Orzeł się wstydzi („ukradzione” z Twittera). Komentarza nie będzie…
22 czerwca 2014
Wojciech Surmacz: Nie utożsamiam się z dziennikarzeniem „Wprostu”
Poniżej wypowiedź Wojciecha Surmacza, dziennikarza śledczego i redaktora naczelnego Gazety Bankowej, jakiej udzielił portalowi Wirtualnemedia.pl
- Po raz kolejny media i opinia publiczna są manipulowane przez służby specjalne, a dziennikarstwo śledcze utożsamia się w Polsce ze współpracą z tymi służbami – tak publikację stenogramów nagrań przez tygodnik „Wprost” ocenia Wojciech Surmacz, dziennikarz śledczy oraz redaktor naczelny „Gazety Bankowej” (Fratria).
Wszystkim zainteresowanym całą tą „aferą taśmową” proponuję skoncentrować się na Piotrze Nisztorze, bo to on przyniósł nagrania do redakcji „Wprost”. Zresztą nie pierwszy to już raz ten człowiek używa „taśm prawdy”. Przypomnę, że to Nisztor w lipcu 2012 roku – wówczas dziennikarz „Pulsu Biznesu” – ujawnił tzw. „taśmy Serafina”, co doprowadziło do dymisji ówczesnego ministra rolnictwa Marka Sawickiego. Skąd ten facet bierze te nagrania? Gdzie jest teraz Nisztor? Gdzie jest nasz bohater narodowy – nosiciel prawdy podsłuchanej? O jaką to wolność słowa walczą dzisiaj „wszyscy dziennikarze” z Moniką Olejnik na czele? O wolność słowa podawaną na tacy przez służby specjalne? Czy o swoją własną wolność do publikowania informacji, okupionych ciężką i żmudną do bólu pracą? O jakim dziennikarstwie tu się mówi? Publikację wątpliwej proweniencji stenogramów, których stenotypiści „Wprost” nie potrafili nawet porządnie spisać, nazywa się dziś dziennikarstwem?
A teraz o „aferze taśmowej”. Tak, jest afera, która jednak nie polega na tym, że ktoś nagrał i upublicznił rozmowy wysokich urzędników państwowych, którzy sobie kpią z państwa i z nas wszystkich przy okazji. To już niestety fatalny standard w Polsce, żadne zaskoczenie. Afera polega na tym, że po raz kolejny media i opinia publiczna są manipulowane przez służby specjalne, że dziennikarstwo śledcze utożsamia się w Polsce ze współpracą z tymi służbami. Afera polega na tym, że ludzie mieniący się dziennikarzami publikują stenogramy, dokonując swoistego outsourcingu, zdają się mówić do wszystkich kolegów po fachu: „zobaczcie, to są te skandaliczne rozmowy. Do roboty! Powiedzcie nam teraz, o co tu chodzi”.
Ja za takie „dziennikarzenie” dziękuję, ja się z nim nie utożsamiam. Jeśli zaś chodzi o wtargnięcie funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego do redakcji „Wprost”, to po prostu nie kupuję tego teatrzyku. I nie wyobrażam sobie, żeby ci smutni panowie odstawili taką szopkę w „Polityce” czy „Newsweeku”. Swoją drogą ciekawe dlaczego Nisztor nie pojawił się z nagraniami w tych redakcjach? A może był tylko go nikt nie zauważył?
Tyle W. Surmacz. Macie jeszcze jakieś pytania lub wątpliwości? Na razie jest szok i niedowierzanie. Analiza całej afery oraz tego, kto jest prawdziwym „nosicielem” i kto go „zaraził” – zapewne wkrótce…
Andrzej Grajewski o aferze podsłuchowej
Andrzej Grajewski w Gościu Niedzielnym ciekawie analizuje ukazanie się nagrań z podsłuchów członków rządu.
Grajewskiego o zbytnie umiłowanie PO podejrzewać raczej nie można, zna natomiast dobrze metody działania sowieckich służb specjalnych.
Rosjanie zacierają ręce po kolejnej odsłonie afery taśmowej.
