Histo­ria wam­pi­ra cz. 2

Dok­tor Jadwi­ga Kucia, wykła­dow­ca Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go w Kato­wi­cach była ostat­nią ofia­rą wam­pi­ra”. Zgi­nę­ła od sil­nych cio­sów w gło­wę w mar­cu 1970 roku. To wła­śnie za zle­ce­nie zabój­stwa dr Jadwi­gi Kuci zawisł na strycz­ku Jan Mar­chwic­ki. Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go ska­za­no za zamor­do­wa­nie dr Kuci i kil­ku­na­stu innych kobiet.

Hen­ryk, jego brat w tym samym pro­ce­sie za pomoc w jej zabój­stwie został ska­za­ny na 25 lat wię­zie­nia. Hali­na Flak, sio­stra Mar­chwic­kich dosta­ła 4 lata za to, że wzię­ła rze­czy pocho­dzą­ce od zamor­do­wa­nych kobiet. Jej syna, Zdzi­sła­wa, ska­za­no na taką samą karę. Józef Klim­czak, kocha­nek Jana Mar­chwic­kie­go i autor obcią­ża­ją­cych cała rodzi­nę zeznań, dostał wyrok 12 lat więzienia.

Zdzisław Marchwicki ogłoszenie wyroku  Fot. Wł. Morawski

Zdzi­sław Mar­chwic­ki w momen­cie ogło­sze­nia wyroku

Bez­po­śred­nim inspi­ra­to­rem mor­der­stwa Kuci popeł­nio­ne­go przez Zdzi­sła­wa, któ­re­mu poma­gał Hen­ryk – jak wyka­za­ło śledz­two – miał być Jan Mar­chwic­ki. Tak zeznał Klim­czak, któ­ry jak dziś powie­dzie­li­by­śmy był nie­mal koron­nym świad­kiem” w procesie.

Bez­pie­ka tak­że aktyw­nie włą­czy­ła się w uję­cie wam­pi­ra. Powsta­ła gru­pa SB – Anna”. Powód? Daty nie­któ­rych z zabójstw przy­pa­da­ły w świę­ta pań­stwo­we, kil­ka kobiet było spo­krew­nio­ne z eli­tą par­tyj­no-mili­cyj­ną woje­wódz­twa kato­wic­kie­go, dwie – nosi­ły zna­ne nazwi­ska dzia­ła­czy par­tyj­nych: Gomuł­ka i Gierek.

- Jan musiał zgi­nać, bo za dużo wie­dział i w cza­sie pro­ce­su gło­śno mówił o swo­ich ukła­dach – opo­wia­da ofi­cer SB, któ­ry ponad 30 lat temu był obser­wa­to­rem procesu.

Pomył­ka wampira

Dla­cze­go jed­nak zgi­nę­ła dr Kucia? Tezy są dwie. Pierw­sza mówi o tym, że Kucia zgi­nę­ła przez pomył­kę, bo Jan Mar­chwic­ki chciał się zemścić na kobie­cie, któ­ra zastą­pi­ła go na sta­no­wi­sku kie­row­ni­ka dzie­ka­na­tu. Dr Kucia była bar­dzo podob­na do niej. Teza dru­ga: Kucia zgi­nę­ła, bo wie­dzia­ła o łapów­kach, jakie brał Mar­chwic­ki i gro­zi­ła, że o tym opowie.

- Jasiu, jak na nie­go mówi­li stu­den­ci, był zna­nym homo­sek­su­ali­stą, noto­wa­nym przez mili­cję i SB. Bar­dzo inte­li­gent­ny, prze­bie­gły. Uczył się w Niż­szym Semi­na­rium Duchow­nym w Pozna­niu, a potem przez pra­wie trzy lata w Wyż­szym Semi­na­rium w Kra­ko­wie. Wyrzu­co­no go stam­tąd ze wzglę­du na jego skłon­no­ści. Mar­chwic­ki był zara­zem sza­rą emi­nen­cją” Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go. Żył ze swo­im mło­dym part­ne­rem Józe­fem Klim­cza­kiem w Kato­wi­cach we wła­snym miesz­ka­niu, nie­opo­dal uczel­ni. Demo­ra­li­zo­wał stu­den­tów, brał łapów­ki. Miał ku temu wie­le oka­zji, bo był prze­cież kie­row­ni­kiem dzie­ka­na­tu wydzia­łu pra­wa i admi­ni­stra­cji na Uni­wer­sy­te­cie Śląskim

– wspo­mi­na Wie­sław Toma­szek, eme­ry­to­wa­ny tech­nik kry­mi­na­li­stycz­ny, któ­ry brał udział w poszu­ki­wa­niu wam­pi­ra”. Jego pokój w miesz­ka­niu w Zabrzu pełen jest doku­men­tów i pamią­tek z cza­sów spra­wy Marchwickiego.

Mar­chwic­ki i SB

W archi­wum IPN w Kato­wi­cach zacho­wa­ły się doku­men­ty, z któ­rych wyni­ka, że Jan Mar­chwic­ki był agen­tem SB ps. Janusz” od 1962 roku. Został zwer­bo­wa­ny przez kapi­ta­na Sta­ni­sła­wa Wow­ra z SB w Sosnow­cu. Dono­sił przez kil­ka lat na księ­ży z para­fii św. Jac­ka w Sosnow­cu. W 1963 roku prze­ka­zał 6 infor­ma­cji doty­czą­cych księ­ży: Grun­wal­da, Kraw­ca i Cza­jo­ra. Po kil­ku latach ofi­cjal­na współ­pra­ca zosta­ła zawie­szo­na, ale nie zerwa­na. To bez­pie­ka zała­twi­ła mu póź­niej pra­cę kie­row­ni­ka sekre­ta­ria­tu na wydzia­le pra­wa. Z jego gabi­ne­tu korzy­stał czę­sto ofi­cer SB, któ­ry zabez­pie­czał” uczelnię.

Jan Marchwicki IPN karta ewid

We wrze­śniu 1970 r. por. Cilec­ki z gr. IV Wydzia­łu III SB spi­sał notat­kę służ­bo­wą z roz­mo­wy z TW Lech”. Mel­du­nek znaj­du­je się w tecz­ce prof. Mie­czy­sła­wa Sośnia­ka, pierw­sze­go dzie­ka­na Wydzia­ły Pra­wa i Admi­ni­stra­cji, któ­re­go od 1968 roku SB roz­pra­co­wy­wa­ła pod kryp­to­ni­mem Cer­ber”.

Agent bez­pie­ki Lech” stresz­czał roz­mo­wę Ewy Stan­kie­wicz (ówcze­snej asy­stent­ki na Wydzia­le Pra­wa i Admi­ni­stra­cji) z Janem Mar­chwic­kim, doty­czą­cą mecha­ni­zmu bra­nia łapó­wek za przy­ję­cia na studia.

Mar­chwic­ki chwa­lił się Stan­kie­wi­czo­wej swo­ją pozy­cją na uczel­ni i mówił o tym, że wraz z dyr. Jani­na Kar­piń­ską, (zastęp­cą dyrek­to­ra admi­ni­stra­cyj­ne­go UŚl. w latach 19681972 – przyp. aut.) i rek­to­rem Kazi­mie­rzem Popioł­kiem nale­ży do wiel­kiej trój­ki”, któ­ra się tym zaj­mo­wa­ła” – dono­sił Lech”.

Z mel­dun­ku kon­fi­den­ta wyni­ka, że Mar­chwic­ki kom­ple­to­wał listę tych kan­dy­da­tów na stu­dia, któ­rzy szu­ka­li pro­tek­cji. Wybie­rał dzie­ci osób zamoż­nych. Lista była prze­ka­zy­wa­na dyr. Kar­piń­skiej, któ­ra dorę­cza­ła ją rek­to­ro­wi. Pro­te­go­wa­ny zda­wał egza­min pisem­ny ze wszyst­ki­mi. Gdy poszło mu źle, Mar­chwic­ki wymie­niał w jego tecz­ce pra­cę złą na dobrą. Gdy z kolei poszło takie­mu źle na egza­mi­nach ust­nych, Mar­chwic­ki pole­cał mu pisać odwo­ła­nie do rek­to­ra, i taka oso­ba tra­fia­ła na stu­dia z listy rek­tor­skiej. Mar­chwic­ki żalił się, że z tego zyskow­ne­go inte­re­su dosta­wał reszt­ki. Potem się usa­mo­dziel­nił” i wszedł w poro­zu­mie­nie z innym profesorem.

Pra­ca w tym innym ukła­dzie” była trud­niej­sza – Mar­chwic­ki pro­sił egza­mi­na­to­rów o wyro­zu­mia­łość wobec swe­go pro­te­go­wa­ne­go, a gdy kan­dy­dat nie zdał mimo to jakie­goś egza­mi­nu, to współ­pra­cu­ją­cy z Mar­chwic­kim egza­mi­na­tor popra­wiał mu oce­nę – na 3 lub czę­ściej 4. Mar­chwic­ki nie dzie­lił się z egza­mi­na­to­rem pie­niędz­mi, lecz kupo­wał mu dro­gie pre­zen­ty, np. zagra­nicz­ny tele­wi­zor. Pre­zen­ty dawał też innym człon­kom komi­sji – np. zawsze przed komi­sją kładł Car­me­ny”. - Gdy wia­do­mość o wła­snym inte­re­sie” pro­wa­dzo­nym przez Mar­chwic­kie­go przez Kar­piń­ską tra­fi­ła do Popioł­ka, pozby­to się go – rapor­to­wał porucz­nik Cilecki.

