Sprawa lustracji dziennikarzy od lat budziła, budzi i budzić będzie wiele emocji.
W 2007 r. znowelizowane przepisy dotyczące obowiązku lustracji zakładały, że oprócz prezydenta, parlamentarzystów, osób pełniących kierownicze stanowiska państwowe, sędziów, prokuratorów i adwokatów, a także szefów mediów publicznych weryfikacji mieli podlegać wszyscy naukowcy i dziennikarze. Przepis ten jednak zakwestionował w maju 2007 r. Trybunał Konstytucyjny.
„niezatrudnianie byłych funkcjonariuszy komunistycznych służb, a także o niepodejmowanie z nimi żadnej innej formy współpracy mającej wpływ na treść programu”.
Sprawa jednak nie będzie łatwa. Niektórzy z konfidentów mają szczęście, gdyż nie zachowały się akta, które są dowodem wymaganym w postępowaniu przed sądem lustracyjnym. Mogą twierdzić, że są „czyści”. Niektórzy mieli pecha, bo zachowały się oryginały akt, donosów i raportów. Cześć może się nieprzyjemnie zdziwić, kiedy ostatecznie zostanie ujawniony zbiór zastrzeżony IPN.
Poniżej wykaz, który powstał na podstawie kart ewidencyjnych agentury Służby Bezpieczeństwa w Katowicach, która była zaangażowana do inwigilacji pracowników katowickiego ośrodka telewizji (kryptonim „Helios”), radia („Eter”) i prasy („Prasa”). Większość z nich to dziennikarze.
Jakieś 30 procent osób z tegoż wykazu nadal pracuje w mediach.
Opowieść będzie prawdziwa, choć wydaje się zupełnie nieprawdopodobna. Nieprawdopodobna głównie ze względu na finał.
Na portalu wpolityce.pl opisałem swego czasu przypadki „lustracyjnych wpadek sędziów i prokuratorów” z województwa śląskiego („Agenci w togach”). Historia ma dalszy ciąg, który obfituje w ciekawe zwroty akcji. Jeżeli Władysław Pasikowski kiedykolwiek zechce nakręcić kolejny odcinek Psów, to ma gotowy scenariusz.
Kilka lat temu do jednej z prokuratur na południu Polski listonosz przyniósł przesyłkę. Nie był to anonim. List miał prawdziwego nadawcę, ale nie to zaskoczyło śledczych. Szok przeżyli, kiedy okazało się, że zawierał szokujące informacje i dowody o „prywatyzacji akt” przez esbeków.
Proces niszczenia dokumentów SB rozpoczął się na przełomie 1988/1989 roku, trwał z przerwami podczas rozmów Okrągłego Stołu, był kontynuowany po wyborach 4 czerwca 1989 r., a w skali masowej rozpoczął się po sierpniowej nominacji Mazowieckiego na premiera. Nie wszystko zniszczono.
Okazało się, że teczki wybranej („perspektywicznej”) agentury w środowisku prawniczym i naukowym na Śląsku i Podbeskidziu, zamiast trafić do archiwum UOP (gdzie później znalazłyby się zapewne ze względu na rangę agentury w zbiorze zastrzeżonym IPN), wyniesiono do prywatnych zbiorów.
Autorką listu do prokuratury była żona wysokiego rangą funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Poinformowała śledczych o tym, iż w regionie działa grupa byłych esbeków, którzy szantażują przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości dokumentami sprzed lat. Napisała, że tylko jej mąż wyniósł z archiwum SB kilkadziesiąt tomów akt agentury, którą miały Wydziały: V (przemysł) i III (środowiska naukowe, twórcze, inteligenckie).
Wyjęte z archiwum SB teczki, które trafiły do prywatnych „czytelni” esbeków dotyczyły nie byle jakiej agentury. Były to dokumenty – dowody agenturalnej przeszłości wielu obecnie prominentnych sędziów, prokuratorów, notariuszy i adwokatów województwa śląskiego, i nie tylko.
