Bez­pie­ka i wam­pir z Zagłębia”

Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa nie­zbyt przy­kła­da­ła się do śledz­twa w spra­wie Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go i jego bra­ci. Jego poszu­ki­wa­nia były jed­nak dla SB cen­ne, bo przy oka­zji zbie­ra­no oby­cza­jo­we haki” na inne osoby.

Lek­tu­ra mate­ria­łów gru­py SB Anna” pozwa­la wyobra­zić sobie ska­lę inwi­gi­la­cji spo­łe­czeń­stwa przez SB w cza­sach PRL. Akta opi­su­ją nie­zna­ne dotąd szcze­gó­ły zabójstw kil­ku­na­stu kobiet, za któ­re na szu­bie­ni­cę tra­fi­li bra­cia Zdzi­sław i Jan Mar­chwic­cy oraz wie­lo­let­nią bez­rad­ność milicji.

- Funk­cjo­na­riu­sze SB dzia­ła­li w pra­cu­ją­cej rów­no­le­gle z mili­cją gru­pie SB Anna”. – Bar­dziej nam prze­szka­dza­li, niż poma­ga­li. Przede wszyst­kim nie­chęt­nie dzie­li­li się infor­ma­cja­mi. Tak napraw­dę, to chy­ba SB nie cho­dzi­ło o zła­pa­nie wam­pi­ra”, ale o zbie­ra­nie haków” na ludzi – tłu­ma­czy jeden z mili­cjan­tów, któ­ry szu­kał wam­pi­ra”.

Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa upar­cie szu­ka­ła pod­ło­ża poli­tycz­ne­go zabójstw. Tak tłu­ma­czo­no przy­pad­ki zbrodni:

Spraw­ca chciał ster­ro­ry­zo­wać spo­łe­czeń­stwo i uzy­skać roz­głos. Komu­ni­ka­ty w pra­sie, ofi­cjal­ne ape­le, pani­ka wśród kobiet i absen­cja w zakła­dach pra­cy wyka­zu­ją bez­sil­ność władz. […] Sama zbież­ność nazwisk ofiar: Gomuł­ka, Gie­rek, Sąsiek w zesta­wie­niu z data­mi prze­stępstw i oko­licz­no­ścia­mi im towa­rzy­szą­cy­mi są chy­ba wystar­cza­ją­cym uza­sad­nie­niem. Zagłę­bie zna­ne jest z naj­bar­dziej rewo­lu­cyj­nej posta­wy jego spo­łe­czeń­stwa w naj­bar­dziej cięż­kim dla kra­ju okre­sie zabo­rów i w cza­sie mię­dzy­wo­jen­nym. Stąd wywo­dzi się sze­reg wybit­nych dzia­ła­czy par­tyj­nych i pań­stwo­wych pia­stu­ją­cych wyso­kie sta­no­wi­ska. […] W porów­na­niu do innych regio­nów kra­ju, w tym tak­że Ślą­ska, spo­łe­czeń­stwo Zagłę­bia jest naj­mniej podat­ne na pro­pa­gan­dę kle­ru, potę­pia otwar­cie jego poli­tycz­ne aspi­ra­cje. W tej sytu­acji czyn­ni­kiem, któ­ry mógł­by pod­wa­żyć zaufa­nie tego spo­łe­czeń­stwa do władz jest wyka­za­nie ich bez­sil­no­ści. W pew­nym sen­sie spraw­ca, o ile dzia­ła sam, cel ten osiągnął”

– pisał major Jerzy Gru­ba 3 listo­pa­da 1968 r. w Ana­li­zie moty­wów dzia­ła­nia spraw­cy na pod­sta­wie usta­leń śled­czych i ope­ra­cyj­nych w spra­wie kryp­to­nim Anna”.

