Po konsultacjach z prawnikami postanowiłem udostępnić prywatny akt oskarżenia przeciwko mnie, który złożyła Agnieszka Kostempska.
Warto przeczytać. Inspirująca lektura.
Po konsultacjach z prawnikami postanowiłem udostępnić prywatny akt oskarżenia przeciwko mnie, który złożyła Agnieszka Kostempska.
Warto przeczytać. Inspirująca lektura.
Jednak listy dochodzą, a prokuratura czyta i pracuje.
Miła wiadomość. Wkrótce inspirujące szczegóły o tym, czym zainteresowałem prokuraturę. Może ktoś się dołączy? Nadal nie do końca została wyjaśniona tzw. sprawa „opiekunek” dziecka na etatach samorządu.

Wzruszenie odebrało mi mowę, oczy zaszkliły się łzami. Agnieszka Kostempska brnie dalej i nadal uważa, że nazwanie jej „Barbie” jest zniesławiające. Lalki Barbie nikt o zdanie na takie porównanie nie pytał.
O wyprodukowanym przez prawników Kostempskiej akcie oskarżenia można przeczytać tu. A lansik pani z PO – w Fakcie tu.
I tu:

W 2009 roku tak napisałem:
Profesor Wacław Długoborski jest rektorem prywatnej Wyższej Szkoły Humanistycznej w Katowicach i cenionym historykiem. To jednak tylko oficjalna cześć życiorysu naukowca.
- Tak. Geneza współpracy sięga okresu okupacji. Byłem przez 4 miesiące więźniem warszawskiego Pawiaka, a następnie przez prawie 2 lata więźniem obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Dość, aby nabawić się kompleksu antyniemieckiego. Współpracę wywiadem PRL w atmosferze po „Październiku 1956” r. uważałem za swój obowiązek. Nie zapominajmy o ówczesnej sytuacji międzynarodowej: Niemiecka Republika Federalna uchodziła za państwo nieprzyjazne Polsce. Działały tam różnego rodzaju placówki Ostforschung – czyli badań wschodnich, zajmujących się m.in. polskimi Ziemiami Zachodnimi, kwestionujący granice na Odrze i Nysie Prowadziły dosyć agresywne działania polityczne przeciwko PRL. Zajmowały się „białym wywiadem” i często stanowiły przykrywkę różnych agencji wywiadowczych
„Zobowiązania do współpracy nie pobierano. Zdecydowano, że jest to niekonieczne, a mogłoby tylko urazić jego osobę. […] W stosunku do Służby Bezpieczeństwa jest szczery oraz chętny do wykonywania zadań w odniesieniu do spraw niemieckich. Spotkania odbywano sporadycznie, czasem co kilka dni, przeważnie jednak raz w miesiącu”
- Jak wynika z zachowanych akt w IPN, Długoborski był wtedy traktowany jako „kontakt informacyjny”. To szczególna kategoria osobowego źródła informacji właściwa dla Departamentu I MSW – czyli tego, co bezpieka nazywała wywiadem. Tak naprawdę z wywiadem miał on niewiele wspólnego, bo zajmował się inwigilacją polskich uchodźców politycznych. Rządził się swoimi regułami i miał własną terminologię. W Departamencie I kontakt informacyjny był tym samym, czym dla właściwej SB tajny współpracownik – stwierdza dr Adam Dziuba, historyk z IPN w Katowicach. – O stopniu zaufania SB do „Asystenta” niech świadczy to, że zrezygnowano od wiązania go za pomocą zobowiązania; stale podkreślano jego lojalność i szczerość, a także dużą użyteczność dostarczanych informacji – dodaje.
„Pracownicy MSW przeprowadzili z Breyerem rozmowy operacyjne. „Asystent” był wprowadzony wówczas we wszystkie szczegóły tej sprawy i składał relacje z jej przebiegu”.
„Na pracę w RWE bardzo narzeka, aczkolwiek przyznaje że jest dobrze płatna. Narzeka przede wszystkim na atmosferę donosów i np. bardzo źle widziane w rozgłośni kontakty pracowników z krajem. Ma bardzo dobre kontakty z polonią monachijską. Krzysztof Grosse, ma bardzo chwiejny charakter i jest pod dużym wpływem swojej matki”.
