Pojawili się tacy goście…

Pojawili się tacy goście…

Cezary Tomczyk, tak zwany rzecznik prasowy rządu prezentuje wszystkie wady Platformy Obywatelskiej – mija się z prawdą i lekceważy opinię publiczną.
Mam prawo tak twierdzić. Otóż Tomczyk 30 lipca wystąpił w programie Beaty Tadli „Dziś wieczorem”. Trema występu w prime time w TVP nie usprawiedliwia błędów. Jak się nie wie, co powiedzieć, to lepiej siedzieć w domu albo gabinecie
Nie mogłem uwierzyć, w to co usłyszałem. Otóż Cezary Tomczyk (11:20 minuta) wypalił, że „Rozwiązaliśmy sprawę Komisji Majątkowej”? Zaintrygowała mnie ta szczerość, bo do tej pory „rozwiązaniem” sprawy Komisji Majątkowej chwaliły się na zmianę – Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Ruch Palikota.
Wysłałem 3 sierpnia do rzecznika Tomczyka pytania. Oprócz prośby o wyjaśnienie, na czym miało polegać owo „rozwiązanie sprawy Komisji Majątkowej” zapytałem również, czy przedstawił w ten sposób oficjalne stanowisko rządu w tej sprawie.
Poprosiłem też Tomczyka o potwierdzenie lub zaprzeczenie, czy jego wypowiedź można traktować jako próbę wywarcia nacisku na sądy, w których trwają procesy w tzw. „aferze Komisji Majątkowej” (trzy w sądzie w Krakowie) lub zakończyły się uniewinnieniem w pierwszej instancji (proces Jacka Domogały i jego rodziny – Sąd Okręgowy w Katowicach).
Na odpowiedź na pytania, które do Tomczyka dotarły (sprawdziłem w biurze prasowym KPRM), czekam do dzisiaj. Tomczyk poruszył sprawę Komisji Majątkowej, o której PO dawno chciałaby zapomnieć.
„Wygaszanie” komisji
Klub Lewicy zaskarżył w 2008 roku ustawę regulującą działalność komisji do Trybunału Konstytucyjnego, kwestionując zasadność jej istnienia stwierdzając, że przekazała już ona więcej gruntów Kościołowi, niż państwo przejęło od niego w okresie PRL.
Wniosek pierwotnie miał zostać rozpatrzony 31 stycznia 2011 r., ale został odroczony na żądanie ówczesnego Marszałka Sejmu – Grzegorza Schetyny (PO). Trybunał orzekł, że spośród 8 zaskarżonych przez SLD zapisów jeden jest niekonstytucyjny. Jest to zapis o określeniu w rozporządzeniu mienie których jednostek Skarbu Państwa lub samorządu Komisja może przekazać. Pozostałe wnioski SLD zostało umorzone. Trzech sędziów TK złożyło zdania odrębne.
Ustawa z 17 maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczpospolitej Polskiej określiła zasady stosunku Państwa do Kościoła, w tym jego sytuację prawną i majątkową. Komisja Majątkowa zajmowała się zwracaniem Kościołowi katolickiemu mienia bezprawnie zabranego w czasach PRL. Przez ponad 20 lat działalności rozpatrywała wnioski dotyczące przywrócenia lub przekazania własności nieruchomości lub ich części. W jej 12-osobowym składzie zasiadało po sześciu przedstawicieli MSWiA i sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski.
Komisja była wielokrotnie krytykowana m.in. za to, że większość decyzji zapadała bez konsultacji z samorządami czy zarządcami nieruchomości. Media donosiły też, że nie weryfikowano wycen gruntów przedstawianych przez rzeczoznawców Kościoła – miały być one zaniżane (tym zajmuje się sąd w Krakowie).
Zdaniem ówczesnego posła SLD (zaliczył potem epizod w Ruchu Palikota, a teraz jest skarbnikiem partii Biało-Czerwoni) Sławomira Kopycińskiego, działalność Kościelnej Komisji Majątkowej była „największą aferą korupcyjną w historii Polski”.