Oprócz mili­cyj­nych kon­fi­den­tów infor­ma­cji o podej­rza­nych o zabój­stwa dostar­cza­ła rów­nież agen­tu­ra Służ­by Bez­pie­czeń­stwa. Dono­sy do bez­pie­ki o tym, kto może być wam­pi­rem” wpły­wa­ły od 23 Taj­nych Współ­pra­cow­ni­ków, 101 kon­tak­tów pouf­nych i 37 kan­dy­da­tów na Taj­ne­go Współpracownika.

Uprzej­mie donoszę

Zacho­wa­ły się set­ki mel­dun­ków ope­ra­cyj­nych, w któ­rych spraw­dza­no infor­ma­cje z dono­sów oby­wa­te­li. W więk­szo­ści były to infor­ma­cje doty­czą­ce intym­nych szcze­gó­łów życia. Pisa­ły zdra­dza­ne kobie­ty i dono­si­ły na swo­ich part­ne­rów opi­su­jąc – praw­dzi­we bądź zmy­ślo­ne – szcze­gó­ły ich poży­cia, świad­czą­ce o tym, że mia­ły kon­takt z poten­cjal­nym wam­pi­rem”. Męż­czyź­ni denun­cjo­wa­li rywa­li. Rzu­ce­nie choć cie­nia podej­rze­nia w ano­ni­mie (choć są też takie pod­pi­sa­ne nazwi­skiem) uru­cha­mia­ło całą machi­nę ope­ra­cyj­ną SB. Taka oso­ba była inwi­gi­lo­wa­na, spraw­dza­no jej kon­tak­ty pry­wat­ne i zawo­do­we. Z oby­cza­jo­wym hakiem” pozy­ska­nie infor­ma­to­ra nie było trudne…

SB spraw­dza­ła tak­że oso­by, któ­re peł­ni­ły funk­cje w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, słu­ży­ły w hitle­row­skich jed­nost­kach likwi­da­cyj­nych, nale­ża­ły do nie­le­gal­nych orga­ni­za­cji pod­ziem­nych wyko­nu­jąc zbrod­ni­cze funk­cje”. Bez­sku­tecz­nie. Kobie­ty nadal ginę­ły. Podej­rze­wa­no zupeł­nie poważ­nie, że zabój­cą może być oso­ba zwią­za­na z mili­cją lub SB.

Bra­no też pod uwa­gę motyw zemsty, bo przed­ostat­nia ofia­ra wam­pi­ra – Jadwi­ga Sąsiek, zamor­do­wa­na 3 paź­dzier­ni­ka 1968 r. – była krew­ną dwóch komen­dan­tów powia­to­wych MO i ofi­ce­ra dyżur­ne­go KPMO Będzin.

SB listy czyta

Bez­pie­ka nie próż­no­wa­ła. Tyl­ko w cią­gu dwóch tygo­dni w paź­dzier­ni­ku 1966 roku, po zabój­stwie Jolan­ty Gie­rek, krew­nej ówcze­sne­go I sekre­ta­rza Komi­te­tu Woje­wódz­kie­go PZPR w Kato­wi­cach Edwar­da Gier­ka, wydział W” zaj­mu­ją­cy się czy­ta­niem kore­spon­den­cji spraw­dził 21300 listów, z cze­go 723 doty­czy­ły wypad­ków mor­der­stwa na tere­nie Zagłę­bia. Infor­ma­cje z 34 skon­tro­lo­wa­nych listów esbe­cja potrak­to­wa­ła jako napro­wa­dze­nie”, 26 – skon­fi­sko­wa­no, i nigdy nie dotar­ły do adre­sa­tów, bo wyol­brzy­mia­ły wypad­ki morderstw”.

Musi­my Pani powie­dzieć, że u nas gra­su­je wam­pir, któ­ry mor­du­je kobie­ty. Tak, że o godzi­nie 5 po połu­dniu wszyst­kie sie­dzą w domu. W Sosnow­cu zamor­do­wał 8 kobiet, w Będzi­nie też chy­ba tyle […]”

– pisa­ła Tere­sa z Będzi­na do Józe­fy Więc­kow­skiej z Radomia.