Prokuratorzy zainteresowali się przysłanym listem. Zostało wszczęte postępowanie, objęte klauzulą najwyższej tajności. Informatorka prokuratury została przesłuchana. Podała konkretne przykłady, kto i jakie składał propozycje „ocalałym agentom”. Nietrudno się domyślić, że były z gatunku „nie do odrzucenia”, no chyba że ktoś z nich nagle chce, aby odnalazły się oryginalne akta, świadczące o jego delatorskiej przeszłości. A w konsekwencji na zarzut złożenia nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego i wystrzałowy koniec prawniczej kariery.
W jednym dniu w kilku mieszkaniach na Śląsku i Podbeskidziu funkcjonariusze ABW przeprowadzili wielogodzinne przeszukania w domach esbeków, których nazwiska podała kobieta. Znaleziono wiele dokumentów, których nie powinno tam być. Zaczęły się przesłuchania podejrzewanych o prywatyzację esbeckich akt. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zgodnie z zasadami prokuratorskiej sztuki, organizatorzy procederu powinni mieć postawione zarzuty. Jednak tak się nie stało.
Śledztwo IPN ze Śląska zostało nagle odebrane i trafiło do Warszawy. Tam utknęło na długie miesiące. Prokurator Instytutu Pamięci Narodowej nie śpieszył się. Zamiast stawiać zarzuty organizatorom szantażu, wezwał autorkę listu. Podczas przesłuchania poinformował ją nagle, że mogą jej zostać postawione zarzuty. Taka deklaracja prokuratora wywołała u świadka natychmiastową amnezję.
Sławomir Cenckiewicz tak opisywał proceder niszczenia akt, elegancko nazywany przez podwładnych Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW „brakowaniem”:
„Pierwsza fala zniszczeń nastąpiła wiosną 1989 r. Jeszcze podczas trwania obrad Okrągłego Stołu, 26 marca 1989 r., dyrektor Departamentu IVMSW gen. Tadeusz Szczygieł poinformował szefa SB gen. Henryka Dankowskiego i dyrektora Biura „C” (archiwum MSW) płk. Kazimierza Piotrowskiego o zniszczeniu tzw. teczek ewidencji operacyjnej na księży. […]Kolejny etap niszczenia archiwów związany był z reorganizacją MSW w sierpniu 1989 r. Zlikwidowano wówczas najważniejsze piony operacyjne bezpieki, m.in. departamenty III (działalność antykomunistyczna), IV (walka z Kościołem), V (sfera produkcyjna) i owiane złą sławą Biuro Studiów zajmujące się elitą solidarnościowego podziemia. Przykładowo z połączenia Departamentu IV i Biura Studiów powstał później Departament Studiów i Analiz. W ten sposób skoncentrowano bodaj najważniejsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa procesu transformacji ustrojowej, aktualne sprawy operacyjne i zbiory archiwalne dotyczące ludzi Kościoła i „Solidarności”. Elita byłego Departamentu IV i Biura Studiów przystąpiła wówczas do akcji niszczenia akt”.
Decyzja śledczych sparaliżowała nie tylko naiwnych informatorów. Dlatego zapewne nigdy nie dowiemy się, czy i jaki był związek pomiędzy prywatyzacją akt przez esbeków, a operacją kryptonim „Oaza” prowadzoną w Bielsku Białej przez Wojskowe Służby Informacyjne na początku lat 90. ubiegłego wieku. Niektóre szczegóły tejże operacji zostały ujawnione w 2007 roku w „Raporcie z likwidacji WSI”.
Okazało się, że WSI w Bielsku Białej utworzyły tajną rezydenturę w ramach sprawy o kryptonimie „Oaza”, która była prowadzona od 10.10.1994 r. do 25.09.1996 r. Operacja „Oaza” prowadzona przez WSI na Podbeskidziu, jednak niewykluczone, że w całym kraju były jej odpowiedniki.