Rząd koalicji PO-PSL przedstawiając swój projekt argumentował, że likwidacja Komisji Majątkowej spowoduje, że budżet państwa zaoszczędzi 900 tys. zł, a sądom do rozstrzygnięcia pozostanie niewiele, bo około 220 niezałatwionych dotąd w Komisji spraw.
Ówczesny Prezydent Bronisław Komorowski podpisał w styczniu 2011 roku nowelizację ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego zakładającą likwidację od 1 marca 2011 r. Komisji Majątkowej. Tak też się stało.
„Klony” mają się dobrze
Komisja Majątkowa została zlikwidowana, jednak nadal działają jej „klony”. Od 1997 roku w Polsce działa Komisja Regulacyjna ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich. To ciało zostało powołane na podstawie ustawy o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w RP. Jej działanie reguluje zarządzenie ministra spraw wewnętrznych z 1997 roku. Do 2002 roku Komisja przyjmowała wnioski o wszczęcie postępowań regulacyjnych. Wpłynęło ich 5,5 tys., prawie dwa razy więcej niż do Komisji Majątkowej. Od decyzji Komisji Regulacyjnej nie ma odwołań, co oznacza, że gminy i Skarb Państwa muszą oddawać nieruchomości lub odszkodowania, gdy tylko taki „wyrok” wpłynie do odpowiednich władz.
Oprócz tego działają komisje Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz Międzykościelna Komisja Regulacyjna dla pozostałych wyznań. Ale o tym cicho sza!
Warto chyba wiedzieć, że podobnie jak zlikwidowana Komisja Majątkowa dla Kościoła katolickiego Komisja Regulacyjna odzyskuje nieruchomości lub odszkodowania za mienie zabrane w PRL. Tej Komisji nikt nie kontroluje, a od jej decyzji nie ma odwołań. Wiadomo, że odzyskała do tej pory prawie 100 mln zł rekompensat. Nikt natomiast nie szacuje wartości nieruchomości, które mogą iść w setki milionów złotych.
„Komisja do Spraw Gmin Wyznaniowych Żydowskich nie sporządza sprawozdań (informacji) zawierających wykazy powierzchni, lokalizacji zwracanych nieruchomości, ich wartości, sporządzane jest jedynie zestawienie zbiorcze. Sekretariat komisji prowadzi (od początku działania komisji) porządkowy rejestr zgłoszonych wniosków. Zawarte w nim informacje służą identyfikacji spraw, a nie statystyce związanej z rezultatami prac komisji regulacyjnej”
– odpowiedział na interpelację Stanisław Huskowski, sekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji.
Może te sprawę powinna „rozwiązać” Platforma Obywatelska, panie Tomczyk?
Artykuł opublikowany na wpolityce.pl oraz wgospodarce.pl
Pą Prezidą Świętochłowic wytoczył działa. W grudniu ub. roku skierował do sądu prywatny akt oskarżenia przeciwko mnie.
Wolny kraj, to każdemu wolno. Nawet takiemu prezydentowi Świętochłowic. Zastanawia mnie jedynie, że w tym samym czasie ta sama kancelaria kieruje prywatne akty oskarżenia męża i żony przeciwko mnie.
Najpierw żona tego pana prezydenta czuje się źle, gdyż podobno nazwałem ją Barbie (cała ta zabawna historia tu).
A jej mąż – Dawid Kostempski, w tym samym czasie czuje się zniesławiony publikacjami na blogu www.kostempskiwonzeswion.pl, których autorstwo uparcie usiłuje mi przypisać. No, cóż. Wolny kraj, powtarzam. Od 1989 roku podobno.
Kostempski oskarża mnie „o popełnienie przestępstwa z art. 12 k.k. w związku z art. 212 § 2 k.k.”. Rozszyfrowałem ten prawniczy żargon:
Art. 12. Dwa lub więcej zachowań, podjętych w krótkich odstępach czasu w wykonaniu z góry powziętego zamiaru, uważa się za jeden czyn zabroniony; jeżeli przedmiotem zamachu jest dobro osobiste, warunkiem uznania wielości zachowań za jeden czyn zabroniony jest tożsamość pokrzywdzonego.
a kochany przez wszystkich dziennikarzy:
Art. 212 §
1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,
podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
Zamieszczam skany tego aktu oskarżenia. Miłej lektury. A ciąg dalszy wkrótce.
