane w środowisku watykańskim, mogły oddać cenne usługi, by oczyścić swoich kolegów z bułgarskiej DS z zarzutów o zorganizowanie zamachu na Jana Pawła II.
O współpracy służb świadczą telegramy, jakie wymienili ze sobą szefowie resortów spraw wewnętrznych PRL i LRB – gen. Czesław Kiszczak i gen. Dymitr Stojanow – w drugiej połowie 1985 roku w związku z procesem Antonowa.
Zaniepokojenie bezpieki było uzasadnione. Prokuratora Skwara dotarł do sensacyjnych dokumentów. Ustalił, że Antonow był współpracownikiem bułgarskich służb specjalnych, a przez powiązania ze swoim wujkiem miał dostęp do kręgu bardzo wysokich funkcjonariuszy bułgarskich służb specjalnych, więc mógł być traktowany jako człowiek ich zaufania.
Dane rejestracyjne Antonowa w bułgarskich archiwach, równie skutecznie czyszczonych po 1989 roku, co polskie, pojawiają się wyłącznie raz, w korespondencji wewnętrznej z 1991 roku, przez czyjeś zaniedbanie.
Nieznane fakty
Oba tomy książki autorstwa Grajewskiego i Skwary skutecznie obnażają dezinformacje, które nadal pojawiają się w niektórych książkach poświęconych sprawie zamachu. Otwartym pozostaje pytanie, czy autorzy tych książek powielają tezy narzucone w 1981 roku przez KGB i Stasi/HVA z premedytacją, czy z głupoty?
Śledztwo w IPN prowadził prokurator Michał Skwara. W czasie jego trwania zgromadził łącznie 20 tys. stron dokumentów. Najważniejszym dowodem w sprawie były wyjaśnienia zamachowcy Mehmeta Ali Agcy.
Śledztwo IPN zostało umorzone, ale pozwoliło np. ustalić kto, jako pierwszy, przygotowywał zamach i zebrać w jednym miejscu rozproszone i niedostępne do tej pory dokumenty.
Bardzo ważne było spotkanie Agcy z oficerem KGB majorem Władimirem Kuziczkinem w Teharanie, pracującym pod przykryciem sowieckiego dyplomaty. Fakt ten pozwala sądzić, że wątek sowiecki jest znacznie ważniejszy niż tzw. ślad bułgarski. 13 listopada 1979 roku w Moskwie zebrał się Komitet Centralny KPZR. Obradom przewodniczył sekretarz generalny partii i szef państwa Leonid Breżniew.
W porządku obrad znalazł się obejmujący sześć punktów katalog środków operacyjnych – zaakceptowanych już wcześniej przez Biuro Polityczne – jakie zamierzano zastosować przeciwko Kościołowi katolickiemu i samemu Janowi Pawłowi II. Plan mieli zaakceptować szef KGB Jurij Andropow i jego zastępca Wiktor M. Czebrikow. Wśród tych, którzy podpisali się pod „uchwałą”, był Michaił Gorbaczow, wówczas jeszcze kandydat na członka Biura Politycznego KPZR, a także: szef partyjnej propagandy Michaił Susłow, członkowie prezydium KC KPZR Andriej Kirylenko, Konstantin Czernienko, sekretarze KC Konstantin Rusakow, Władimir Ponomariew, Iwan Kapitonow, Michaił Zimianin, Władimir Dołgich i właśnie Michaił Gorbaczow.
KGB otrzymał polecenie wykorzystania wszystkich dostępnych środków w celu zdyskredytowania papieża i watykańskiej dyplomacji. Operacje miały przebiegać pod kryptonimami „Pagoda” i „Infekcja”. Czy przewidywano również fizyczny zamach na papieża? W łonie samego KGB nie wykluczano takiej ewentualności. Andropow otrzymał rzekomo polecenia „wejścia w najbliższe otoczenie Jana Pawła II”, czyli wprowadzenia w jego środowisko agentury. A że takowa już od dawna była, to nie jest już tajemnicą.