Nie­pra­wi­dło­wo­ści w przy­ję­ciach kan­dy­da­tów na stu­dia praw­ni­cze nie sta­no­wi­ły tajem­ni­cy dla SB co naj­mniej od 1969 r. Wów­czas to I sekre­tarz Komi­te­tu Uczel­nia­ne­go PZPR prze­ka­zał kpt. Jerze­mu Ben­ben­ko­wi z gr. IV Wydzia­łu III infor­ma­cję, że odwie­dził go doc. Michał Stasz­ków, sekre­tarz orga­ni­za­cji par­tyj­nej Wydzia­łu Pra­wa z żąda­niem zwo­ła­nia Rady Wydzia­łu w spra­wie pro­ce­de­ru korup­cji. Spra­wa korup­cji nigdy nie zosta­ła wyja­śnio­na. Nikt nie usły­szał zarzu­tów za łapówki.

– Jan Mar­chwic­ki za dużo mówił w cza­sie pro­ce­su. Gro­ził, że ujaw­ni swo­ich pro­tek­to­rów, odwo­ły­wał zezna­nia. Nie był na roz­pra­wach pokor­ny, a jego wyja­śnie­nia zamiast poko­ry były oskar­że­nia­mi. Nie zapo­mi­naj­my, ze wśród jego przy­ja­ciół i zna­jo­mych było wie­lu ofi­ce­rów MOSB oraz pro­ku­ra­tu­ry. Nie­wy­klu­czo­ne, że nie­któ­rym poma­gał w zda­niu egza­mi­nów – mówi Toma­szek.

W akcie oskar­że­nia w tej spra­wie pod­pi­sa­nym przez pro­ku­ra­to­ra Józe­fa Gur­gu­la z ówcze­snej Pro­ku­ra­tu­ry Gene­ral­nej PRL i Zeno­na Kopiń­skie­go wice­pro­ku­ra­to­ra Pro­ku­ra­tu­ry Woje­wódz­kiej w Kato­wi­cach, Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go oskar­żo­no o zamor­do­wa­nie 14 kobiet i cięż­kie zra­nie­nie sze­ściu, któ­re cudem prze­ży­ły. Nie mogło być inne­go wyro­ku jak kara śmier­ci. Wąt­pli­wo­ści, co do winy i kary nigdy nie mie­li sędzio­wie, któ­rzy ska­za­li na śmierć bra­ci Mar­chwic­kich oraz auto­rzy aktu oskar­że­nia – pro­ku­ra­to­rzy Józef Gur­gul i Zenon Kopiński.

W jed­nym z wywia­dów eme­ry­to­wa­ny już pro­ku­ra­tor Józef Gur­gul, któy oskar­żał w pro­ce­sie wam­pi­ra z Sosnow­ca” powiedział:

W pro­ku­ra­tu­rze, jeśli chce się mieć wyni­ki, trze­ba pra­cę trak­to­wać nie jak zatrud­nie­nie, ale jak służ­bę spo­łecz­ną. Trze­ba oso­bi­ście być zain­te­re­so­wa­nym roz­wi­kła­niem spra­wy. W śledz­twie każ­dy dzień odpusz­czo­ny to praw­da, któ­ra bez­pow­rot­nie zni­ka wraz z pamię­cią świad­ków. A przede wszyst­kim trze­ba kuć żela­zo, póki gorą­ce – to pod­sta­wo­wa zasa­da sku­tecz­ne­go działania”.

Dzi­siaj z oskar­żo­nych w tam­tym pro­ce­sie żyje tyl­ko Zdzi­sław Flak. Mat­ka zmar­ła kil­ka lat temu. Hen­ryk Mar­chwic­ki zgi­nął w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach w latach 90., kie­dy po wyj­ściu z wię­zie­nia zaczął doma­gać się kasa­cji wyro­ku. Podob­no spadł ze scho­dów. Klim­czak po kil­ku latach wyszedł z wię­zie­nia i wyje­chał. Dokąd? Jed­ni opo­wia­da­ją, że do Szwe­cji, dru­dzy – że zmie­nił nie tyl­ko nazwi­sko, ale i twarz i miesz­ka na Pod­be­ski­dziu. Jeże­li żyje, to ma teraz ponad 60 lat.

Zdzi­sław Flak odsie­dział pra­wie trzy lata w wię­zie­niu. Jak twier­dzi, za kra­ta­mi zna­lazł się dla­te­go, bo nie chciał potwier­dzić że był świad­kiem roz­mo­wy, gdy wuj­ko­wie pla­no­wa­li zabój­stwo kobie­ty. Pech Fla­ka pole­gał na tym, że jed­nym z nich był Zdzi­sław Mar­chwic­ki – wam­pir z Zagłębia”.

Flak nie ukry­wa, że uwa­ża się za ofia­rę spra­wy wam­pi­ra”. Uni­ka wspo­mnień. Zmie­nił nazwi­sko. Z tru­dem uda­je się namó­wić go na spo­tka­nie. Po dłu­gich namo­wach przy­cho­dzi. Jest dobrze zbu­do­wa­nym, szpa­ko­wa­tym męż­czy­zną, któ­ry nadal boi się fatum, jakie cią­ży na jego rodzi­nie. I prze­szło­ści od któ­rej jed­nak nie może uciec.

– Kie­dy w grud­niu 1972 roku przy­szli po mnie nad ranem mili­cjan­ci, to nie wie­dzia­łem o co cho­dzi, i że wła­śnie zmie­nia się wła­śnie całe moje życie. Naj­pierw była dłu­ga rewi­zja, a potem prze­wie­zio­no mnie na komen­dę do Kato­wic i zaczę­ły się jesz­cze dłuż­sze prze­słu­cha­nia. Na począt­ku było grzecz­nie. W poko­ju sie­dział pro­ku­ra­tor Edmund Nako­niecz­ny. Na biur­ku przed nim maszy­na do pisa­nia z wkrę­co­ną, czy­stą kart­ką papie­ru. Mówił do mnie: Dzi­dek, za godzi­nę wyj­dziesz, tyl­ko potwierdź, że byłeś wte­dy a wte­dy w miesz­ka­niu Jana Mar­chwic­kie­go w Kato­wi­cach razem z Hen­ry­kiem, Zdzi­sła­wem i Klim­cza­kiem i usły­sza­łeś sło­wa: Co ty pie­przysz, ona już jest sztyw­na”. To zda­nie pamię­tam do teraz, bo przez 2,5 roku śledz­twa wciąż pada­ło. No i potwier­dzi­łem – opo­wia­da Flak. Jed­nak mówi, że nigdy nie pamię­tał, aby do takie­go spo­tka­nia doszło. – Byłem sko­ło­wa­ny tym wszyst­kim. Dopie­ro potem dowie­dzia­łem się z akt, że te sło­wa były zezna­nia­mi Klim­cza­ka, któ­ry je potem wyco­fał – dodaje.

Im dłu­żej trwa­ło śledz­two, tym mili­cjan­ci nie byli już tacy deli­kat­ni. Za wszel­ką cenę chcie­li mieć efek­ty – czy­li przy­zna­nie do winy i obcią­że­nie następ­nych podej­rza­nych. Tego wyma­ga­li od nich przełożeni.

– Róż­ne chwy­ty sto­so­wa­li: dłu­gie prze­słu­cha­nia o róż­nych porach, szpic­le w celi, rygor. Kie­dyś w cza­sie spa­ce­ru, niby przy­pad­ko­wo mogłem zoba­czyć Klim­cza­ka. Wobec mnie śled­czy byli grzecz­ni, bo wie­dzie­li, że byłem poryw­czy i mogłem coś sobie zro­bić. Nie ze wszyst­ki­mi byli tak deli­kat­ni. Mama mówi­ła mi, że ją śled­czy kpt. Zam­kow­ski przy­ku­wał do kalo­ry­fe­ra, bił i wymu­szał zezna­nia – wspo­mi­na Zdzi­sław Flak, ostat­ni z żyją­cych oskar­żo­nych z rodzi­ny Mar­chwic­kich. Męż­czy­zna nie wyklu­cza, że będzie doma­gał się kasa­cji wyroku.

cdn.

Histo­ria wampira

Przy­ja­ciel Jana Mar­chwic­kie­go – Jan Klim­czak, mło­dy homo­sek­su­ali­sta, zeznał jako­by Zdzi­sław Mar­chwic­ki zamor­do­wał Jadwi­gę Kucię na proś­bę brata. 

Po raz pierw­szy mor­der­ca zabił w 1964 roku. Ofia­rą była Anna Mycek, któ­rą zna­le­zio­no ze zma­sa­kro­wa­ną od kil­ku ude­rzeń gło­wą. Nikt ze śled­czych nie trak­to­wał wte­dy tego zabój­stwa kobie­ty jako pre­lu­dium do dal­szych. Dla mili­cji było to zwy­czaj­ne mor­der­stwo” – w ślą­skiej aglo­me­ra­cji rzecz nie­mal nor­mal­na i bar­dzo prawdopodobna.

– Mor­der­stwa, w milio­no­wym sku­pi­sku ludzi jakim był Śląsk, zda­rza­ły się. Nawet kil­ka dzien­nie. Kie­dy jed­nak póź­niej co kil­ka mie­się­cy zaczę­to znaj­do­wać obna­żo­ne, mar­twe kobie­ty z ogrom­ny­mi rana­mi na gło­wie, zaczę­ła się psy­cho­za. Gdy w podob­ny spo­sób zamor­do­wa­no trzy kobie­ty, pro­ku­ra­to­rzy i śled­czy sko­ja­rzy­li, że w regio­nie gra­su­je seryj­ny morderca

- wspo­mi­na Wie­sław Toma­szek, eme­ry­to­wa­ny tech­nik kry­mi­na­li­stycz­ny z gru­py Anna”.

Zdzislaw-Marchwicki

Ponie­waż kry­mi­no­lo­dzy stwier­dzi­li u wszyst­kich ofiar podob­ne obra­że­nia, w Kome­dzie Woje­wódz­kiej mili­cji w Kato­wi­cach powo­ła­no gru­pę śled­czą Anna” do wykry­cia spraw­cy tych mor­derstw. Leka­rze z Zakła­du Medy­cy­ny Ślą­skiej Aka­de­mii Medycz­nej wyka­za­li, że mor­der­ca ude­rzał twar­dym, podłuż­nym i tępym przed­mio­tem”. Orze­kli też, że zabój­stwa mia­ły pod­ło­że sek­su­al­ne. To, że w sys­te­mie socja­li­stycz­nym” poja­wił się maso­wy zabój­ca, było dla władz i orga­nów ści­ga­nia szokiem.