„Przy całej swojej ostrożności Inglot w sposób bardzo trudny do uchwycenia utrudniał kariery naukowe pracowników o zadeklarowanej marksistowskiej postawie politycznej, a z drugiej strony popierał młodych pracowników, których sam w pewnym sensie „urabiał”. […] Ma bardzo szerokie kontakty z uczonymi z krajów zachodnich”.
„Żądał od wszystkich wykładowców, aby szerzyli w swych wykładach marksizm-leninizm. W środowisku uchodzi za lewaka i dogmatyka. Jako kierownik Zakładu Nauk Politycznych zgromadził wokół siebie młoda kadrę, całkowicie od siebie zależną, dobieraną w specyficzny sposób”.
„Głęboko wierzący katolik, ojciec czworga dzieci, żona po wyższych studiach fanatycznie religijna. Kunisz na uczelni nie cieszy się dużym autorytetem, traktowany jest raczej z pobłażaniem a to z powodu dziedziny naukowej, która się interesuje (numizmatyka). Przebywał na kongresie numizmatycznym w USA, za jego pobyt i podróż płacił organizator”.
„Z naszym tajnym współpracownikiem próbował nawiązać kontakt Bohdan Korab-Osadczuk, Polak z pochodzenia na Zachodzie od zakończenia II Wojny Światowej. Zajmuje się naukowo współczesną problematyka Polski i państw socjalistycznych. TW poufnie dowiedział się, że Korab-Osadczuk jest współpracownikiem wywiadu brytyjskiego i Radia Wolna Europa. To było powodem, że »Wiktor« odmówił z nim spotkania”.
„W ramach zajęć z historii organizuje wyjazdowe seminaria ze studentami do historycznych i zabytkowych obiektów, gdzie na miejscu prowadzone są lekcje poglądowe. Najczęściej w tym celu wybiera obiekty sakralne, gdzie po normalnych zajęciach wchodzi w kontakty z księżmi”.
„Na Uniwersytecie w Odense w Danii zatrudniony jest były pracownik naukowy Wojskowej Akademii Politycznej, historyk prof. Emanuel Halicz – narodowości żydowskiej, który wyemigrował z Polski po 1968 r. Nie zna w zasadzie żadnego języka, jedynie bardzo słabo j. angielski. Wśród tamtejszej kadry naukowej nie posiada żadnego autorytetu, na uczelni pobiera niską pensje lecz jest dofinansowywany przez ośrodki syjonistyczne”.
„Specjalizuje się w socjologii, zdobył duży autorytet w Odense. Utrzymuje kontakty z emigracyjnym działaczem endeckim Giertychem z Londynu, z którym wydał wspólnie książkę. Ostatnio napisał prace habilitacyjną o strukturze społecznej krajów socjalistycznych, jednym z recenzentów pracy był Leszek Kołakowski”– donosił „Wiktor”.
– Faktycznie, z Polski wyjechałem w 1970 roku, po prostu nie wróciłem z wakacji we Francji. Długoborski dwa razy mnie odwiedzał w Danii w latach 80. Jego współpraca z SB to bardzo nieprzyjemna sprawa. Uchodził za dobrego historyka od spraw ekonomicznych… - stwierdził prof. Tkocz
- Takie kontakty z organami bezpieczeństwa były normalną praktyką. Byłem na kierowniczym stanowisku na uczelni, stąd niezależnie poza tymi kontaktami musiałem spotykać się z pracownikami SB i odpowiadać na określone pytania. Dotyczyły m.in. działalności doc. Wołczewa, fanatycznego komunistycznego dogmatyka, podobnie jak krąg zafascynowanych nim jego uczniów, których wodził na manowce walki pseudopolitycznej, odciągając od kariery naukowej – tłumaczy dziś Długoborski.
Agnieszka Kostempska, działaczka Platformy Obywatelskiej, a przy okazji żona prezydenta Świętochłowic skierowała do sądu przeciwko mnie prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 kodeksu karnego. Kostempska uważa, że „nazwanie jej pogardliwym mianem Barbie znieważa ją jako polityka samorządowego”.
