
BWA

There are 65 posts tagged Katowice (this is page 6 of 7).


Zawsze mnie fascynowały…

Kawałek Śląska, który wkrótce zniknie…

Czerwoną cegłę pokryje estetyczny, świeży tynk, a na dachach dziwna fundacja, która dzięki łasce władz Katowic dostała ten teren wraz z budynkami, ustawi „solary”. Bez zezwolenia. Bo po co bawić się w papierki…
Krzysztof Kołaczek, szef Prokuratury Okręgowej w Katowicach w marcu odejdzie w stan spoczynku.

O Kołaczku pisałem w 2011 roku (!) na portalu wPolityce.pl
Poniżej ów tekst sprzed lat.
Czy szef katowickiej Prokuratury Okręgowej złamał ustawę o prokuraturze, nakazując swemu podwładnemu wycofanie się z decyzji o przedstawieniu zarzutów wiceministrowi finansów?
Doświadczenia prokuratorowi Krzysztofowi Kołaczkowi odmówić nie można. Kołaczek ma 60 lat, jest osobą znaną w środowisku związanym ze śląskim wymiarem sprawiedliwości. Przed 1990 r. pracował w prokuraturze rejonowej w Rudzie Śląskiej, potem przez trzy lata był referentem w wydziale śledczym ówczesnej prokuratury wojewódzkiej. W latach 1993–95 kierował tym wydziałem, a od lutego 1995 był zastępcą szefa prokuratury; m.in. sprawował nadzór nad postępowaniem sądowym i przygotowawczym.
W ubiegłym roku [czyli 2010 r. – TS] został szefem Prokuratury Okręgowej w Katowicach. To rekordzista, bo przez 14 lat był wiceszefem tej prokuratury, a od grudnia 2009 roku pełnił obowiązki jej szefa. Kołaczkowi powierzono obowiązki szefa katowickiej prokuratury, po odwołaniu ze stanowiska prok. Ewy Zuwały.
W latach 90. ubiegłego stulecia prok. Kołaczek był zaangażowany w prowadzone w Katowicach głośne śledztwa, m.in. w sprawie domniemanej korupcji w poznańskiej policji, tzw. afery cukrowniczej oraz w aferach związanych z górnictwem. Od 2000 r. jest prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej.
W tym życiorysie profesjonalisty brak jednak kilku spraw, o których prokurator Kołaczek wolałby zapewne zapomnieć. Tak jak o sprawie Bożeny Cząstki, filologa i językoznawcy z Katowic, która w latach 80. była inwigilowana przez SB w ramach prowadzonej w latach 1984–86 sprawy „Grupa”.
Esbecja objęła nią pracowników Uniwersytetu Śląskiego oraz robotników Huty Pokój. Kołaczek był prokuratorem w Rudzie Śląskiej, który aresztował B. Cząstkę w 1984 roku.
- Pamiętam Kołaczka jako cynicznego prokuratora, który za wszelką cenę chciał się wykazać wykryciem zorganizowanej grupy opozycyjnej. Trafiłam do aresztu na kilka tygodni właśnie na jego wniosek. Do rozprawy w sądzie nie doszło, gdyż objęła nas amnestia. Gdyby nie ona, to mogliśmy trafić do więzienia na kilka lat. Ten areszt zaważył na całym moim życiu, bo nie zostałam wtedy na uczelni i moja kariera zawodowa potoczyła się inaczej - mówi dr Bożena Cząstka-Szymon.
Inne postępowania, w których występuje prokurator Krzysztof Kołaczek, to m.in. sprawa zatrzymania przez patrol MO wiosną 1982 roku czterech osób, podczas malowania haseł na ścianach budynków w Sosnowcu. Białą farbą namalowano znaki „Polska Walcząca” i napisy „KPN” oraz „Precz z partią”.
W procesie, prowadzonym zgodnie z przepisami stanu wojennego w trybie doraźnym, zapadły wysokie wyroki. Zbigniew Antosik i Mirosław Marciniak zostali skazani na półtora roku pozbawienia wolności oraz grzywny po 10 tysięcy zł. Jerzy Olszewski i Roman Tolka – na 9 miesięcy więzienia.
Działacze śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” pamiętają także prokuratora Kołaczka z czasów tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego – z okresu „karnawału Solidarności”.
Trochę historii:
27 X 1981 r. na placu przed główną bramą do KWK „Sosnowiec” około południa niezidentyfikowani sprawcy wyrzucili z samochodu osobowego trzy fiolki z gazem, z których dwie pozostały nieuszkodzone, zaś z jednej zaczął się wydobywać niewidoczny, ale mocno gryzący gaz. W ciągu kilku godzin z objawami zatrucia do szpitala trafiło ponad sześćdziesiąt osób – w większości pracowników kopalni, a także mieszkańców pobliskich bloków, w tym kilkoro dzieci.
Całe zajście miało związek z wyznaczoną na ten sam dzień przed Sądem Rejonowym rozprawą przeciwko Wojciechowi Figlowi i siedmiu innym działaczom „S” z KWK Sosnowiec, którzy podczas strajku ostrzegawczego 7 VIII 1981 ze względów bezpieczeństwa odizolowali od załogi, dyrekcję kopalni, sekretarza POP PZPR i przewodniczącego Rady Zakładowej ZZG. Następnie usunęli umieszczoną na kopalnianym szybie pięcioramienną czerwoną gwiazdę.
Jeszcze w tym samym dniu załoga kopalni „Sosnowiec” ogłosiła strajk okupacyjny, żądając oczyszczenia skażonego miejsca i przybycia przedstawicieli władz. Stan niepewności o zdrowie i życie poszkodowanych utrzymywał się do nocy. Dopiero po północy okazało się, iż gaz z fiolki (dodawany w niedużych ilościach do gazu ziemnego czterohydrotiofen) był niegroźny dla życia.
Cała sprawa nabrała jednak dużego rozgłosu, o prowokacji pisały zagraniczne agencje i służby informacyjne „Solidarności”. 3 XI 1981 na biurkach najważniejszych dygnitarzy partyjnych w kraju znalazł się specjalny raport poświęcony zajściom w kopalni Sosnowiec. Protest trwał kilkanaście dni i zakończony został dopiero 12 XI 1981, po wielu negocjacjach, wizycie w kopalni Lecha Wałęsy oraz po wyemitowaniu w TVP konferencji prasowej z udziałem przedstawicieli strajkujących górników.