Eskalacja napięcia musi być – jak u Hitchcocka.
Szybkie ujęcie…

Minister zdrowia Marian Zembala ma pecha. Po pierwsze dał się omamić Ewie Kopacz i zaangażował się w politykę, a po drugie – przy swoim wysokim ego dobrał sobie złych doradców. Co ruch, to faul.
Zembala najpierw w czerwcu obraził pielęgniarki. W wypowiedzi, która padła w kontekście strajku pielęgniarek z Wyszkowa.
„W Śląskim Centrum Chorób Serca, które jest częścią mojego zawodowego życia i pozostanie, jeżeli ktokolwiek z pracowników, ktokolwiek, podjąłby strajk, na drugi dzień będzie przeze mnie, dyrektora, zwolniony”
– powiedział M. Zembala w pierwszym wywiadzie w TVN24 po nominacji i objęciu we władanie resortu zdrowia. Kiedy doszło do niego, co powiedział, to zaczął wyjaśniać, co miał na myśli.
Stwierdził, że jego wypowiedź o zwolnieniu strajkujących pielęgniarek została podana w sposób niepełny i przez to źle zrozumiana.
„Przepraszam państwa za to, że nieprawdziwość informacji, jej niepełność, stała się podstawą nieprawidłowej tezy i ocen, ponieważ chory jest świętością, a jako minister będę zawsze po stronie chorych”
- mówił Zembala. Zwalił zamieszanie na dziennikarzy, bo uważał że fragmenty jego wywiadu zaczęły w redakcji żyć własnym życiem i stały się „źródłem nieszczęść”. Ale to była tylko rozgrzewka ministra.
Jak wiadomo pielęgniarki domagają się wzrostu wynagrodzenia zasadniczego co roku o 500 zł, przez kolejne trzy lata. Jeżeli ich postulaty nie zostaną spełnione, we wrześniu najprawdopodobniej zdecydują o strajku. Nie zgadzają się na dotychczasową propozycję resortu, zgodnie z którą miałyby otrzymać średnio 300 zł brutto podwyżki, przy czym decyzję o podziale tych środków pomiędzy pielęgniarkami miałyby podejmować osoby kierujące podmiotami leczniczymi.
Dywersja na stronach resortu
Na stronach Ministerstwa Zdrowia 4 sierpnia br. pojawiła się informacja o zawarciu porozumienia w sprawie podwyżek. Jak podawał resort, tego dnia został podpisany dokument o wzajemnej współpracy w zakresie tworzenia przepisów dotyczących wymiaru czasu pracy i zakresu czynności w ramach świadczeń opieki zdrowotnej udzielanych przez pielęgniarki i położne.
Informację tę zdementowała Grażyna Rogala-Pawelczyk, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych:
„Wszelkie ustalenia, także te dotyczące tworzenia przepisów związanych z wymiarem czasu pracy i zakresem czynności w ramach świadczeń opieki zdrowotnej udzielanych przez pielęgniarki i położne, zawsze uzgadniane są przez Ministerstwo Zdrowia z reprezentującymi stronę społeczną przedstawicielami NRPiP i OZZPiP”.
Zembali nie pozostało nic więcej, jak tylko przeprosić pielęgniarki za nieporozumienie zaistniałe w związku z publikacją na stronie Ministerstwa Zdrowia nieprawdziwych informacji w sprawie płac.
„Wina za tę sytuację leży tylko i wyłącznie po stronie Ministerstwa, do czego z pokorą się przyznaję i przepraszam”
- zapewniał minister zdrowia.
Mam w tym miejscu gorzką satysfakcję, bo niedawno prorokowałem (15 lipca „Pomieszanie ról, czyli dziennikarz szefem gabinetu politycznego Zembali. Tajemnica wpadek ministra zdrowia?”), że tak będzie.
„Znana jest już tajemnica politycznych i medialnych wpadek ministra zdrowia prof. Mariana Zembali. Otóż od 1 lipca szefem jego gabinetu politycznego jest Jerzy Zawartka” – pisałem.