Publikacja taśm z wynurzeniami min. Radosława Sikorskiego na temat naszych sojuszników wywoła skandal, nie tylko w polskiej polityce. Oderwijmy się na chwilę od polskiego piekiełka, aby w szerszym kontekście zobaczyć to, czego właśnie jesteśmy świadkami. Nagrania Sikorskiego pojawiło się w momencie szczególnie ważnym, ale nie z punktu widzenia polskiej polityki wewnętrznej. Gdyby punktem odniesienia były sprawy krajowe, nagrania zostałyby opublikowane przed wyborami do parlamentu europejskiego, przesądzając o porażce Platformy. Na obecnym kryzysie zyskuje PiS, ale nie na tyle, aby samodzielnie rządzić. Organizatorowi przedsięwzięcia podsłuchowego nie chodziło więc o sprawy wewnętrzne. W tym zakresie swą nieudolnością i brakiem konsekwencji rząd Tuska skutecznie, bez afery podsłuchowej, zmierza do klęski w najbliższych wyborach.
Podstawowym punktem odniesienia całej afery, moim zdaniem, są kwestie międzynarodowe. Sienkiewicz, Belka i Nowak zostali nam zaserwowani na deser, aby rozmyć prawdziwy cel tej operacji, czyli uderzenie w Sikorskiego oraz pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Zwracam uwagę, że taśma z rozmową Sikorskiego pojawiła się w newralgicznym momencie kryzysu ukraińskiego. W ciągu najbliższych dni rozstrzygnie się, czy pełzająca wojna zamieni się w regularną rosyjską agresję na Ukrainę.
Mam duże zastrzeżenia wobec polityki realizowanej przez Sikorskiego, zwłaszcza w kontekście roli, jaką jego resort odegrał w przygotowaniach do wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu w kwietniu 2010 r. Także późniejsze działania Sikorskiego w kwestii wyjaśnienia przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem były niekonsekwentne, bojaźliwe i nieskuteczne. Irytujące było wielokrotnie jego besserwisserstwo oraz zaciekłe atakowanie opozycji bez względu na to, co mówiła i robiła. Jednocześnie nie ulega dla mnie wątpliwości, że Sikorski jest w tej chwili jedynym ministrem spraw zagranicznych w Unii Europejskiej, który rozumie naturę wydarzeń na Ukrainie i próbował budować front solidarności w obronie suwerenności i terytorialnej integracji naszego najważniejszego partnera na Wschodzie. Ujawnienie jego rozmowy z min. Rostowskim oznacza koniec jego międzynarodowej kariery, a także poważne kłopoty na scenie krajowej. Być może nawet zmuszony będzie podać się do dymisji. Z pewnością możliwości jego działania na arenie międzynarodowej zostały obecnie sprowadzone do zera. Także jego ewentualnego następcy, który przez dłuższy czas nie będzie mógł skutecznie reagować na wydarzenia na Wschodzie.
Przekładając to na język międzynarodowej praktyki, kompromitacja polskiego ministra spraw zagranicznych oznacza radykalne osłabienie Ukrainy w starciu z Rosją. Ma to miejsce w momencie, kiedy separatyści odrzucili propozycje pokojowe, zaś Rosja koncentruje swoje wojska przy ukraińskiej granicy, którą codziennie przekraczają jednostki „ochotników”, wspierane ciężkim sprzętem. Dodam, że rosyjski Internet kipi nienawiścią do „faszystów” z Kijowa i wezwaniami do akcji zbrojnej w obronie zagrożonych rodaków we Wschodniej Ukrainie. Przypomnę, że wkrótce ma zebrać się szczyt Unii w sprawie polityki energetycznej, który miał przygotować projekt działań wspierających Ukrainę oraz szukający alternatywnych rozwiązań wobec uzależnień od Rosji. Teraz nikt tam nie będzie słuchał argumentów polskiego premiera, którego minister tak niefrasobliwie gaworzył na temat Amerykanów, naszego najważniejszego sojusznika w rozgrywce z Rosją.
Jeśli polskie medium w takim momencie publikuje taśmy kompromitujące naszą dyplomację, to oznacza, że jego kierownictwo zupełnie lekceważy polską rację stanu. Istniało bowiem szereg innych możliwości, nie narażających interesów państwa, aby podsłuchany materiał stał się przedmiotem dochodzenia zarówno w wymiarze politycznym, jak i prawnokarnym. Dlatego bardzo bym uważał z wyrazami solidarności z dziennikarzami „Wprost”. Łatwo bowiem można się znaleźć w kręgu, który Włodzimierz Lenin z właściwą sobie dosadnością i celnością nazywał „użytecznymi idiotami”.