Pamiętam, że śledztwo w tej sprawie prowadził młody prokurator z Rudy Śląskiej, nazwiskiem Kołaczek. Musiał cieszyć się dużym zaufaniem swoich przełożonych, skoro powierzono mu tak drażliwą politycznie sprawę. Po kilku tygodniach sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawców
– wspomina działacz „S” z Sosnowca, który nawet dzisiaj prosi o anonimowość.
W poniedziałek w Prokuraturze Okręgowej w Katowicach pojawił się rzecznik rządu Paweł Graś. Jest świadkiem w śledztwie dotyczącym należności podatkowych Rafinerii Trzebinia. Prokuratorzy z Katowic badają, czy „nie doszło do przekroczenia uprawnień i działania na szkodę interesu publicznego przez funkcjonariuszy publicznych, w związku z wydaniem przez dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej w Krakowie wyników kończących postępowanie kontrolne w Rafinerii Trzebinia”.
Według portalu Tvn24.pl został wezwany na przesłuchanie, bo prokurator prowadzący śledztwo prawdopodobnie z billingów odkrył, że obecny rzecznik rządu kontaktował się z wiceministrem finansów Andrzejem Parafianowiczem pod koniec sierpnia 2008 roku.
Wtedy do siedziby krakowskiego UKS przyjechał pracownik z Ministerstwa Finansów z dekretem odwołującym dyrektora Mariusza Piątkowskiego i powołującym nowego dyrektora Henryka Surowca. Posłaniec zeznał, że z misją wysłał go wiceminister Parafianowicz. Jednak do odwołania dyrektora nie doszło. Pracownik resortu zeznał, że zadzwonił do niego wiceminister i kazał wracać do Warszawy bez wręczenia dekretu
- napisał tvn24.pl.
Po wizycie posłańca z resortu dyrektor Piątkowski zmienił decyzję w sprawie Trzebini (ostatecznie ogłoszono ją 27 listopada 2008 roku). Firma nie musiała zapłacić gigantycznej akcyzy w wysokości 900 mln zł. Wcześniej zapewniał prokuratorów walczących z mafią paliwową, że to Trzebinia jako wytwórca paliw musi zapłacić akcyzę
- podał portal.
Zarzuty przekroczenia uprawnień prokurator Rafał Nagrodzki z wydziału PZ katowickiej „okręgówki” zamierzał kilkanaście dni temu postawić A. Parafianowiczowi.
Chodziło o odstąpienie od doręczenia aktów nominacji nowego dyrektora UKS i odwołania poprzedniego. Jednak postanowienie Nagrodzkiego o przedstawieniu zarzutów z 14 marca uchylił 22 marca Krzysztof Kołaczek, szef prokuratury okręgowej w Katowicach, uznając tę decyzję za przedwczesną.
I tu zaczyna się seria pytań. Otóż prokurator Kołaczek zdaniem moich rozmówców nie miał prawa takiej decyzji podjąć. Dlaczego? Wyjaśnia to „Ustawa o prokuraturze”.
Wynika z niej, że:
Art. 8. 1. Prokurator przy wykonywaniu czynności określonych w ustawach jest niezależny, z zastrzeżeniem przepisów ust. 2 oraz art. 8a i 8b.
2. Prokurator jest obowiązany wykonywać zarządzenia, wytyczne i polecenia przełożonego prokuratora. Zarządzenia, wytyczne i polecenia nie mogą dotyczyć treści czynności procesowej.
3. Zarządzenia i wytyczne dotyczące konkretnie oznaczonej sprawy oraz polecenia są włączane do akt sprawy.
oraz
Art. 8a. 1. Prokurator bezpośrednio przełożony uprawniony jest do zmiany lub uchylenia decyzji prokuratora podległego. Zmiana lub uchylenie decyzji wymaga formy pisemnej i jest włączana do akt sprawy.
Art. 8b. 1. Prokurator przełożony może powierzyć podległym prokuratorom wykonywanie czynności należących do jego zakresu działania, chyba że ustawa zastrzega określoną czynność wyłącznie do jego właściwości.
Tyle przepisy. Ich interpretacja powinna być jednakowa. Decyzje też, ale tak nie jest.
Podjęcie takiej decyzji przez doświadczonego prokuratora, za jakiego uważany jest Kołaczek, jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Zgodnie z ustawą o prokuraturze, przełożony może zmienić lub uchylić decyzję śledczego. Jednak nie dotyczy to postanowienia o przedstawieniu zarzutów. Według niej szef, który uzna, że nie ma podstaw do postawienia zarzutów, powinien przejąć sprawę i umorzyć postępowanie przeciwko danej osobie
– mówi Małgorzata Bednarek, szefowa Stowarzyszenia Prokuratorów „Ad Vocem”.
Po uchyleniu decyzji o przedstawieniu zarzutów obrońcy podejrzanego mogliby wskazywać, że doszło do quasi-umorzenia postępowania przeciwko osobie. Zgodnie z przepisami po upływie sześciu miesięcy, ponowne przedstawienie jej zarzutów byłoby niedopuszczalne i sprawy nie ma
– wyjaśnia M. Bednarek.
– Jeżeli tak było, to kwalifikuje się to do postępowania dyscyplinarnego – dodają inni podwładni prokuratora okręgowego.
Tyle artykuł sprzed lat. Zgadnijcie, czy jakiekolwiek postępowanie dyscyplinarne zostało wszczęte?
Coraz więcej znaków zapytania pojawia się wokół śmierci Andrzeja Jagiełło, menedżera z branży węglowej, który zdecydował się na współpracę z prokuraturą. Złożył zeznania o gigantycznym korupcyjnym układzie w górnictwie. I nie żyje.
Oficjalnie przyczyną śmierci biznesmena z branży górniczej Andrzeja Jagiełły (używał zniemczonej wersji swego nazwiska – Jagiello), który od 1981 roku mieszkał w Austrii w Unzmarkt-Frauenburg było samobójstwo. Czy tak było naprawdę?