Informacje, zawarte w aktach tej sprawy są szokujące:
„Plan rozpoczynający teczkę o kryptonimie „O” wskazuje na konieczność budowania systemu zabezpieczenia kontrwywiadowczego na terenie województwa bielskiego z wykorzystaniem negatywnie zweryfikowanych b. oficerów SB i ich źródeł osobowych. Działalność ta miała być prowadzona pod przykryciem jako firma ochroniarska „Komandos”. Rezydentura miała składać się z trzech b. funkcjonariuszy SB, którzy mieli powtórnie pozyskać b. funkcjonariuszy oraz tajnych współpracowników SB w interesujących WSI środowiskach w kraju i zagranicą. Planowano podjęcie b. współpracowników uplasowanych w środowiskach dziennikarskim, prawniczym, urzędników administracji państwowej, biznesu, stanowisk kierowania oraz osób związanych ze służbami specjalnymi i wojskiem. Przewidywano zwerbowanie 8–10 b. TW na jednego członka rezydentury. Planowano wyposażenie szefa rezydentury (negatywnie zweryfikowanego b. funkcjonariusza SB) w dokument polecający do organów Policji i Straży Granicznej, skłaniający szefów miejscowych organów MSW do udzielania pomocy. Wynagrodzenie dla rezydentów miało opiewać na kwotę 4–5 milionów starych złotych miesięcznie. Do łącznikowania rezydentury wyznaczeni zostali płk Marek Wolny i ppłk Jan Węgierski. Wykluczono kontakty rezydentury z jawnymi placówkami terenowymi Kontrwywiadu WSI. Był to zabieg zapewniający konspirację działań, przy czym jednocześnie powodował, że stworzona struktura nie podlegała niczyjej kontroli ani merytorycznej, ani finansowej”.
Do działań zaangażowanych zostało trzech byłych funkcjonariuszy SB, którzy zostali pozyskani do współpracy z WSI jako rezydenci tej służby specjalnej o pseudonimach: „Ryszard […]”, „Władysław […]” i „Jan […]”. Autorzy raportu ustalili, że to „pseudonimy nadane przez WSI, jednak w niektórych przypadkach są to jednocześnie imiona i nazwiska osób powszechnie znanych na terenie byłych województwa bielskiego”.
Byli esbecy „sprzedali” wojskowej służbie specjalnej swoje informacje na temat agentury, która działała na kontrolowanym przez nich terenie w latach 80. Sporządzono listę ponad stu nazwisk byłych tajnych współpracowników SB
„Nie można wykluczyć, że osoby, które nie znalazły się w aktach sprawy realizowały przedsięwzięcia tak dalece naruszające prawo, że prowadzący sprawę nie zaryzykowali ich udokumentowania” – piszą autorzy raportu o WSI.
Następnie wytypowane nazwiska sprawdzono w ewidencji operacyjnej UOP, uzyskując potwierdzenie charakteru rejestracji osoby jako TW, a przy okazji możliwość wglądu w materiały z archiwum SB. Dobór osób, którymi zainteresowały się WSI w ramach „Oazy” był dosyć przypadkowy. Wojskowy kontrwywiad nie powinien (co jednak podczas operacji „Oaza” robił) interesować aktorem, plastykiem czy handlowcem, bo nie mieli oni ani kompetencji związanych z bezpieczeństwem państwa, tym bardziej w aspekcie sił zbrojnych.
Z raportu o WSI:
„Przykładem tego nastawienia jest działanie b. funkcjonariusza SB, ps. „Janusz O.”, który przed pozyskaniem ujawnił, że posiada w ukryciu materiały ze sprawy prowadzonej w czasie, gdy służył w SB (sprawa miała kryptonim „PALESTRA” a z ukierunkowania funkcjonariusza można wnioskować, że dotyczyła środowiska prawniczego w rejonie bielskim). Około 300 stron tych materiałów przekazał on do WSI. Zawierały one m.in. fakty kompromitujące osoby ze środowiska prawniczego, wskazywały na tajnych współpracowników w tym środowisku (m.in. prokurator, sędzia, notariusz). O ukryciu materiałów oraz o ich zawartości zostali poinformowani M. Wolny i K. Głowacki. Inny funkcjonariusz SB, ps. „WŁADYSŁAW K.” wskazywał na swoje źródła, które były zwerbowane do rozpracowania struktur NSZZ „Solidarność”. Komisja dotychczas nie ustaliła, co dalej stało się z tymi materiałami. Z dotychczasowej analizy sposobu działania WSI można wnioskować, że zostały użyte bądź do szantażu występujących w sprawie osób, bądź jako pretekst do ich ponownego rozpracowania i zwerbowania. Tymczasem obowiązkiem WSI było przekazanie akt sprawy „PALESTRA” do IPN” ”.
