Muzeum Ślą­skie, czy­li kawa­łek historii

Powiem krót­ko – war­to się wybrać do Muzeum Ślą­skie­go, aby pozwie­dzać i dotknąć” Ślą­ska, jego histo­rii i kultury. 

muzeum

I do razu uwa­ga – zare­zer­wuj­cie sobie na zwie­dza­nie kil­ka godzin. Trze­ba zwie­dzać powo­lut­ku, a nie w tem­pie wyści­go­wym, bo moż­na się spo­cić, i nic nie zro­zu­mieć. Wte­dy to będzie czas stracony.

Wiem, że eks­po­zy­cja, któ­rą przy­go­to­wa­no wywo­łu­je wie­le kon­tro­wer­sji. Jestem laikiem, przy­sze­dłem do Muzeum Ślą­skie­go, któ­re powsta­ło na tere­nach po kopal­ni Kato­wi­ce, aby zoba­czyć. Tyle, i aż tyle.

Z zain­te­re­so­wa­niem wcze­śniej prze­czy­ta­łem arty­kuł Lesz­ka Jodliń­skie­go, byłe­go dyrek­to­ra Muzeum Ślą­skie­go. Z więk­szo­ścią tez auto­ra się zgadzam.

Jodliń­ski padł ofia­rą fobii anty-RAŚ i roz­gry­wek per­so­nal­nych, pod­la­nych poli­tycz­nym sosem. Moż­na i tak, ale szkoda.

Wysta­wa w tej czę­ści ser­wu­je nam idyl­licz­nie i nostal­gicz­nie potrak­to­wa­ną histo­rię Gór­ne­go Ślą­ska w PRL‑u. Mało w niej miej­sca poświę­co­no latom sta­li­ni­zmu i histo­rii Sta­li­no­gro­du, kwe­stii dła­wie­nia toż­sa­mo­ści regio­nal­nej, dzia­ła­niom apa­ra­tu przy­mu­su i SB. Jak w pier­wot­nej wer­sji zamy­ka ją data 1989.

Porzu­co­no pro­jekt sce­no­gra­ficz­ny, moc­no zaak­cen­to­wa­ny w kon­cep­cji kon­kur­so­wej: beto­no­wej taśmy i sym­bo­licz­nej sza­ro­ści PRL‑u.

Pomi­ja­jąc war­stwę histo­rycz­no-poli­tycz­ną, moim zda­niem eks­po­zy­cja jest bar­dzo cia­sna. Mało w pod­zie­miach miej­sca, i nie zachę­cam do zwie­dza­nia oso­by z klau­stro­fo­bią. Jakoś umknę­ła mi hitle­row­ska gilo­ty­na, któ­rą stra­szo­no zwiedzających.

I znów cytat z arty­ku­łu L. Jodlińskiego:

Kwe­stią, któ­rej nie zdą­żo­no roz­wią­zać w pier­wot­nym pro­jek­cie sce­na­riu­sza, była rola i miej­sce, jakie na eks­po­zy­cji mia­ła zająć gilo­ty­na. Co wię­cej, jej umiesz­cze­nie w prze­strze­ni wysta­wy nie było osta­tecz­nie prze­są­dzo­ne. Dzi­siaj w kako­fo­nii dźwię­ków, w jakiej zanu­rzo­no gilo­ty­nę, w żaden spo­sób nie speł­nia ona zale­ceń gro­na sędziow­skie­go, by była potrak­to­wa­na jak coś wyjąt­ko­we­go, jak szcze­gól­na relikwia.

Oba­wy, jakie wów­czas i potem w tym zakre­sie wypo­wia­da­ła prof. Ewa Cho­jec­ka, nie­ste­ty speł­ni­ły się. Nie zna­le­zio­no dla niej odpo­wied­nie­go miej­sca ani roli w nar­ra­cji wysta­wy. Klęcz­nik znaj­du­ją­cy się w insta­la­cji poświę­co­nej Kul­tur­kampf powi­nien zostać szyb­ko prze­nie­sio­ny w jej pobli­że, czy­niąc z tego obiek­tu wię­cej niż sym­bol, i ratu­jąc jej szcze­gól­ny sta­tus w prze­strze­ni wystawy.

Eks­po­zy­cje w Muzeum Ślą­skim są bar­dzo cie­ka­we. Nie zda­wa­łem sobie nawet spra­wy, że takie wspa­nia­łe obra­zy i gra­fi­ki kry­ły maga­zy­ny w sta­rej sie­dzi­bie. No, cóż…

Cyta­ty zaczerp­nię­te z arty­ku­łu Lesz­ka Jodliń­skie­go, opu­bli­ko­wa­ne­go w kato­wic­kim dodat­ku Gaze­ty Wyborczej.

Histo­ryk w zde­rze­niu z historią

W 2009 roku tak napisałem: 

Pro­fe­sor Wacław Dłu­go­bor­ski jest rek­to­rem pry­wat­nej Wyż­szej Szko­ły Huma­ni­stycz­nej w Kato­wi­cach i cenio­nym histo­ry­kiem. To jed­nak tyl­ko ofi­cjal­na cześć życio­ry­su naukowca.