Cała ta spra­wa nabra­ła roz­gło­su dopie­ro teraz, kie­dy zamor­do­wa­no bra­ta­ni­cę Gier­ka, mimo że seria zabójstw cią­gnie się od dwóch lat. W ubie­gła sobo­tę MO i pro­ku­ra­tu­ra wysto­so­wa­ły komu­ni­kat i apel do spo­łe­czeń­stwa o pomoc w uję­ciu mor­der­cy, bo sami nie mogą sobie pora­dzić. Mili­cja nie może dać sobie rady z tym, mimo że na pomoc przy­je­cha­ła mili­cja z NRD, i ze Sco­tland Yardu”

– rela­cjo­no­wa­ła wyda­rze­nia Jadwi­ga z Sosnow­ca Bro­ni­sła­wo­wi Kogu­to­wi z Łańcuta.

Pierw­szy ślad zain­te­re­so­wa­nia Janem Mar­chwic­kim przez gru­pę SB Anna” pocho­dzi z 14 listo­pa­da 1966 roku. W notat­ce służ­bo­wej star­szy ofi­cer ope­ra­cyj­ny ppor. Sta­ni­sław Wower pisze:

W Sosnow­cu przy uli­cy Dzier­żyń­skie­go 43 zamiesz­ku­je Jan Mar­chwic­ki ur. 1929 r. Wymie­nio­ny jest nie­ukoń­czo­nym kle­ry­kiem, ponie­waż z semi­na­rium został wyda­lo­ny, gdyż był pede­ra­stą. Ob. Jan Mar­chwic­ki odpo­wia­da ryso­pi­so­wi spraw­cy, miesz­ka samot­nie i nawet ma osob­ne wej­ście. Przez kil­ka lat był zatrud­nio­ny w Kato­wi­cach wyko­nu­je funk­cje szko­le­niow­ca, wyjeż­dżał w róż­ne kie­run­ki nasze­go woje­wódz­twa, i teren będziń­ski zna bar­dzo dobrze”.

Nie­waż­ne łapówki

Po aresz­to­wa­niu Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go na począt­ku 1972 roku, co nie było zasłu­gą” SB, ale nastą­pi­ło po dono­sie żony sku­szo­nej astro­no­micz­ną nagro­dą milio­na zło­tych, póź­niej za krat­ki tra­fi­li m.in. dwaj jego bra­cia (Jan i Hen­ryk). Jako jedy­ny z dzien­ni­ka­rzy i pisa­rzy ujaw­ni­łem, że Jan Mar­chwic­ki był agen­tem SB ps. Janusz”.

Jan Marchwicki IPN karta ewid

Pod­czas śledz­twa Jan Mar­chwic­ki zała­mał się. Zaczął SB opo­wia­dać o łapów­kach dawa­nych i wrę­cza­nych na wydzia­le pra­wa. Był jed­nym z ogniw tej afe­ry [szcze­gó­ły opi­sy­wa­łem tu]. Za przy­ję­cia na stu­dia J. Mar­chwic­ki wziął w sumie 1,2 mln zło­tych (ówcze­snych)!