Jednoosobowy gabinet
Byłem ciekawy, kto jeszcze znalazł się w tym – z założenia elitarnym i fachowym – gronie doradców politycznych szefa resortu? Złudzeń pozbawił mnie i ubawił Krzysztof Bąk, rzecznik ministra.
„Aktualnie w Gabinecie Politycznym Ministra Zdrowia zatrudniona jest 1 osoba na stanowisku Szefa Gabinetu. Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 28 marca 2000 r. w sprawie zasad wynagradzania i innych świadczeń przysługujących pracownikom urzędów państwowych zatrudnionym w gabinetach politycznych oraz doradcom lub pełniącym funkcje doradców osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe ( Dz. U. Nr 24, poz. 296, z późn. zm.) na stanowisku szefa gabinetu przysługuje wynagrodzenie zasadnicze 6.070 zł oraz dodatek funkcyjny w wysokości 1.810 zł.
Do wynagrodzenia zasadniczego doliczany jest również dodatek za staż pracy w wysokości wynoszącej po pięciu latach pracy 5% i wzrasta o 1% za każdy dalszy rok pracy, aż do osiągnięcia 20% miesięcznego wynagrodzenia”.
Tyle rzecznik.
Czyli Zawartka jest sam sobie szefem w tzw. Gabinecie Politycznym Ministra Zdrowia. Zapewne to zgodnie z trendem „oszczędnego państwa à la PO”. To niewiele za kompromitowanie ministra Zembali – zaledwie 7880 złotych. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że zadanie doradzania ministrowi zdrowia przerosło Zawartkę. Gorzej, że jego rady kompromitują prof. Zembalę. Bo ministrem się bywa.
Lobbing w lekach?
Ciekawe, kto doradził ministrowi zdrowia powołanie nowego dyrektora Narodowego Instytutu Leków, którym został chirurg onkolog, prof. dr hab. Piotr Fiedor? O tym skandalu pisze Jan Pawlicki na portalu Blogpublika.com
„Nie byłoby może w tym nic niestosownego, ot złamanie dobrego obyczaju, gdyby nie fakt, że procedura powołania szefa NIL budzi szereg wątpliwości. Do tego stopnia, że poprzedni minister, Bartosz Arłukowicz, nakazał powtórzenie konkursu. Zembala anulował tę decyzję i przeforsował kandydaturę prof. Fiedora. W dodatku zrobił to wbrew stanowisku Rady Naukowej Instytutu. Pracownicy NIL nie mogą krytykować decyzji ministra – właśnie dostali zakaz wypowiadania się w mediach pod groźbą utraty pracy”.
Narodowy Instytut Leków decyduje o rejestracji i dopuszczaniu do obrotu produktów leczniczych i wyrobów medycznych. To ogromna władza, kluczowa dla interesów firm farmaceutycznych.
„W dodatku poprzedni dyrektor, prof. Zbigniew Fijałek, podpadł lobby farmaceutycznemu. To poszlaka numer dwa. Fijałek doprowadził do zmiany prawa w ten sposób, by producenci leków płacili za badania dopuszczające je do sprzedaży. Wcześniej kosztami obciążany był skarb państwa. To ty, drogi podatniku, płaciłeś GlaxoSmithKline, czy Polpharmie za testy, które miały potwierdzić, że produkowane przez te firmy preparaty nie są szkodliwe dla zdrowia. Być może perspektywa dalszego szefowania Narodowemu Instytutowi Leków przez prof. Fijałka nie jest na rękę potężnym graczom na rynku farmaceutycznym”
– pisze Pawlicki.
Celne stwierdzenie. Nie ma zapewne w Polsce profesora medycyny, który nie korzystał ze sponsorowania swoich badań czy wyjazdów przez koncerny medyczne bądź farmaceutyczne. Przyznaje się do tego nawet obecny minister zdrowia. Z jego oświadczeń majątkowych wynika, że p będąc konsultantem krajowym, prof. Zembala zasiadał w radzie naukowej fundacji Polpharmy.