Niewykluczone, że podczas operacji „Oaza” WSI prowadziły – jak czytamy w raporcie WSI – „zaprogramowane sprawdzenia środowiska biznesowo-prawniczego w woj. bielskim, z wyraźnym ukierunkowaniem na pozyskanie wiedzy umożliwiającej szantażowanie wybranych osób”.
Jednak nie tylko o rozpoznanie środowisk biznesowo-prawniczych w Operacji „Oaza” chodziło. Dotarłem do jednej z osób zaangażowanych w jej prowadzenie.
– Struktura organizacji była wzorowana na działaniach włoskich służb specjalnych w latach 50. XX w. i utworzenie w łonie tychże służb tajnej struktury bojowej pod kryptonimem Gladio. Gladio miała przeciwdziałać dojściu komunistów do władzy. Była też częścią struktury Stay-behind działającej w wielu krajach NATO. We Włoszech miała powiązania z tajną lożą P2, która pod wodzą bankiera i faszysty Licio Gelliego skupiała magnatów władzy ekonomicznej, politycznej i wojskowej. W razie wojny mieliśmy tworzyć ruch oporu – mówi J.
Podczas „Oazy” prowadzono działania wykraczające poza kompetencje kontrwywiadu WSI, realizując działania skierowane na rejon bielski i typowe dla wywiadu. Z jednej strony służyły rozpoznaniu stanu zabezpieczenia przez służby specjalne pewnych środowisk i osób, z drugiej zaś mogły być wstępem dla planowanych działań, dla których konieczne było rozpoznanie przeprowadzone w środowisku politycznym i prawniczym.
Dla bezpieczeństwa swoich informatorów nie podaję nazwisk oraz kryptonimów, pseudonimów, stanowisk bohaterów tej opowieści. Nadal też nie znamy odpowiedzi na podstawowe pytanie: Czy „Oaza” i „skręcone” śledztwo w sprawie prywatyzacji teczek agentury SB maja jakiś wspólny mianownik? Jeżeli tak, to umorzenie śledztwa opisywanego na początku tej opowieści wskazuje, że wpływy służb specjalnych IIIRP sięgają wymiaru sprawiedliwości.
Tomasz Szymborski
Artykuł ukazał się w tygodniku wSieci w listopadzie 2014 roku
Na wymiar sprawiedliwości padł strach, bo kłopoty lustracyjne ma coraz więcej sędziów i prokuratorów. Nie dziwi zatem niechęć starszego pokolenia sędziów do orzekania w procesach, w których oskarżycielami są prokuratorzy IPN.
Lektura internetowych stron Instytutu Pamięci Narodowej jest bardzo ciekawa. Pojawia się bowiem coraz więcej informacji o zakwestionowaniu przez prokuratorów pionu lustracyjnego oświadczeń składanych przez nie tylko samorządowców (tych już nikt nawet nie liczy), ale także sędziów, adwokatów, radców prawnych i prokuratorów.
Zgodnie z ustawą także osoby wykonujące te zawody zobowiązane są do złożenia oświadczeń lustracyjnych, czyli wyjawieniu ewentualnej współpracy, służby czy pracy w organach bezpieczeństwa PRL.
Zapewne wielu przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości śpi niespokojnie. Czasem zdarza się, że opowieści i zapewnienia esbeków o tym, iż zniszczyli teczki prowadzonej agentury okazują się nieprawdziwe.
Przykładem niech będzie Śląsk, gdzie oświadczenia lustracyjne złożyło około 1400 sędziów i prokuratorów oraz prawie 2,5 tysiąca adwokatów, radców prawnych i notariuszy. Niektórzy skrzętnie przyznali się do współpracy (szczególnie sporo byłych agentów i funkcjonariuszy służb specjalnych jest wśród radców i adwokatów). Rozgrywki z przeszłością są bezlitosne, a próby jej uniknięcia coraz częściej przypominają „rosyjską ruletkę”.