Inne źródła utrzymują, że za planem krył się nie sowiecki wywiad, lecz polska Służba Bezpieczeństwa. Rosjanie i Polacy współpracowali z bułgarską bezpieką – Bezpieczeństwem Państwowym (Drżawna Sigurnost, DS), znanym z brutalnego postępowania. Bułgarskie służby specjalne, a szczególnie służba bezpieczeństwa DS była całkowicie zależna od służb specjalnych Związku Socjalistycznych Republik Radzieckiego (KGB i GRU), nie mogły podjąć akcji o takim znaczeniu bez inspiracji Sowietów. Zresztą w „socjalistycznej wspólnocie wywiadowczej” to głównie Bułgarzy specjalizowali się w „mokrej robocie”.
Podczas śledztwa ustalono, że stawką za zamordowanie papieża było 3 mln marek zachodnioniemieckich. Agca i jego wspólnicy mieli je otrzymać od ambasady sowieckiej w Sofii za pośrednictwem Bekira Celenka, szefa tureckiej mafii w Bułgarii.tym również z mordów na zlecenie („mokroje dieło”, czyli mokra robota).
Włosi szybko wpadli na trop powiązań Agcy z palestyńskimi terrorystami, a wywiad PRL – na ich ustalenia. Trzy dni po zamachu oficer wywiadu „Kostrzewa” (Henryk Bosak, obecnie działacz SLD) z rezydentury w Belgradzie, wykorzystał informacje od swego źródła pseudonim „Finn” i wysłał do Centrali, czyli Departamentu I MSW sensacyjny meldunek.
W szyfrogramie nr 2996 „Kostrzewa” meldował:
„Wydział konsularny Ambasady Włoch ustalił, że zamachowiec na papieża Agca przebywał w marcu br. w Belgradzie, posiadając paszport jordański. Ubiegał się o wizę włoską. Nie otrzymał jej, gdyż miał powiązania z organizacją palestyńską Habacha”.
Artykuł opublikowany na wPolityce.pl
Lustracja Buzka
Jerzy Buzek nie należy do moich ulubieńców. Jednak pojawienie się w Internecie artykułów o jego „agenturalnej” przeszłości na milę śmierdzi prowokacją i zamiarem skompromitowania „na wszelki wypadek” lustracji.
Niedawno na portalu Fronda.pl pojawił się skandaliczny artykuł „Jerzy Buzek TW Karol”? przedrukowany za portalem pressmania.pl. O ile Fronda.pl artykuł autorstwa Irka Cezarego Tuniewicza szybko usunęła, to na tym drugim portalu nadal można go przeczytać.
Publikacja Tuniewicza, który jak wynika z jego profilu na portalu społecznościowym pochodzi z Gdańska a mieszka w Toronto, o rzekomej (bo brak dowodów na nią) agenturalności Jerzego Buzka opiera się na wniosku posłów Tomasza Karwowskiego oraz Adama Słomki z Konfederacji Polski Niepodległej – Ojczyzna z 1999 roku do Sądu Lustracyjnego. Posłowie domagali się lustracji ówczesnego premiera rządu AWS.
Była to reakcja na decyzję Bogusława Nizieńskiego, ówczesnego Rzecznika Interesu Publicznego, który postanowił nie uwzględnić wniosku. Postanowieniem z dnia 2 września 1999 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie (sygn. akt V AL 32⁄99) utrzymał w mocy postanowienie Rzecznika Interesu Publicznego o odmowie wystąpienia z wnioskiem o wszczęcie postępowania lustracyjnego.