Na cze­le gru­py Anna” sta­nął mło­dy, ambit­ny kapi­tan Jerzy Gru­ba. Za uję­cie mor­der­cy miał dostać gene­ral­skie szli­fy. Dostał, ale znacz­nie póź­niej. To Gru­ba zapi­sze się potem w histo­rii jako jeden z pacy­fi­ka­to­rów straj­ku gór­ni­ków kopal­ni Wujek” w Katowicach.

Po latach Toma­szek mówi, że spra­wa Mar­chwic­kie­go” to było naj­więk­sze śledz­two, w jakim brał udział. - Mężo­wie odpro­wa­dza­li żony do pra­cy, ojco­wie cze­ka­li na cór­ki po lek­cjach. Na każ­dym rogu w Kato­wi­cach stał mili­cjant. Za uję­cie mor­der­cy wyzna­czo­no astro­no­micz­ną wów­czas nagro­dę – milio­na zło­tych – mówią jego kole­dzy z MO.

Naj­wię­cej kobiet wam­pir” – bo tak nazy­wa­li go w prze­ka­zy­wa­nych sobie peł­nych gro­zy opo­wie­ściach miesz­kań­cy Ślą­ska – zabił w 1965 roku – dzie­więć. Nie miał okre­ślo­ne­go typu ofia­ry – ginę­ły blon­dyn­ki, bru­net­ki, rude, chu­de. Sta­re i mło­de. Kie­dy w listo­pa­dzie 1966 roku ofia­rą zosta­ła 18-let­nia Jolan­ta Gie­rek – cór­ka przy­rod­nie­go bra­ta Edwar­da Gier­ka, któ­ry był wów­czas I sekre­ta­rzem KW PZPR w Kato­wi­cach, nie było wyj­ścia – mor­der­ca musiał się zna­leźć. Za wszel­ką cenę.

Do spra­wy zabra­no się sys­te­ma­tycz­nie. Opra­co­wa­no model cech fizycz­nych i psy­chicz­nych hipo­te­tycz­ne­go prze­stęp­cy tego rodza­ju. Kata­log liczył 483 cechy. Mili­cyj­ni wywia­dow­cy odwie­dzi­li każ­de miesz­ka­nie w rejo­nie Będzi­na. Bez­sku­tecz­nie. W poszu­ki­wa­nia zabój­cy, szcze­gól­nie po tym jak zamor­do­wa­na zosta­ła Jolan­ta Gie­rek, włą­czy­ła się SB.

Dopie­ro dwa lata po zabój­stwie dr Jadwi­gi Kuci, wykła­dow­czy­ni Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go – 6 stycz­nia 1972 roku – aresz­to­wa­no Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go. Już trzy dni póź­niej został okrzyk­nię­ty w gaze­tach wam­pi­rem”. Mili­cja Oby­wa­tel­ska mia­ła sukces.

- Kie­dy do aresz­tu tra­fił Zdzi­chu, Jan Mar­chwic­ki uru­cho­mił cały sztab swo­ich zna­jo­mo­ści, aby zorien­to­wać się, za co aresz­to­wa­no jego bra­ta. Dotarł nawet do mini­ster­stwa spra­wie­dli­wo­ści, gdzie dowie­dział się od zna­ne­go, daw­ne­go stu­den­ta, że Zdzi­sław ma posta­wio­ny zarzut zabój­stwa kobie­ty. Odwie­dził więc całą swo­ją rodzi­nę, i kazał znisz­czyć wszyst­ko, co jest zwią­za­ne z bra­tem – każ­dy kawa­łek papie­ru, buty i ubrani

– wspo­mi­na Toma­szek. Kil­ka mie­się­cy póź­niej zatrzy­ma­no rów­nież rodzeń­stwo Z. Mar­chwic­kie­go – bra­ci Jana i Hen­ry­ka, sio­strę Hali­nę Flak i jej syna.

18 wrze­śnia 1974 roku w Klu­bie Fabrycz­nym Zakła­dów Cyn­ko­wych Sile­sia” w Kato­wi­cach odbył się publicz­ny pro­ces. Decy­zja o miej­scu pro­ce­su ( i jak nie­któ­rzy sądzą – wyro­ku ) zapa­dła w Komi­te­cie Woje­wódz­kim PZPR. Ludo­wa spra­wie­dli­wość doma­ga­ła się ofiar. Prze­wod­ni­czył roz­pra­wie sędzia Wła­dy­sław Ochman, orze­kał razem z nim rów­nież sędzia Andrzej Rem­bisz i pię­ciu ławników.

Oskar­żał oso­bi­ście pro­ku­ra­tor Pro­ku­ra­tu­ry Gene­ral­nej PRL Józef Gur­gul i Zenon Kopiń­ski, zastęp­ca pro­ku­ra­to­ra woje­wódz­kie­go w Kato­wi­cach. Zapa­dły bar­dzo suro­we wyro­ki. Zdzi­sła­wa i Jana Mar­chwic­kich powie­szo­no w mili­cyj­nym gara­żu w cen­trum Katowic.

Mor­der­stwo sądowe?

Jeden z obroń­ców z urzę­du Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go, nie­ży­ją­cy już mec. Mie­czy­sław Fre­lich twier­dził, że był to pro­ces poszla­ko­wy, odgór­nie ste­ro­wa­ny”. Wyda­niem wyro­ków ska­zu­ją­cych miał być oso­bi­ście zain­te­re­so­wa­ny Edward Gie­rek – wte­dy I sekre­tarz Komi­te­tu Cen­tral­ne­go PZPR. Adwo­kat twier­dził też, że Z. Mar­chwic­ki był nie­win­ny. Swo­je prze­ko­na­nie mece­nas opie­rał jed­nak na poszla­kach, któ­re powin­ny świad­czyć o nie­win­no­ści oskarżonych .

- Przy­ja­ciel Jana Mar­chwic­kie­go – Jan Klim­czak, mło­dy homo­sek­su­ali­sta, zeznał jako­by Zdzi­sław zamor­do­wał J. Kucię na proś­bę bra­ta. Lecz Zdzi­sław był oskar­żo­ny za mor­der­stwa z lubież­no­ści, toteż nie mógł niko­go zamor­do­wać na zamówienie

- twier­dził mec. Frelich.

Jan Klim­czak na pyta­nie sędzie­go Ochma­na Czy oskar­żo­ny przy­zna­je się do winy ?” – odpo­wie­dział: Tak, przy­zna­ję się w całej roz­cią­gło­ści. Zda­ję sobie spra­wę z popeł­nio­ne­go czy­nu i okrop­no­ści zbrod­ni popeł­nio­nych przez Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go. Chciał­bym powie­dzieć całą praw­dę, wszyst­ko, co wiem. To moja jedy­na szan­sa reha­bi­li­ta­cji”. Jego skru­cha popar­ta zezna­nia­mi obcią­ża­ją­cy­mi rodzi­nę Mar­chwic­kich wystarczyła.

Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go obcią­ży­ła tak­że moc­no w swych zezna­niach jego żona – Maria. Prze­słu­chu­ją­cym ją mili­cjan­tom powie­dzia­ła krót­ko, że był zbo­czo­ny”. Przed­sta­wi­ła postać Zdzi­sła­wa tak suge­styw­nie, że odpo­wia­dał cechom psy­cho­fi­zycz­nym spraw­cy. Odmien­ne jed­nak zda­nie na temat Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go mia­ły jego dwie kochanki.

Uczest­ni­cy pro­ce­su pamię­ta­ją taki dia­log pomię­dzy Zdzi­sła­wem Mar­chwic­kim a sędzią Ochma­nem pod koniec procesu:
Mar­chwic­ki: Ja nie chcę już po pro­stu zezna­wać, bo nie mam nic do powie­dze­nia. Wie­le zawi­ni­łem to na pew­no, że tak postą­pi­łem tego żału­ję, no ale dzi­siaj to już za późno”.
Ochman: No to ostat­nie pyta­nie: oskar­żo­ny się przy­zna­je, czy nie?”
Mar­chwic­ki: No cóż że – Naj­wyż­szy Sądzie – cóż to jest za różnica”.
Ochman: Czy oskar­żo­ny jest mordercą ?”
Mar­chwic­ki: No z tego co sły­sza­łem, co się dowie­dzia­łem, no to chy­ba tak”.

Pamięt­nik pisa­ny pod dyktando

Być może o winie Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go prze­wa­żył pamięt­nik, któ­ry napi­sał w celi, cze­ka­jąc na ape­la­cję wyro­ku. Nikt po latach nie ma wąt­pli­wo­ści, że Z. Mar­chwic­ki swo­je wspo­mnie­nia napi­sał pod dyk­tan­do współ­więź­nia. Panu­je zgod­na opi­nia, że pamięt­nik miał uwia­ry­god­nić wysi­łek śled­czych i zebra­ne dowo­dy przez gru­pę Anna”. Nagro­dą dla Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go mia­ło być życie.

Może Jerzy Gru­ba powie­dział przy­znasz się i opi­szesz – dosta­niesz naj­wy­żej dożywocie”?

- Jako czło­wiek ze ukoń­czo­ny­mi 4 kla­sa­mi szko­ły pod­sta­wo­wej Mar­chwic­ki nie potra­fił napi­sać dłuż­sze­go zda­nia. W pamięt­ni­ku są dłu­gie i roz­bu­do­wa­ne zda­nia, co praw­da z błę­da­mi orto­gra­ficz­ny­mi. Aby uwia­ry­god­nić swo­je wspo­mnie­nia, autor pod­pi­sał je Mar­chwic­ki Zdzi­sław wam­pir Zagłębia”

– rela­cjo­nu­je eme­ry­to­wa­ny milicjant.