Dotar­łem do doku­men­tów, z któ­rych wyni­ka, że Wacław Dłu­go­bor­ski przez bli­sko 20 lat, do 1975 roku był bar­dzo aktyw­nym i nie­bez­piecz­nym taj­nym współ­pra­cow­ni­kiem SB ps. Asy­stent”, (a potem Wik­tor”) – dono­sił m.in. na kole­gów-naukow­ców oraz pra­cow­ni­ków Radia Wol­na Europa.
Jako były wię­zień nr 138871 obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go w Auschwitz zasia­da w Mię­dzy­na­ro­do­wej Radzie Oświę­cim­skiej. Miesz­ka w ele­ganc­kiej kamie­ni­cy w śród­mie­ściu Kato­wic od ponad 40 lat. Wyglą­da jed­nak pra­wie tak samo, jak na zdję­ciach zacho­wa­nych w doku­men­tach bez­pie­ki z jego tecz­ki w IPN. Nie zmie­nił nawet nume­ru tele­fo­nu, któ­ry podał jako kon­tak­to­wy dla swe­go opie­ku­na” z SB.
Roz­mo­wa roz­wi­ja się powo­li. Dłu­go­bor­ski opo­wia­da o tym, jak w stycz­niu 1945 roku uciekł z obo­zu. – Wyko­rzy­sta­li­śmy z kole­ga­mi, że wach­ma­ni z SS zosta­li ewa­ku­owa­ni na Zachód, i nie dotar­li ich zmien­ni­cy. Taka luka” trwa­ła kil­ka godzin – wspomina.
Kil­ka­na­ście minut opo­wia­da o cza­sach powo­jen­nych, stu­diach we Wrocławiu.
Nie wytrzy­mu­ję. – Dla­cze­go Pan został agen­tem? Wiem, że współ­pra­co­wał pan ze Służ­bą Bez­pie­czeń­stwa od 1958 roku jako TW Asy­stent”…– pytam profesora.
– Dla­cze­go mnie lustru­je­cie? Prze­cież jestem eme­ry­to­wa­nym pro­fe­so­rem Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go a tu, gdzie jestem rek­to­rem to uczel­nia pry­wat­na i lustra­cji nie pod­le­gam – obu­rza się pro­fe­sor Długoborski.
Potem powo­li się uspokaja.
- Tak. Gene­za współ­pra­cy się­ga okre­su oku­pa­cji. Byłem przez 4 mie­sią­ce więź­niem war­szaw­skie­go Pawia­ka, a następ­nie przez pra­wie 2 lata więź­niem obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go w Auschwitz. Dość, aby naba­wić się kom­plek­su anty­nie­miec­kie­go. Współ­pra­cę wywia­dem PRL w atmos­fe­rze po Paź­dzier­ni­ku 1956” r. uwa­ża­łem za swój obo­wią­zek. Nie zapo­mi­naj­my o ówcze­snej sytu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej: Nie­miec­ka Repu­bli­ka Fede­ral­na ucho­dzi­ła za pań­stwo nie­przy­ja­zne Pol­sce. Dzia­ła­ły tam róż­ne­go rodza­ju pla­ców­ki Ost­for­schung – czy­li badań wschod­nich, zaj­mu­ją­cych się m.in. pol­ski­mi Zie­mia­mi Zachod­ni­mi, kwe­stio­nu­ją­cy gra­ni­ce na Odrze i Nysie Pro­wa­dzi­ły dosyć agre­syw­ne dzia­ła­nia poli­tycz­ne prze­ciw­ko PRL. Zaj­mo­wa­ły się bia­łym wywia­dem” i czę­sto sta­no­wi­ły przy­kryw­kę róż­nych agen­cji wywiadowczych 
– tłu­ma­czy.
Po tym przy­dłu­gim wstę­pie już wiem, że prof. Dłu­go­bor­ski nie powie wszyst­kie­go, że będzie pomi­jać nie­wy­god­ne fak­ty, zasła­niać się prze­ży­cia­mi obo­zo­wy­mi, nie­pa­mię­cią, cza­sa­mi, w któ­rych żył.
Współ­pra­ca Wacła­wa Dłu­go­bor­skie­go ze Służ­bą Bez­pie­czeń­stwa roz­po­czę­ła się w kwiet­niu 1958 r. Histo­ryk był wte­dy pra­cow­ni­kiem Wyż­szej Szko­ły Eko­no­micz­nej w Kato­wi­cach oraz Zakła­du Histo­rii Pol­skiej Aka­de­mii Nauk we Wro­cła­wiu. Wybie­rał się na sty­pen­dium do Nie­miec Zachod­nich (NRF), i ofi­cer SB spo­tkał się z nim przed tym wyjazdem.
Roz­mo­wa był ogól­na, bo mia­ła na celu roz­po­zna­nie nasta­wie­nia Dłu­go­bor­skie­go do SB, a tak­że zain­spi­ro­wa­nie go pew­ny­mi tema­ta­mi w cza­sie sty­pen­dium. Dłu­go­bor­ski był pojęt­nym słu­cha­czem. Po powro­cie z wyjaz­du do NRF zło­żył ofi­ce­ro­wi Wydzia­łu II wro­cław­skiej SB obszer­ny raport na temat swo­je­go poby­tu m.in. w Insty­tu­cie Her­de­ra w Marburgu.
Zna­la­zły się w nim bar­dzo dokład­ne cha­rak­te­ry­sty­ki nie­miec­kich naukow­ców, któ­re bar­dzo zain­te­re­so­wa­ły wywiad. Doty­czy­ły bowiem nie tyl­ko spraw zawo­do­wych, ale tak­że pry­wat­nych – zain­te­re­so­wań, poglą­dów poli­tycz­nych. Raport był tak cie­ka­wy, że spo­tkał się z uzna­niem nawet ofi­ce­rów z Cen­tra­li, czy­li wywia­du MSW, urzę­du­ją­cych w gma­chu przy uli­cy Rako­wiec­kiej w Warszawie.
Naj­pierw wywiad
W MSW zapa­dła decy­zja o ści­ślej­szej for­mie współ­pra­cy z naukow­cem i zare­je­stro­wa­niu Dłu­go­bor­skie­go jako agen­ta Depar­ta­men­tu I (wywia­du) ps. Asy­stent”. Wer­bu­nek naukow­ca prze­pro­wa­dził ppłk Edmund Wzią­tek, zastęp­ca komen­dan­ta woje­wódz­kie­go MO we Wro­cła­wiu ds. SB.
Zobo­wią­za­nia do współ­pra­cy nie pobie­ra­no. Zde­cy­do­wa­no, że jest to nie­ko­niecz­ne, a mogło­by tyl­ko ura­zić jego oso­bę. […] W sto­sun­ku do Służ­by Bez­pie­czeń­stwa jest szcze­ry oraz chęt­ny do wyko­ny­wa­nia zadań w odnie­sie­niu do spraw nie­miec­kich. Spo­tka­nia odby­wa­no spo­ra­dycz­nie, cza­sem co kil­ka dni, prze­waż­nie jed­nak raz w miesiącu”
– napi­sał w cha­rak­te­ry­sty­ce agen­ta ppłk Wzią­tek w 1961 r. Dłu­go­bor­ski pie­nię­dzy za zada­nia wyko­ny­wa­ne dla wywia­du nie brał. SB zwra­ca­ła agen­to­wi jedy­nie kosz­ty podróży.
- Jak wyni­ka z zacho­wa­nych akt w IPN, Dłu­go­bor­ski był wte­dy trak­to­wa­ny jako kon­takt infor­ma­cyj­ny”. To szcze­gól­na kate­go­ria oso­bo­we­go źró­dła infor­ma­cji wła­ści­wa dla Depar­ta­men­tu I MSW – czy­li tego, co bez­pie­ka nazy­wa­ła wywia­dem. Tak napraw­dę z wywia­dem miał on nie­wie­le wspól­ne­go, bo zaj­mo­wał się inwi­gi­la­cją pol­skich uchodź­ców poli­tycz­nych. Rzą­dził się swo­imi regu­ła­mi i miał wła­sną ter­mi­no­lo­gię. W Depar­ta­men­cie I kon­takt infor­ma­cyj­ny był tym samym, czym dla wła­ści­wej SB taj­ny współ­pra­cow­nik – stwier­dza dr Adam Dziu­ba, histo­ryk z IPN w Kato­wi­cach.O stop­niu zaufa­nia SB do Asy­sten­ta” niech świad­czy to, że zre­zy­gno­wa­no od wią­za­nia go za pomo­cą zobo­wią­za­nia; sta­le pod­kre­śla­no jego lojal­ność i szcze­rość, a tak­że dużą uży­tecz­ność dostar­cza­nych infor­ma­cji doda­je.
Łowy agen­ta, czy­li o Żydach, Niem­cach i Wol­nej Europie
Dłu­go­bor­ski na pole­ce­nie SB utrzy­my­wał kon­tak­ty kore­spon­den­cyj­ne z zachod­nio­nie­miec­ki­mi naukow­ca­mi, pra­cu­ją­cy­mi w Insty­tu­tach Wschod­nich. Asy­stent” ode­grał też bar­dzo waż­ną rolę w akcji pol­skie­go wywia­du prze­ciw­ko dr Richar­do­wi Brey­ero­wi z Insty­tu­tu Wschod­nie­go w Mar­bur­gu. Kie­dy Brey­er na zapro­sze­nie Dłu­go­bor­skie­go przy­je­chał do w 1959 r. Pol­ski, w cza­sie jed­ne­go ze spo­tkań we Wro­cła­wiu Asy­stent” umoż­li­wił spo­tka­nie z nim na kola­cji ofi­ce­ra wywia­du MSW. Nie wia­do­mo, czy doszło do wer­bun­ku Brey­era. Spo­tka­nie scha­rak­te­ry­zo­wa­no tak:
Pra­cow­ni­cy MSW prze­pro­wa­dzi­li z Brey­erem roz­mo­wy ope­ra­cyj­ne. Asy­stent” był wpro­wa­dzo­ny wów­czas we wszyst­kie szcze­gó­ły tej spra­wy i skła­dał rela­cje z jej przebiegu”.
Jak wyni­ka z doku­men­tów, Dłu­go­bor­ski na pole­ce­nie SB wyjeż­dżał do NRF W celach nauko­wych, gdzie wyko­ny­wał zada­nia zle­co­ne przez Depar­ta­ment I. Z zadań tych Asy­stent” wywią­zy­wał się wzorowo”.
W cza­sie swo­ich wyjaz­dów nauko­wych” Dłu­go­bor­ski dono­sił nie tyl­ko o nie­miec­kich czy pol­skich naukow­cach, ale tak­że o oso­bach, któ­re mogły zain­te­re­so­wać bez­pie­kę. Tak było z rodzi­ną Gros­se z Monachium.
Jan Piotr Gros­se pra­co­wał w Radiu Wol­na Euro­pa, z Pol­ski wyje­chał po woj­nie. Dłu­go­bor­ski spo­tkał się z nim w cza­sie jed­ne­go z poby­tów w NRF pod koniec lat 50.
Na pra­cę w RWE bar­dzo narze­ka, acz­kol­wiek przy­zna­je że jest dobrze płat­na. Narze­ka przede wszyst­kim na atmos­fe­rę dono­sów i np. bar­dzo źle widzia­ne w roz­gło­śni kon­tak­ty pra­cow­ni­ków z kra­jem. Ma bar­dzo dobre kon­tak­ty z polo­nią mona­chij­ską. Krzysz­tof Gros­se, ma bar­dzo chwiej­ny cha­rak­ter i jest pod dużym wpły­wem swo­jej matki”.
Pod wie­lo­stro­ni­co­wym rapor­tem Asy­sten­ta” z tej podró­ży służ­bo­wej jest dopi­sek ofi­ce­ra:Infor­ma­cja doty­czą­ca Gros­sów i Krzysz­to­fa Bukow­skie­go z Mona­chium zosta­nie wyko­rzy­sta­na przez Depar­ta­ment II MSW”.
W tym samym cza­sie bez­pie­ka w kra­ju gwał­tow­nie szu­ka­ła infor­ma­to­rów Radia Wol­na Euro­pa”. Dziś wie­my, że jed­nym z nich był Wła­dy­sław Bar­to­szew­ski. Na szczę­ście SB nigdy nie wpa­dła na jego trop.
Po latach Bar­to­szew­ski i Dłu­go­bor­ski zasia­da­ją obok sie­bie w Mię­dzy­na­ro­do­wej Radzie Oświę­cim­skiej(MRO). Pro­fe­sor Bar­to­szew­ski nie odpo­wie­dział na mój e‑mail z proś­bą o komen­tarz na temat współ­pra­cy człon­ka MROSB.
- Nie­któ­rych rze­czy z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy cza­su żału­ję. Przede wszyst­kim udzie­le­niu infor­ma­cji o jed­nej rodzi­nie pra­cu­ją­cej w Radiu Wol­na Euro­pa – stwier­dza Długoborski.
Histo­ry­cy bez tajem­nic dla SB
Robił karie­rę nauko­wą, ale jed­no­cze­śnie nadal dono­sił na oso­by ze swo­je­go śro­do­wi­ska. Infor­mo­wał w latach 60. SB np. o zna­nych histo­ry­kach – Ste­fa­nie Inglo­cie, Hen­ry­ku Were­szyc­kim, Micha­le Koma­szyń­skim, a tak­że innych naukow­cach, z któ­ry­mi zetknął się w cza­sie poby­tów zagranicą.
Tak m.in. cha­rak­te­ry­zo­wał prof. Inglota:
Przy całej swo­jej ostroż­no­ści Inglot w spo­sób bar­dzo trud­ny do uchwy­ce­nia utrud­niał karie­ry nauko­we pra­cow­ni­ków o zade­kla­ro­wa­nej mark­si­stow­skiej posta­wie poli­tycz­nej, a z dru­giej stro­ny popie­rał mło­dych pra­cow­ni­ków, któ­rych sam w pew­nym sen­sie ura­biał”. […] Ma bar­dzo sze­ro­kie kon­tak­ty z uczo­ny­mi z kra­jów zachodnich”.
Współ­pra­ca Asy­sten­ta” z wywia­dem MSW ule­gła nagłe­mu zaha­mo­wa­niu pod koniec lat 60. Oka­za­ło się, że jed­na ze stu­den­tek oskar­ży­ła Dłu­go­bor­skie­go o to, że wziął łapów­kę za jej przy­ję­cie na stu­dia na Wyż­szej Szko­le Eko­no­micz­nej w Kato­wi­cach. Postę­po­wa­nie dys­cy­pli­nar­ne trwa­ło kil­ka lat. Zablo­ko­wa­ło wyjazd agen­ta na rocz­ne sty­pen­dium do NRF.
SB, mimo próśb swe­go agen­ta, nie chcia­ła pomóc w tej spra­wie. Asy­stent” bez moż­li­wo­ści wyjaz­du do Nie­miec był bez­u­ży­tecz­ny dla wywia­du, i w 1971 roku współ­pra­cę zakoń­czo­no. Nie zna­czy to jed­nak, że SB zapo­mnia­ła o Długoborskim.
W maju 1973 roku z docen­tem Dłu­go­bor­skim, wte­dy już pro­dzie­ka­nem Wydzia­łu Huma­ni­stycz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go w kato­wic­kim hote­lu Polo­nia” spo­ty­ka się kapi­tan Edward Cicho­pek z Wydzia­łu III kato­wic­kiej SB. Wydział III zaj­mo­wał się inwi­gi­la­cją śro­do­wisk nauko­wych i ochro­ną” kato­wic­kiej uczel­ni przed anty­so­cja­li­stycz­ny­mi wpływami.
Powrót na łono SB
Spo­tka­nie kapi­ta­na Cichop­ka z doc. Dłu­go­bor­skim zakoń­czy­ło się ponow­nym zwer­bo­wa­niem histo­ry­ka do współ­pra­cy z SB. Dłu­go­bor­ski przyj­mu­je pseu­do­nim Wik­tor”, pod­pi­su­je zobo­wią­za­nie do współ­pra­cy i skła­da pierw­sze donie­sie­nie. Doty­czy­ło doc. Wsie­wo­ło­da Woł­cze­wa, dogma­tycz­ne­go komu­ni­sty, któ­re­go teo­rii oba­wia­li się nawet naj­bar­dziej aktyw­ni dzia­ła­cze PZPR. To wła­śnie Woł­czew w 1980 roku zało­żył Kato­wic­kie Forum Par­tyj­ne. Jed­nak krę­gu zain­te­re­so­wań SB zna­lazł się bli­sko 7 lat wcze­śniej – wła­śnie dzię­ki dono­som Wik­to­ra”:
Żądał od wszyst­kich wykła­dow­ców, aby sze­rzy­li w swych wykła­dach mark­sizm-leni­nizm. W śro­do­wi­sku ucho­dzi za lewa­ka i dogma­ty­ka. Jako kie­row­nik Zakła­du Nauk Poli­tycz­nych zgro­ma­dził wokół sie­bie mło­da kadrę, cał­ko­wi­cie od sie­bie zależ­ną, dobie­ra­ną w spe­cy­ficz­ny sposób”.
Wik­tor” dono­sił też w 1973 roku na doc. dr hab. Jana Kunisza:
Głę­bo­ko wie­rzą­cy kato­lik, ojciec czwor­ga dzie­ci, żona po wyż­szych stu­diach fana­tycz­nie reli­gij­na. Kunisz na uczel­ni nie cie­szy się dużym auto­ry­te­tem, trak­to­wa­ny jest raczej z pobła­ża­niem a to z powo­du dzie­dzi­ny nauko­wej, któ­ra się inte­re­su­je (numi­zma­ty­ka). Prze­by­wał na kon­gre­sie numi­zma­tycz­nym w USA, za jego pobyt i podróż pła­cił organizator”.
W stycz­niu 1974 roku Wik­tor” infor­mu­je swe­go opie­ku­na” z MSW o swo­im poby­cie na kon­fe­ren­cji w NRF.
Z naszym taj­nym współ­pra­cow­ni­kiem pró­bo­wał nawią­zać kon­takt Boh­dan Korab-Osad­czuk, Polak z pocho­dze­nia na Zacho­dzie od zakoń­cze­nia II Woj­ny Świa­to­wej. Zaj­mu­je się nauko­wo współ­cze­sną pro­ble­ma­ty­ka Pol­ski i państw socja­li­stycz­nych. TW pouf­nie dowie­dział się, że Korab-Osad­czuk jest współ­pra­cow­ni­kiem wywia­du bry­tyj­skie­go i Radia Wol­na Euro­pa. To było powo­dem, że »Wik­tor« odmó­wił z nim spotkania”.
28 mar­ca 1974 roku TW Wik­tor dono­si SB na Anto­nie­go Bar­cia­ka, star­sze­go asy­sten­ta Zakła­du Histo­rii Sta­ro­żyt­nej i Śre­dnio­wiecz­nej Insty­tu­tu Histo­rii WNS:
Czyn­nie zaan­ga­żo­wa­ny w dzia­łal­ność Dusz­pa­ster­stwa Aka­de­mic­kie­go. Widy­wa­ny czę­sto w punk­tach kate­che­tycz­nych w klasz­to­rze w Kato­wi­cach-Ligo­cie, ma kon­tak­ty z księżmi”.
SB cie­ka­wi­ła tak­że spra­wa doc. Józe­fa Szy­mań­skie­go z tego same­go Zakładu.
W ramach zajęć z histo­rii orga­ni­zu­je wyjaz­do­we semi­na­ria ze stu­den­ta­mi do histo­rycz­nych i zabyt­ko­wych obiek­tów, gdzie na miej­scu pro­wa­dzo­ne są lek­cje poglą­do­we. Naj­czę­ściej w tym celu wybie­ra obiek­ty sakral­ne, gdzie po nor­mal­nych zaję­ciach wcho­dzi w kon­tak­ty z księżmi”.
Szpi­cel z tytu­łem nauko­wym nie stro­nił też od dono­sów oby­cza­jo­wych – kto ma kochan­ki, kto pije czy ma inne sła­bo­ści. Z punk­tu widze­nia SB były to infor­ma­cje bez­cen­ne, pozwa­la­ją­ce na pró­bę wer­bun­ku. Dzię­ki mate­ria­łom kom­pro­mi­tu­ją­cym”, jakie SB mia­ła dzię­ki takim dono­som, ewen­tu­al­na pró­ba wer­bun­ku zwy­kle koń­czy­ła się sukcesem.
Z wyjaz­dów służ­bo­wych Dłu­go­bor­ski tak­że pisał dono­sy, pra­wie tak dobre jak za daw­nych, wro­cław­skich” czasów.
Na Uni­wer­sy­te­cie w Oden­se w Danii zatrud­nio­ny jest były pra­cow­nik nauko­wy Woj­sko­wej Aka­de­mii Poli­tycz­nej, histo­ryk prof. Ema­nu­el Halicz – naro­do­wo­ści żydow­skiej, któ­ry wyemi­gro­wał z Pol­ski po 1968 r. Nie zna w zasa­dzie żad­ne­go języ­ka, jedy­nie bar­dzo sła­bo j. angiel­ski. Wśród tam­tej­szej kadry nauko­wej nie posia­da żad­ne­go auto­ry­te­tu, na uczel­ni pobie­ra niską pen­sje lecz jest dofi­nan­so­wy­wa­ny przez ośrod­ki syjo­ni­stycz­ne”.
Cen­ne infor­ma­cje dla SB zawie­rał rów­nież inny donos – tym razem o byłym pra­cow­ni­ku WSE w Kato­wi­cach dr Zyg­mun­cie Tko­czu, któ­ry kil­ka lat wcze­śniej wybrał wolność”
Spe­cja­li­zu­je się w socjo­lo­gii, zdo­był duży auto­ry­tet w Oden­se. Utrzy­mu­je kon­tak­ty z emi­gra­cyj­nym dzia­ła­czem endec­kim Gier­ty­chem z Lon­dy­nu, z któ­rym wydał wspól­nie książ­kę. Ostat­nio napi­sał pra­ce habi­li­ta­cyj­ną o struk­tu­rze spo­łecz­nej kra­jów socja­li­stycz­nych, jed­nym z recen­zen­tów pra­cy był Leszek Koła­kow­ski”– dono­sił Wik­tor”.
Zadzwo­ni­łem do prof. Tko­cza, do jego domu w Oden­se w Danii. Był zasko­czo­ny agen­tu­ral­ną prze­szło­ścią naukow­ca, któ­ry nawet bywał u nie­go w domu.
– Fak­tycz­nie, z Pol­ski wyje­cha­łem w 1970 roku, po pro­stu nie wró­ci­łem z waka­cji we Fran­cji. Dłu­go­bor­ski dwa razy mnie odwie­dzał w Danii w latach 80. Jego współ­pra­ca z SB to bar­dzo nie­przy­jem­na spra­wa. Ucho­dził za dobre­go histo­ry­ka od spraw eko­no­micz­nych… - stwier­dził prof. Tkocz
- Takie kon­tak­ty z orga­na­mi bez­pie­czeń­stwa były nor­mal­ną prak­ty­ką. Byłem na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku na uczel­ni, stąd nie­za­leż­nie poza tymi kon­tak­ta­mi musia­łem spo­ty­kać się z pra­cow­ni­ka­mi SB i odpo­wia­dać na okre­ślo­ne pyta­nia. Doty­czy­ły m.in. dzia­łal­no­ści doc. Woł­cze­wa, fana­tycz­ne­go komu­ni­stycz­ne­go dogma­ty­ka, podob­nie jak krąg zafa­scy­no­wa­nych nim jego uczniów, któ­rych wodził na manow­ce wal­ki pseu­do­po­li­tycz­nej, odcią­ga­jąc od karie­ry nauko­wejtłu­ma­czy dziś Długoborski.
1975 roku wstą­pił do PZPR. - I zosta­łem wykre­ślo­ny z ewi­den­cji taj­nych współ­pra­cow­ni­ków SB. W cza­sach pierw­szej Soli­dar­no­ści” dzia­ła­łem w Kato­wi­cach i na nowym miej­scu pra­cy – Aka­de­mii Peda­go­gicz­nej w Kra­ko­wie, gdzie w grud­niu 1981 roku zosta­łem usu­nię­ty z par­tii i szy­ka­no­wa­ny w spra­wach zawo­do­wych – stwierdza.
Już pod koniec listo­pa­da 1980 r. Soli­dar­ność” na zrze­sza­ła ok. 1500 osób. Do S” zapi­sa­ło się 598 nauczy­cie­li aka­de­mic­kich z 1202 pra­cow­ni­ków. Maso­wo wstę­po­wa­li tak­że człon­ko­wie PZPR. Prof. Wacław Dłu­go­bor­ski od grud­nia 1980 roku był człon­kiem Rady Pro­gra­mo­wej Wszech­ni­cy Gór­no­ślą­skiej. Była to insty­tu­cja powsta­ła z ini­cja­ty­wy ślą­skiej Soli­dar­no­ści”. Pro­wa­dzo­no w niej wykła­dy popu­lar­no­nau­ko­we oraz spo­tka­nia dys­ku­syj­ne z twór­ca­mi kul­tu­ry, publi­cy­sta­mi, dzia­ła­cza­mi opozycyjnymi.
– Wszech­ni­cę Gór­no­ślą­ską inwi­gi­lo­wa­ła bez­pie­ka w ramach Spra­wy Ope­ra­cyj­ne­go Roz­pra­co­wa­nia Kuź­nia”. W archi­wach IPN nie zacho­wa­ły się żad­ne dowo­dy na dzia­ła­nia skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko prof. Dłu­go­bor­skie­mu w latach 80. Nie ma jed­nak też dowo­dów na kon­ty­nu­owa­nie SB z nim współ­pra­cy po 1975 roku – wyja­śnia dr Dziuba.
Arty­kuł uka­zał się w 2009 roku. Minę­ło spo­ro cza­su, i kil­ka rze­czy wyma­ga aktu­ali­za­cji. Otóż nie ist­nie­je już pry­wat­na szko­ła wyż­sza, któ­rej prof. Dłu­go­bor­ski był rek­to­rem. Mimo, że jego agen­tu­ral­na prze­szłość zosta­ła ujaw­nio­na, do 2012 roku zasia­dał w pre­sti­żo­wej Mię­dzy­na­ro­do­wej Radzie Oświęcimskiej.