TW Beata
O tym, że „Temida nierychliwa, ale sprawiedliwa” przekonała się po 40 latach sędzia Elżbieta Sieradzka z Katowic. Sieradzka, która od 4 lat jest w stanie spoczynku, czyli sędziowskiej emeryturze, orzekała w Sądzie Okręgowym w Katowicach w głośnych procesach mafii paliwowej, zabójców i gwałcicieli. Prokurator IPN uznał, że złożyła nieprawdziwe oświadczenie lustracyjne i zataiła swoje związki ze Służbą Bezpieczeństwa. Niedawno sąd w Krakowie wydał prawomocny wyrok, w którym uznał ją za kłamcę lustracyjnego.
Sieradzka swoje pierwsze oświadczenie lustracyjne złożyła w 1998 r. Nie było jeszcze wówczas IPN, a sprawy lustracji podlegały Rzecznikowi Interesu Publicznego. Nie przyznała się wtedy, że była tajnym współpracownikiem SB. Jej oświadczenie zakwestionował RIP i w 2006 r. złożył w istniejącym wtedy Wydziale Lustracyjnym Sądu Apelacyjnego w Warszawie wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego w sprawie sędzi. Okazało się bowiem, że w archiwum, które ocalały po byłej bezpiece, Sieradzka w latach 70. ub. wieku (była wówczas studentka III roku prawa) pojawia się najpierw jako kontakt operacyjny „Elg”, pozyskany do rozpracowania środowiska akademickiego w Katowicach. Współpracowała najpierw z Wydziałem IVSB, zajmującym się zwalczaniem kościoła katolickiego. Potem przeszła kolejne „stopnie wtajemniczenia”. Została wytypowana jako kandydat na tajnego współpracownika i donosiła o środowisku duszpasterstwa akademickiego. Wykorzystano je do sprawy obiektowej „Krypta”.
Sieradzka została zwerbowana jako tajny współpracownik pseudonim „Beata”. I zgodnie z regułami esbeckiej sztuki na piśmie zobowiązała się do zachowania w tajemnicy kontaktów z SB. Dostała plan zadań, miała przygotowywać charakterystyki studentów i informować o zmianach księży prowadzących duszpasterstwo. „Beata” dostarczała SB donosy i zostawiała je na poczcie w skrzynce nr 1182. Trafiło tam jej pięć odręcznie pisanych informacji.
Zachowała się ocena pracy TW Beata: „Powierzone zadania wykonuje stosunkowo dobrze. Informacje są krótkie, lecz treściwe”. Na ich podstawie wytypowano innych studentów do rozpracowania. Funkcjonariusz SB wręczył też studentce 1000 zł. Ostatnie spotkanie z esbekami było w marcu 1978 r. Sieradzka ukończyła studia, podjęła pracę, a to ograniczyło jej możliwości dalszej współpracy z SB.
Krakowski sąd nie uwierzył lustrowanej, że współpracowała, bo jej grożono śmiercią, bo w II połowie lat 70. nie było nasilonych represji. Sąd nie uwierzył też, że przekazywała tylko ogólne informacje i że nie wzięła żadnych pieniędzy.
Jakie konsekwencje poniesie? Utraci jedynie prawo do pobierania sędziowskiej emerytury.
TW z IPN
Dotąd za kłamców lustracyjnych uznano trzech prawników ze Śląska. O tym, że najciemniej jest pod latarnią łudził się prokurator Arkadiusz Kwieciński, który pracował najpierw w katowickiej Prokuratorze Rejonowej, potem Wojewódzkiej, a na końcu w IPN. Nim w 2006 roku zapadł wyrok, 47-letni Kwieciński przeszedł w stan spoczynku.