Pod­czas pro­ce­su wyszło na jaw, że nie tyl­ko Zdzi­sław Mar­chwic­ki przy­znał się (potem jed­nak zezna­nia odwo­łał) pod­czas inten­syw­ne­go śledz­twa do zamor­do­wa­nia kobiet. Ale przy­zna­wa­li się też inni… Mąż jed­nej z ofiar – zawo­do­wy żoł­nierz – opi­sał nawet dokład­nie, jak mor­do­wał swo­ją żonę. Brał nawet udział w wizji lokal­nej. Kil­ku­na­stu męż­czyzn w aresz­tach spę­dzi­ło kil­ka tygo­dni, bo że donie­sio­no na nich z zemsty.

Wąt­pli­wo­ści co do winy oskar­żo­nych w pro­ce­sie pod­no­si­li nawet mili­cjan­ci i pro­ku­ra­to­rzy. Wąt­pli­wo­ści gło­śno wyra­ża­li m.in. porucz­nik Zbi­gniew Gątarz i płk Zyg­munt Kalisz. Jeden z pro­ku­ra­to­rów pro­wa­dzą­cych śledz­two w spra­wie Anna” – Leszek Polań­ski po pię­ciu latach zre­zy­gno­wał z pra­cy. Mówił, że chy­ba nie­szczę­śli­wy czło­wiek pada ofia­rą”. Wąt­pią­cych Jerzy Gru­ba nie tole­ro­wał – bez­li­to­śnie usu­wał z gru­py Anna”, co koń­czy­ło ich karierę.

Taj­na opinia

Opi­nie bie­głych psy­chia­trów o wam­pi­rze” zaj­mu­ją ponad sto stron. Na pod­sta­wie eks­per­tyz Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go uzna­no za osob­ni­ka o cechach psy­cho­pa­tycz­nych”. Wyklu­czo­no cho­ro­bę psychiczną.

- Obszer­ną opi­nię psy­chia­trycz­ną o Zdzi­sła­wie Mar­chwic­kim wydał ame­ry­kań­ski psy­chia­tra dr James A. Brus­sel. Pomógł on ująć Dusi­cie­la z Bosto­nu”. Psy­chia­tra stwier­dził, że spraw­ca opi­sa­nych mor­derstw jest schi­zo­fre­ni­kiem typu para­no­idal­ne­go. Podał jego wiek – oko­ło 40. lat. Spo­sób zada­wa­nia ran narzę­dziem tępo­kra­wę­dzi­stym wska­zy­wał na to, że mor­der­ca był mań­ku­tem. W żaden spo­sób nie wska­zy­wa­ło to na Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go – był pra­wo­ręcz­ny, a za narzę­dzie zbrod­ni uzna­no zna­le­zio­ny w miesz­ka­niu pejcz – opo­wia­da W. Tomaszek.

Jed­nak eks­per­ty­zę dr Brus­se­la wów­czas utaj­nio­no. Ofi­ce­rom z gru­py Anna” naj­bar­dziej utkwił list nada­ny w Tar­now­skich Górach 11 mar­ca 1970 roku. Nadaw­ca infor­mu­je, że popeł­nio­ne nie­daw­no mor­der­stwo, było ostat­nim. W liście są suge­stie, że jest on cho­ry psy­chicz­nie i prze­wi­du­je swo­ją śmierć, zanim schwy­ta go mili­cja. I rze­czy­wi­ście zabój­stwa ustały.

15 mar­ca 1970 roku w Sosnow­cu Piotr Olszo­wy w Sosnow­cu zamor­do­wał żonę, dwo­je dzie­ci, potem popeł­nił samo­bój­stwo i pod­pa­lił dom. Olszo­wy miał samo­chód (tłu­ma­czy­ło­by to popeł­nie­nie dwóch mor­derstw w odle­głych od sie­bie miej­scach w odstę­pie kil­ku­dzie­się­ciu minut). Leczył się psy­chia­trycz­nie, był schizofrenikiem.

Jed­nak ponie­waż cia­ło Olszo­we­go było zwę­glo­ne, to nie moż­na było pobrać odci­sków palców.Za jego kan­dy­da­tu­rą na wam­pi­ra” prze­ma­wia m.in. to, że w chwi­li zamor­do­wa­nia dr Kuci był na imie­ni­nach 3 km od miej­sca zbrod­ni, i na chwi­lę wyszedł.

cdn

Nie­win­ny jak wam­pir”?

Czy Jana Mar­chwic­kie­go, bra­ta wam­pi­ra” ska­za­no na śmierć dla­te­go, że gro­ził ujaw­nie­niem, któ­rzy z dygni­ta­rzy par­tyj­nych dawa­li łapów­ki za przy­ję­cie na stu­dia? A może była to zemsta SB, bo Mar­chwic­ki odmó­wił kon­ty­nu­owa­nia dal­szej współpracy?

Jan Mar­chwic­ki, kie­dy kat zakła­dał mu pętlę na szy­ję gło­śno prze­kli­nał puł­kow­ni­ka Jerze­go Gru­bę. Jego brat, Zdzi­sław, nazy­wa­ny wam­pi­rem z Zagłę­bia”, przed egze­ku­cją krzy­czał, że jest niewinny.

Zdzisław Marchwicki ogłoszenie wyroku FOT.Semko Petrovič

Ponad trzy­dzie­ści lat po egze­ku­cji wciąż nie roz­wia­no wąt­pli­wo­ści, czy to wła­śnie Zdzi­sław Mar­chwic­ki był wam­pi­rem z Zagłę­bia”? Wciąż na jaw wycho­dzą cie­ka­we fakty.
Jakie? O tym wkrótce!

Chwa­ła bohaterom!

31 lip­ca 1944 r. o godz. 19.00 puł­kow­nik Anto­ni Chru­ściel ps. Mon­ter”, dowód­ca Okrę­gu War­szaw­skie­go AK, wydał roz­kaz bojo­wy o treści:
Alarm, do rąk wła­snych Komen­dan­tom Obwo­dów. Dnia 31.7. godz. 19.00. Naka­zu­ję »W« dnia 1.08. godzi­na 17.00… Otrzy­ma­nie roz­ka­zu natych­miast kwi­to­wać X”.

I tak roz­po­czę­ło się 1 sierp­nia 1944 r. Powsta­nie warszawskie.

Powstanie Warszawskie

Zdję­cie rodzin­ne”

Cze­sław Kisz­czak, lew salo­no­wy w swo­im żywio­le z czwar­tą wła­dzą (jej lwią częścią).
Zdję­cie pocho­dzi z Twittera.

Kiszczak i reszta

Komu prze­szka­dza IPN w Katowicach?

Wła­ści­wie nie powin­na mnie dzi­wić ani reto­ry­ka, ani spoj­rze­nie na pol­ską histo­rię i Insty­tut Pamię­ci Naro­do­wej, pre­zen­to­wa­ne na łamach Dzien­ni­ka Zachod­nie­go. To cza­so­pi­smo jest wyda­wa­ne przez Pol­ska­pres­se, któ­ra jest z kolei czę­ścią nie­miec­kie­go kon­cer­nu medial­ne­go Ver­lags­grup­pe Pas­sau. To widać i czuć na łamach.

Chy­ba żad­na z dymi­sji nie wzbu­dzi­ła ostat­nio w Kato­wi­cach i regio­nie takich emo­cji, jak odwo­ła­nie dyrek­to­ra kato­wic­kie­go Oddzia­łu Insty­tu­tu Pamię­ci Naro­do­wej Andrze­ja Dro­go­nia. Suwe­ren­na decy­zja pre­ze­sa IPN sta­ła się pożyw­ką dla roz­ma­itych spe­ku­la­cji i – co czę­ste w przy­pad­ku, kie­dy mowa jest o tej insty­tu­cji – dała asumpt prze­ciw­ni­kom ist­nie­nia Insty­tu­tu. Nawia­sem mówiąc tak­że dr Dro­goń przy­czy­nił się tro­chę do wywo­ła­nia szu­mu medial­ne­go wokół jego zwol­nie­nia, udzie­la­jąc na pra­wo i lewo wywiadów.

W pią­tek, 4 lip­ca na łamach regio­nal­nej gaze­ty Pol­ska Dzien­nik Zachod­ni”, podob­no jed­ne­go z naj­po­czyt­niej­szych (nie nale­ży tego mylić z opi­nio­twór­czo­ścią) dzien­ni­ków w woje­wódz­twie ślą­skim wyda­wa­ne­go przez spół­kę Pol­ska­pres­se (spół­ka-cór­ka nie­miec­kie­go kon­cer­nu Ver­lags­grup­pe Pas­sa­au), uka­zał się arty­kuł pió­ra Tere­sy Semik pod zaska­ku­ją­cym tytu­łem Czy IPN słu­ży jesz­cze demokracji?”

Autor­ka, któ­ra w innych swo­ich tek­stach oscy­lu­je pomię­dzy sza­cun­kiem dla ofiar pacy­fi­ka­cji ślą­skich kopalń w grud­niu 1981 r., a admi­ra­cją dla komu­ni­stycz­ne­go woje­wo­dy Jerze­go Zięt­ka, tym razem uzna­ła, że Oddział IPN w Kato­wi­cach zasłu­gu­je na suro­wą oce­nę i nie omiesz­ka­ła dopu­ścić do gło­su jego krytyków.

Już lead, czy­li pierw­szy aka­pit arty­ku­łu, wpro­wa­dza­ją­cy w zagad­nie­nie, poda­ją­cy w skró­cie naj­istot­niej­sze infor­ma­cje, a czę­sto tak­że i kon­klu­zje, zawie­ra zda­nie z wypo­wie­dzi posła SLD Zbysz­ka Zabo­row­skie­go, któ­ry w tonie cha­rak­te­ry­stycz­nym dla człon­ków tej for­ma­cji bez­ce­re­mo­nial­nie orze­ka: To Insty­tut Pro­pa­go­wa­nia Nie­na­wi­ści, powi­nien być zlikwidowany”. 