Wska­za­łem wie­le osób, któ­re tak­że czer­pa­ły korzy­ści finan­so­we z tego pro­ce­de­ru. Ob. Alek­san­der Chmie­lew­ski – pra­cow­nik SB – pozo­sta­wił mi kart­kę z nazwi­ska­mi swo­ich pro­te­go­wa­nych na Zaocz­ne Stu­dium Admi­ni­stra­cji, i nie tyl­ko, z Komen­dy Woje­wódz­kiej MO. Oczy­wi­ście wszy­scy zosta­li przy­ję­ci, ale przez to musia­łem dwa nazwi­ska skre­ślić z listy Woje­wódz­kiej Rady Naro­do­wej, spo­rzą­dzo­nej przez Fran­cisz­ka Mik­sę, a ci kan­dy­da­ci mie­li pierw­szeń­stwo. […] Jeże­li cho­dzi o Alek­san­dra Chmie­lew­skie­go to tutaj muszę dodać o czym nie chciał pisać pro­to­ko­le por. Jan Kowal­ski, że wła­śnie cza­sie kie­dy byłem zabie­ra­ny na roz­mo­wy do KW MO, pouczał mnie abym nie poru­szał spra­wy łapó­wek i uwa­żał na pod­pis pro­to­ko­łów – cho­dzi­ło o to, aby mię­dzy ostat­nim zda­niem pro­to­ko­łu a pod­pi­sem nie było miej­sca, gdyż prze­słu­chu­ją­cy mogą coś nie­ko­rzyst­ne­go tak dopi­sać” – żalił się Jan Marchwicki.

Jak widać SB o swo­je inte­re­sy potra­fi­ła zadbać i sku­tecz­nie uci­szyć zbyt rozmownych.

Na razie to koniec tryp­ty­ku o Wam­pi­rze z Zagłę­bia”, któ­ry powstał na pod­sta­wie wie­lu arty­ku­łów napi­sa­nych prze­ze mnie.

Histo­ria wam­pi­ra cz. 2

Dok­tor Jadwi­ga Kucia, wykła­dow­ca Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go w Kato­wi­cach była ostat­nią ofia­rą wam­pi­ra”. Zgi­nę­ła od sil­nych cio­sów w gło­wę w mar­cu 1970 roku. To wła­śnie za zle­ce­nie zabój­stwa dr Jadwi­gi Kuci zawisł na strycz­ku Jan Mar­chwic­ki. Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go ska­za­no za zamor­do­wa­nie dr Kuci i kil­ku­na­stu innych kobiet.

Hen­ryk, jego brat w tym samym pro­ce­sie za pomoc w jej zabój­stwie został ska­za­ny na 25 lat wię­zie­nia. Hali­na Flak, sio­stra Mar­chwic­kich dosta­ła 4 lata za to, że wzię­ła rze­czy pocho­dzą­ce od zamor­do­wa­nych kobiet. Jej syna, Zdzi­sła­wa, ska­za­no na taką samą karę. Józef Klim­czak, kocha­nek Jana Mar­chwic­kie­go i autor obcią­ża­ją­cych cała rodzi­nę zeznań, dostał wyrok 12 lat więzienia.

Zdzisław Marchwicki ogłoszenie wyroku  Fot. Wł. Morawski

Zdzi­sław Mar­chwic­ki w momen­cie ogło­sze­nia wyroku

Bez­po­śred­nim inspi­ra­to­rem mor­der­stwa Kuci popeł­nio­ne­go przez Zdzi­sła­wa, któ­re­mu poma­gał Hen­ryk – jak wyka­za­ło śledz­two – miał być Jan Mar­chwic­ki. Tak zeznał Klim­czak, któ­ry jak dziś powie­dzie­li­by­śmy był nie­mal koron­nym świad­kiem” w procesie.

Bez­pie­ka tak­że aktyw­nie włą­czy­ła się w uję­cie wam­pi­ra. Powsta­ła gru­pa SB – Anna”. Powód? Daty nie­któ­rych z zabójstw przy­pa­da­ły w świę­ta pań­stwo­we, kil­ka kobiet było spo­krew­nio­ne z eli­tą par­tyj­no-mili­cyj­ną woje­wódz­twa kato­wic­kie­go, dwie – nosi­ły zna­ne nazwi­ska dzia­ła­czy par­tyj­nych: Gomuł­ka i Gierek.

- Jan musiał zgi­nać, bo za dużo wie­dział i w cza­sie pro­ce­su gło­śno mówił o swo­ich ukła­dach – opo­wia­da ofi­cer SB, któ­ry ponad 30 lat temu był obser­wa­to­rem procesu.