Fil­my i seria­le, czy­li Luna

Po zachwy­tach nad Idą” pora na serial o życiu i twór­czo­ści Luny Bry­sty­gier. Też cie­ka­wy, nośny temat. Wszak Pola­cy wyrzą­dzi­li jej dużo zła i była Żydów­ką. Czy to recep­ta na mię­dzy­na­ro­do­we uznanie?

Serial o życiu i twór­czo­ści” Julii Bry­sty­gier, dyrek­tor Depar­ta­men­tu V Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Publicz­ne­go), kie­ru­ją­cą anty­ko­ściel­ną dzia­łal­no­ścią MBP w latach 19451953 zdo­był­by jakieś nagro­dy na mię­dzy­na­ro­do­wych festi­wa­lach i kon­kur­sach Może nawet kil­ka. A przy oka­zji utrwa­lił­by prze­kaz Pola­ków – antysemitów”.

Luna

Julia Bry­sty­gier zwa­na była Krwa­wą Luną”. Nosi­ła róż­ne imio­na i pseu­do­ni­my: Julia, Luna, Daria, Maria, Kse­nia. Róż­ne nazwi­ska i ich pisow­nie: Prajs, Pre­iss, Bry­sty­gier, Bry­sti­ger, Bri­sti­ger, Brüsti­ger, Brie­sti­ger. Bez wzglę­du na to, jak się nazy­wa­ła, była jed­ną z naj­mrocz­niej­szych posta­ci sta­li­now­skie­go reżimu.

Jej dro­ga do apa­ra­tu repre­sji była jed­nak nietypowa.

– Tra­fia­li tam raczej ludzie ze spo­łecz­nych nizin, nie­wy­kształ­ce­ni. A ona nie szu­ka­ła spo­łecz­ne­go awan­su, mia­ła dok­to­rat z filo­zo­fii. Była wszak­że dla resor­tu war­to­ścio­wa, bo przy­dat­na w dużo bar­dziej wyma­ga­ją­cych zada­niach niż wybi­ja­nie zębów przesłuchiwanym 

tłu­ma­czył prof. Ryszard Ter­lec­ki, poseł Pra­wa i Spra­wie­dli­wo­ści, autor m.in. książ­ki Miecz i tar­cza komu­ni­zmu. Histo­ria apa­ra­tu bez­pie­czeń­stwa w Pol­sce 19441990”.

W cza­sach sta­li­now­skich prze­ciw Kościo­ło­wi kato­lic­kie­mu aktyw­nie wal­czył” Wydział V Depar­ta­men­tu V MBP. Przez cały czas ist­nie­nia Depar­ta­men­tu V jego dyrek­to­rem była słyn­na Julia Bry­sty­gier (z domu Prajs) – peda­gog, dok­tor filo­zo­fii Uni­wer­sy­te­tu Jana Kazi­mie­rza we Lwo­wie, przed­wo­jen­na komu­nist­ka, któ­ra w resor­cie bez­pie­czeń­stwa pra­co­wa­ła w latach 19441956. To ona poło­ży­ła pod­wa­li­ny pod zain­sta­lo­wa­nie sie­ci agen­tów w kuriach i para­fiach, zarów­no wśród świec­kich pra­cow­ni­ków, jak i wśród duchownych.

For­mal­nie Luna zawdzię­cza­ła swój służ­bo­wy przy­dział Sta­ni­sła­wo­wi Rad­kie­wi­czo­wi, sze­fo­wi Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Publicz­ne­go. Ale było tajem­ni­cą poli­szy­ne­la, że kochan­kiem Bry­sty­gie­ro­wej jest Jakub Ber­man – jeden z naj­waż­niej­szych funk­cjo­na­riu­szy nowe­go reżi­mu. Nie tyl­ko on.

W swej boga­tej karie­rze była w Rosji przez dłuż­szy czas rów­no­cze­śnie kochan­ką Ber­ma­na, Min­ca i Szyra”

– mówił o niej w swo­ich audy­cjach w Radiu Wol­na Euro­pa Józef Świa­tło, puł­kow­nik orga­nów bez­pie­czeń­stwa, któ­ry pod koniec 1953 r. uciekł na Zachód. Dla auto­rów sce­na­riu­sza i reży­se­ra seria­lu o Lunie” to grat­ka – roz­bu­cha­ne życie ero­tycz­ne funk­cjo­na­riusz­ki MBP.

Do inwi­gi­la­cji szkol­nych kate­che­tów chcia­ła pozy­ski­wać uczniów star­szych klas. Wyda­wa­ła dokład­ne instruk­cje wska­zu­ją­ce jak zwal­czać zako­ny, semi­na­ria duchow­ne, kato­lic­kie orga­ni­za­cje mło­dzie­żo­we czy cha­ry­ta­tyw­ne, prze­ciw­dzia­łać aktyw­no­ści dusz­pa­ster­skiej, obec­no­ści duchow­nych w szko­łach oraz jak dyna­mi­zo­wać tzw. ruch księ­ży patrio­tów czy zabez­pie­czać reżi­mo­we akcje i imprezy.

Nale­ży wziąć pod uwa­gę anta­go­ni­zmy pomię­dzy poszcze­gól­ny­mi księż­mi, spo­ry ambi­cjo­nal­ne i spo­ry na tle wal­ki o zdo­by­cie lep­szej pozy­cji mate­rial­nej i w hie­rar­chii kościel­nej” – pisa­ła puł­kow­nik Brystygier.

Z bez­pie­ki ode­szła jesie­nią 1956 r. Unik­nę­ła posta­wie­nia przed sądem za swo­ją dzia­łal­ność w cza­sie błę­dów i wypa­czeń”. Nie zgo­dził się na jej pro­ces Wła­dy­sław Gomuł­ka. Dosta­wa­ła resor­to­wą ren­tę, pra­co­wa­ła też w Naszej Księ­gar­ni i Pań­stwo­wym Insty­tu­cie Wydaw­ni­czym. Pod swo­im panień­skim nazwi­skiem (Julia Prajs) wyda­ła m.in. powieść Krzy­we lite­ry” i zbiór opo­wia­dań Znak H.”.

Śro­do­wi­sko lite­rac­kie trak­to­wa­ło ją nie­uf­nie – pamię­ta­no jej w koń­cu, że w latach 50. opie­ko­wa­ła” się m.in. rów­nież pisa­rza­mi. Pod koniec lat 60. ub. stu­le­cia usi­ło­wa­ła się nawet dostać do Związ­ku Lite­ra­tów Pol­skich, ale jej poda­nie odrzu­co­no. Nie pomo­gło popar­cie dla lite­rat­ki” same­go Jerze­go Putramenta.

Krwa­wa Luna” zbli­ży­ła się do śro­do­wi­ska Lasek, a ści­ślej: do tam­tej­sze­go Zakła­du dla Nie­wi­do­mych, któ­re­go per­so­nel sły­nął z gościn­no­ści i otwar­tej posta­wy wobec ludzi o zgo­ła odmien­nych życiorysach.

Prze­szła pod koniec życia inte­re­su­ją­cą prze­mia­nę. Przy­ję­ła podob­no chrzest, bo pod wpły­wem tam­tej­szych sióstr fran­cisz­ka­nek prze­szła coś w rodza­ju nawró­ce­nia. Wia­do­mo o tym jed­nak głów­nie z dono­sów taj­nych współ­pra­cow­ni­ków bez­pie­ki, któ­rzy inwi­gi­lo­wa­li zakład w Laskach. Zmar­ła w 1975 roku.

[Korzy­sta­łem z mate­ria­łów wła­snych, www​.ipn​.gov​.pl, Onet​.pl]

Kopal­nia Wujek 16 grudnia

16 grud­nia 1981 roku. Data zna­na każ­de­mu na Ślą­sku. Oddzia­ły ZOMO i woj­ska spa­cy­fi­ko­wa­ły bru­tal­nie strajk gór­ni­ków kopal­ni Wujek, aby prze­stra­szyć inne straj­ku­ją­ce zakła­dy. Padły strzały. 

KWK Wujek

W pacy­fi­ka­cji zgi­nę­ło 9 gór­ni­ków: Jan Sta­wi­siń­ski, Joachim Gni­da, Józef Cze­kal­ski, Krzysz­tof Giza, Ryszard Gzik, Bogu­sław Kop­czak, Andrzej Peł­ka, Zbi­gniew Wilk, Zenon Zając, a 21 zosta­ło rannych.

20 stycz­nia 1982 Pro­ku­ra­tu­ra Gar­ni­zo­no­wa w Gli­wi­cach uma­rza śledz­two w spra­wie śmier­ci gór­ni­ków z Wuj­ka. Jej zda­niem człon­ko­wie plu­to­nu spe­cjal­ne­go dzia­ła­li w warun­kach obro­ny koniecz­nej i uży­li bro­ni zgod­nie z przepisami.

9 lute­go sąd Ślą­skie­go Okrę­gu Woj­sko­we­go ogła­sza wyrok na przy­wód­ców gór­ni­cze­go straj­ku w KWK Wujek. Sta­ni­sław Pła­tek ska­za­ny został na 4 lata, Jerzy War­tak na 3,5 roku, Adam Skwi­ra i Marian Głuch po 3 lata, nato­miast czte­ry oso­by zosta­ły uniewinnione.