Z jego oświadczeń majątkowych wynikało, że m.in. Polpharma była sponsorem wyjazdu na kongresy naukowe (np. 18 września ub. roku „pokrycie kosztów wyjazdu i ubezpieczenia do Barcelony celem aktywnego udziału kongresie Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego”). Niczego naturalnie nie sugeruję, ale kontekst ewentualnego lobbingu koncernów farmaceutycznych na obsadę personalną stanowiska dyrektora NIL wymaga wyjaśnienia.
Artykuł opublikowany na portalu wpolityce.pl
Biurowiec dawnej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Katowicach, czyli DOKP (to ten z prawej strony) powoli maleje. Aż trudno dzisiaj uwierzyć, że miał 90 metrów wysokości, i budkę milicyjną na dachu.
Budynek zniknie z centrum Katowic do końca tego roku. Co powstanie na miejscu 90-metrowego budynku? To zagadka.

Jerzy Buzek nie należy do moich ulubieńców. Jednak pojawienie się w Internecie artykułów o jego „agenturalnej” przeszłości na milę śmierdzi prowokacją i zamiarem skompromitowania „na wszelki wypadek” lustracji.
Niedawno na portalu Fronda.pl pojawił się skandaliczny artykuł „Jerzy Buzek TW Karol”? przedrukowany za portalem pressmania.pl. O ile Fronda.pl artykuł autorstwa Irka Cezarego Tuniewicza szybko usunęła, to na tym drugim portalu nadal można go przeczytać.
Publikacja Tuniewicza, który jak wynika z jego profilu na portalu społecznościowym pochodzi z Gdańska a mieszka w Toronto, o rzekomej (bo brak dowodów na nią) agenturalności Jerzego Buzka opiera się na wniosku posłów Tomasza Karwowskiego oraz Adama Słomki z Konfederacji Polski Niepodległej – Ojczyzna z 1999 roku do Sądu Lustracyjnego. Posłowie domagali się lustracji ówczesnego premiera rządu AWS.
Była to reakcja na decyzję Bogusława Nizieńskiego, ówczesnego Rzecznika Interesu Publicznego, który postanowił nie uwzględnić wniosku. Postanowieniem z dnia 2 września 1999 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie (sygn. akt V AL 32⁄99) utrzymał w mocy postanowienie Rzecznika Interesu Publicznego o odmowie wystąpienia z wnioskiem o wszczęcie postępowania lustracyjnego.
W Katalogu IPN czytamy następujące informacje o Jerzym Buzku:
Karwowski we wniosku (nadal dostępny w Internecie) opierał się na głównie na
„informacjach przekazanych mnie przez świadków (zgłoszonych formalnie w postępowaniu lustracyjnym) oraz z danych Wydziału Operacyjnego (Kontrwywiadowczego)”.
Poniżej fragmenty wniosku Karwowskiego (niemal tożsame z artykułem Tuniewicza):
„Jerzy Buzek został zwerbowany przez Wywiad Wojskowy PRL w roku 1971 przed wyjazdem na stypendium naukowe do Wielkiej Brytanii (1971−72 r. ). Informacja na ten temat zawarta jest w zachowanych aktach [ zał. nr 1]. Pierwszym zadaniem agenta było zdobycie dla Układu Warszawskiego najnowszych technologii utylizacji gazów bojowych. Po powrocie do kraju, w końcu 1972 roku, Jerzy Buzek złożył stosowny raport. Wobec podejrzenia o przewerbowanie agenta przez MI 5 (siostrzane do CIA służby brytyjskie) Wywiad PRL zrezygnował z użycia agenta „na kierunku państw kapitalistycznych”.
W związku z tym przekazano agenta do dyspozycji Służby Bezpieczeństwa [ zał. nr 2]. Użyty przez Służbę Bezpieczeństwa po wydarzeniach 1976 r (protesty na uczelniach) do operacji rozpracowania środowisk akademickich m.in. w ramach sprawy obiektowej „Politechnika”. Chodzi o Politechnikę Gliwicką. Działania te koordynował przede wszystkim Wydział III KW MO Katowice, [zał. Nr. 3. ]. Nagrodą za efektywną pracę było umożliwienie przyznania tytułu naukowego docenta (akta rozpracowania „Docent”).