Niedawno odebrałem prywatny akt oskarżenia, skierowany do sądu rejonowego w Katowicach. Wynajęta przez Kostempską kancelaria adwokacka tak oto uzasadniała swoje honorarium (przytaczam fragment w oryginale, bo to kuriozalne):
„Stosowane względem Agnieszki Kostempskiej określenie Barbie ma jednoznacznie pejoratywny oddźwięk. Zgodnie z utrwalonym odbiorem społecznym kobieta określana takim mianem jest osobą pustą, bezrefleksyjną, sterowalną, pozbawioną własnej woli, a swoją pozycję zawdzięczającą jedynie urodzie. Przedmiotowe określenie stosowane względem oskarżyciela prywatnego – Agnieszki Kostempskiej – polityka samorządowego w szczególny sposób narusza jej godność. Użycie wzmiankowanego określenia względem osoby aktywnie partycypującej w działalności publicznej, niesie w sobie jeszcze większy wyraz pogardy, zarzucając posiadanie przymiotów wręcz dyskwalifikujących dla pełnionych przez Agnieszkę Kostempską funkcji. Co znamienne, Agnieszka Kostempska uczestniczyła w wyborach na urząd Prezydenta Miasta Mysłowice w tegorocznych wyborach samorządowych, tymczasem przedmiotowe, znieważające treści, publikowane były w okresie poprzedzającym te wybory oraz w ich toku, co dodatkowo potęguje skutki bezprawnych działań oskarżonego oraz świadczy o stopniu ich społecznej szkodliwości”.
Rozumiem rozgoryczenie byłej radnej wojewódzkiej PO na Śląsku po przegranych wyborach, i chęć odreagowania porażki. Mieszkańcy Mysłowic nie chcieli głosować na mieszkankę Katowic, której zamarzył się fotel prezydenta ich miasta.
Tym bardziej, że jak pisałem na portalu wpolityce.pl powołując się (a co!) na artykuł w Fakcie, który ujawnił, iż Kostempska podczas zwolnienia lekarskiego i pobierania zasiłku chorobowego prowadziła agitację wyborczą. Stanowisko przestraszonego ZUS, który nie widział nic nagannego w prowadzeniu kampanii wyborczej przez kandydatkę Platformy Obywatelskiej na zwolnieniu lekarskim, także opublikowałem.
A co do meritum, czyli owego „pogardliwego nazwania Barbie”. Nad gustami i urodą się nie dyskutuje. Kilkanaście miesięcy temu zwróciła się do mnie grupa dziennikarzy obywatelskich ze Świętochłowic, abym pomógł im w nagłośnieniu co najmniej kontrowersyjnych działań męża Agnieszki Kostempskiej. Prosili mnie o pomoc jako prezesa oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach, bo uważali że sami nie dadzą rady.
Bali się też ewentualnych represji ze strony prominentnego działacza PO, za jakiego nadal, o dziwo, uważany jest mąż Agnieszki – Dawid Kostempski. Prosili o zachowanie ich danych w tajemnicy, dlatego artykuły nie są podpisane. Zarejestrowałem domenę, i powstała strona www.kostempskiwonzeswion.pl Jak wskazuje dalszy ciąg wypadków, co do represji to ci dziennikarze obywatelscy mieli rację.
Popularność lalek Barbie, które są produkowane przez firmę Mattel i stały się jedną z najbardziej znanych ikon kultury masowej jest bezsprzeczna. Powszechnie znany jest fakt, iż w partyjnych kręgach PO od dawna wobec Agnieszki Kostempskiej używa się z zachwytem pieszczotliwego imienia amerykańskiej lalki. Barbie i Kennedy z serii My Scene są wszak piękne – mają blond włosy, niebieskie oczy, jasną karnację.
Nie posądzam, aby partyjni koledzy i koleżanki Agnieszki Kostempskiej chcieli ją znieważyć. Koleżeńskość i lojalność w tej partii jest przecież powszechnie znana.
Ciekaw jestem stanowiska koncernu, że określenie kobiety mianem „Barbie” jest „pogardliwe” i „kobieta określana takim mianem jest osobą pustą, bezrefleksyjną, sterowalną, pozbawioną własnej woli, a swoją pozycję zawdzięczającą jedynie urodzie”.
Zwróciłem się do koncernu Mattel z prośbą o przesłanie stanowiska. Na jaką kwotę wyceni np. amerykańska kancelaria użycie przez katowickich prawników Agnieszki Kostempskiej w akcie oskarżenia takich określeń?