Pro­ces mili­cjan­tów plu­to­nu spe­cjal­ne­go ZOMO, któ­rzy zosta­li oskar­że­ni o strze­la­nie do gór­ni­ków roz­po­czął się w mar­cu 1993 roku.

Na począt­ku na ławie oskar­żo­nych zasia­dły 23 oso­by, m.in. b. zastęp­ca komen­dan­ta woje­wódz­kie­go MO Marian Okrut­ny, b. dowód­ca oddzia­łu ZOMO Kazi­mierz Wil­czyń­ski, b. dowód­ca plu­to­nu spe­cjal­ne­go ZOMO Romu­ald Cie­ślak oraz 20 człon­ków plutonu.
Ze wzglę­dów zdro­wot­nych wyłą­czo­no spra­wę Wil­czyń­skie­go, któ­ry dowo­dził odblo­ko­wa­niem kopalń. Spra­wę gen. Cze­sła­wa Kisz­cza­ka, b. sze­fa MSW, sąd wyłą­czył do odręb­ne­go postę­po­wa­nia tak­że ze wzglę­du na zły stan jego zdrowia.

Osta­tecz­nie w 2008 roku, w koń­cu zapadł pra­wo­moc­ny wyrok ska­zu­ją­cy 14 byłych zomow­ców z plu­to­nu spe­cjal­ne­go, któ­rzy bra­li udział w pacy­fi­ka­cji kopalń Wujek” i Mani­fest Lip­co­wy”. Sąd uznał wszyst­kich oskar­żo­nych za win­nych zbrod­ni komu­ni­stycz­nej. Otrzy­ma­li od 3,5 do 6 lat więzienia.

W 2009 roku, po 28 latach od masa­kry, Sąd Naj­wyż­szy osta­tecz­nie utrzy­mał wyrok. Do dziś nie został osą­dzo­ny były szef MSW gene­rał Cze­sław Kisz­czak, obcią­ża­ny odpo­wie­dzial­no­ścią za śmierć 9 gór­ni­ków z Wuj­ka”.

Zda­niem pro­ku­ra­tu­ry, dro­gę do uży­cia bro­ni w kopal­ni Wujek” otwo­rzył szy­fro­gram do jed­no­stek mili­cji, wysła­ny przez Cze­sła­wa Kisz­cza­ka w 1981 roku. Gene­rał miał już 5 pro­ce­sów w tej sprawie.

W 2004 roku ska­za­no go na 2 lata wię­zie­nia w zawie­sze­niu lecz potem został unie­win­nio­ny. Po kil­ku pro­ce­sach, osta­tecz­nie w 2013 roku sąd bez­ter­mi­no­wo zawie­sił jego spra­wę ze wzglę­du na zły stan zdrowia.

Zapo­mnia­ny jak Świtoń

Na kon­fe­ren­cji, któ­ra odby­ła się w nie­dzie­lę w Sej­mie z oka­zji 30. rocz­ni­cy powsta­nia Wol­nych Związ­ków Zawo­do­wych (WZZ) nie było Kazi­mie­rza Świ­to­nia z Katowic.

- Doro­bi­łem się… Mam dziś tysiąc zło­tych eme­ry­tu­ry, do tego cięż­ko cho­rą żonę, któ­ra nigdy nie pra­co­wa­ła, ponie­waż wycho­wy­wa­ła szóst­kę naszych dzie­ci. Chy­ba sprze­dam auto­gra­fy Ojca Świę­te­go, bo nie mam z cze­go żyć – mówi Świ­toń. Jest roz­go­ry­czo­ny. Ma niską eme­ry­tu­rę, bo od kie­dy w mar­cu 1978 roku zało­żył w Kato­wi­cach pierw­szy w kra­ju Komi­tet Wol­nych Związ­ków Zawo­do­wych, nie miał sta­łej pracy.

kazimierz-świtoń

Kazi­mierz Świ­toń, jego żona Doro­ta oraz pię­cio­ro ich dzie­ci byli prze­śla­do­wa­ni przez Służ­bę Bez­pie­czeń­stwa z Kato­wic: sta­łe rewi­zje w ich domu, zatrzy­my­wa­nie bez powo­du w aresz­tach, aresz­to­wa­nie Świ­to­nia na pięć tygo­dni w czerw­cu 1978, oczer­nia­nie, stra­sze­nie i znie­wa­ża­nie. W odwe­cie za WZZ wła­dze Kato­wic na pole­ce­nie SB zamknę­ły pro­wa­dzo­ny przez nie­go od dzie­się­ciu lat zakład napra­wy sprzę­tu tele­wi­zyj­ne­go w cen­trum miasta.

W paź­dzier­ni­ku 1978 r. wycho­dzą­ce­go z kościo­ła opo­zy­cjo­ni­stę, napa­dło czte­rech męż­czyzn w cywi­lu. Akcja” nastą­pi­ła kil­ka­dzie­siąt metrów od kamie­ni­cy na uli­cy Miko­łow­skiej w Kato­wi­cach, gdzie miesz­ka­li Świ­to­nio­wie. Napast­ni­cy wykrę­ci­li Świ­to­nio­wi ręce i zaczę­li wcią­gać do sto­ją­ce­go na uli­cy brą­zo­we­go fia­ta 125p. Roz­po­czę­ła się sza­mo­ta­ni­na. Dopie­ro porucz­nik mili­cji, prze­cho­dzą­cy przy­pad­kiem” uli­cą pomógł we wsa­dze­niu dzia­ła­cza WZZ do samo­cho­du. Esbe­cy z pobi­tym i sku­tym Świ­to­niem poje­cha­li do komen­dy milicji.

Po kil­ku godzi­nach Świ­toń został aresz­to­wa­ny. Pro­ku­ra­tor Andrzej Nastu­ła oskar­żył go o… napaść na funk­cjo­na­riu­szy. Jak wyni­ka z notat­ki sze­fa SB w Kato­wi­cach do Dyrek­to­ra Depar­ta­men­tu III MSW w War­sza­wie zatrzy­ma­nie Świ­to­nia było pro­wo­ka­cją, zakoń­czo­ną suk­ce­sem – czy­li aresztowaniem.

Kole­gium do spraw wykro­czeń w Kato­wi­cach ska­za­ło go na 2 mie­sią­ce aresz­tu za wywo­ła­nie zbie­go­wi­ska”. Świ­toń od wyro­ku się odwołał.

Ter­min roz­pra­wy wyzna­czo­no na 2 mar­ca 1979 roku. Wyrok w imie­niu PRL miał wydać Gerard Jan­ko­wiak, ówcze­sny pre­zes Sądu Rejo­no­we­go w Kato­wi­cach. Oskar­ży­cie­lem w pro­ce­sie został wice­pro­ku­ra­tor pro­ku­ra­tu­ry rejo­no­wej w Kato­wi­cach tow. Andrzej Nastuła.

Jed­nak już kil­ka tygo­dni wcze­śniej przed­sta­wi­cie­le SB kon­tak­to­wa­li się z sędzią Jan­ko­wia­kiem. Usta­la­no, jak będzie wyglą­dał pro­ces, kto zosta­nie wpusz­czo­ny na salę roz­praw (12 funk­cjo­na­riu­szy SB, w tym dwie kobie­ty oraz dwóch taj­nych współ­pra­cow­ni­ków: Tomek” i Klucz”).

Świ­to­nia z zaan­ga­żo­wa­niem bro­ni­li dwaj adwo­ka­ci z War­sza­wy: Wła­dy­sław Siła-Nowic­ki i Jan Olszew­ski. W cza­sie roz­pra­wy oskar­żo­ny mówił, że »bro­nił się, bo został zaata­ko­wa­ny przez nieznajomych«.

Od kil­ku­na­stu mie­się­cy Świ­toń przez kil­ka godzin czy­ta w archi­wum Insty­tu­tu Pamię­ci Naro­do­wej doku­men­ty na swój temat. To kil­ka tysię­cy stron. Na kse­ro­ko­pie akt nie ma pie­nię­dzy. Mozol­nie prze­pi­su­je tysią­ce stron doku­men­tów do swo­je­go laptopa.

– Pozby­wam się złu­dzeń, co do wie­lu zna­jo­mych. Esbe­cja nada­ła mojej spra­wie kryp­to­nim Emi­sa­riusz”. Zmon­to­wa­no w 1977 roku sieć agen­tów, fil­mo­wa­no z ukry­cia mnie i rodzi­nę, knu­to i nęka­no, pod­słu­chi­wa­no nas w domu. Do 1990 roku dono­si­ło na mnie ponad 170 taj­nych współ­pra­cow­ni­ków. Ci, któ­rzy mnie repre­sjo­no­wa­li mają dziś wyso­kie eme­ry­tu­ry, i się ze mnie śmie­ją – mówi.

- Tak, byłem pre­ze­sem Sądu Rejo­no­we­go w Kato­wi­cach i ska­za­łem Świ­to­nia na rok wię­zie­nia. W cza­sie pro­ce­su SB nie mani­pu­lo­wa­ło ani mną, ani inny­mi oso­ba­mi. Kon­tak­ty z SB doty­czy­ły bez­pie­czeń­stwa sądu. Wyrok był moim zda­niem spra­wie­dli­wy. Wyda­łem go po prze­słu­cha­niu wie­lu świad­ków i ana­li­zie akt – stwier­dza sędzia Jan­ko­wiak, któ­ry był wizy­ta­to­rem w Sądzie Okrę­go­wym w Kato­wi­cach. Teraz jest na zasłu­żo­nej eme­ry­tu­rze. – Świ­toń to była tyl­ko jed­na z wie­lu spraw – doda­je po chwi­li sędzia.

IPN roz­po­czy­na śledztwo

Jan­ko­wiak ma jed­nak sła­bą pamięć. – Wszyst­ko było ukar­to­wa­ne i usta­lo­ne: zezna­nia świad­ków, publicz­ność i wyrok – twier­dzi Świ­toń. Ma na to dowo­dy – akta spra­wy Emi­sa­riu­sza”.

Po kon­sul­ta­cji z pre­ze­sem sądu rejo­no­we­go w Kato­wi­cach usta­lo­no spo­sób pra­wi­dło­we­go prze­bie­gu roz­pra­wy oraz zabez­pie­cze­nia oskar­żo­ne­go. (…) Instruk­taż ze świad­ka­mi – funk­cjo­na­riu­sza­mi MO prze­pro­wa­dzi przed roz­pra­wą kpt. J. Wie­niew­ski z wydzia­łu śled­cze­go. Roz­mo­wy pro­fi­lak­tycz­no-son­da­żo­we ze świad­ka­mi z zewnątrz prze­pro­wa­dzi porucz­nik M. Mer­ta i st. sierż. R. Obrok z Wydzia­łu III. (…) Nie prze­wi­du­je się wezwa­nia na roz­pra­wę bie­głych. Gdy­by obro­na wystą­pi­ła z takim wnio­skiem, prze­wod­ni­czą­cy skła­du orze­ka­ją­ce­go go odda­li” rapor­tu­ją swo­im sze­fom funk­cjo­na­riu­sze SB w Kato­wi­cach przed procesem.

Wyrok wyda­ny przez G. Jan­ko­wia­ka został zmie­nio­ny w 1981 r. Sąd Okrę­go­wy w Kato­wi­cach umo­rzył postę­po­wa­nie, bo nie dopa­trzył się przestępstwa.

- Wsz­czę­li­śmy śledz­two w spra­wie popeł­nie­nia zbrod­ni komu­ni­stycz­nej przez funk­cjo­na­riu­szy MOSB. Stwo­rzy­li fał­szy­we dowo­dy, dzię­ki któ­rym sąd rejo­no­wy w Kato­wi­cach ska­zał Świ­to­nia – mówi Michał Skwa­ra pro­ku­ra­tor IPN w Katowicach.

Czy SB wywie­ra­ła rów­nież wpływ na sędzie­go? Tym na razie IPN się nie zajmuje.

- Świ­toń jest posta­cią tyleż boha­ter­ską, co tra­gicz­ną. Nie­któ­rzy poli­ty­ce do tej pory nie mogą wyba­czyć mu publicz­ne­go oskar­że­nia w cza­sie jed­nej z debat w Sej­mie pre­zy­den­ta Lecha Wałę­sy o agen­tu­ral­ną prze­szłość. Nie­wy­god­ny jest rów­nież anty­se­mi­tyzm Świ­to­nia i ludzie, któ­ry­mi się ota­czał w cza­sie swe­go pro­te­stu na żwi­ro­wi­sku w 1998 roku w pobli­żu obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go Auschwitz-Bir­ke­nau. Rzą­do­wi nie­po­trzeb­ne są napię­cia ze śro­do­wi­ska­mi żydow­ski­mi – tak tłu­ma­czy zapo­mnie­nie zało­ży­cie­la WZZ jeden z posłów Pra­wa i Spra­wie­dli­wo­ści ze Śląska.

Kazi­mierz Świ­toń nicze­go nie żału­je. – Postą­pił­bym tak samo, a swo­ich poglą­dów na temat praw­dy i histo­rii nigdy się nie wyprę – dodaje.

Zapo­mi­na­nie” o Świ­to­niu to kolej­ny przy­kład mar­gi­na­li­zo­wa­nia roli opo­zy­cji nie­pod­le­gło­ścio­wej na Ślą­sku. Od lat zauwa­żam, że poli­ty­cy o Ślą­sku przy­po­mi­na­ją sobie jedy­nie w grud­niu- z oka­zji Bar­bór­ki i rocz­ni­cy pacy­fi­ka­cji straj­ku na Wuj­ku”.