W Katalogu IPN czytamy następujące informacje o Jerzym Buzku:
- Jerzy Buzek występuje w aktach SO krypt. „Debata” dotyczącej I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność”. Sprawa została zarejestrowana 3.09.1981 pod nr 66477 przez Wydział III Departamentu III‑A (od listopada 1981 Departamentu V) MSW. Zakończono 11.12.1981 i zarchiwizowano pod sygn. 2282/IV. Materiały zawierają m.in.: plany działań operacyjnych, meldunki i notatki funkcjonariuszy SB, stenogramy z przebiegu obrad, wykazy uczestników Zjazdu i osobowych źródeł informacji. Mat. o sygn. IPN BU 236⁄243 (2282/IV)
- W dn. 16.11.1981 zarejestrowany pod nr 47524 przez Grupę III SB Gliwice, w dzienniku rejestracyjnym jako kategorię zapisano „meld. spraw.” [meldunek sprawdzeniowy?], 17.09.1985 materiały przekwalifikowano na kwestionariusz ewidencyjny [KE] o krypt. „Negocjator”. W dn. 08.08.1986 KE przekazano do Referatu V‑1 RUSW Gliwice, a następnie do Wydz. XI Dep. I MSW. Materiały po zwróceniu zostały zniszczone jako „bezwartościowe”. Zapis w dzienniku rejestracyjnym WUSW Katowice, poz. 47524; karta E‑16 z kartoteki odtworzeniowej Biura „C” MSW.
- W dniu 27.08.1986 zarejestrowany pod nr 97987 przez Wydz. XI Dep. I MSW w kategorii zabezpieczenie. W dniu 09.10.1989 r. – zdjęto z czynnej ewidencji operacyjnej z powodu rezygnacji jednostki operacyjnej SB. Zapis w dzienniku rejestracyjnym MSW, poz. 97987; zapis w ZSKO-88.
- Brak jakichkolwiek informacji operacyjnych. Zapis zawiera jedynie informacje o danych personalnych i adresach zamieszkania. Zapis w ZSKO-90.
- Akta paszportowe (EAGL 110980, EAGL 54116 i EAPP 503040). Karta Pz-35 o sygn. arch. EAGL 110980 (poprzednia sygn. EAKA 23300) z kartoteki paszportowej Wydz. Paszportów KWMO/WUSW Katowice. Akt paszportowych nie odnaleziono.
Karwowski we wniosku (nadal dostępny w Internecie) opierał się na głównie na
„informacjach przekazanych mnie przez świadków (zgłoszonych formalnie w postępowaniu lustracyjnym) oraz z danych Wydziału Operacyjnego (Kontrwywiadowczego)”.
Poniżej fragmenty wniosku Karwowskiego (niemal tożsame z artykułem Tuniewicza):
„Jerzy Buzek został zwerbowany przez Wywiad Wojskowy PRL w roku 1971 przed wyjazdem na stypendium naukowe do Wielkiej Brytanii (1971−72 r. ). Informacja na ten temat zawarta jest w zachowanych aktach [ zał. nr 1]. Pierwszym zadaniem agenta było zdobycie dla Układu Warszawskiego najnowszych technologii utylizacji gazów bojowych. Po powrocie do kraju, w końcu 1972 roku, Jerzy Buzek złożył stosowny raport. Wobec podejrzenia o przewerbowanie agenta przez MI 5 (siostrzane do CIA służby brytyjskie) Wywiad PRL zrezygnował z użycia agenta „na kierunku państw kapitalistycznych”.
W związku z tym przekazano agenta do dyspozycji Służby Bezpieczeństwa [ zał. nr 2]. Użyty przez Służbę Bezpieczeństwa po wydarzeniach 1976 r (protesty na uczelniach) do operacji rozpracowania środowisk akademickich m.in. w ramach sprawy obiektowej „Politechnika”. Chodzi o Politechnikę Gliwicką. Działania te koordynował przede wszystkim Wydział III KW MO Katowice, [zał. Nr. 3. ]. Nagrodą za efektywną pracę było umożliwienie przyznania tytułu naukowego docenta (akta rozpracowania „Docent”).
Jerzy Buzek posiadał minimum 3 „teczki” , pierwszą gdy był rozpracowywany – przymuszany do współpracy „Docent” (?), drugą założył Wywiad, trzecią Służba Bezpieczeństwa, nadając kryptonim Tajny Współpracownik (TW) „Karol”. Natomiast w ramach każdej z wymienionych, występowały m.in. teczka personalna oraz teczka pracy tzw. operacyjna.