Zastanawiam się także, czy twierdzenie, iż zniesławienie przez nazwanie kobiety „Barbie” nie ma podtekstu antysemickiego? Otóż na pomysł lalki Barbie wpadła Ruth Handler pochodząca z rodziny polskich Żydów, którzy na początku XX wieku wyemigrowali do Ameryki. Ale tę drogę dedukcji zostawiam amerykańskiej kancelarii adwokackiej oraz Gazecie Wyborczej.
Interesuje mnie także, czy kancelaria „działaczki samorządowej” z PO zechce zakazać sprzedaży tychże lalek Barbie w sklepach? Idąc prezentowanym tokiem myślenia tychże wynajętych przez Kostempską prawników z kancelarii – należy natychmiast zakazać handlowania Barbie, bo to znieważa polskie kobiety, a działaczki Platformy Obywatelskiej w szczególności. Nie będzie amerykańska Barbie pluć nam w twarz!.
A co do procesu. Mam zamiar złożyć do sądu wniosek o umożliwienie bezpośredniej transmisji wideo w Internecie. Będzie się działo!
Artykuł opublikowany na portalu wpolityce.pl
Po zachwytach nad „Idą” pora na serial o życiu i twórczości Luny Brystygier. Też ciekawy, nośny temat. Wszak Polacy wyrządzili jej dużo zła i była Żydówką. Czy to recepta na międzynarodowe uznanie?
Serial o „życiu i twórczości” Julii Brystygier, dyrektor Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego), kierującą antykościelną działalnością MBP w latach 1945–1953 zdobyłby jakieś nagrody na międzynarodowych festiwalach i konkursach Może nawet kilka. A przy okazji utrwaliłby przekaz „Polaków – antysemitów”.

Julia Brystygier zwana była „Krwawą Luną”. Nosiła różne imiona i pseudonimy: Julia, Luna, Daria, Maria, Ksenia. Różne nazwiska i ich pisownie: Prajs, Preiss, Brystygier, Brystiger, Bristiger, Brüstiger, Briestiger. Bez względu na to, jak się nazywała, była jedną z najmroczniejszych postaci stalinowskiego reżimu.
Jej droga do aparatu represji była jednak nietypowa.
– Trafiali tam raczej ludzie ze społecznych nizin, niewykształceni. A ona nie szukała społecznego awansu, miała doktorat z filozofii. Była wszakże dla resortu wartościowa, bo przydatna w dużo bardziej wymagających zadaniach niż wybijanie zębów przesłuchiwanym
– tłumaczył prof. Ryszard Terlecki, poseł Prawa i Sprawiedliwości, autor m.in. książki „Miecz i tarcza komunizmu. Historia aparatu bezpieczeństwa w Polsce 1944−1990”.
W czasach stalinowskich przeciw Kościołowi katolickiemu aktywnie „walczył” Wydział V Departamentu V MBP. Przez cały czas istnienia Departamentu V jego dyrektorem była słynna Julia Brystygier (z domu Prajs) – pedagog, doktor filozofii Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, przedwojenna komunistka, która w resorcie bezpieczeństwa pracowała w latach 1944–1956. To ona położyła podwaliny pod zainstalowanie sieci agentów w kuriach i parafiach, zarówno wśród świeckich pracowników, jak i wśród duchownych.
Formalnie Luna zawdzięczała swój służbowy przydział Stanisławowi Radkiewiczowi, szefowi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Ale było tajemnicą poliszynela, że kochankiem Brystygierowej jest Jakub Berman – jeden z najważniejszych funkcjonariuszy nowego reżimu. Nie tylko on.
„W swej bogatej karierze była w Rosji przez dłuższy czas równocześnie kochanką Bermana, Minca i Szyra”
– mówił o niej w swoich audycjach w Radiu Wolna Europa Józef Światło, pułkownik organów bezpieczeństwa, który pod koniec 1953 r. uciekł na Zachód. Dla autorów scenariusza i reżysera serialu o „Lunie” to gratka – rozbuchane życie erotyczne funkcjonariuszki MBP.
Do inwigilacji szkolnych katechetów chciała pozyskiwać uczniów starszych klas. Wydawała dokładne instrukcje wskazujące jak zwalczać zakony, seminaria duchowne, katolickie organizacje młodzieżowe czy charytatywne, przeciwdziałać aktywności duszpasterskiej, obecności duchownych w szkołach oraz jak dynamizować tzw. ruch księży patriotów czy zabezpieczać reżimowe akcje i imprezy.