Pomył­ka wampira

Dla­cze­go jed­nak zgi­nę­ła dr Kucia? Tezy są dwie. Pierw­sza mówi o tym, że Kucia zgi­nę­ła przez pomył­kę, bo Jan Mar­chwic­ki chciał się zemścić na kobie­cie, któ­ra zastą­pi­ła go na sta­no­wi­sku kie­row­ni­ka dzie­ka­na­tu. Dr Kucia była bar­dzo podob­na do niej. Teza dru­ga: Kucia zgi­nę­ła, bo wie­dzia­ła o łapów­kach, jakie brał Mar­chwic­ki i gro­zi­ła, że o tym opowie.

- Jasiu, jak na nie­go mówi­li stu­den­ci, był zna­nym homo­sek­su­ali­stą, noto­wa­nym przez mili­cję i SB. Bar­dzo inte­li­gent­ny, prze­bie­gły. Uczył się w Niż­szym Semi­na­rium Duchow­nym w Pozna­niu, a potem przez pra­wie trzy lata w Wyż­szym Semi­na­rium w Kra­ko­wie. Wyrzu­co­no go stam­tąd ze wzglę­du na jego skłon­no­ści. Mar­chwic­ki był zara­zem sza­rą emi­nen­cją” Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go. Żył ze swo­im mło­dym part­ne­rem Józe­fem Klim­cza­kiem w Kato­wi­cach we wła­snym miesz­ka­niu, nie­opo­dal uczel­ni. Demo­ra­li­zo­wał stu­den­tów, brał łapów­ki. Miał ku temu wie­le oka­zji, bo był prze­cież kie­row­ni­kiem dzie­ka­na­tu wydzia­łu pra­wa i admi­ni­stra­cji na Uni­wer­sy­te­cie Śląskim

– wspo­mi­na Wie­sław Toma­szek, eme­ry­to­wa­ny tech­nik kry­mi­na­li­stycz­ny, któ­ry brał udział w poszu­ki­wa­niu wam­pi­ra”. Jego pokój w miesz­ka­niu w Zabrzu pełen jest doku­men­tów i pamią­tek z cza­sów spra­wy Marchwickiego.

Mar­chwic­ki i SB

W archi­wum IPN w Kato­wi­cach zacho­wa­ły się doku­men­ty, z któ­rych wyni­ka, że Jan Mar­chwic­ki był agen­tem SB ps. Janusz” od 1962 roku. Został zwer­bo­wa­ny przez kapi­ta­na Sta­ni­sła­wa Wow­ra z SB w Sosnow­cu. Dono­sił przez kil­ka lat na księ­ży z para­fii św. Jac­ka w Sosnow­cu. W 1963 roku prze­ka­zał 6 infor­ma­cji doty­czą­cych księ­ży: Grun­wal­da, Kraw­ca i Cza­jo­ra. Po kil­ku latach ofi­cjal­na współ­pra­ca zosta­ła zawie­szo­na, ale nie zerwa­na. To bez­pie­ka zała­twi­ła mu póź­niej pra­cę kie­row­ni­ka sekre­ta­ria­tu na wydzia­le pra­wa. Z jego gabi­ne­tu korzy­stał czę­sto ofi­cer SB, któ­ry zabez­pie­czał” uczelnię.

Jan Marchwicki IPN karta ewid

We wrze­śniu 1970 r. por. Cilec­ki z gr. IV Wydzia­łu III SB spi­sał notat­kę służ­bo­wą z roz­mo­wy z TW Lech”. Mel­du­nek znaj­du­je się w tecz­ce prof. Mie­czy­sła­wa Sośnia­ka, pierw­sze­go dzie­ka­na Wydzia­ły Pra­wa i Admi­ni­stra­cji, któ­re­go od 1968 roku SB roz­pra­co­wy­wa­ła pod kryp­to­ni­mem Cer­ber”.