Trud­no zresz­tą wyma­gać od posła Zabo­row­skie­go, pry­wat­nie skąd­inąd inte­li­gent­ne­go czło­wie­ka, sym­pa­tii do IPN. Co rusz jakiś jego zna­jo­my oka­zu­je się kłam­cą lustra­cyj­nym lub jego agen­tu­ral­na prze­szłość zosta­ła ujaw­nio­na przez histo­ry­ków czy pro­ku­ra­to­rów IPN.

Moż­na jedy­nie żało­wać, że pani Semik nie poku­si­ła się, by się­gnąć głę­biej do życio­ry­su czło­wie­ka, któ­re­mu tak chęt­nie udzie­li­ła gło­su. Może sta­ra się być dobrze wycho­wa­na, i brzy­dzi się wery­fi­ka­cją życio­ry­sów cyto­wa­nych autorytetów?

Przy­wią­za­ny do legi­ty­ma­cji PZPR

Zby­szek (a w zasa­dzie Zbi­gniew) Zabo­row­ski zbyt wie­le zawdzię­cza sys­te­mo­wi komu­ni­stycz­ne­mu, by być jego kry­ty­kiem, tak w prze­szło­ści, jak i obec­nie. W latach 19771982 prze­wod­ni­czył Socja­li­stycz­ne­mu Związ­ko­wi Stu­den­tów Pol­skich na Uni­wer­sy­te­cie Ślą­skim. Kie­dy w 1980 r. powsta­wa­ło Nie­za­leż­ne Zrze­sze­nie Stu­den­tów, był już człon­kiem PZPR.

Nie rzu­cił legi­ty­ma­cją par­tyj­ną, gdy bez­par­tyj­ny prof. August Cheł­kow­ski został we wrze­śniu 1981 r. rek­to­rem uczel­ni, ani też kie­dy czte­ry mie­sią­ce póź­niej ten­że Cheł­kow­ski został inter­no­wa­ny, a w Kato­wi­cach na kopal­ni Wujek” doszło do masa­kry gór­ni­ków straj­ku­ją­cych w pro­te­ście prze­ciw ogło­sze­niu sta­nu wojennego.

Zabo­row­ski być może wie­dział, że zgod­nie z wytycz­ny­mi Komi­te­tu Woje­wódz­kie­go PZPR karie­rę na Wydzia­le Nauk Spo­łecz­nych po wpro­wa­dze­niu sta­nu wojen­ne­go mogli kon­ty­nu­ować wyłącz­nie zaufa­ni towa­rzy­sze”. Kie­dy w 1982 r. z uczel­ni zwal­nia­no ele­ment reak­cyj­ny i kle­ry­kal­ny”, Zabo­row­ski został pra­cow­ni­kiem nauko­wo-dydak­tycz­nym . Par­tii pozo­stał wier­ny do końca.

Nie poże­gnał się z nią nawet po wybo­rach czerw­co­wych, latem 1989 r. kie­dy to uczel­nia­na orga­ni­za­cja PZPR stra­ci­ła więk­szość swo­ich człon­ków. On prze­ciw­nie – dora­biał na eta­cie w Wydzia­le Nauki, Edu­ka­cji i Kul­tu­ry Komi­te­tu Woje­wódz­kie­go PZPR w Kato­wi­cach. Był jed­nym z lide­rów Ruchu 8 Lip­ca” na Gór­nym Ślą­sku, frak­cji w łonie par­tii komu­ni­stycz­nej, powsta­łej z ini­cja­ty­wy libe­ral­nej” czę­ści człon­ków PZPR po klę­sce wybor­czej w czerw­cu 1989 r. Zaan­ga­żo­wa­ny w budo­wę par­tii post­ko­mu­ni­stycz­nej w 1990 r. został sekre­ta­rzem Woje­wódz­kie­go Komi­te­tu Wyko­naw­cze­go SdRP w Kato­wi­cach, co już w wol­nej Pol­sce otwo­rzy­ło dro­gę dal­szej kariery.

Zabo­row­ski obra­ża histo­ry­ków z IPN, mówiąc, że Histo­rią naj­now­szą powin­ni zająć się poważ­ni histo­ry­cy, a nie z zacią­gu PiS-owskie­go” i oskar­ża­jąc Insty­tut o zbyt­nie upo­li­tycz­nie­nie. Wypo­wia­da te sło­wa czło­wiek, któ­ry w latach osiem­dzie­sią­tych był pra­cow­ni­kiem Zakła­du Mię­dzy­na­ro­do­wych Sto­sun­ków Poli­tycz­nych XX wie­ku na Uni­wer­sy­te­cie Ślą­skim, gdzie bada­nia pro­wa­dzo­no w opar­ciu o mark­si­stow­ską meto­do­lo­gię i wytycz­ne pły­ną­ce z takich pla­có­wek jak Aka­de­mia Nauk Spo­łecz­nych przy KC PZPR.

Żaden z histo­ry­ków zatrud­nio­nych w kato­wic­kim IPN nie jest – i w momen­cie przyj­mo­wa­nia do pra­cy nie był – człon­kiem jakie­kol­wiek par­tii poli­tycz­nej. Zarzut o upo­li­tycz­nie­nie w ustach czło­wie­ka, któ­ry w okre­sie kie­dy parał się pra­cą nauko­wą był człon­kiem par­tii komu­ni­stycz­nej, to nie tyl­ko smut­ny żart, ale brak inte­lek­tu­al­nej (?) uczci­wo­ści ze stro­ny autor­ki arty­ku­łu, któ­ra powin­na zadać sobie wię­cej tru­du w pozna­niu ście­żek karie­ry swo­je­go rozmówcy.

Bada­niem naj­now­szej histo­rii Pol­ski powin­ni się zająć poważ­ni histo­ry­cy, a nie pro­pa­gan­dy­ści. Na wszyst­kich uni­wer­sy­te­tach mamy insty­tu­ty histo­rii, mamy Pol­ską Aka­de­mię Nauk” – po raz kolej­ny obra­ża histo­ry­ków zatrud­nio­nych w IPN Zabo­row­ski, co znów skrzęt­nie i bez­re­flek­syj­nie przy­ta­cza dzien­ni­kar­ka Dzien­ni­ka Zachodniego”.

War­to w tym miej­scu przy­po­mnieć, że więk­szość pra­cow­ni­ków Biu­ra Edu­ka­cji Publicz­nej IPN w Kato­wi­cach posia­da sto­pień nauko­wy dok­to­ra nauk huma­ni­stycz­nych w dzie­dzi­nie histo­rii, któ­ry nada­wa­ny jest wyłącz­nie przez wydzia­ły szkół wyż­szych i nie­któ­re pla­ców­ki nauko­we, w dro­dze prze­wo­du dok­tor­skie­go tyl­ko tej oso­bie, któ­ra, zda­ła egza­mi­ny dok­tor­skie i obro­ni­ła roz­pra­wę doktorską.

Sko­ro – zda­niem posła Zabo­row­skie­go – posia­da­cze takie­go tytu­łu nie są poważ­ny­mi histo­ry­ka­mi”, a pro­pa­gan­dy­sta­mi, to powi­nien mieć pre­ten­sje do tych uczel­ni, któ­re potwier­dzi­ły ich obec­ność w świe­cie nauki pol­skiej. To wła­śnie powy­żej przy­to­czo­ne wypo­wie­dzi posła Zabo­row­skie­go, a nie publi­ka­cje pra­cow­ni­ków kato­wic­kie­go IPN, są przy­kła­dem nie­uczci­wej poli­tycz­nej pro­pa­gan­dy, upra­wia­nej na prze­kór oczy­wi­stym faktom.

Pra­ce nauko­we histo­ry­ków Insty­tu­tu powin­ny być i są oce­nia­ne przez innych naukow­ców, spe­cja­li­stów w danej dzie­dzi­nie i to na ich recen­zjach, a nie wynu­rze­niach post­ko­mu­ni­stycz­ne­go poli­ty­ka, powin­na oprzeć się Tere­sa Semik. Wyma­ga­ło­by to jed­nak być może wie­lo­go­dzin­nej wizy­ty w biblio­te­ce, cze­go nie moż­na powie­dzieć o roz­mo­wie z posłem, do któ­rej wystar­czy odro­bi­na chę­ci i życz­li­wie prze­ka­za­ny numer telefonu.

Pro­fe­sor wie pra­wie wszystko

Dru­gi z jej roz­mów­ców, histo­ryk z Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go prof. Zyg­munt Woź­nicz­ka, czę­ścio­wo sta­je po stro­nie IPN, choć nie brak i w tym przy­pad­ku bez­pod­staw­ne­go przy­ty­ku, że (cytat): Publi­ka­cje IPN czę­sto nie są kon­fron­to­wa­ne z inny­mi źró­dła­mi i wie­le jest ska­żo­nych wyłącz­nie esbec­kim spoj­rze­niem”. Tro­chę to dziw­ne podej­ście bio­rąc pod uwa­gę, że pro­fe­sor był w 2010 r. człon­kiem Spo­łecz­ne­go Komi­te­tu Popar­cia Jaro­sła­wa Kaczyńskiego.

Moż­na tyl­ko żało­wać, że było nie było habi­li­to­wa­ny pra­cow­nik nauki nie zadał sobie tru­du, by dokład­nie przej­rzeć mono­gra­fie i arty­ku­ły histo­ry­ków z kato­wic­kie­go Oddzia­łu Insty­tu­tu, cho­ciaż­by takich auto­rów jak dr Adam Dziu­ba, dr Bogu­sław Tracz czy Seba­stian Rosen­baum, któ­rzy pisząc o upad­ku sys­te­mu komu­ni­stycz­ne­go, straj­kach w 1988 r. czy wybo­rach w 1989 r. opie­ra­li się na wyni­kach kwe­rend archi­wal­nych zarów­no w IPN, jak i w Archi­wum Pań­stwo­wym w Kato­wi­cach, Archi­wum Akt Nowych w War­sza­wie, innych archi­wach lokal­nych oraz prasie.