Jerzy Buzek posiadał minimum 3 „teczki” , pierwszą gdy był rozpracowywany – przymuszany do współpracy „Docent” (?), drugą założył Wywiad, trzecią Służba Bezpieczeństwa, nadając kryptonim Tajny Współpracownik (TW) „Karol”. Natomiast w ramach każdej z wymienionych, występowały m.in. teczka personalna oraz teczka pracy tzw. operacyjna.
Po strajkach sierpniowych 1980 roku Jerzego Buzka skierowano do Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Najpoważniejszym sukcesem agenta TW „Karol” stały się działania manipulacyjne podczas I‑szego Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” w Gdańsku, gdzie jako współprowadzący obrady m.in. doprowadził do uchwalenia słynnej Odezwy do Narodów Europy Środkowo- Wschodniej. Celem autorów z komunistycznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL była prowokacja i uzyskanie bezpośredniej pomocy (z interwencją zbrojną włącznie) od ZSRR, zaniepokojonego rozszerzaniem się wolnościowej „zarazy” na inne kraje socjalistyczne.
Agent otrzymał za to zadanie wysoką nagrodę finansową, [zał. nr 4]. W 1985 podpisał kolejny ważny dokument złożony w teczce operacyjnej TW „Karol” [zał. nr 5] .
Charakterystyczną rolę Jerzy Buzek odgrywa w aresztowaniu przywódców Śląskiego podziemia solidarnościowego. Poznaje wyjątkowo lokal, w którym ukrywa się Tadeusz Jedynak. Wkrótce zostaje w nim aresztowany tenże lider władz regionalnych i krajowych..
Następnie Jerzy Buzek poznaje mieszkanie, w którym ukrywa się następny szef regionalnych struktur „Solidarności”- Jan Andrzej Górny. Po kilku godzinach lokal okrąża ogromna liczba samochodów SB oraz cywilnych i mundurowych funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa PRL. Poszukiwanego przez 7 lat listem gończym Prokuratury Wojskowej czołowego działacza podziemnych struktur, w tym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” aresztowano… bez rewizji lokalu !
Jerzy Buzek niezauważony, z torbą pełna związkowych pieniędzy, bez kłopotu opuszcza po kwadransie „kocioł”. Nie znany jest w dziejach podziemia przypadek (a tym bardziej na „czerwonym” Śląsku), by przy tak ważnym aresztowaniu Służba Bezpieczeństwa nie dokonywała gruntownej rewizji i „zabezpieczenia” lokalu.
Jedynym, który skorzystał na powyższych aresztowaniach był Jerzy Buzek, który jako >doradca< zaczął „nieformalnie” reprezentować Górny Śląsk w pracach krajowego kierownictwa (TKK) „Solidarności”. Było to możliwe, gdyż SB nie dopuściła do wyłonienia kolejnego przywódcy regionalnej NSZZ „Solidarność”.
Dotychczasowa odmowa przesłuchania w procesie lustracyjnym Tadeusza Jedynaka, przywódcy podziemnej „S” przez powołanie się na opinię J.A. Górnego jest kompletnie absurdalne (str. 7 Postanowienia Rzecznika). W tej sprawie nie oceniamy więzi przyjacielskich czy też jawnych współpracowników Moskwy (Miller, Oleksy itp.) ale utajnionych przed nami (działaczami demokratycznej opozycji) tajnych współpracownikach służb specjalnych.
[…] Akta rozpracowania i aresztowania J.A. Górnego zachowały się i potwierdzają rolę jaką odegrał TW „Karol”. Niezbędne jest ich dogłębne zweryfikowanie przez Sąd Lustracyjny na opisaną okoliczność [ świadek z MSW III RP odn. Nr 6].
Za powyższe zasługi oraz przekazanie dokumentów władz podziemnej „Solidarności” agent TW „Karol” otrzymał od Służby Bezpieczeństwa 7000 USD (Równowartość ówczesnych ok. 350 pensji!) [zał. nr 7].