[Arty­kuł został opu­bli­ko­wa­ny w 2008 roku]

Cień Gębor­skie­go

68 lat temu został zli­kwi­do­wa­ny Obóz Pra­cy w Łam­bi­no­wi­cach koło Nysy, w któ­rym po woj­nie zgi­nę­ło ponad 1,5 tysię­cy wysie­dla­nych ze Ślą­ska Niem­ców. Jego komen­dan­tem był Cze­sław Gębor­ski, mrocz­ny typ któ­ry nigdy nie odpo­wie­dział za swo­je przestępstwa.

Nikt z sąsia­dów kamie­ni­cy przy uli­cy 1 Maja 48 w Kato­wi­cach nie wie­dział, że w miesz­ka­niu nr 16 na ostat­nim pię­trze wraz z żoną miesz­ka były komen­dant obo­zu w Łam­bi­no­wi­cach (niem. Lams­dorf) na Ślą­sku Opolskim.

Cze­sła­wa Gębor­skie­go z cie­nia histo­rii” wycią­gnę­li dokład­nie 28 maja 1997 r. dzia­ła­cze Ruchu Auto­no­mii Ślą­ska, Ligi Repu­bli­kań­skiej oraz Związ­ku Lud­no­ści Naro­do­wo­ści Ślą­skiej, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wa­li pod jego domem pikietę.

Kamie­ni­ca, w któ­rej miesz­kał były komen­dant obo­zu, znaj­du­je się tuż obok rek­to­ra­tu Uni­wer­sy­te­tu Eko­no­micz­ne­go. Pamię­tam, że na domo­fo­nie bra­ko­wa­ło jedy­nie tablicz­ki z jego nazwi­skiem. Sąsie­dzi, któ­rzy wyszli na uli­cę, zwa­bie­ni odgło­sa­mi skrom­nej mani­fe­sta­cji, nie wie­dzie­li (albo nie chcie­li wie­dzieć), kto miesz­ka pod 16”: - To star­szy, scho­ro­wa­ny czło­wiek - mówi­li. Nie sły­sze­li też o obo­zie w Łambinowicach.

Ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz żydow­skie­go pocho­dze­nia John Sack napi­sał książ­kę Oko za oko. Prze­mil­cza­na histo­ria Żydów, któ­rzy w 1945 roku mści­li się na Niem­cach”. Jedy­ne w Pol­sce wyda­nie książ­ki uka­za­ło się dwa­dzie­ścia (!) lat temu.

Sack się­gnął do tema­tu, któ­ry był tabu – poka­zał, jak w cią­gu kil­ku powo­jen­nych lat Żydzi, któ­rzy prze­ży­li nie­miec­kie obo­zy kon­cen­tra­cyj­ne, mści­li się na Niem­cach, wstę­pu­jąc do UB, zosta­wa­li kie­row­ni­ka­mi zakła­dów kar­nych, wię­zień i obo­zów pra­cy dla Niem­ców na Śląsku.

29 stycz­nia 1945 roku Alek­san­der Zawadz­ki, mia­no­wa­ny peł­no­moc­ni­kiem Rzą­du Tym­cza­so­we­go na woje­wódz­two ślą­skie, wydał zarzą­dze­nie w spra­wie likwi­da­cji wszel­kich śla­dów oku­pa­cji nie­miec­kiej i dla zama­ni­fe­sto­wa­nia pol­sko­ści Ślą­ska”. Kon­se­kwen­cją tego zarzą­dze­nia było powsta­nie obo­zów pracy.

Tade­usz M. Płu­żań­ski tak pisze o skut­kach decy­zji Zawadzkiego:

Komu­ni­stycz­ne wła­dze naka­za­ły wysie­dla­nie nie­miec­kich rodzin z ich gospo­darstw na Ślą­sku, aby zna­leźć miej­sce dla repa­trian­tów ze Wscho­du. Nie wywo­żo­no ich jed­nak za nową, usta­lo­ną w Jał­cie gra­ni­cę Pol­ski. Miej­scem wysie­dle­nia były Łam­bi­no­wi­ce. W pry­mi­tyw­nych bara­kach umiesz­cza­no jed­nak nie tyl­ko nie­miec­kich wysie­dleń­ców i człon­ków hitle­row­skich orga­ni­za­cji. Ponie­waż uchodź­ców z pol­skich Kre­sów było wie­lu, do obo­zu tra­fia­ły całe wsie, włącz­nie z kobie­ta­mi (któ­re były w Łam­bi­no­wi­cach mal­tre­to­wa­ne i gwał­co­ne), dzieć­mi i star­ca­mi. Wśród osa­dzo­nych zna­la­zły się oso­by przy­zna­ją­ce się do naro­do­wo­ści pol­skiej, miesz­kań­cy Opolsz­czy­zny, któ­rzy opar­li się germanizacji”.

Bez wyrzu­tów sumienia

Obóz, któ­re­go Gębor­ski był komen­dan­tem w lite­ra­tu­rze nie­miec­kiej zyskał sobie mia­no obo­zu zagła­dy”. To nad­uży­cie, bo oczy­wi­ście ska­la ofiar w Łam­bi­no­wi­cach nie jest porów­ny­wal­na z ofia­ra­mi nazi­stow­skich obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, jed­nak śmier­tel­ność była bar­dzo wyso­ka. Wia­do­mo dzi­siaj, że Cze­sław Gębor­ski oso­bi­ście mor­do­wał i brał udział w tor­tu­ro­wa­niu więź­niów. Owi Niem­cy, któ­rzy zna­leź­li się w tym obo­zie, to byli w ogrom­nym pro­cen­cie miesz­kań­cy Ślą­ska, przed­sta­wi­cie­le róż­nych zawo­dów, nie mają­cy nic wspól­ne­go ze zbrod­nia­mi SS czy gesta­po. Przez obóz w Łam­bi­no­wi­cach (niem. Lams­dorf) prze­szło po woj­nie ponad 2 tysią­ce osób.

W repor­ta­żu sprzed lat pt. Cień Łam­bi­no­wic” tak pisałem:

Drzwi pod 16. otwie­ra star­sza kobie­ta. – Mąż jest cięż­ko cho­ry, po dwóch zawa­łach i wyle­wie, pro­szę go nie dener­wo­wać – pro­si. Po dłuż­szym waha­niu zga­dza się na roz­mo­wę: – Cze­sław mówił mi wszyst­ko o tych cza­sach. Byłam nawet na Łam­bi­no­wi­cach przed laty i ludzie mi opo­wia­da­li, że ten grób o któ­ry się tak awan­tu­ru­ją Niem­cy, to jest grób Ruskich ofi­ce­rów z I woj­ny świa­to­wej. W Łam­bi­no­wi­cach był naj­pierw obóz rosyj­skich jeń­ców, potem epi­de­mia tyfu­su. To wszyst­ko kłam­stwa… w ubie­gły pią­tek był u nas pre­zes mniej­szo­ści nie­miec­kiej pan Ury­na i prze­pra­szał męża za szkalowanie.

Wcho­dzę do małe­go poko­ju, gdzie sie­dzi Cze­sław Gębor­ski. Star­szy pan, w szla­fro­ku, o zde­cy­do­wa­nych rysach, pali faj­kę… Zga­dza się na rozmowę.

Ta mani­fe­sta­cja przed domem…

- Niech robią co chcą, prze­cież to są nawie­dze­ni ludzie, chcą tyl­ko dra­ki, nic więcej.

Co się dzia­ło w obo­zie w Łambinowicach?

- Jak to po woj­nie. Jakież to mogę mieć wyrzu­ty sumie­nia? Oka­za­ło się, że ten, któ­ry został zabi­ty w Łam­bi­no­wi­cach – zgi­nął pod Sta­lin­gra­dem, ten, któ­ry miał zostać rze­ko­mo zamę­czo­ny w obo­zie – wyje­chał legal­nie do Nie­miec. Ja byłem komen­dan­tem tyl­ko dwa mie­sią­ce, na samym począt­ku… To co wypi­su­ją na tych afi­szach to bzdu­ra, nikt nie mor­do­wał­by ludzi na oczach mię­dzy­na­ro­do­wej komisji!

Prze­ciw­ko Panu w latach 50. toczy­ło się postępowanie?

- Tak, i zosta­łem uniewinniony.

Czu­je się pan win­ny temu, co w 1945 roku dzia­ło w Łambinowicach?

- Niee, nie. A kto się z nich przej­mo­wał dwu­dzie­sto­ma tysią­ca­mi Pola­ków wysie­dlo­nych ze Wscho­du i biwa­ku­ją­cych na opol­skich bło­niach? Nikt! Tam wybu­chła epi­de­mia tyfu­su i czer­won­ki. Trze­ba było ich gdzieś umie­ścić, dla­te­go zaczę­to wysie­dlać Niem­ców, aby zro­bić miej­sce dla Pola­ków. Dla­cze­go nie mówi się o Pola­kach, któ­rzy umie­ra­li na tych bło­niach? Edmund Nowak napi­sał stek bzdur w tej swo­jej książ­ce o obo­zie. Co mu kto powie­dział, to pisał. W zasa­dzie oparł się na książ­ce tego leka­rza obo­zo­we­go Hein­za Esse­ra [„Die Höl­le von Lams­dorf. Doku­men­ta­tion über ein polni­sches Ver­nich­tung­sla­ger” – przyp. TS], a to był głów­ny pro­wo­ka­tor. Archi­wum obo­zu kom­plet­nie temu zaprzecza.

Znał pan Salo­mo­na Morela?

- Bar­dzo dobrze, to był świet­ny chło­pak. Wymor­do­wa­li mu cała rodzi­nę, ukry­wał się… Po woj­nie został mia­no­wa­ny komen­dan­tem obo­zu w Świę­to­chło­wi­cach. Do obo­zu kie­ro­wa­no róż­nych ludzi – nie­do­bit­ków, cho­rych na tyfus. Gdy­by Morel te doku­men­ty ludzi, któ­rzy tam zmar­li, spa­lił, to nie było­by całej spra­wy. A on oddał je lojal­nie do Urzę­du Sta­nu Cywil­ne­go! I teraz mówią: Morel zabił tylu i tylu ludzi. Twier­dzą, jako Żyd to się mścił! To nonsens!

Czy­li niewinny?

- Abso­lut­nie nie­win­ny! To są gry nie­miec­kie! Dla­cze­go nikt nie pisze o tym, ilu Niem­ców zamor­do­wa­li Alian­ci po kapi­tu­la­cji Niemiec?

Skąd się zatem wzię­ły te rela­cje o Łam­bi­no­wi­cach? To nie był to obóz pra­cy dla Niem­ców w 1945 roku i wysie­dla­nych ze Śląska?

- Jak mam udo­wod­nić? Każ­dy Nie­miec miał łóż­ko, trzy skrom­ne posił­ki dzien­nie, a myśmy jedli w zasa­dzie to samo.

Morel twier­dzi, że miał powód, aby się mścić na Niem­cach, a Pan?

- Od 1941 roku cała oku­pa­cję włó­czy­łem się po wię­zie­niach i obo­zach, a wyzwo­li­ła mnie dopie­ro Armia Radziec­ka w Mysło­wi­cach. Ojciec sie­dział 4 lata w obo­zie. A któ­ry Polak nie miał powo­du do zemsty na Niem­cach? 12,5 milio­na Pola­ków sie­dzia­ło w obo­zach i wię­zie­niach, zamor­do­wa­li ponad 6 milio­nów, milio­ny kalek, znisz­czo­ny kraj. Niem­cy obcho­dzi­li się lepiej ze zwie­rzę­ciem, niż Pola­ka­mi. Za to ich mia­łem kochać? Oni są teraz oczy­wi­ście nie­win­ni. W Łam­bi­no­wi­cach nic się z więź­nia­mi nie dzia­ło – była epi­de­mia tyfusu!

Co Pan dzi­siaj robi na resor­to­wej emeryturze?

- Sie­dzę w domu i czy­tam. Nie mam zaufa­nia do dzien­ni­ka­rzy, ponie­waż cała pra­sa ślą­ska jest wyku­pio­na przez Niemców.

Czło­wiek do spe­cjal­nych poru­czeń” – tak Cze­sła­wa Gębor­skie­go okre­ślił jego kole­ga z Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa. Gębor­ski miał opi­nię czło­wie­ka bez­względ­ne­go i okrut­ne­go. Do wybu­chu II woj­ny świa­to­wej miesz­kał w Dąbro­wie Gór­ni­czej. Tra­fił do komu­ni­stycz­nej par­ty­zant­ki. Po zakoń­cze­niu woj­ny wstą­pił do Mili­cji Oby­wa­tel­skiej i szyb­ko awan­so­wał na sierżanta.

Towa­rzy­sze z resortu

Do mar­ca 1945 pra­co­wał razem z Salo­mo­nem More­lem w obo­zie Świę­to­chło­wi­cach, a następ­nie w Nie­mo­dli­nie. W lip­cu 1945 został komen­dan­tem Obo­zu Pra­cy w Łam­bi­no­wi­cach. Peł­nił tę funk­cję do paź­dzier­ni­ka 1945, kie­dy to posta­wio­no mu zarzut prze­kro­cze­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Cho­dzi­ło o spa­le­nie bara­ku z więź­nia­mi i roz­kaz strze­la­nia do gaszą­cych go więź­niów. Zgi­nę­ło wów­czas 48 osób.

Mimo tak poważ­nych zarzu­tów uczest­ni­czył w pro­ce­sie żoł­nie­rza NSZ Bole­sła­wa Pro­no­bi­sa pseud. Ikar (ska­za­ny na śmierć i stra­co­ny). W 1947 śledz­two w spra­wie wyda­rzeń w obo­zie zosta­ło umo­rzo­ne, a Cze­sław Gębor­ski został awan­so­wa­ny do stop­nia kapitana.