Podob­nie fun­da­men­tal­ne opra­co­wa­nia o sto­sun­ku władz pań­stwo­wych do kościo­ła kato­lic­kie­go dr Łucji Marek i dr hab. Ada­ma Dziu­ro­ka, rów­nież opar­te na sze­ro­kiej kwe­ren­dzie źró­dło­wej. Twier­dze­nie, że ich pra­ce zosta­ły ska­żo­ne wyłącz­nie esbec­kim spoj­rze­niem”, mija się z praw­dą czy­li jest zwy­czaj­nym kłam­stwem, co Tere­sa Semik powin­na wychwy­cić kon­stru­ując swój tekst, a nie opie­rać się na auto­ry­te­cie prof. Woź­nicz­ki, nota bene nie cie­szą­ce­go się w śro­do­wi­sku zawo­do­wych histo­ry­ków szcze­gól­ną atencją.

Wszyst­ko wska­zu­je na to, że autor­ka rów­nież nie zapo­zna­ła się publi­ka­cja­mi pra­cow­ni­ków refe­ra­tu nauko­we­go Biu­ra Edu­ka­cji Publicz­nej IPN w Kato­wi­cach, a szko­da. Woź­nicz­ka ma zresz­tą pra­wo nie lubić Insty­tu­tu Pamię­ci Naro­do­wej. Podob­nie jak więk­szość kato­wic­kich histo­ry­ków z jego poko­le­nia oddał w swo­im cza­sie try­but socja­li­stycz­nej huma­ni­sty­ce, pisząc dyser­ta­cję dok­tor­ską o Ruchu Obroń­ców Poko­ju w Pol­sce w latach 19481974, któ­rą obro­nił w 1984 r.

Pro­mo­to­rem pra­cy dok­tor­skiej Z. Woź­nicz­ki był towa­rzysz Andrzej Wer­blan, któ­ry oprócz zaj­mo­wa­nia kate­dry pro­fe­sor­skiej na , był rów­nież redak­to­rem naczel­nym komu­ni­stycz­ne­go pisma ide­olo­gicz­ne­go Nowe Dro­gi” i dyrek­to­rem Insty­tu­tu Pod­sta­wo­wych Pro­ble­mów Mark­si­zmu-Leni­ni­zmu Komi­te­tu Cen­tral­ne­go PZPR.

W wol­nej Pol­sce Zyg­munt Woź­nicz­ka porzu­cił swo­je nie­daw­ne pasje badaw­cze i jako jeden z pierw­szych w kato­wic­kim śro­do­wi­sku nauko­wym poświę­cił się odkry­wa­niu tzw. bia­łych plam. Chwa­ła mu za to.

Jed­nak wyda­na prze­zeń w 1992 r. mono­gra­fia Zrze­sze­nia Wol­ność i Nie­za­wi­słość” zosta­ła kry­tycz­nie przy­ję­ta przez część recen­zen­tów, któ­rzy zarzu­ci­li mu m.in. popeł­nie­nie pla­gia­tu z arty­ku­łu Janu­sza Kur­ty­ki oraz nie­pu­bli­ko­wa­nej roz­pra­wy dok­tor­skiej Toma­sza Honkisza.

Dobry histo­ryk to pokor­ny historyk

Nale­ży oddać uczci­wość, że autor­ka arty­ku­łu dopusz­cza do gło­su histo­ry­ków bro­nią­cych dorob­ku IPN – dr Andrze­ja Krzy­sty­nia­ka i dr Jac­ka Kur­ka. Sęk w tym, że pierw­szy z nich nie ma jesz­cze znacz­niej­sze­go dorob­ku nauko­we­go, a dru­gi nie zaj­mo­wał się w swo­ich bada­niach sys­te­ma­mi tota­li­tar­ny­mi i dzie­ja­mi PRL. Ten ostat­ni znów nie­po­trzeb­nie powta­rza jak man­trę argu­ment o upo­li­tycz­nie­niu IPN.

Bada­cze dzie­jów naj­now­szych zwią­za­ni z Uni­wer­sy­te­tem Ślą­skim w Kato­wi­cach bez wąt­pie­nia mają pro­blem z kato­wic­kim Oddzia­łem IPN. Z jed­nej stro­ny uczci­wość inte­lek­tu­al­na nie pozwa­la im potę­pić w czam­buł czy przejść obo­jęt­nie obok dorob­ku nauko­we­go pra­cow­ni­ków Insty­tu­tu, z dru­giej zaś więk­szość z nich ma za sobą heglow­skie uką­sze­nie”, o któ­rym dziś nie­chęt­nie wspo­mi­na­ją w swo­ich ofi­cjal­nych życiorysach.

Rów­nież doro­bek nauko­wy i ilość publi­ka­cji poświę­co­nych histo­rii naj­now­szej po 1945 r., zwłasz­cza dzie­jom PRL, któ­re wyszły spod pió­ra histo­ry­ków z Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go są wię­cej niż skrom­ne. Co praw­da kie­dy w 1992 r. reor­ga­ni­zo­wa­no struk­tu­rę Insty­tu­tu Histo­rii powstał Zakład Histo­rii Naj­now­szej po 1945 roku, jed­nak do 2012 r. jego sze­fem był Andrzej Topol, autor m.in. wyjąt­ko­wo zide­olo­gi­zo­wa­ne­go skryp­tu Głów­ne pro­ble­my roz­wo­ju poli­tycz­ne­go Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Ludo­wej”, któ­ry od 1979 r. sta­no­wił dla stu­den­tów pod­sta­wę mate­ria­łu do egza­mi­nów z histo­rii powo­jen­nej Pol­ski na histo­rii i naukach politycznych.

Z róż­nych wzglę­dów prof. Topol nie był zapew­ne zain­te­re­so­wa­ny, by w jego zakła­dzie były pro­wa­dzo­ne jakieś sze­ro­ko zakro­jo­ne bada­nia nad regio­nem w cza­sach PRL. Być może klu­czem do całe­go pro­ble­mu lokal­nych, kato­wic­kich elit z Insty­tu­tem, jak i w ogó­le z sze­ro­ko poję­tą deko­mu­ni­za­cją, jest wła­śnie ich oso­bi­ste – zawo­do­we i towa­rzy­skie – uwi­kła­nie w tam­ten system?

Redak­tor­ka – księgowa

Tere­sa Semik nie omiesz­ka­ła wyto­czyć dział prze­ciw­ko IPN w posta­ci argu­men­tów finan­so­wych. Sza­fu­je licz­ba­mi, chcąc udo­wod­nić, że Insty­tut pochła­nia zbyt dużo środ­ków, a mię­dzy wier­sza­mi moż­na wyczy­tać, że są to w zasa­dzie pie­nią­dze zmar­no­wa­ne. Zaraz potem znów przy­wo­łu­je Zbysz­ka Zabo­row­skie­go, któ­ry prze­ko­nu­je expres­sis ver­bis, że IPN nie słu­ży demo­kra­cji”.

Na szczę­ście jest to pry­wat­ne zda­nie pana posła, któ­ry widać ma inne poję­cie demo­kra­cji, niż to przyj­mo­wa­ne w świe­cie zachod­niej kul­tu­ry poli­tycz­nej. Być może bliż­sza jest mu wciąż demo­kra­cja ludo­wa” albo demo­kra­cja typu leni­now­skie­go” z jej cen­tra­li­zmem demo­kra­tycz­nym i rze­ko­mym ludowładztwem?

Nie wia­do­mo, dla­cze­go dr Krzy­sty­niak, uwa­ża, że ofen­sy­wa praw­dy w ostat­nich latach znacz­nie jed­nak stra­ci­ła impet”, a Insty­tut stał się zbyt her­me­tycz­ny”. Ilość ksią­żek i ini­cja­tyw podej­mo­wa­nych tyl­ko w cią­gu ubie­głych dwóch-trzech lat prze­czy tym twier­dze­niom. Oddział IPN w Kato­wi­cach jako jedy­ny w Pol­sce wyda­je od dwóch lat wła­sne cza­so­pi­smo poświę­co­ne histo­rii regio­nu w XX wieku.

Cza­sy­pi­smo” to boga­to ilu­stro­wa­ne i nowo­cze­śnie poskła­da­ne zdą­ży­ło już zdo­być popu­lar­ność i zaufa­nie licz­nych czy­tel­ni­ków. Każ­de­go roku z ini­cja­ty­wy i dzię­ki pra­cy pra­cow­ni­ków Biu­ra Edu­ka­cji Publicz­nej, powsta­ją nowe wysta­wy i orga­ni­zo­wa­ne są kon­fe­ren­cje nauko­we, zarów­no lokal­ne, jak i mię­dzy­na­ro­do­we. Wciąż uka­zu­ją się książ­ki, by przy­po­mnieć tyl­ko słyn­ną pt. Wywóz­ka. Depor­ta­cja miesz­kań­ców Gór­ne­go Ślą­ska do obo­zów pra­cy przy­mu­so­wej w Związ­ku Sowiec­kim w 1945 r. Fak­to­gra­fia – kon­tek­sty – pamięć” pod redak­cją Seba­stia­na Rosen­bau­ma i Dariu­sza Węgrzy­na, któ­rej nakład roz­szedł się w mgnie­niu oka.

Jeśli do tego doda­my sze­reg arty­ku­łów, wykła­dów, i dzia­łań edu­ka­cyj­nych, otrzy­mu­je­my obraz spraw­nie dzia­ła­ją­cej insty­tu­cji, wciąż potrzeb­nej w tej czę­ści świa­ta, by przy­wró­cić nor­mal­ność po tra­gicz­nych doświad­cze­niach XX wie­ku. To wła­śnie kon­se­kwent­ny demon­taż pozo­sta­ło­ści anty­de­mo­kra­tycz­nych sys­te­mów wła­dzy bez­sprzecz­nie słu­ży demo­kra­cji, wbrew temu, co uwa­ża poseł Zaborowski.