Co najciekawsze, Jerzy Buzek nigdy nie został aresztowany czy nawet internowany, choć już od roku 1981 z racji jawnej działalności w legalnej NSZZ „Solidarność”, był doskonale znany Służbie Bezpieczeństwa. Mało tego, wielokrotnie (10 razy) wyjeżdżał do krajów kapitalistycznych. Jest to również wypadek wśród działaczy opozycji bez precedensu. Tym bardziej, że na Śląsku szalał największy komunistyczny terror. „Ekstremie” paszport czasami wręczano, owszem, ale z pieczątką: bez prawa powrotu do PRL.
Sprawa wybuchła ponownie podczas Regionalnego Zjazdu „Solidarności” Śląsko-Dąbrowskiej, gdzie Wiceprzewodniczący Zarządu Regionu Zbigniew Martynowicz zarzucił publicznie J. Buzkowi współpracę z SB.”
Tyle Karwowski. Wydział XI Departamentu I zajmował się zwalczaniem „dywersji ideologicznej” – czyli w latach 80. także „Solidarności” i jej zagranicznych struktur. W latach 1985–99 naczelnikiem tegoż wydziału był Aleksander Makowski.
Działacze podziemia z Gliwic twierdzą zgodnie, że konspiracyjnym pseudonimem Buzka był „Karol”. To jego drugie imię. Nic nie wspominają o podejrzeniach wobec Buzka.
Jerzy Buzek w maju 1987 r. z przyczyn osobistych wycofał się z działalności w podziemiu. Wiosną 1985 roku lekarze zdiagnozowali u Agaty Buzek nowotwór, ziarnicę złośliwą. Buzkowie rozpoczęli walkę o życie dziecka. - Przez cztery lata żyliśmy na skraju wytrzymałości psychicznej – mówiła w reportażu w Polska The Times ówczesna żona Buzka – Ludgarda. Ostatni zabieg i chemioterapia zakończyły się wiosną 1989 roku.
Niewykluczone, że warunkiem wydania paszportu dla Buzka, aby córka mogła wyjechać na leczenie do RFN, było właśnie wycofanie się przez niego z działalności opozycyjnej. Czy taki szantaż był? Tego nie wiadomo, bo Buzek o tym nigdy nie mówił.
W listopadzie 1987 r. w skład nowo powstałej Krajowej Komisji Wykonawczej jako przedstawiciel regionu śląsko-dąbrowskiego wszedł Jan A. Górny, który jednak szybko, bo już 19 listopada został zatrzymany w tym „kotle”, o którym wspomina Karwowski.
W Encyklopedii Solidarności możemy przeczytać o dalszych losach Jana A. Górnego:
„19 listopada 1987 r. zatrzymany, 21 listopada 1987 r. aresztowany na 3 mies. pod zarzutem niepłacenia alimentów, przetrzymywany w Areszcie Śledczym w Katowicach, skazany przez Kolegium ds. Wykroczeń w Gliwicach na karę wysokiej grzywny, a 25 stycznia 1988 r. przez Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej na 4 lata więzienia”.
Zatem Górny ledwo co został powołany w skład KKW, to SB go zatrzymała i skutecznie wyeliminowała z działalności opozycyjnej.
Górny po 1989 roku zniknął z życia publicznego. Zajął się biznesem, ale to inna bajka.
Nadal nie wyjaśniona do końca jest sprawa agenta „Oris”, który rozpracowywał gliwicką opozycję. Według moich informacji był to agent nie bezpieki, ale kontrwywiadu wojskowego.
Artykuł opublikowany na portalu wpolityce.pl

Kopalnia Węgla Kamiennego „Katowice” (niem. Ferdinandgrube) to nieczynna od lat kopalnia znajdująca się w centrum miasta, w dzielnicy Bogucice.
Działała w latach 1823–1999. Do 1936 roku kopalnia nosiła nazwę „Ferdynand”. W okresie 1953–1956 kopalnia nazywała się, a jakże – „Stalinogród”, podobnie jak miasto, w którym się znajdowała.
Dzisiaj na jej terenach znajdują się budynki NOSPR oraz nowego Muzeum Śląskiego. Górnicy natomiast od lat są na emeryturach lub zasiłkach.

To, co powyżej wita zwiedzających muzealna ekspozycję kilkanaście metrów pod ziemią. Kiedyś ten napis witał górników zdążających na szychtę.