Po 1956 r. śledz­two w spra­wie Łam­bi­no­wic zosta­ło wzno­wio­ne. Gębor­ski tra­fił do aresz­tu. Sąd jed­nak unie­win­nił byłe­go komen­dan­ta (mimo obcią­ża­ją­cych zeznań naj­bliż­sze­go współ­pra­cow­ni­ka – Igna­ce­go Szy­pu­ły, któ­ry póź­niej wypadł z okna), a pro­ku­ra­tu­ra nie odwo­ła­ła się od wyro­ku. W 1960 r., będąc już ofi­ce­rem SB, kapi­tan Gębor­ski pró­bo­wał uzy­skać odszko­do­wa­nie za 22 mie­sią­ce aresz­tu. Bez­sku­tecz­nie, sąd uznał areszt za zasad­ny i potwier­dził, że wyrok unie­win­nia­ją­cy nie roz­wie­wa wszyst­kich wąt­pli­wo­ści. Karie­rę w resor­cie koń­czy w 1974 r. w stop­niu majora.

Bez­kar­ni

Od koń­ca lat 90. XX wie­ku w sądzie w Opo­lu toczył się wzno­wio­ny pro­ces w spra­wie śmier­ci 48 osób z obo­zu w Łam­bi­no­wi­cach. Gębor­ski został oskar­żo­ny o zabój­stwo. Pro­ces (prze­ry­wa­ny noto­rycz­ną nie­obec­no­ścią świad­ków, w więk­szo­ści byłych mili­cjan­tów i ube­ków) trwał do 2005 r., kie­dy to został odro­czo­ny ze wzglę­du na zły stan zdro­wia oskar­żo­ne­go. Osta­tecz­nie został umo­rzo­ny w 2006 r. z powo­du śmier­ci oskarżonego.

Życio­rys Gębor­skie­go skry­wa spo­ro tajem­nic. Insty­tu­to­wi Pamię­ci Naro­do­wej uda­ło się usta­lić część nazwisk funk­cjo­na­riu­szy Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa, któ­rzy bra­li udział w ope­ra­cji Lawi­na” i sto­ją za egze­ku­cją żoł­nie­rzy z gru­py Bart­ka”. Zapew­ne nigdy się nie dowie­my o roli Gębor­skie­go w mor­do­wa­niu żoł­nie­rzy z Oddzia­łu Bart­ka” – Hen­ry­ka Flame.

Oaza peł­na teczek

Lustra­cja, szan­taż, skrę­co­ne” śledz­two, esbec­kie akta, dziw­ne struk­tu­ry służb spe­cjal­nych. Ta opo­wieść będzie praw­dzi­wa, choć wyda­je się zupeł­nie nie­praw­do­po­dob­na. Nie­praw­do­po­dob­na głów­nie ze wzglę­du na finał.

To począ­tek moje­go repor­ta­żu o histo­rii pew­nej afe­ry zwią­za­nej z ope­ra­cją Oaza.

oaza wpolityce

Wię­cej o tej histo­rii w naj­now­szym nume­rze wSie­ci”!

Czy Ślą­zak ma duszę?

Cie­ka­wa dys­ku­sja wywią­za­ła się na por­ta­lu Sto­wa­rzy­sze­nia Dzien­ni­ka­rzy Pol­skich. Pośred­nio o dzien­ni­kar­stwie, a bar­dziej – o Ślą­sku. War­to prze­czy­tać i pody­sku­to­wać. Naj­wyż­szy czas.

Grze­gorz Mika, Ślą­zak z dzia­da pra­dzia­da, ale dale­ki od fascy­na­cji Ruchem Auto­no­mii Ślą­ska, dzien­ni­karz napi­sał:

Ślą­zak to dusza. Dusza, któ­ra zosta­ła ukształ­to­wa­na przez warun­ki tu panu­ją­ce. Wszyst­kie warun­ki: histo­rycz­ne, spo­łecz­ne, kul­tu­ral­ne, reli­gij­ne i prze­my­sło­we. Dla­te­go pisa­nie co w duszy gra” Ślą­za­ko­wi wyma­ga wiel­kiej poko­ry, wie­dzy i dystansu.

Nie znam żad­ne­go Ślą­za­ka, któ­ry ubie­ra­jąc kierp­ce stał się góra­lem. Góra­lem z krwi i kości. Czy przez jedze­nie więk­szej ilo­ści ryb będę Kaszu­bem? I czy jak przy­ja­dę do War­sza­wy to będę war­sza­wia­kiem, czło­wie­kiem ukształ­to­wa­nym przez Paryż Pół­no­cy” czy 44 rok? Nie! – będę sło­ikiem” – (po ślą­sku: krał­zą). I nie ma co się obra­żać, wszak każ­de­go z nas dener­wu­je jak ktoś wcho­dzi w czy­jeś buty.

Na Ślą­sku jest tak, że więk­szość dzien­ni­ka­rzy piszą­cych o Ślą­sku jest spoza…Śląska. A oka­zu­je się, że to oni naj­le­piej wie­dzą, cze­go potrze­bu­je­my, co myśli­my. To oni rozu­mie­ją całą zło­żo­ność naszej kul­tu­ry i naszą wraż­li­wość. Nieprawda!

Czy nikt nie widzi tego, że Ślą­zak się mio­ta, bo zawsze musiał słu­chać kogoś z zewnątrz. Prze­śledź­cie, kto rzą­dził i rzą­dzi kopal­nia­mi, huta­mi. Kto zaj­mo­wał kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska, róż­nych szcze­bli? – ludzie prze­flan­co­wa­ni z innych czę­ści Pol­ski. A może Edward Gie­rek był Ślą­za­kiem (tak więk­szość twier­dzi) – nie był. Był z Zagłę­bia Dąbrowskiego.

Ślą­za­cy nie­wie­le chcą, nie­wie­le potrze­bu­ją. Czu­ją swo­ją odręb­ność kul­tu­ro­wą uwa­run­ko­wa­ną histo­rycz­nie, ale przede wszyst­kim, są zmal­tre­to­wa­ni eko­no­micz­nie. To już nie jest Śląsk z kopal­nia­mi, huta­mi i mnó­stwem róż­nych zakła­dów. To jest region gdzie bez­ro­bo­cie, w nie­któ­rych mia­stach, jest pra­wie PGR-owskie! Przez całe lata są roz­gry­wa­ni, okła­my­wa­ni i wpusz­cza­ni w kanał obiet­nic. Kanał, z któ­re­go zawsze muszą wycho­dzić sami. Ale są coraz bar­dziej poobijani.

Ergo: Ślą­zak to dusza, któ­ra, choć umę­czo­na, ale wol­na, uno­si się nad hał­da­mi i czar­ną zie­mią, a w bla­sku słoń­ca i w bla­sku księ­ży­ca ma odcień bia­ło-czer­wo­ny. I my to, nawet bez bry­li (oku­la­rów), widzi­my. Zobacz­cie i Wy. Szczęść Boże! – (to na Ślą­sku naj­waż­niej­sze pozdrowienie)

Tyle Grze­gorz Mika.

To bar­dzo cie­ka­wy i… odważ­ny arty­kuł. Dłu­go zasta­na­wia­łem się, czy zabie­rać głos, bo autor napi­sał dosad­nie i temat pra­wie wyczer­pał. Jed­nak po roz­wa­że­niu za i prze­ciw, dorzu­cę jed­nak swo­je trzy grosze.

Nie­ste­ty, dla regio­nu Pol­ski, z któ­re­go pocho­dzę i któ­ry jest mi bar­dzo bli­ski, do pew­ne­go momen­tu mono­pol na praw­dę o Ślą­sku” mia­ła jed­na pani, któ­rej opty­ka była moc­no ogra­ni­czo­na. Ogra­ni­czo­na z róż­nych powo­dów. Zamiesz­ka­nie w woje­wódz­twie ślą­skim z miesz­kań­ca Zagłę­bia nie czy­ni auto­ma­tycz­nie Ślą­za­ka. To kwe­stia histo­rii, mniej lub bar­dziej trau­ma­tycz­nej, podej­ścia do toż­sa­mo­ści, śro­do­wi­ska, rodzi­ny etc.

Absurd całej sytu­acji pole­ga na tym, że pisa­nie o Ślą­sku tej autor­ki (celo­wo nie wymie­niam nazwi­ska), pole­ga­ło głów­nie na mono­te­ma­tycz­nym pisa­niu o zagro­że­niu dzia­łal­no­ścią RAŚ. Sła­ba warsz­ta­to­wo publi­cy­sty­ka miast osła­biać Ruch Auto­no­mii Ślą­ska – wzmac­nia­ła go. Mnie, jako dzien­ni­ka­rzo­wi czy­ta­jąc te arty­ku­ły było po pro­stu wstyd.

Dla­cze­go? Otóż jeże­li ktoś chce wal­czyć” z RAŚ, to powi­nien w swo­jej kru­cja­cie uży­wać wywa­żo­nych i mery­to­rycz­nych argu­men­tów. Ina­czej ośmie­sza nie tyl­ko sie­bie, ale przede wszyst­kim miesz­kań­ców regio­nu, o któ­re­go spra­wy wal­czy”, czy któ­re­go spra­wy sta­ra się przed­sta­wić. Ale wycho­dzi jak zawsze.

Powtó­rzę w tym miej­scu to, co powie­dzia­łem Fron​dzie​.pl (w 2010 roku!):

- Gorze­lik nie będzie dążył do sepa­ra­ty­zmu, ponie­waż nie jest idio­tą. On zda­je sobie spra­wę z tego, w jakich realiach żyje. Kie­dyś mówił mi, że celem jego dzia­łal­no­ści jest auto­no­mia podob­na do tej, jaką w Hisz­pa­nii cie­szy się Kraj Basków – mówi [Szym­bor­ski] por­ta­lo­wi Fron​da​.pl.

I dalej:

Tomasz Szym­bor­ski tłu­ma­czy suk­ces Ruchu nie­chę­cią do war­szaw­skiej” cen­tra­li. – To popar­cie to wynik dzie­się­cio­le­ci zanie­dby­wa­nia Ślą­ska przez resz­tę kra­ju. Ślą­za­cy czu­li się zawsze gor­si, uwa­ża­no, że tu jest zagłę­bie taniej, czy­taj: głu­piej siły robo­czej – uwa­ża dzien­ni­karz. […]Zda­niem Szym­bor­skie­go RAŚ nie powi­nien dążyć do pro­wa­dze­nia poli­ty­ki cen­tral­nej, ale zająć się dzia­łal­no­ścią w samo­rzą­dzie. – Powin­ni sku­pić się na poli­ty­ce samo­rzą­do­wej w ska­li woje­wódz­twa, a nie sze­rze­niu haseł, któ­re mogą wywo­ły­wać dziw­ne sko­ja­rze­nia z pró­bą ode­rwa­nia Ślą­ska od Polski.

Cie­szę się nato­miast, że powo­li Piotr Sem­ka zaczy­na koja­rzyć, o co z tym Ślą­skiem cho­dzi”. Ale on jest z Gdańska…

Gdzie są agen­ci STASI?

Dla nie­miec­kich archi­wi­stów z Insty­tu­tu Gauc­ka wykaz agen­tów Sta­si w Pol­sce kie­dyś trak­to­wa­ny jako Streng Gehe­im!” (ści­śle taj­ny) jest obec­nie ści­śle jaw­ny. Nie inte­re­su­ją się nią tyl­ko pol­ski apa­rat ści­ga­nia i wymiar spra­wie­dli­wo­ści. Przed kil­ko­ma laty prze­ka­za­no do War­sza­wy nie­któ­re akta, ale nic z nimi nie zrobiono.

Oprócz agen­tów daw­ne­go KGBGRU spo­ro w Pol­sce pozo­sta­ło set­ki nie­ujaw­nio­nej agen­tu­ry wschod­nio­nie­miec­kie­go Mini­ste­rium für Sta­ats­si­cher­he­it (MfS), bar­dziej zna­ne­go jako Sta­si. Dla­cze­go w Pol­sce współ­pra­ca naszych oby­wa­te­li ze służ­ba­mi spe­cjal­ny­mi obce­go pań­stwa wciąż nie pod­le­ga rozliczeniu?

683px-Emblema_Stasi.svg

Wschod­nio­nie­miec­ka bez­pie­ka, czy­li Sta­si w latach 80. mia­ła w Pol­sce kil­ku­set agen­tów i infor­ma­to­rów. Byli wśród nich nie tyl­ko Niem­cy, ale tak­że Pola­cy. Czy szpie­dzy NRD zdo­ła­li zbu­do­wać siat­kę swych współ­pra­cow­ni­ków zło­żo­ną z Niem­ców i oby­wa­te­li pol­skich? Naj­praw­do­po­dob­niej tak. Przy­naj­mniej tak wyni­ka z mate­ria­łów daw­nej Sta­si, do któ­rych dotar­ła dr Han­na Labrenz-Weiss z Fede­ral­ne­go Urzę­du do spraw Doku­men­tów Służb Bez­pie­czeń­stwa byłej NRD w Ber­li­nie, zna­ne­go bar­dziej jako Urząd Gauc­ka, odpo­wied­ni­ka Insty­tu­tu Pamię­ci Narodowej.

Sta­si inte­re­so­wa­ła się Pol­ską od 1978 roku, gdy Jan Paweł II został wybra­ny papie­żem. Zain­te­re­so­wa­nie jesz­cze wzro­sło w cza­sie powsta­nia Soli­dar­no­ści”. Naj­waż­niej­szą rolę w dzia­łal­no­ści ope­ra­cyj­nej Sta­si w Pol­sce odgry­wał Wydział Głów­ny II Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­we­go (MfS-Haup­tab­te­ilung II), czy­li kontrwywiad.