Nie wiem, jakie inten­cje przy­świe­ca­ły autor­ce arty­ku­łu. Mogę się jedy­nie domy­ślać, że i dla niej IPN sta­no­wi pro­blem, z któ­rym trud­no jest żyć, a jesz­cze trud­niej się oswo­ić. Być może chcia­ła zacho­wać dzien­ni­kar­ską bez­stron­ność, ale dobór roz­mów­ców, jak przy­wo­ły­wa­ne przez nią argu­men­ty wska­zu­ją wyraź­nie, po któ­rej stro­nie bije jej serce.

Szko­da, że czy­tel­nik Dzien­ni­ka Zachod­nie­go” po raz kolej­ny otrzy­mał znie­kształ­co­ną wizję świa­ta, w któ­rym oso­bi­ste obiek­cje i ura­zy kła­dą się cie­niem na obra­zie dzia­łal­no­ści tej, jak­że waż­nej dla demo­kra­cji w Pol­sce, insty­tu­cji publicznej.
A może o to chodziło?

Stół i nożyce

Po moim arty­ku­le http://​wpo​li​ty​ce​.pl/​h​i​s​t​o​r​i​a​/​200447​-​g​l​o​s​s​a​-​i​-​m​i​t​y​-​s​o​w​i​e​c​k​i​e​-​s​l​u​z​b​y​-​c​y​w​i​l​n​e​-​m​u​s​i​a​l​y​-​i​n​w​i​g​i​l​o​w​a​c​-​s​o​l​i​d​a​r​n​o​s​c​-​w​a​l​c​z​aca ode­zwał się dys­ku­tant, pan Hle­bo­wicz. 
Pisze http://wpolityce.pl/historia/200679-piotr-hlebowicz-klamstwa‑i-klam­stew­ka-czy­li-kolej­ne-polo­wa­nie-na-chmie­low­ska. Moż­na sobie poczytać.
Pro­blem jed­nak autor ma jeden – opi­su­jąc histo­ryj­kę nie pisa­łem o pani Ch., zwa­nej przez nie­któ­rych Anną Walen­ty­no­wicz Śla­skiej Soli­dar­no­ści”, ani o panu S. 

Oso­bi­ste wyciecz­ki pana H. w moja stro­nę pomi­nę, bo nie chcę być niemiły.

Histo­rię opo­wie­dział mi nie sta­ry esbek/​ubek”, ale ofi­cer kontr­wy­wia­du z nowe­go nabo­ru UOP. Zło­śli­wie mogę dodać uderz w stół, a noży­ce się ode­zwą”. Cie­szy mnie też prze­ko­na­nie pana H. o wła­snej omni­po­ten­cji. BTW – cze­kam na pasz­kwil o mnie Kowal­skie­go z Kana­dy”. Daw­no nic nie napi­sał. A swo­ją dro­gą pozaz­dro­ścić pamię­ci – taka pre­cy­zja wspo­mnień o wyda­rze­niach sprzed nie­mal­że ćwierć wie­ku, no, no…

Glos­sa i mity

Gło­śno o Soli­dar­no­ści Wal­czą­cej. Ostat­nio głów­nie przy oka­zji wyda­nia książ­ki Igo­ra Jan­ke Twier­dza”. Zapew­ne nigdy się nie dowie­my, jaki był sto­pień infil­tra­cji SW nie tyl­ko przez sowiec­kie służ­by spe­cjal­ne, ale rów­nież np. wschod­nio­nie­miec­ką Sta­si czy cze­cho­sło­wac­ką StB. Trze­ba zało­żyć, że takie były. I nie zawsze dzia­ła­cze Soli­dar­no­ści Wal­czą­cej z tych poty­czek wycho­dzi­li z tarczą.

Książ­kę pole­cam rów­nie gorą­co, jak jej recen­zję Mir­ka Lewan­dow­skie­go na por­ta­lu Kon​fer​de​rat​.pl [http://​goo​.gl/​0​j​C​PVo]

Zwró­ci­łem uwa­gę na fragmenty:

Gdy cho­dzi o obce służ­by, to oczy­wi­ste jest zain­te­re­so­wa­nie Soli­dar­no­ścią Wal­czą­cą ze stro­ny służb sowiec­kich (zarów­no cywil­nych, jak i woj­sko­wych). Sowiec­kie służ­by cywil­ne musia­ły inwi­gi­lo­wać SW choć­by z tego powo­du, że Kor­nel Mora­wiec­ki był jed­nym z inspi­ra­to­rów Posła­nia do naro­dów Związ­ku Radziec­kie­go i kra­jów Euro­py Wschod­niej”, przy­ję­te­go przez I Zjazd NSZZ Soli­dar­ność” 8 wrze­śnia 1981 r. Dru­gim powo­dem zain­te­re­so­wa­nia SW ze stro­ny KGB musia­ła być dzia­łal­ność Auto­no­micz­ne­go Wydzia­łu Wschod­nie­go, utwo­rzo­ne­go w ramach SW1988 r. Roz­po­czę­li orga­ni­za­cję szko­leń dla dzia­ła­czy z róż­nych czę­ści Związ­ku Radziec­kie­go. Orga­ni­zo­wa­li szko­le­nia dru­kar­skie, radio­we, uczy­li ich zasad kon­spi­ra­cji” (str. 257). Nie­ste­ty autor nie sko­rzy­stał z oka­zji, aby opi­sać w spo­sób bar­dziej szcze­gó­ło­wy dzia­łal­ność legen­dar­ne­go” Wydzia­łu Wschod­nie­go (na str. 257258 mamy tro­chę wię­cej infor­ma­cji, ale doty­czą one już roku 1990), zakła­da­jąc jed­nak, że Wydział Wschod­ni rze­czy­wi­ście miał od 1988 r. kon­tak­ty na tere­nie Związ­ku Sowiec­kie­go, to musia­ło to zaowo­co­wać odpo­wied­ni­mi dzia­ła­nia­mi KGB, ochra­nia­ją­cy­mi” okre­ślo­ne śro­do­wi­ska w Sowietach.

Igor Jan­ke w kil­ku miej­scach napi­sał, że SW prze­rzu­ca­ła ulot­ki (dru­ko­wa­ne w języ­ku rosyj­skim) za mury koszar wojsk sowiec­kich sta­cjo­nu­ją­cych na Dol­nym Ślą­sku (np. str. 43277). To z kolei musia­ło powo­do­wać odpo­wied­nie dzia­ła­nia ze stro­ny GRU. Taka jest po pro­stu meto­da dzia­łań tego typu służb.”

Nie­daw­no usły­sza­łem cie­ka­wą histo­rię, któ­ra może świad­czyć nie tyl­ko o infil­tra­cji struk­tur Soli­dar­no­ści Wal­czą­cej przez GRU czy KGB (wte­dy), ale tak­że o wywia­dow­czym wyko­rzy­sta­niu tych­że kon­tak­tów. Na począt­ku lat 90. ub. wie­ku do Roma­na Huli, któ­ry był wów­czas komen­dan­tem woje­wódz­kim poli­cji w Kato­wi­cach przy­szła pew­na dzia­łacz­ka Soli­dar­no­ści Wal­czą­cej, i zro­bi­ła kar­czem­ną awan­tu­rę. O co? Otóż pewien dysy­dent z ZSRR miał pro­ble­my z uzy­ska­niem kar­ty sta­łe­go poby­tu w Pol­sce. Hula, któ­ry uznał że sko­ro taka per­so­na klam­ku­je” za oby­wa­te­lem zza wschod­niej gra­ni­cy, ręcząc za jego opo­zy­cyj­ną kar­tę nie­mal­że sło­wem hono­ru, zde­cy­do­wał się nagiąć pro­ce­du­ry i bez spraw­dze­nia w UOP, pole­cił wydać kar­tę pobytu.

Po roku Rosja­nin znik­nął z Pol­ski. Wyje­chał do Nie­miec. Oka­za­ło się bowiem, że po dokład­nym spraw­dze­niu życio­ry­su tegoż repa­trian­ta” zaczę­ło poja­wiać się coraz wię­cej pytań. Nie ma stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, że do jego wyjaz­du doszło, bo zorien­to­wał się, iż jest pod czuj­nym okiem kontr­wy­wia­du UOP. Fak­tem jest, że męż­czy­zna znik­nął w cią­gu jed­ne­go dnia.

- Chcie­li­śmy gościa prze­słu­chać, bo mie­li­śmy dowo­dy na to, że to agent sowiec­kich służb. Kla­sycz­ny nie­le­gał. Na doda­tek nie miał dzia­łać w Pol­sce, ale w Niem­czech. Nasz kraj był tyl­ko punk­tem tran­zy­to­wym i lega­li­za­cyj­nym dla jego spre­pa­ro­wa­ne­go życio­ry­su. Nasze zain­te­re­so­wa­nie przy­śpie­szy­ło jego wyjazd, bo zapew­ne miał w Pol­sce sie­dzieć do cza­su uzy­ska­nia oby­wa­tel­stwa, a następ­nie jako Polak” wyje­chać w świat i znik­nąć z pola widze­nia służb spe­cjal­nych, wto­pić się w tłum. I cze­kać – rela­cjo­nu­je ofi­cer kontrwywiadu.

To tyl­ko opo­wieść, któ­rą mozol­nie pró­bo­wa­łem zwe­ry­fi­ko­wać. Cie­ka­wa, nieprawdaż?