Po strajkach sierpniowych 1980 roku Jerzego Buzka skierowano do Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Najpoważniejszym sukcesem agenta TW „Karol” stały się działania manipulacyjne podczas I‑szego Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” w Gdańsku, gdzie jako współprowadzący obrady m.in. doprowadził do uchwalenia słynnej Odezwy do Narodów Europy Środkowo- Wschodniej. Celem autorów z komunistycznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL była prowokacja i uzyskanie bezpośredniej pomocy (z interwencją zbrojną włącznie) od ZSRR, zaniepokojonego rozszerzaniem się wolnościowej „zarazy” na inne kraje socjalistyczne.
Agent otrzymał za to zadanie wysoką nagrodę finansową, [zał. nr 4]. W 1985 podpisał kolejny ważny dokument złożony w teczce operacyjnej TW „Karol” [zał. nr 5] .
Charakterystyczną rolę Jerzy Buzek odgrywa w aresztowaniu przywódców Śląskiego podziemia solidarnościowego. Poznaje wyjątkowo lokal, w którym ukrywa się Tadeusz Jedynak. Wkrótce zostaje w nim aresztowany tenże lider władz regionalnych i krajowych..
Następnie Jerzy Buzek poznaje mieszkanie, w którym ukrywa się następny szef regionalnych struktur „Solidarności”- Jan Andrzej Górny. Po kilku godzinach lokal okrąża ogromna liczba samochodów SB oraz cywilnych i mundurowych funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa PRL. Poszukiwanego przez 7 lat listem gończym Prokuratury Wojskowej czołowego działacza podziemnych struktur, w tym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” aresztowano… bez rewizji lokalu !
Jerzy Buzek niezauważony, z torbą pełna związkowych pieniędzy, bez kłopotu opuszcza po kwadransie „kocioł”. Nie znany jest w dziejach podziemia przypadek (a tym bardziej na „czerwonym” Śląsku), by przy tak ważnym aresztowaniu Służba Bezpieczeństwa nie dokonywała gruntownej rewizji i „zabezpieczenia” lokalu.
Jedynym, który skorzystał na powyższych aresztowaniach był Jerzy Buzek, który jako >doradca< zaczął „nieformalnie” reprezentować Górny Śląsk w pracach krajowego kierownictwa (TKK) „Solidarności”. Było to możliwe, gdyż SB nie dopuściła do wyłonienia kolejnego przywódcy regionalnej NSZZ „Solidarność”.
Dotychczasowa odmowa przesłuchania w procesie lustracyjnym Tadeusza Jedynaka, przywódcy podziemnej „S” przez powołanie się na opinię J.A. Górnego jest kompletnie absurdalne (str. 7 Postanowienia Rzecznika). W tej sprawie nie oceniamy więzi przyjacielskich czy też jawnych współpracowników Moskwy (Miller, Oleksy itp.) ale utajnionych przed nami (działaczami demokratycznej opozycji) tajnych współpracownikach służb specjalnych.
[…] Akta rozpracowania i aresztowania J.A. Górnego zachowały się i potwierdzają rolę jaką odegrał TW „Karol”. Niezbędne jest ich dogłębne zweryfikowanie przez Sąd Lustracyjny na opisaną okoliczność [ świadek z MSW III RP odn. Nr 6].
Za powyższe zasługi oraz przekazanie dokumentów władz podziemnej „Solidarności” agent TW „Karol” otrzymał od Służby Bezpieczeństwa 7000 USD (Równowartość ówczesnych ok. 350 pensji!) [zał. nr 7].
Co najciekawsze, Jerzy Buzek nigdy nie został aresztowany czy nawet internowany, choć już od roku 1981 z racji jawnej działalności w legalnej NSZZ „Solidarność”, był doskonale znany Służbie Bezpieczeństwa. Mało tego, wielokrotnie (10 razy) wyjeżdżał do krajów kapitalistycznych. Jest to również wypadek wśród działaczy opozycji bez precedensu. Tym bardziej, że na Śląsku szalał największy komunistyczny terror. „Ekstremie” paszport czasami wręczano, owszem, ale z pieczątką: bez prawa powrotu do PRL.