Do jego zadań nale­ża­ły: koor­dy­na­cja współ­pra­cy z part­ner­ski­mi służ­ba­mi, dema­sko­wa­nie rezy­den­tur i poszcze­gól­nych agen­tów państw nale­żą­cych do NATO ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem RFN, a tak­że infor­mo­wa­nie kie­row­nic­twa par­tyj­ne­go i pań­stwo­we­go NRD o zja­wi­skach waż­nych z punk­tu widze­nia bez­pie­czeń­stwa państwowego.

8 wrze­śnia 1980 roku, na mocy poro­zu­mie­nia z wła­dza­mi pol­ski­mi, roz­po­czę­ła dzia­łal­ność Gru­pa Ope­ra­cyj­na War­sza­wa (Ope­ra­tions­grup­pe War­schau, OGW), któ­rej ofi­ce­ro­wie zwer­bo­wa­li set­ki agentów.
Do jej zadań należało

zapew­nie­nie sta­łych ofi­cjal­nych kon­tak­tów z pol­ski­mi orga­na­mi bez­pie­czeń­stwa, koor­dy­na­cja taj­nych dzia­łań w przed­sta­wi­ciel­stwach NRD w Pol­sce, łącz­nie z wer­bo­wa­niem nowych taj­nych współ­pra­cow­ni­ków, roz­po­zna­nie i opra­co­wa­nie współ­pra­cow­ni­ków taj­nych służb w przed­sta­wi­ciel­stwach kra­jów nie­so­cja­li­stycz­nych w Pol­sce oraz sta­ła ana­li­za sytu­acji wewnętrznej”.

Sieć infor­ma­to­rów Sta­si uzu­peł­nia­ły tzw. oso­by kon­tak­to­we lub ludzie z MSZ, MON, MSW, z któ­ry­mi spo­ty­ka­no się ofi­cjal­nie. Naj­waż­niej­sze zada­nia Gru­py Ope­ra­cyj­nej War­sza­wa na rok 1982, uję­te zosta­ły w doku­men­cie z 18 listo­pa­da 1981 r. – Poro­zu­mie­nie mię­dzy Głów­nym Zarzą­dem II i Depar­ta­men­tem II pol­skie­go MSW doty­czą­ce czyn­no­ści grup ope­ra­cyj­nych MBP NRDPRL.”
Mate­ria­ły GO War­sza­wa” zosta­ły znisz­czo­ne. Ist­nie­ją jed­nak kar­to­te­ki agen­tów, któ­rych zwer­bo­wa­no do współ­pra­cy. Usta­le­nie ich nazwisk wyma­ga cza­su, ale jest moż­li­we. Jed­nak niko­mu się nie śpieszy.

Nie spraw­dza­li­śmy w archi­wum Urzę­du Gauc­ka tzw. akty­wów ener­dow­skiej bez­pie­ki w Pol­sce. Bio­rąc pod uwa­gę, że nie­mal wszyst­kie doku­men­ty Sta­si są tak­że w Moskwie, nie moż­na wyklu­czyć prób wyko­rzy­sta­nia, np. za pomo­cą szan­ta­żu, byłej agen­tu­ry Sta­si w Pol­sce przez rosyj­skie służ­by spe­cjal­ne. Mie­li­śmy infor­ma­cje, że część daw­nej agen­tu­ry Sta­si może współ­pra­co­wać z nie­miec­kim wywia­dem, czy­li BND. Po wykry­ciu kil­ku takich przy­pad­ków dali­śmy sta­now­czy sygnał kana­ła­mi dyplo­ma­tycz­ny­mi do Ber­li­na, że nie życzy­my sobie takiej działalności

– przy­zna­je eme­ry­to­wa­ny puł­kow­nik kontrwywiadu.

Towa­rzy­sze chęt­nie informowali

Ponad dzie­sięć lat temu tygo­dnik Wprost” ujaw­nił mate­ria­ły Sta­si, z któ­rych wyni­ka­ło, że:

Zbi­gniew Sobot­ka, wice­mi­ni­ster spraw wewnętrz­nych, Sta­ni­sław Cio­sek, dorad­ca pre­zy­den­ta Kwa­śniew­skie­go i były amba­sa­dor RP w Moskwie oraz Wie­sław Klim­czak, były szef wpły­wo­we­go sto­wa­rzy­sze­nia Ordy­nac­ka byli infor­ma­to­ra­mi wywia­du NRD”.

Dalej we Wprost” czytamy:

Do naj­bar­dziej zaufa­nych współ­pra­cow­ni­ków MfS nale­żał I sekre­tarz KW PZPR we Wro­cła­wiu Ludwik Drożdż. Z rapor­tu Wydzia­łu II (HVA) MfS (z 6 lute­go 1981 r.) wyni­ka, że Drożdż liczył na bra­ter­ską pomoc kra­jów socja­li­stycz­nych”. Jak pod­kre­ślał, zapro­wa­dze­nie porząd­ku przez mili­cję było­by moż­li­we przy mądrym przy­go­to­wa­niu i pręż­nym, cen­tral­nym kie­row­nic­twie. Do tego jed­nak było­by koniecz­ne wzmoc­nie­nie jej przez odpo­wied­nich towa­rzy­szy z bra­ter­skich orga­nów w pol­skich mun­du­rach, ewen­tu­al­nie z zasto­so­wa­niem cięż­kiej broni”.

Wspól­ne przed­się­wzię­cia i tzw. robo­cze spo­tka­nia funk­cjo­na­riu­szy MfS i pol­skie­go MSW odby­wa­ły się aż do 1989 r. Jed­no z nich zor­ga­ni­zo­wa­no w War­sza­wie w dniach 2931 mar­ca 1988 r. Gość­mi MSW byli wów­czas szef Głów­ne­go Wydzia­łu HA XX gen. Paul Kien­berg, szef sek­cji 2 w HA XX płk Kuschel, szef sek­cji 4 w HA XX płk Reu­ter oraz szef Gru­py Ope­ra­cyj­nej w Pol­sce por. Wiel­kes. Do zadań HA XX nale­ża­ła inwi­gi­la­cja i zwal­cza­nie wro­gów ustroju.

Ze stro­ny pol­skiej w spo­tka­niu uczest­ni­czy­li m.in. szef IV Depar­ta­men­tu MSW gen. Tade­usz Szczy­gieł, jego zastęp­ca płk Mirow­ski, dru­gi zastęp­ca płk Prza­now­ski, szef II Depar­ta­men­tu płk Maj­chrow­ski oraz sze­fo­wie i zastęp­cy z wydzia­łów IIIIV – płk Sta­si­kow­ski, płk Szcze­pań­ski, płk Będziak, płk Klu­czyń­ski, por. Lesiak (ten od sza­fy Lesia­ka”) i wice­mi­ni­ster w MSW gen. Hen­ryk Dan­kow­ski. Gen. Kien­berg z gen. Szczy­głem i płk Maj­chrow­skim zasta­na­wia­li się nad meto­da­mi uniesz­ko­dli­wia­nia pod­zie­mia poli­tycz­ne­go i Kościo­ła, któ­ry wspie­rał opo­zy­cję w wal­ce prze­ciw socja­li­stycz­ne­mu państwu”.

Gen. Dan­kow­ski roz­ma­wiał z gen. Kien­ber­giem o potrze­bie koor­dy­na­cji dzia­łań doty­czą­cych infil­tra­cji róż­nych śro­do­wisk – od mło­dzie­ży szkol­nej po współ­pra­cow­ni­ków Waty­ka­nu. Mel­du­nek z tego spo­tka­nia – jak odno­to­wa­no w nagłów­ku: Odno­śnie współ­pra­cy na obsza­rze zwal­cza­nia poli­tycz­no-ide­olo­gicz­nej dywer­sji i reak­cyj­nych wro­gich ele­men­tów w kościo­łach” – liczy 15 stron.

Agen­ci ujaw­nie­ni nie są groźni

Gorzej z tymi, któ­rych toż­sa­mo­ści dalej nie zna­my. Agent Sta­si ps. Heinz Ber­tram“ w latach 80. stu­dio­wał w szko­le ofi­cer­skiej w War­sza­wie. Został do niej skie­ro­wa­ny, aby zbie­rać infor­ma­cje o pod­cho­rą­żych, kadrze instruk­tor­skiej i wykładowcach.

Inny IMB (to naj­wyż­sza kate­go­ria taj­ne­go współ­pra­cow­ni­ka Sta­si), Harald Engel“ w latach 197176 był stu­den­tem Uni­wer­sy­te­tu Marii Skło­dow­skiej-Curie w Lubli­nie. Dono­sił nie tyl­ko na kole­gów czy wykła­dow­ców UMSC, ale rów­nież o swo­ich kon­tak­tach na Uni­wer­sy­te­cie Warszawskim.

Agent ps. Dr Jan” został prze­rzu­co­ny do roz­pra­co­wa­nia anty­so­cja­li­stycz­nych sił w śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim Gdań­ska. Mein­hardt” z Mag­de­bur­ga został wysła­ny do Ber­li­na Zachod­nie­go, aby inwi­gi­lo­wać Towa­rzy­stwo Soli­dar­ność” oraz jego prze­wod­ni­czą­ce­go Edwar­da Klim­cza­ka (spra­wa pod kryp­to­ni­mem Lek­tor”).

Agent Richard” był jed­nym z kil­ku szpic­li, któ­rzy dono­si­li na śro­do­wi­sko ber­liń­skie­go dwu­ty­go­dni­ka polo­nij­ne­go Pogląd”. Nato­miast Kar­li” ze wzglę­du na swo­je dobre kon­tak­ty z Uni­wer­sy­te­tem Jagiel­loń­skim w Kra­ko­wie zbie­rał waż­ne infor­ma­cje na temat sytu­acji w wyż­szych szko­łach PRL.

Z kolei Ste­fan” został zobo­wią­za­ny do zdo­by­wa­nia infor­ma­cji o woj­sku pol­skim, a Ale­xan­der”- miał infor­mo­wać o aktyw­no­ści wro­gich sił w Gdań­sku. Isol­de” pisa­ła dono­sy o spo­tka­niach na Jazz Jam­bo­ree” w 1984 roku.

Akta oso­bo­we agen­ta o pseu­do­ni­mie Dr Schre­iber”, co praw­da zosta­ły znisz­czo­ne, ale jed­nak uda­ło się go ziden­ty­fi­ko­wać na pod­sta­wie akt spra­wy ope­ra­cyj­nej Obser­wa­tor”. Wia­do­mo, że agent miesz­ka we Frank­fur­cie nad Odrą, z zawo­du jest nauczy­cie­lem. Inwi­gi­lo­wał pol­ską opo­zy­cję w Słu­bi­cach, Pozna­niu i Berlinie

Sta­si wyko­rzy­sty­wa­ło kon­tak­ty oby­wa­te­li NRD z Pola­ka­mi. Uda­ją­cy przy­ja­ciół Soli­dar­no­ści” Niem­cy podej­mo­wa­li się m.in. prze­rzu­ca­nia infor­ma­cji na Zachód. Tra­fia­ły one jed­nak w ręce nie­miec­kiej bezpieki.

W rapor­tach agen­ci rela­cjo­nu­ją swój pobyt w Pol­sce, u rodzi­ny czy przy­ja­ciół, opi­su­ją jak wspa­nia­le zosta­li przy­ję­ci, a potem poda­ją w deta­lach, o czym się roz­ma­wia­ło. Infor­mo­wa­li, kto jest sym­pa­ty­kiem Soli­dar­no­ści”, ma kon­tak­ty z pod­zie­miem, bo poka­zy­wał im lite­ra­tu­rę dru­gie­go obiegu.

Nie­miec­ka bez­pie­ka inwi­gi­lo­wa­ła tak­że Soli­dar­ność”. – W 1980 roku Sta­si zasze­re­go­wa­ła Pol­skę jako tzw. teren ope­ra­cyj­ny, tak jak wszyst­kie kra­je wro­gie. Nie­za­leż­nie od pol­skiej bez­pie­ki, pró­bo­wa­ła pro­wa­dzić swo­ich agen­tów, nisz­czyć Soli­dar­ność” tam, gdzie było to moż­li­we. Infor­ma­to­ra­mi byli to nie tyl­ko Pola­cy, ale rów­nież oby­wa­te­le NRD – stwier­dzi­ła dr Han­na Labrenz-Weiss.

Agent w oto­cze­niu Tuska

Kil­ka lat temu w Niem­czech ujaw­nio­no (a w Pol­sce powtó­rzo­no), że jed­nym z agen­tów Sta­si w śro­do­wi­sku Soli­dar­no­ści” był Detlef Ruser, pra­cow­nik nauko­wy uni­wer­sy­te­tu w Ros­to­cku, któ­ry miesz­kał w Gdań­sku. Pod koniec lat 70. oże­nił się z Zofią, Polką. Został zwer­bo­wa­ny i pra­co­wał dla Sta­si już w 1971 roku, jako współ­pra­cow­nik naj­wyż­szej kate­go­rii (IMB) o pseu­do­ni­mie Hen­ryk”. Był gor­li­wym dono­si­cie­lem. Prze­ka­zy­wał ofi­ce­ro­wi pro­wa­dzą­ce­mu pod­ziem­ne gazet­ki i dostar­czał kase­ty wideo. Ruser spo­ty­kał się towa­rzy­sko z redak­to­ra­mi, przy­cho­dził tak­że na spo­tka­nia Klu­bu Myśli Poli­tycz­nej im. Kon­sty­tu­cji 3 maja, w któ­rym dzia­łał Tusk. Robił dużo zdjęć, tłu­ma­cząc, że to na pamiątkę.