„Należy wziąć pod uwagę antagonizmy pomiędzy poszczególnymi księżmi, spory ambicjonalne i spory na tle walki o zdobycie lepszej pozycji materialnej i w hierarchii kościelnej” – pisała pułkownik Brystygier.
Z bezpieki odeszła jesienią 1956 r. Uniknęła postawienia przed sądem za swoją działalność w czasie „błędów i wypaczeń”. Nie zgodził się na jej proces Władysław Gomułka. Dostawała resortową rentę, pracowała też w Naszej Księgarni i Państwowym Instytucie Wydawniczym. Pod swoim panieńskim nazwiskiem (Julia Prajs) wydała m.in. powieść „Krzywe litery” i zbiór opowiadań „Znak H.”.
Środowisko literackie traktowało ją nieufnie – pamiętano jej w końcu, że w latach 50. „opiekowała” się m.in. również pisarzami. Pod koniec lat 60. ub. stulecia usiłowała się nawet dostać do Związku Literatów Polskich, ale jej podanie odrzucono. Nie pomogło poparcie dla „literatki” samego Jerzego Putramenta.
„Krwawa Luna” zbliżyła się do środowiska Lasek, a ściślej: do tamtejszego Zakładu dla Niewidomych, którego personel słynął z gościnności i otwartej postawy wobec ludzi o zgoła odmiennych życiorysach.
Przeszła pod koniec życia interesującą przemianę. Przyjęła podobno chrzest, bo pod wpływem tamtejszych sióstr franciszkanek przeszła coś w rodzaju nawrócenia. Wiadomo o tym jednak głównie z donosów tajnych współpracowników bezpieki, którzy inwigilowali zakład w Laskach. Zmarła w 1975 roku.
[Korzystałem z materiałów własnych, www.ipn.gov.pl, Onet.pl]
Spółka Restrukturyzacji Kopalń SA, którą rząd wybrał do przekazania czterech kopalni Kompanii Węglowej, dzięki tej decyzji uratuje stołki i wysokie wynagrodzenia dla „swoich”.
Jeszcze przed „genialnym” planem restrukturyzacji Kompani Węglowej SA, niektórzy z członków (dobre słowo) delegacji rządowej nazywali ją w wywiadach telewizyjnych „Kampanią Węglową”. Czuli, że ich starcie z górnikami i „Solidarnością” może stać się dla rządu PO-PSL Stalingradem?
Rządowy plan naprawczy dla KW, który wywołał na Śląsku falę protestów, zakłada sprzedaż nowej, zawiązanej przez Węglokoks spółce celowej 9 z 14 kopalń Kompanii. Z pozostałych jedną ma kupić Węglokoks (Piekary), a kolejne cztery mają być przekazane Spółce Restrukturyzacji Kopalń (SRK). Chodzi o kopalnie Bobrek-Centrum, Sośnicę-Makoszowy, Pokój, i Brzeszcze. Według związkowców oznacza to likwidację tych kopalń. Zaniepokojenie jest tym większe, bo okazało się że trzy kopalnie (KWK Brzeszcze, KWK Sośnica-Makoszowy i KWK Bobrek Centrum) chce przejąć spółka Universal Energy sp. z o.o., której jest prezesem jest Waldemar Mróz, podejrzany przez IPN o kłamstwo lustracyjne.
Spółka Restrukturyzacji Kopalń (SRK) to jednoosobowa Spółka Skarbu Państwa. Powstała w trakcie reformy górnictwa realizowanej przez rząd Jerzego Buzka, która do tej pory odbija się czkawka na Śląsku, i nie tylko. SRK kosztuje nas wszystkich, czyli podatników kilkaset milionów złotych rocznie.
Teoretycznie miała zajmować się sprzedażą majątku i odwadnianiem zamkniętych kopalń, po to by wody kopalniane nie zalały istniejących. I rzeczywiście to robi. Jednak nie tylko. Zarządza też przejętymi mieszkaniami zakładowymi. Jednak gdyby chciano, to pokopalniane nieruchomości można by sprzedać w jeden rok i zamknąć sprawę, a odwadnianie kopalń należałoby przerzucić na kopalnie istniejące. Ale po co?
Powiem brutalnie – jeszcze jednym, ukrytym celem istnienia SRK jest dawanie pracy znajomym królika z branży – dlatego jest ciągły lobbing na otrzymywanie coraz większych dotacji z budżetu, a sprzedaż nieruchomości tak bardzo się ślimaczy.