Sprawa wybuchła ponownie podczas Regionalnego Zjazdu „Solidarności” Śląsko-Dąbrowskiej, gdzie Wiceprzewodniczący Zarządu Regionu Zbigniew Martynowicz zarzucił publicznie J. Buzkowi współpracę z SB.”
Tyle Karwowski. Wydział XI Departamentu I zajmował się zwalczaniem „dywersji ideologicznej” – czyli w latach 80. także „Solidarności” i jej zagranicznych struktur. W latach 1985–99 naczelnikiem tegoż wydziału był Aleksander Makowski.
Działacze podziemia z Gliwic twierdzą zgodnie, że konspiracyjnym pseudonimem Buzka był „Karol”. To jego drugie imię. Nic nie wspominają o podejrzeniach wobec Buzka.
Jerzy Buzek w maju 1987 r. z przyczyn osobistych wycofał się z działalności w podziemiu. Wiosną 1985 roku lekarze zdiagnozowali u Agaty Buzek nowotwór, ziarnicę złośliwą. Buzkowie rozpoczęli walkę o życie dziecka. - Przez cztery lata żyliśmy na skraju wytrzymałości psychicznej – mówiła w reportażu w Polska The Times ówczesna żona Buzka – Ludgarda. Ostatni zabieg i chemioterapia zakończyły się wiosną 1989 roku.
Niewykluczone, że warunkiem wydania paszportu dla Buzka, aby córka mogła wyjechać na leczenie do RFN, było właśnie wycofanie się przez niego z działalności opozycyjnej. Czy taki szantaż był? Tego nie wiadomo, bo Buzek o tym nigdy nie mówił.
W listopadzie 1987 r. w skład nowo powstałej Krajowej Komisji Wykonawczej jako przedstawiciel regionu śląsko-dąbrowskiego wszedł Jan A. Górny, który jednak szybko, bo już 19 listopada został zatrzymany w tym „kotle”, o którym wspomina Karwowski.
W Encyklopedii Solidarności możemy przeczytać o dalszych losach Jana A. Górnego:
„19 listopada 1987 r. zatrzymany, 21 listopada 1987 r. aresztowany na 3 mies. pod zarzutem niepłacenia alimentów, przetrzymywany w Areszcie Śledczym w Katowicach, skazany przez Kolegium ds. Wykroczeń w Gliwicach na karę wysokiej grzywny, a 25 stycznia 1988 r. przez Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej na 4 lata więzienia”.
Zatem Górny ledwo co został powołany w skład KKW, to SB go zatrzymała i skutecznie wyeliminowała z działalności opozycyjnej.
Górny po 1989 roku zniknął z życia publicznego. Zajął się biznesem, ale to inna bajka.
Nadal nie wyjaśniona do końca jest sprawa agenta „Oris”, który rozpracowywał gliwicką opozycję. Według moich informacji był to agent nie bezpieki, ale kontrwywiadu wojskowego.
Artykuł opublikowany na portalu wpolityce.pl
Zapomniany jak Świtoń
Na konferencji, która odbyła się w niedzielę w Sejmie z okazji 30. rocznicy powstania Wolnych Związków Zawodowych (WZZ) nie było Kazimierza Świtonia z Katowic.
- Dorobiłem się… Mam dziś tysiąc złotych emerytury, do tego ciężko chorą żonę, która nigdy nie pracowała, ponieważ wychowywała szóstkę naszych dzieci. Chyba sprzedam autografy Ojca Świętego, bo nie mam z czego żyć – mówi Świtoń. Jest rozgoryczony. Ma niską emeryturę, bo od kiedy w marcu 1978 roku założył w Katowicach pierwszy w kraju Komitet Wolnych Związków Zawodowych, nie miał stałej pracy.

Kazimierz Świtoń, jego żona Dorota oraz pięcioro ich dzieci byli prześladowani przez Służbę Bezpieczeństwa z Katowic: stałe rewizje w ich domu, zatrzymywanie bez powodu w aresztach, aresztowanie Świtonia na pięć tygodni w czerwcu 1978, oczernianie, straszenie i znieważanie. W odwecie za WZZ władze Katowic na polecenie SB zamknęły prowadzony przez niego od dziesięciu lat zakład naprawy sprzętu telewizyjnego w centrum miasta.