Agent bez­pie­ki Lech” stresz­czał roz­mo­wę Ewy Stan­kie­wicz (ówcze­snej asy­stent­ki na Wydzia­le Pra­wa i Admi­ni­stra­cji) z Janem Mar­chwic­kim, doty­czą­cą mecha­ni­zmu bra­nia łapó­wek za przy­ję­cia na studia.

Mar­chwic­ki chwa­lił się Stan­kie­wi­czo­wej swo­ją pozy­cją na uczel­ni i mówił o tym, że wraz z dyr. Jani­na Kar­piń­ską, (zastęp­cą dyrek­to­ra admi­ni­stra­cyj­ne­go UŚl. w latach 19681972 – przyp. aut.) i rek­to­rem Kazi­mie­rzem Popioł­kiem nale­ży do wiel­kiej trój­ki”, któ­ra się tym zaj­mo­wa­ła” – dono­sił Lech”.

Z mel­dun­ku kon­fi­den­ta wyni­ka, że Mar­chwic­ki kom­ple­to­wał listę tych kan­dy­da­tów na stu­dia, któ­rzy szu­ka­li pro­tek­cji. Wybie­rał dzie­ci osób zamoż­nych. Lista była prze­ka­zy­wa­na dyr. Kar­piń­skiej, któ­ra dorę­cza­ła ją rek­to­ro­wi. Pro­te­go­wa­ny zda­wał egza­min pisem­ny ze wszyst­ki­mi. Gdy poszło mu źle, Mar­chwic­ki wymie­niał w jego tecz­ce pra­cę złą na dobrą. Gdy z kolei poszło takie­mu źle na egza­mi­nach ust­nych, Mar­chwic­ki pole­cał mu pisać odwo­ła­nie do rek­to­ra, i taka oso­ba tra­fia­ła na stu­dia z listy rek­tor­skiej. Mar­chwic­ki żalił się, że z tego zyskow­ne­go inte­re­su dosta­wał reszt­ki. Potem się usa­mo­dziel­nił” i wszedł w poro­zu­mie­nie z innym profesorem.

Pra­ca w tym innym ukła­dzie” była trud­niej­sza – Mar­chwic­ki pro­sił egza­mi­na­to­rów o wyro­zu­mia­łość wobec swe­go pro­te­go­wa­ne­go, a gdy kan­dy­dat nie zdał mimo to jakie­goś egza­mi­nu, to współ­pra­cu­ją­cy z Mar­chwic­kim egza­mi­na­tor popra­wiał mu oce­nę – na 3 lub czę­ściej 4. Mar­chwic­ki nie dzie­lił się z egza­mi­na­to­rem pie­niędz­mi, lecz kupo­wał mu dro­gie pre­zen­ty, np. zagra­nicz­ny tele­wi­zor. Pre­zen­ty dawał też innym człon­kom komi­sji – np. zawsze przed komi­sją kładł Car­me­ny”. - Gdy wia­do­mość o wła­snym inte­re­sie” pro­wa­dzo­nym przez Mar­chwic­kie­go przez Kar­piń­ską tra­fi­ła do Popioł­ka, pozby­to się go – rapor­to­wał porucz­nik Cilecki.

Nie­pra­wi­dło­wo­ści w przy­ję­ciach kan­dy­da­tów na stu­dia praw­ni­cze nie sta­no­wi­ły tajem­ni­cy dla SB co naj­mniej od 1969 r. Wów­czas to I sekre­tarz Komi­te­tu Uczel­nia­ne­go PZPR prze­ka­zał kpt. Jerze­mu Ben­ben­ko­wi z gr. IV Wydzia­łu III infor­ma­cję, że odwie­dził go doc. Michał Stasz­ków, sekre­tarz orga­ni­za­cji par­tyj­nej Wydzia­łu Pra­wa z żąda­niem zwo­ła­nia Rady Wydzia­łu w spra­wie pro­ce­de­ru korup­cji. Spra­wa korup­cji nigdy nie zosta­ła wyja­śnio­na. Nikt nie usły­szał zarzu­tów za łapówki.