Spółka realizuje też zapewne program „rodzina na swoim”. Zaangażowanie prezesów SRK „w temacie” górnictwa doceniła też premier Kopacz.
Premier przekonywała, że choć dotychczas SRK kojarzyła się z wygaszeniem i likwidacją kopalń, teraz ma być „główną siłą w restrukturyzacji”.
- Restrukturyzacja to również ograniczenia, w tym ograniczenia w zatrudnieniu, ale te, które są konieczne i taką propozycję złożyliśmy, aby tę taką najmniej wdzięczną rolę właśnie SRK, co znalazło odzwierciedlenie w zmianie statutu (…), no, ale ta propozycja też się nie spotkała z uznaniem
– powiedziała Kopacz.
Sami swoi
Na Śląsku SRK kojarzy się ze specyficznie pojmowanym programem „rodzina na swoim”, który niedawno pisywałem. Syn prezesa Spółki Restrukturyzacji Kopalń (SRK) decyzję o przydziale mieszkania dostał za kilka dni. Zwykli najemcy czekają kilka miesięcy. Cały skandal opisywałem na wgospodarce.pl . Z moich informacji wynika, że nie był to jedyny taki „przydział”. Taki klimat.
Ministerstwo Gospodarki lakonicznie kwitowało realizowany „rodzinny program” przez zarząd SRK:
„Z uzyskanych przez MG informacji wynika, że w przedstawionej przez Pana sprawie nie zostały złamane żadne przepisy powszechnie obowiązujące ani wewnętrzne regulacje SRK S.A. dotyczące gospodarowania posiadanymi zasobami mieszkaniowymi.”
No cóż. Trudno byłoby się przyznać urzędnikom wicepremiera Piechocińskiego do braku rozeznania w tym, co się dzieje w nadzorowanej spółce.
Jak widać w resorcie nadzorowanym przez PSL mają mniej więcej tak samo blade pojęcie o wydarzeniach w spółkach górniczych, jak wtedy, gdy szefem Rady Nadzorczej KW SA była osoba bez zdanego obowiązkowego egzaminu na członków rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa.
50 tysięcy miesięcznie dla prawnika
Władze SRK bardzo dbają o prawników. Koszty usług prawniczych w tej spółce są bardzo wysokie. Skąd to wiem? Ano z dokumentacji przetargowej. Przykłady? BIP jest bezlitosny…
W 2011 roku przetarg na 4‑letnią obsługę prawną SRK SA wygrała oferta, którą złożyła Kancelaria Radców Prawnych Bożena Pindel Ireneusz Pindel s.c. z Bytomia. Była to… jedyna oferta. Kancelaria za obsługę prawną otrzymała 2 352 000 złotych netto, czyli 2 892 960 złotych brutto. Na konto zwycięskiej kancelarii przez cztery lata wpływało 60 tys. 270 złotych miesięcznie. Mało?
15 listopada 2014 roku został ogłoszony przetarg „w trybie negocjacji bez ogłoszenia”, czyli tryb zamówienia z wolnej ręki na obsługę prawną Oddziału SRK SA Zakład Administracji Zasobów Mieszkaniowych. Wpłynęła jedna oferta kancelarii prawnej z Bytomia. Wygrała Kancelaria Adwokacka Ireneusza Pindela z Bytomia. To nieprzypadkowa zbieżność nazwisk.
Za obsługę prawną spółka SRK SA zapłaci kancelarii w ciągu czterech lat 2 066 400 zł, czyli dokładnie 2 541 672 zł brutto. Daje to godziwe miesięczne wynagrodzenie – 52951,5 zł brutto. Mniej, niż poprzednio, ale też da się jakoś żyć.
Spółka SRK SA jest przedsiębiorstwem górniczym, powołanym do prowadzenia likwidacji kopalń, zabezpieczenia kopalń sąsiednich przed zagrożeniem wodnym, gazowym oraz pożarowym. A także w trakcie i po zakończeniu likwidacji kopalń, zagospodarowywania ich majątku, tworzenia nowych miejsc pracy, w szczególności dla pracowników likwidowanych kopalń.
Pytanie, które nasuwa się samo: czy SRK jest dla górników czy dla „przyjaciół królika”?
Tomasz Szymborski
Artykuł opublikowany na wgospodarce.pl