W październiku 1978 r. wychodzącego z kościoła opozycjonistę, napadło czterech mężczyzn w cywilu. „Akcja” nastąpiła kilkadziesiąt metrów od kamienicy na ulicy Mikołowskiej w Katowicach, gdzie mieszkali Świtoniowie. Napastnicy wykręcili Świtoniowi ręce i zaczęli wciągać do stojącego na ulicy brązowego fiata 125p. Rozpoczęła się szamotanina. Dopiero porucznik milicji, przechodzący „przypadkiem” ulicą pomógł we wsadzeniu działacza WZZ do samochodu. Esbecy z pobitym i skutym Świtoniem pojechali do komendy milicji.
Po kilku godzinach Świtoń został aresztowany. Prokurator Andrzej Nastuła oskarżył go o… napaść na funkcjonariuszy. Jak wynika z notatki szefa SB w Katowicach do Dyrektora Departamentu III MSW w Warszawie zatrzymanie Świtonia było prowokacją, zakończoną sukcesem – czyli aresztowaniem.
Kolegium do spraw wykroczeń w Katowicach skazało go na 2 miesiące aresztu „za wywołanie zbiegowiska”. Świtoń od wyroku się odwołał.
Termin rozprawy wyznaczono na 2 marca 1979 roku. Wyrok w imieniu PRL miał wydać Gerard Jankowiak, ówczesny prezes Sądu Rejonowego w Katowicach. Oskarżycielem w procesie został wiceprokurator prokuratury rejonowej w Katowicach tow. Andrzej Nastuła.
Jednak już kilka tygodni wcześniej przedstawiciele SB kontaktowali się z sędzią Jankowiakiem. Ustalano, jak będzie wyglądał proces, kto zostanie wpuszczony na salę rozpraw (12 funkcjonariuszy SB, w tym dwie kobiety oraz dwóch tajnych współpracowników: „Tomek” i „Klucz”).
Świtonia z zaangażowaniem bronili dwaj adwokaci z Warszawy: Władysław Siła-Nowicki i Jan Olszewski. W czasie rozprawy oskarżony mówił, że »bronił się, bo został zaatakowany przez nieznajomych«.
Od kilkunastu miesięcy Świtoń przez kilka godzin czyta w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej dokumenty na swój temat. To kilka tysięcy stron. Na kserokopie akt nie ma pieniędzy. Mozolnie przepisuje tysiące stron dokumentów do swojego laptopa.
– Pozbywam się złudzeń, co do wielu znajomych. Esbecja nadała mojej sprawie kryptonim „Emisariusz”. Zmontowano w 1977 roku sieć agentów, filmowano z ukrycia mnie i rodzinę, knuto i nękano, podsłuchiwano nas w domu. Do 1990 roku donosiło na mnie ponad 170 tajnych współpracowników. Ci, którzy mnie represjonowali mają dziś wysokie emerytury, i się ze mnie śmieją – mówi.
- Tak, byłem prezesem Sądu Rejonowego w Katowicach i skazałem Świtonia na rok więzienia. W czasie procesu SB nie manipulowało ani mną, ani innymi osobami. Kontakty z SB dotyczyły bezpieczeństwa sądu. Wyrok był moim zdaniem sprawiedliwy. Wydałem go po przesłuchaniu wielu świadków i analizie akt – stwierdza sędzia Jankowiak, który był wizytatorem w Sądzie Okręgowym w Katowicach. Teraz jest na zasłużonej emeryturze. – Świtoń to była tylko jedna z wielu spraw – dodaje po chwili sędzia.
IPN rozpoczyna śledztwo
Jankowiak ma jednak słabą pamięć. – Wszystko było ukartowane i ustalone: zeznania świadków, publiczność i wyrok – twierdzi Świtoń. Ma na to dowody – akta sprawy „Emisariusza”.