– Jan Mar­chwic­ki za dużo mówił w cza­sie pro­ce­su. Gro­ził, że ujaw­ni swo­ich pro­tek­to­rów, odwo­ły­wał zezna­nia. Nie był na roz­pra­wach pokor­ny, a jego wyja­śnie­nia zamiast poko­ry były oskar­że­nia­mi. Nie zapo­mi­naj­my, ze wśród jego przy­ja­ciół i zna­jo­mych było wie­lu ofi­ce­rów MOSB oraz pro­ku­ra­tu­ry. Nie­wy­klu­czo­ne, że nie­któ­rym poma­gał w zda­niu egza­mi­nów – mówi Toma­szek.

W akcie oskar­że­nia w tej spra­wie pod­pi­sa­nym przez pro­ku­ra­to­ra Józe­fa Gur­gu­la z ówcze­snej Pro­ku­ra­tu­ry Gene­ral­nej PRL i Zeno­na Kopiń­skie­go wice­pro­ku­ra­to­ra Pro­ku­ra­tu­ry Woje­wódz­kiej w Kato­wi­cach, Zdzi­sła­wa Mar­chwic­kie­go oskar­żo­no o zamor­do­wa­nie 14 kobiet i cięż­kie zra­nie­nie sze­ściu, któ­re cudem prze­ży­ły. Nie mogło być inne­go wyro­ku jak kara śmier­ci. Wąt­pli­wo­ści, co do winy i kary nigdy nie mie­li sędzio­wie, któ­rzy ska­za­li na śmierć bra­ci Mar­chwic­kich oraz auto­rzy aktu oskar­że­nia – pro­ku­ra­to­rzy Józef Gur­gul i Zenon Kopiński.

W jed­nym z wywia­dów eme­ry­to­wa­ny już pro­ku­ra­tor Józef Gur­gul, któy oskar­żał w pro­ce­sie wam­pi­ra z Sosnow­ca” powiedział:

W pro­ku­ra­tu­rze, jeśli chce się mieć wyni­ki, trze­ba pra­cę trak­to­wać nie jak zatrud­nie­nie, ale jak służ­bę spo­łecz­ną. Trze­ba oso­bi­ście być zain­te­re­so­wa­nym roz­wi­kła­niem spra­wy. W śledz­twie każ­dy dzień odpusz­czo­ny to praw­da, któ­ra bez­pow­rot­nie zni­ka wraz z pamię­cią świad­ków. A przede wszyst­kim trze­ba kuć żela­zo, póki gorą­ce – to pod­sta­wo­wa zasa­da sku­tecz­ne­go działania”.

Dzi­siaj z oskar­żo­nych w tam­tym pro­ce­sie żyje tyl­ko Zdzi­sław Flak. Mat­ka zmar­ła kil­ka lat temu. Hen­ryk Mar­chwic­ki zgi­nął w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach w latach 90., kie­dy po wyj­ściu z wię­zie­nia zaczął doma­gać się kasa­cji wyro­ku. Podob­no spadł ze scho­dów. Klim­czak po kil­ku latach wyszedł z wię­zie­nia i wyje­chał. Dokąd? Jed­ni opo­wia­da­ją, że do Szwe­cji, dru­dzy – że zmie­nił nie tyl­ko nazwi­sko, ale i twarz i miesz­ka na Pod­be­ski­dziu. Jeże­li żyje, to ma teraz ponad 60 lat.