Co prawda nie zachowała się w IPN teczka personalna Kwiecińskiego, agenta ps. „Marek I”, a głównym dowodem były dokonane przez esbeka Czesława Stanosza wyciągi z informacji od tajnego współpracownika „Marek I”. Zarówno Stanosz, oraz oficer SB – Włodzimierz Wilski potwierdzili podczas procesów, że Kwieciński był prowadzonym przez nich agentem. On sam nie krył, że spotykał się z Wilskim (który też był wtedy studentem wydziału prawa), ale „na gruncie towarzyskim”. Kwieciński został prokuratorem IPN w 2001 r. Zapewniał wtedy ówczesnego prezesa IPN Leona Kieresa, że „nic go nie obciąża”. Wniosek o zbadanie jego oświadczenia lustracyjnego skierował Rzecznik Bogusław Nizieński w ostatnim dniu swego urzędowania w grudniu 2004 r. Wtedy prokurator odszedł na długie zwolnienie lekarskie.
Prawomocnym wyrokiem zakończyło się w 2011 r. postępowanie przeciwko sędzi Monice Tracz-Smoczyńskiej z sądu w Wodzisławiu Śląskim, którą sąd uznał za kłamcę lustracyjną. Choć sędzia zaprzeczała swojej współpracy ze SB, to według prokuratorów IPN zachowane materiały wskazują, że w latach 1980–1982, w trakcie studiów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, była ona tajnym i świadomym współpracownikiem SB o pseudonimie „Nika”. Miała pecha. Zachowały się bowiem jej pokwitowania odbioru pieniędzy za przekazywane bezpiece informacje.
- Podczas procesu przesłuchano biegłego i uzyskano jednoznaczne podtrzymanie opinii, iż to lustrowana była autorką zachowanych meldunków dla SB, podpisywanych przez nią pseudonimem Nika – stwierdził prokurator Andrzej Majcher, szef Oddziałowego Biura Lustracyjnego w Katowicach.
Jej zadania dotyczyły głównie inwigilacji działalności Duszpasterstwa Akademickiego, a rzadziej przekazywania informacji o działalności NZS i tzw. Trybuny Studenckiej. Za swoją działalność delatorską „Nika” dostawała pieniądze od SB.
Proces autolustracyjny miał też działacz PO, a zarazem radca prawny Krystian Szulc z Mysłowic. Jak wynika z dokumentów dostępnych w archiwum IPN, był on tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Listopad”, zarejestrowanym przez Sekcję III Wydziału IIIKWMO w Katowicach jesienią 1978 r. Zachowały się dokumenty archiwalne dokumentującego jego współpracę w postaci teczki pracy i teczki personalnej.
Krystian Szulc, który do współpracy z organami bezpieczeństwa w oświadczeniu lustracyjnym się przyznał, domagał się uznania przez Sąd, że współpraca ta została wymuszona w 1978 r. poprzez groźbę utraty przez niego zdrowia.
W 2012 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach utrzymał w mocy orzeczenie Sądu Okręgowego w Katowicach z dnia 13 czerwca 2011 r., w którym uznano, że „radca prawny Krystian Szulc zgodnie z prawdą przyznał się w oświadczeniu lustracyjnym do współpracy z organami bezpieczeństwa państwa PRL, natomiast wbrew twierdzeniom lustrowanego jego współpraca nie była wymuszona poprzez groźbę utraty życia lub zdrowia w rozumieniu kodeksu karnego”.
TW Maria z prokuratury
Toczy się postępowanie lustracyjne przeciwko byłej szefowej katowickiej prokuratury rejonowej Barbarze Obcowskiej (od 2009 r. w stanie spoczynku), która – jak wynika z dokumentów IPN – w od lipca 1987 r. do stycznia 1990 r. była tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Maria”. Została pozyskana na zasadzie dobrowolności do sprawy obiektowej o kryptonimie „Temida”.
Obcowska podczas przesłuchania zaprzeczyła współpracy z SB, choć przyznała, iż spotykała się z prowadzącym ją oficerem, o którym wiedziała, że jest funkcjonariuszem SB, lecz znajomość tę uznawała za prywatną.
W ubiegłym roku Sąd Najwyższy utrzymał w mocy wyrok uznający Alicję Rasumussen, sędzię ze Szczecina, za kłamcę lustracyjnego. Sędzia była już w stanie spoczynku, wyrok pozbawił ją sędziowskiej emerytury. W latach 80. była agentem bezpieki TW „Irys”. Jej proces lustracyjny trwał prawie 10 lat.