„Po konsultacji z prezesem sądu rejonowego w Katowicach ustalono sposób prawidłowego przebiegu rozprawy oraz zabezpieczenia oskarżonego. (…) Instruktaż ze świadkami – funkcjonariuszami MO przeprowadzi przed rozprawą kpt. J. Wieniewski z wydziału śledczego. Rozmowy profilaktyczno-sondażowe ze świadkami z zewnątrz przeprowadzi porucznik M. Merta i st. sierż. R. Obrok z Wydziału III. (…) Nie przewiduje się wezwania na rozprawę biegłych. Gdyby obrona wystąpiła z takim wnioskiem, przewodniczący składu orzekającego go oddali” – raportują swoim szefom funkcjonariusze SB w Katowicach przed procesem.
Wyrok wydany przez G. Jankowiaka został zmieniony w 1981 r. Sąd Okręgowy w Katowicach umorzył postępowanie, bo nie dopatrzył się przestępstwa.
- Wszczęliśmy śledztwo w sprawie popełnienia zbrodni komunistycznej przez funkcjonariuszy MO i SB. Stworzyli fałszywe dowody, dzięki którym sąd rejonowy w Katowicach skazał Świtonia – mówi Michał Skwara prokurator IPN w Katowicach.
Czy SB wywierała również wpływ na sędziego? Tym na razie IPN się nie zajmuje.
- Świtoń jest postacią tyleż bohaterską, co tragiczną. Niektórzy polityce do tej pory nie mogą wybaczyć mu publicznego oskarżenia w czasie jednej z debat w Sejmie prezydenta Lecha Wałęsy o agenturalną przeszłość. Niewygodny jest również antysemityzm Świtonia i ludzie, którymi się otaczał w czasie swego protestu na żwirowisku w 1998 roku w pobliżu obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Rządowi niepotrzebne są napięcia ze środowiskami żydowskimi – tak tłumaczy zapomnienie założyciela WZZ jeden z posłów Prawa i Sprawiedliwości ze Śląska.
Kazimierz Świtoń niczego nie żałuje. – Postąpiłbym tak samo, a swoich poglądów na temat prawdy i historii nigdy się nie wyprę – dodaje.
„Zapominanie” o Świtoniu to kolejny przykład marginalizowania roli opozycji niepodległościowej na Śląsku. Od lat zauważam, że politycy o Śląsku przypominają sobie jedynie w grudniu- z okazji Barbórki i rocznicy pacyfikacji strajku na „Wujku”.
[Artykuł został opublikowany w 2008 roku]
Węglowa lustracja
Niektórzy „biznesmeni” i urzędnicy branży górniczej już cierpią na bezsenność. Powód? Rozpoczynające się procesy lustracyjne wysokich rangą osób z branży i swoistego „węglowego towarzystwa wzajemnej adoracji”.
Po katastrofach górniczych i aferach węglowych zawsze kolejni premierzy mówili o tym, że należy „zrobić porządek w górnictwie, spółkach węglowych oraz skończyć z patologią”. Take słowa padały pod lat 90. ubiegłego wieku, po tym jak pojawiły się pierwsze informacje o „mafii węglowej” i „znikających” pociągach z węglem.
W większości przypadków skończyło się jedynie na deklaracjach „puszczenia w skarpetkach”. Dlaczego? Ano dlatego, że spółki górnicze od lat są miejscem zatrudnienia „swoich” i rezerwuarem partyjnych pieniędzy na kampanie wyborcze.
Czy lustracja przez prokuratorów IPN wysokich rangą urzędników spółek i urzędów górniczych pomoże wyjaśnić wiele afer węglowych? To prawdopodobne. Jednak najważniejsze, że być może zostaną ujawnione pewne mechanizmy polityczno-biznesowe w górnictwie.
W tak patologicznym środowisku, pełnym mniej lub bardziej formalnych układów, z milionami złotych krążącymi „do swoich” pełno jest ludzi służb. Tych dawnych, jak i obecnych. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić, jaka była siła argumentów z esbeckich teczek, cudownie ocalonych od „brakowania” pod koniec 1989 roku.