Zdzi­sław Flak odsie­dział pra­wie trzy lata w wię­zie­niu. Jak twier­dzi, za kra­ta­mi zna­lazł się dla­te­go, bo nie chciał potwier­dzić że był świad­kiem roz­mo­wy, gdy wuj­ko­wie pla­no­wa­li zabój­stwo kobie­ty. Pech Fla­ka pole­gał na tym, że jed­nym z nich był Zdzi­sław Mar­chwic­ki – wam­pir z Zagłębia”.

Flak nie ukry­wa, że uwa­ża się za ofia­rę spra­wy wam­pi­ra”. Uni­ka wspo­mnień. Zmie­nił nazwi­sko. Z tru­dem uda­je się namó­wić go na spo­tka­nie. Po dłu­gich namo­wach przy­cho­dzi. Jest dobrze zbu­do­wa­nym, szpa­ko­wa­tym męż­czy­zną, któ­ry nadal boi się fatum, jakie cią­ży na jego rodzi­nie. I prze­szło­ści od któ­rej jed­nak nie może uciec.

– Kie­dy w grud­niu 1972 roku przy­szli po mnie nad ranem mili­cjan­ci, to nie wie­dzia­łem o co cho­dzi, i że wła­śnie zmie­nia się wła­śnie całe moje życie. Naj­pierw była dłu­ga rewi­zja, a potem prze­wie­zio­no mnie na komen­dę do Kato­wic i zaczę­ły się jesz­cze dłuż­sze prze­słu­cha­nia. Na począt­ku było grzecz­nie. W poko­ju sie­dział pro­ku­ra­tor Edmund Nako­niecz­ny. Na biur­ku przed nim maszy­na do pisa­nia z wkrę­co­ną, czy­stą kart­ką papie­ru. Mówił do mnie: Dzi­dek, za godzi­nę wyj­dziesz, tyl­ko potwierdź, że byłeś wte­dy a wte­dy w miesz­ka­niu Jana Mar­chwic­kie­go w Kato­wi­cach razem z Hen­ry­kiem, Zdzi­sła­wem i Klim­cza­kiem i usły­sza­łeś sło­wa: Co ty pie­przysz, ona już jest sztyw­na”. To zda­nie pamię­tam do teraz, bo przez 2,5 roku śledz­twa wciąż pada­ło. No i potwier­dzi­łem – opo­wia­da Flak. Jed­nak mówi, że nigdy nie pamię­tał, aby do takie­go spo­tka­nia doszło. – Byłem sko­ło­wa­ny tym wszyst­kim. Dopie­ro potem dowie­dzia­łem się z akt, że te sło­wa były zezna­nia­mi Klim­cza­ka, któ­ry je potem wyco­fał – dodaje.

Im dłu­żej trwa­ło śledz­two, tym mili­cjan­ci nie byli już tacy deli­kat­ni. Za wszel­ką cenę chcie­li mieć efek­ty – czy­li przy­zna­nie do winy i obcią­że­nie następ­nych podej­rza­nych. Tego wyma­ga­li od nich przełożeni.

– Róż­ne chwy­ty sto­so­wa­li: dłu­gie prze­słu­cha­nia o róż­nych porach, szpic­le w celi, rygor. Kie­dyś w cza­sie spa­ce­ru, niby przy­pad­ko­wo mogłem zoba­czyć Klim­cza­ka. Wobec mnie śled­czy byli grzecz­ni, bo wie­dzie­li, że byłem poryw­czy i mogłem coś sobie zro­bić. Nie ze wszyst­ki­mi byli tak deli­kat­ni. Mama mówi­ła mi, że ją śled­czy kpt. Zam­kow­ski przy­ku­wał do kalo­ry­fe­ra, bił i wymu­szał zezna­nia – wspo­mi­na Zdzi­sław Flak, ostat­ni z żyją­cych oskar­żo­nych z rodzi­ny Mar­chwic­kich. Męż­czy­zna nie wyklu­cza, że będzie doma­gał się kasa­cji wyroku.

cdn.