Krzyż na dro­gę do Bruk­se­li dla kapusia

Kapo­wał esbe­cji jako TW Znak. W nagro­dę został posłem, mini­strem, euro­po­słem, a dzi­siaj jako pre­mię lub na pocie­sze­nie pre­zy­dent Bro­ni­sław Komo­row­ski odzna­czył Micha­ła Bonie­go Krzy­żem Koman­dor­skim Orde­ru Odro­dze­nia Polski.

boni

Pre­zy­dent ma okrut­ne poczu­cie humo­ru, sko­ro Bonie­go odzna­cza za wybit­ne zasłu­gi dla prze­mian demo­kra­tycz­nych i trans­for­ma­cji ustro­jo­wej w Pol­sce, za szcze­gól­ne osią­gnię­cia w dzia­łal­no­ści pań­stwo­wej i publicz­nej”. Do kolek­cji bra­ku­je Bonie­mu chy­ba tyl­ko Vir­tu­ti Mili­ta­ri. Michał Boni dopie­ro w paź­dzier­ni­ku 2007 roku publicz­nie przy­znał się do współ­pra­cy z SB. 15 lat po dniu, w któ­rym było wia­do­mo, że lustra­cja kie­dyś się odbę­dzie. Jest mi wstyd i żału­ję. Przez wie­le lat żyłem z pre­sją tego upo­ko­rze­nia i lęku przed utra­tą twa­rzy. W koń­cu jed­nak uzna­łem, że od stra­chu, upo­ko­rze­nia i poczu­cia błę­du, waż­niej­sza jest poko­ra” – mówił Boni. Po 1987 r. pro­wa­dzi­łem kil­ku­mi­nu­to­we roz­mo­wy z funk­cjo­na­riu­sza­mi Służ­by Bez­pie­czeń­stwa. Prze­pra­szam, i pro­szę o wyba­cze­nie” – mówi wte­dy na zwo­ła­nej w Sej­mie kon­fe­ren­cji pra­so­wej kan­dy­dat na mini­stra pra­cy w rzą­dzie Donal­da Tuska. Boni wyja­śniał, że pod­pi­sał dekla­ra­cję, bo był przez funk­cjo­na­riu­szy SB szantażowany.

I bie­da­czek nie­mal się roz­pła­kał na wspo­mnie­nie tych okrut­nych chwil, tocząc niczym kil­ka lat póź­niej posłan­ka Sawic­ka, łza­wą nar­ra­cję. Zła­pa­ny u kochan­ki Boni roz­pruł się jak sta­re prze­ście­ra­dło. Pod koniec sierp­nia 1985 r. do miesz­ka­nia mojej przy­szłej żony weszła służ­ba bez­pie­czeń­stwa. Było to zwią­za­ne z jej dzia­łal­no­ścią kol­por­ter­ska. Gro­zi­li, że trzy­let­nia dziew­czyn­ka zosta­nie prze­ka­za­na do mili­cyj­nej izby dziec­ka, a ja będę nara­żo­ny na plot­ki o zdra­dzie mał­żeń­skiej. Po roz­wie­zie­niu nas w róż­ne miej­sca, przy szan­ta­żu, pod­ją­łem decy­zję, bojąc się, pod­pi­sa­nia dekla­ra­cji o współ­pra­cy ze służ­bą bez­pie­czeń­stwa” – wyznał w 2007 roku Boni. – Po tym wyzna­niu będę mógł sobie spoj­rzeć w twarz. Prze­pra­szam i pro­szę o wyba­cze­nie” – dodał.

Żona już inna, nie ta, przez któ­rą esbe­cy zmu­si­li go grzecz­nie do pod­pi­sa­nia zobo­wią­za­nia do współ­pra­cy i dono­sze­nia (ma kolej­ną, nową). Bonie­mu w życio­ry­sie od tego cza­su przy­by­ło wie­le stanowisk.

Nazwi­sko Bonie­go poja­wi­ło się w 1992 r. na liście Macie­re­wi­cza. Jed­nak on sam gwał­tow­nie zaprze­czał, że był szpic­lem. Czy­li standard.

Jak widać idzie nowe”. Kapuś dosta­je jed­no z naj­wyż­szych odzna­czeń pań­stwo­wych. Cho­ciaż po pogrze­bie Woj­cie­cha Jaru­zel­skie­go powin­ni­śmy się do tego przy­zwy­cza­ić. Cze­kam teraz na reha­bi­li­ta­cję zomow­ców z Wuj­ka”. Nie chcie­li prze­cież niko­go zabić.

Wol­na sprawiedliwość

Sąd Okrę­go­wy w War­sza­wie umo­rzył dwa pro­ce­sy Woj­cie­cha Jaru­zel­skie­go, bo oskar­żo­ny nie żyje. Jego pro­ce­sy to przy­kład bez­rad­no­ści wymia­ru sprawiedliwości.

Jaru­zel­ski był oskar­żo­ny za wpro­wa­dze­nie w 1981 roku sta­nu wojen­ne­go oraz za masa­krę robot­ni­ków Wybrze­ża w grud­niu 1970 roku. Oba pro­ce­sy, w któ­rych Jaru­zel­ski zasia­dał na ławie oskar­żo­nych były zawie­szo­ne od 2011 roku z powo­du złe­go sta­nu zdro­wia generała.

Trzy lata temu zdia­gno­zo­wa­no u gene­ra­ła chło­nia­ka, miał też powi­kła­nia po che­mio­te­ra­pii, dla­te­go bie­gli leka­rze uzna­li, że przez co naj­mniej rok oskar­żo­ny nie może uczest­ni­czyć w pro­ce­sach. Ponow­nie podob­ną opi­nie wyda­li w 2012 roku. Po raz ostat­ni bie­gli potwier­dzi­li ją w mar­cu tego roku.

Wypa­da poznać nazwi­ska tych bie­głych. Zwró­ci­łem się do Sądu Okrę­go­we­go w War­sza­wie, i dosta­łem odpowiedź:

Sąd czy­nił usta­le­nia fak­tycz­ne doty­czą­ce sta­nu zdro­wia oskar­żo­ne­go w opar­ciu o opi­nię bie­głych leka­rzy spe­cja­li­stów z War­szaw­skie­go Uni­wer­sy­te­tu Medycz­ne­go – Kate­dry i Zakła­du Medy­cy­ny Sądo­wej. Po zawie­sze­niu postę­po­wa­nia, Sąd doko­ny­wał kon­tro­li ist­nie­nia prze­sła­nek z art. 22 § 1 kpk zwra­ca­jąc się do w/​w insty­tu­cji o wyda­nie kolej­nych opi­nii o sta­nie zdro­wia oskarżonego.

Ostat­nia opi­nia w spra­wie zdro­wia osk. Woj­cie­cha Jaru­zel­skie­go w obu spra­wach VIII24211VIII27611 zosta­ła wyda­na w dniu 24 lute­go 2014 r. przez:

- dr hab. n. med. Paweł Kra­jew­ski – Kie­row­nik Zakła­du Medy­cy­ny Sądo­wej WUM

- dr Mar­ta Star­czew­ska – spe­cja­li­sta kardiologii

- dr n. med. Maciej Fuda­lej – adiunkt Zakła­du Medy­cy­ny Sądo­wej WUM

- lek. med. Anna Kisiel – rezy­dent Zakła­du Medy­cy­ny Sądowej”

Nie­do­god­no­ści” na jakie był nara­żo­ny Woj­ciech Jaru­zel­ski to natu­ral­nie wina wstręt­ne­go IPN”. Jaru­zel­ski był oskar­żo­ny przez pion śled­czy IPN o kie­ro­wa­nie zbroj­nym związ­kiem prze­stęp­czym, któ­ry bez­praw­nie przy­go­to­wy­wał i wpro­wa­dził w Pol­sce 13 grud­nia 1981 r. stan wojen­ny (gro­zi­ło za to do 10 lat wię­zie­nia). Dwa lata temu Sąd Okrę­go­wy w War­sza­wie uznał, że stan wojen­ny nie­le­gal­nie wpro­wa­dzi­ła taj­na gru­pa prze­stęp­cza pod wodzą Jaru­zel­skie­go w celu likwi­da­cji Soli­dar­no­ści” i zacho­wa­nia wpły­wów we władzy.

Za udział w gru­pie wymie­rzył wte­dy karę dwóch lat w zawie­sze­niu byłe­mu sze­fo­wi MSW gene­ra­ło­wi Cze­sła­wo­wi Kisz­cza­ko­wi. Wyrok jest już pra­wo­moc­ny (z powo­du złe­go zdro­wia 88-let­nie­go Kisz­cza­ka zawie­szo­no postę­po­wa­nie ape­la­cyj­ne wobec nie­go). Ozna­cza to, że w świe­tle pra­wa Kisz­czak dalej jest nie­win­ny. Pra­wo­moc­nie unie­win­nio­no byłe­go I sekre­ta­rza KC PZPR Sta­ni­sła­wa Kanię.

W innym pro­ce­sie pro­ku­ra­tu­ra w Gdań­sku oskar­ży­ła Jaru­zel­skie­go o kie­ro­wa­nie masa­krą robot­ni­ków na Wybrze­żu w grud­niu 1970 r. (gro­zi­ło za to doży­wo­cie). W obu spra­wach pod­sąd­ny odpie­rał zarzu­ty, choć zara­zem mówił o swej moral­nej odpowiedzialności”.

W spra­wie Grud­nia 1970 roku sąd okrę­go­wy nie­jed­no­gło­śnie unie­win­nił byłe­go wice­pre­mie­ra PRL Sta­ni­sła­wa Kocioł­ka, a dwóch woj­sko­wych ska­zał na kary dwóch lat wię­zie­nia w zawie­sze­niu. Sąd uznał bowiem za bez­praw­ną i prze­stęp­czą” decy­zję władz PRL o uży­ciu bro­ni wobec robot­ni­ków pro­te­stu­ją­cych prze­ciw dra­stycz­nym pod­wyż­kom cen. 24 czerw­ca Sąd Ape­la­cyj­ny w War­sza­wie zba­da ape­la­cje w tej spra­wie. Gdań­ska pro­ku­ra­tu­ra chce uchy­le­nia wyro­ku wobec wszyst­kich trzech oskar­żo­nych i prze­ka­za­nia ich spraw do ponow­ne­go roz­po­zna­nia w SO. Taki sam jest wnio­sek peł­no­moc­ni­ka rodzin ofiar.

Pozo­sta­je na koniec zadać pyta­nie: dla­cze­go te dwa pro­ce­sy trwa­ły tak długo?