Dlatego tak ważne jest oczyszczenie tego środowiska, swoista „opcja zerowa”. Na razie rozpoczyna się lustracja górniczej „wierchuszki”.
Od lipca 2013 r. przed Sądem Okręgowym w Katowicach toczy się sprawa Wojciecha Jeziorowskiego pełniącego funkcję dyrektora Okręgowego Urzędu Górniczego w Krakowie, podejrzewanego o zatajenie współpracy z SB WUSW w Katowicach w latach 1984–1986. Z materiałów zachowanych w IPN wynika, iż Jeziorowski był kontaktem operacyjnym policji politycznej PRL.
30 października 2014 r. do Sądu Okręgowego w Katowicach trafił wniosek prokuratora biura lustracyjnego IPN o wszczęcie postępowania lustracyjnego w sprawie Waldemara Mroza. Ów urzędnik był szychą – do 2013 roku wiceprezesem Katowickiego Holdingu Węglowego S.A., i jako członek zarządu państwowej spółki musiał złożyć oświadczenie lustracyjne.
O Mrozie, gdy był wiceprezesem KHW SA napisałem, że z dokumentów zachowanych w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej wynika, iż Waldemar Mróz został zarejestrowany jako tajny współpracownik SB ps. Krzysztof (IPN Kr 309⁄525, IPN Kr 009⁄9514). Dzięki temu, że zachowała się teczka pracy TW „Krzysztof” bez trudu można poznać szczegóły kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa.
Skala współpracy robi wrażenie, bo teczka pracy TW „Krzysztof” miała 315 stron (!), jednak trzysta stron zostało zniszczonych i zachowało się jedynie 15. Zachowały się oryginalne donosy pisane przez agenta.
„Krzysztof” donosił o działaczach NZS na AGH, przekazywał ulotki oraz charakteryzował kolegów z uczelni. Jak wynika z numerów stron w teczce pracy TW Krzysztof pomiędzy jesienią 1980 roku a marcem 1983 roku przybyło 240 stron – to obraz skali współpracy. Ostatnie zachowane doniesienie jest z 1 marca 1983 roku.
Mróz nie przyznał się w swoim oświadczeniu lustracyjnym do współpracy z SB w Krakowie w latach 1980–1984. Moje źródła w ABW poinformowały mnie ponad rok temu, że już po wyborze Mroza na stanowisko wiceprezesa KHW w 2001 roku, służby specjalne (wówczas Urząd Ochrony Państwa) sprawdzały przeszłość nowego członka zarządu strategicznej spółki węglowej.
I natrafiono od razu na ślad przeszłości Mroza. Problem w tym, że tę wiedzę UOP, a potem ABW zachowały dla siebie, i nie poinformowały Rzecznika Interesu Publicznego, a potem IPN o tym, co pozostało w esbeckich materiałach o Waldemarze Mrozie. Dlaczego? Czy Mróz mógł był np. szantażowany swoją przeszłością przez byłych funkcjonariuszy, którzy prowadzą interesy z KHW SA? A może wręcz przeciwnie – był na usługach służb III RP?
W tym tygodniu do Sądu Okręgowego w Gliwicach zostanie skierowany wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego w sprawie Grzegorza Juzka, w dacie składania oświadczenia lustracyjnego pełniącego funkcję dyrektora Okręgowego Urzędu Górniczego w Katowicach, obecnie zastępcy dyrektora OUG w Rybniku, podejrzewanego o zatajenie współpracy z SB RUSW w Wodzisławiu Śląskim w latach 1985–1987 jako TW oraz z SB WUSW w Katowicach w latach 1987–1989 jako konsultant.
Także w listopadzie do Sądu Okręgowego w Gliwicach zostanie skierowany wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego w sprawie Krzysztofa Matuszewskiego. Kiedy składał oświadczenie lustracyjne był dyrektorem departamentu warunków pracy w Wyższym Urzędzie Górniczym w Katowicach. Prokurator biura lustracyjnego podejrzewa go o zatajenie współpracy z Wydziałem III SB KWMO w Katowicach – Grupy Operacyjnej w Gliwicach.