Ostat­ni raport z Pol­ski wysłał kil­ka dni przed upad­kiem muru ber­liń­skie­go. Ruser nie znik­nął. Jest człon­kiem Towa­rzy­stwa Pol­ska-Niem­cy w Gdań­sku. W ubie­głym roku razem z żoną pro­wa­dził w Gdań­sku odczyt pt. Pozna­je­my wybra­ne regio­ny Nie­miec – Gór­na Bawa­ria”. Szcze­gó­łów o fre­kwen­cji brak.

Eme­ryt Ruser z żoną są aktyw­ni – w gdań­skim Towa­rzy­stwie Pol­ska-Niem­cy orga­ni­zu­ją wyciecz­ki gru­py Pie­chur” po Trój­mie­ście i okolicy.

P.S. Powyż­szy arty­kuł został opu­bli­ko­wa­ny kil­ka lat temu. Przy­po­mi­nam, boi temat zno­wu sta­je się mod­ny. Nic nie stra­cił na aktualności.

Bez­pie­ka i wam­pir z Zagłębia”

Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa nie­zbyt przy­kła­da­ła się do śledz­twa w spra­wie Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go i jego bra­ci. Jego poszu­ki­wa­nia były jed­nak dla SB cen­ne, bo przy oka­zji zbie­ra­no oby­cza­jo­we haki” na inne osoby.

Lek­tu­ra mate­ria­łów gru­py SB Anna” pozwa­la wyobra­zić sobie ska­lę inwi­gi­la­cji spo­łe­czeń­stwa przez SB w cza­sach PRL. Akta opi­su­ją nie­zna­ne dotąd szcze­gó­ły zabójstw kil­ku­na­stu kobiet, za któ­re na szu­bie­ni­cę tra­fi­li bra­cia Zdzi­sław i Jan Mar­chwic­cy oraz wie­lo­let­nią bez­rad­ność milicji.

- Funk­cjo­na­riu­sze SB dzia­ła­li w pra­cu­ją­cej rów­no­le­gle z mili­cją gru­pie SB Anna”. – Bar­dziej nam prze­szka­dza­li, niż poma­ga­li. Przede wszyst­kim nie­chęt­nie dzie­li­li się infor­ma­cja­mi. Tak napraw­dę, to chy­ba SB nie cho­dzi­ło o zła­pa­nie wam­pi­ra”, ale o zbie­ra­nie haków” na ludzi – tłu­ma­czy jeden z mili­cjan­tów, któ­ry szu­kał wam­pi­ra”.

Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa upar­cie szu­ka­ła pod­ło­ża poli­tycz­ne­go zabójstw. Tak tłu­ma­czo­no przy­pad­ki zbrodni:

Spraw­ca chciał ster­ro­ry­zo­wać spo­łe­czeń­stwo i uzy­skać roz­głos. Komu­ni­ka­ty w pra­sie, ofi­cjal­ne ape­le, pani­ka wśród kobiet i absen­cja w zakła­dach pra­cy wyka­zu­ją bez­sil­ność władz. […] Sama zbież­ność nazwisk ofiar: Gomuł­ka, Gie­rek, Sąsiek w zesta­wie­niu z data­mi prze­stępstw i oko­licz­no­ścia­mi im towa­rzy­szą­cy­mi są chy­ba wystar­cza­ją­cym uza­sad­nie­niem. Zagłę­bie zna­ne jest z naj­bar­dziej rewo­lu­cyj­nej posta­wy jego spo­łe­czeń­stwa w naj­bar­dziej cięż­kim dla kra­ju okre­sie zabo­rów i w cza­sie mię­dzy­wo­jen­nym. Stąd wywo­dzi się sze­reg wybit­nych dzia­ła­czy par­tyj­nych i pań­stwo­wych pia­stu­ją­cych wyso­kie sta­no­wi­ska. […] W porów­na­niu do innych regio­nów kra­ju, w tym tak­że Ślą­ska, spo­łe­czeń­stwo Zagłę­bia jest naj­mniej podat­ne na pro­pa­gan­dę kle­ru, potę­pia otwar­cie jego poli­tycz­ne aspi­ra­cje. W tej sytu­acji czyn­ni­kiem, któ­ry mógł­by pod­wa­żyć zaufa­nie tego spo­łe­czeń­stwa do władz jest wyka­za­nie ich bez­sil­no­ści. W pew­nym sen­sie spraw­ca, o ile dzia­ła sam, cel ten osiągnął”

– pisał major Jerzy Gru­ba 3 listo­pa­da 1968 r. w Ana­li­zie moty­wów dzia­ła­nia spraw­cy na pod­sta­wie usta­leń śled­czych i ope­ra­cyj­nych w spra­wie kryp­to­nim Anna”.

Oprócz mili­cyj­nych kon­fi­den­tów infor­ma­cji o podej­rza­nych o zabój­stwa dostar­cza­ła rów­nież agen­tu­ra Służ­by Bez­pie­czeń­stwa. Dono­sy do bez­pie­ki o tym, kto może być wam­pi­rem” wpły­wa­ły od 23 Taj­nych Współ­pra­cow­ni­ków, 101 kon­tak­tów pouf­nych i 37 kan­dy­da­tów na Taj­ne­go Współpracownika.

Uprzej­mie donoszę

Zacho­wa­ły się set­ki mel­dun­ków ope­ra­cyj­nych, w któ­rych spraw­dza­no infor­ma­cje z dono­sów oby­wa­te­li. W więk­szo­ści były to infor­ma­cje doty­czą­ce intym­nych szcze­gó­łów życia. Pisa­ły zdra­dza­ne kobie­ty i dono­si­ły na swo­ich part­ne­rów opi­su­jąc – praw­dzi­we bądź zmy­ślo­ne – szcze­gó­ły ich poży­cia, świad­czą­ce o tym, że mia­ły kon­takt z poten­cjal­nym wam­pi­rem”. Męż­czyź­ni denun­cjo­wa­li rywa­li. Rzu­ce­nie choć cie­nia podej­rze­nia w ano­ni­mie (choć są też takie pod­pi­sa­ne nazwi­skiem) uru­cha­mia­ło całą machi­nę ope­ra­cyj­ną SB. Taka oso­ba była inwi­gi­lo­wa­na, spraw­dza­no jej kon­tak­ty pry­wat­ne i zawo­do­we. Z oby­cza­jo­wym hakiem” pozy­ska­nie infor­ma­to­ra nie było trudne…

SB spraw­dza­ła tak­że oso­by, któ­re peł­ni­ły funk­cje w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, słu­ży­ły w hitle­row­skich jed­nost­kach likwi­da­cyj­nych, nale­ża­ły do nie­le­gal­nych orga­ni­za­cji pod­ziem­nych wyko­nu­jąc zbrod­ni­cze funk­cje”. Bez­sku­tecz­nie. Kobie­ty nadal ginę­ły. Podej­rze­wa­no zupeł­nie poważ­nie, że zabój­cą może być oso­ba zwią­za­na z mili­cją lub SB.

Bra­no też pod uwa­gę motyw zemsty, bo przed­ostat­nia ofia­ra wam­pi­ra – Jadwi­ga Sąsiek, zamor­do­wa­na 3 paź­dzier­ni­ka 1968 r. – była krew­ną dwóch komen­dan­tów powia­to­wych MO i ofi­ce­ra dyżur­ne­go KPMO Będzin.

SB listy czyta

Bez­pie­ka nie próż­no­wa­ła. Tyl­ko w cią­gu dwóch tygo­dni w paź­dzier­ni­ku 1966 roku, po zabój­stwie Jolan­ty Gie­rek, krew­nej ówcze­sne­go I sekre­ta­rza Komi­te­tu Woje­wódz­kie­go PZPR w Kato­wi­cach Edwar­da Gier­ka, wydział W” zaj­mu­ją­cy się czy­ta­niem kore­spon­den­cji spraw­dził 21300 listów, z cze­go 723 doty­czy­ły wypad­ków mor­der­stwa na tere­nie Zagłę­bia. Infor­ma­cje z 34 skon­tro­lo­wa­nych listów esbe­cja potrak­to­wa­ła jako napro­wa­dze­nie”, 26 – skon­fi­sko­wa­no, i nigdy nie dotar­ły do adre­sa­tów, bo wyol­brzy­mia­ły wypad­ki morderstw”.

Musi­my Pani powie­dzieć, że u nas gra­su­je wam­pir, któ­ry mor­du­je kobie­ty. Tak, że o godzi­nie 5 po połu­dniu wszyst­kie sie­dzą w domu. W Sosnow­cu zamor­do­wał 8 kobiet, w Będzi­nie też chy­ba tyle […]”

– pisa­ła Tere­sa z Będzi­na do Józe­fy Więc­kow­skiej z Radomia.

Cała ta spra­wa nabra­ła roz­gło­su dopie­ro teraz, kie­dy zamor­do­wa­no bra­ta­ni­cę Gier­ka, mimo że seria zabójstw cią­gnie się od dwóch lat. W ubie­gła sobo­tę MO i pro­ku­ra­tu­ra wysto­so­wa­ły komu­ni­kat i apel do spo­łe­czeń­stwa o pomoc w uję­ciu mor­der­cy, bo sami nie mogą sobie pora­dzić. Mili­cja nie może dać sobie rady z tym, mimo że na pomoc przy­je­cha­ła mili­cja z NRD, i ze Sco­tland Yardu”

– rela­cjo­no­wa­ła wyda­rze­nia Jadwi­ga z Sosnow­ca Bro­ni­sła­wo­wi Kogu­to­wi z Łańcuta.

Pierw­szy ślad zain­te­re­so­wa­nia Janem Mar­chwic­kim przez gru­pę SB Anna” pocho­dzi z 14 listo­pa­da 1966 roku. W notat­ce służ­bo­wej star­szy ofi­cer ope­ra­cyj­ny ppor. Sta­ni­sław Wower pisze:

W Sosnow­cu przy uli­cy Dzier­żyń­skie­go 43 zamiesz­ku­je Jan Mar­chwic­ki ur. 1929 r. Wymie­nio­ny jest nie­ukoń­czo­nym kle­ry­kiem, ponie­waż z semi­na­rium został wyda­lo­ny, gdyż był pede­ra­stą. Ob. Jan Mar­chwic­ki odpo­wia­da ryso­pi­so­wi spraw­cy, miesz­ka samot­nie i nawet ma osob­ne wej­ście. Przez kil­ka lat był zatrud­nio­ny w Kato­wi­cach wyko­nu­je funk­cje szko­le­niow­ca, wyjeż­dżał w róż­ne kie­run­ki nasze­go woje­wódz­twa, i teren będziń­ski zna bar­dzo dobrze”.

Nie­waż­ne łapówki

Po aresz­to­wa­niu Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go na począt­ku 1972 roku, co nie było zasłu­gą” SB, ale nastą­pi­ło po dono­sie żony sku­szo­nej astro­no­micz­ną nagro­dą milio­na zło­tych, póź­niej za krat­ki tra­fi­li m.in. dwaj jego bra­cia (Jan i Hen­ryk). Jako jedy­ny z dzien­ni­ka­rzy i pisa­rzy ujaw­ni­łem, że Jan Mar­chwic­ki był agen­tem SB ps. Janusz”.

Jan Marchwicki IPN karta ewid

Pod­czas śledz­twa Jan Mar­chwic­ki zała­mał się. Zaczął SB opo­wia­dać o łapów­kach dawa­nych i wrę­cza­nych na wydzia­le pra­wa. Był jed­nym z ogniw tej afe­ry [szcze­gó­ły opi­sy­wa­łem tu]. Za przy­ję­cia na stu­dia J. Mar­chwic­ki wziął w sumie 1,2 mln zło­tych (ówcze­snych)!

Wska­za­łem wie­le osób, któ­re tak­że czer­pa­ły korzy­ści finan­so­we z tego pro­ce­de­ru. Ob. Alek­san­der Chmie­lew­ski – pra­cow­nik SB – pozo­sta­wił mi kart­kę z nazwi­ska­mi swo­ich pro­te­go­wa­nych na Zaocz­ne Stu­dium Admi­ni­stra­cji, i nie tyl­ko, z Komen­dy Woje­wódz­kiej MO. Oczy­wi­ście wszy­scy zosta­li przy­ję­ci, ale przez to musia­łem dwa nazwi­ska skre­ślić z listy Woje­wódz­kiej Rady Naro­do­wej, spo­rzą­dzo­nej przez Fran­cisz­ka Mik­sę, a ci kan­dy­da­ci mie­li pierw­szeń­stwo. […] Jeże­li cho­dzi o Alek­san­dra Chmie­lew­skie­go to tutaj muszę dodać o czym nie chciał pisać pro­to­ko­le por. Jan Kowal­ski, że wła­śnie cza­sie kie­dy byłem zabie­ra­ny na roz­mo­wy do KW MO, pouczał mnie abym nie poru­szał spra­wy łapó­wek i uwa­żał na pod­pis pro­to­ko­łów – cho­dzi­ło o to, aby mię­dzy ostat­nim zda­niem pro­to­ko­łu a pod­pi­sem nie było miej­sca, gdyż prze­słu­chu­ją­cy mogą coś nie­ko­rzyst­ne­go tak dopi­sać” – żalił się Jan Marchwicki.

Jak widać SB o swo­je inte­re­sy potra­fi­ła zadbać i sku­tecz­nie uci­szyć zbyt rozmownych.

Na razie to koniec tryp­ty­ku o Wam­pi­rze z Zagłę­bia”, któ­ry powstał na pod­sta­wie wie­lu arty­ku­łów napi­sa­nych prze­ze mnie.