27 lutego 2014 roku w pokoju nr 2609 w Hotelu Qubus Prestige w Katowicach, ciało Jagiełły wiszące na pętli z paska na uchwycie od ręcznika znalazł jego adwokat oraz oficer ABW. Przyjechali do hotelu, zaniepokojeni nieobecnością Jagiełły na ważnych konfrontacjach, które od dwóch dni trwały z jego udziałem w katowickiej Delegaturze ABW.
Kiedy weszli do pokoju hotelowego, i zobaczyli ciało, odcięli wiszącego biznesmena. Rozpoczęli reanimację i wezwali pomoc. Szybko przyjechała karetka pogotowia. Lekarka po reanimacji stwierdziła zgon.
Prokuratura wszczęła śledztwo. Jednak dopiero 3 marca, w poniedziałek – czyli cztery dni po śmierci Jagiełły została przeprowadzona sekcja zwłok. Autopsja stwierdza, iż przyczyną śmierci mogło być:
„Uduszenie gwałtowne w wyniku zagardlenia przez powieszenie. […] Powierzchowne, pojedyncze uszkodzenia skóry w obrębie lewego nadgarstka są charakterystyczne dla tzw. samookaleczeń. Nic nie sprzeciwia się przyjęciu, że uduszenie to mogło mieć charakter samobójczy”.
Odkryto także siniak po wkłuciu igły w lewym przedramieniu. Skąd wziął się ten siniec, skoro w dokumentacji pogotowia ratunkowego nie ma informacji o tym, aby podczas reanimacji dokonywano jakichkolwiek zastrzyków?
Śledztwo, które miało wyjaśnić przyczyny śmierci głównego świadka w aferze korupcyjnej w górnictwie umorzono. Prokuratura, między innymi na podstawie opinii biegłego psychologa i wyników sekcji zwłok przyjęła, że Jagiełło popełnił samobójstwo, bo był w depresji.
Jednak szybko pojawiły się wątpliwości. Okazało się, że w dniu śmierci Jagiełło wyszedł z hotelu tuż przed godziną 7. Po kilkunastu minutach wrócił. Odebrał od recepcjonisty kopertę z logo Polskiego Koncernu Energetycznego. Potem okazało się, że w tej kopercie ktoś przekazał Jagielle ponad 10 tysięcy złotych. Kto? Tego nie ustalono. Nie zabezpieczono bowiem nagrań z hotelowych kamer.
Nie znaleziono także laptopa, z którym biznesmen się nie rozstawał. Co się z nim stało? Nie wiadomo.
Nie udało się ekspertom prokuratury poznać zawartości zakodowanego iPhona ani ewentualnego logowania się telefonu i komputera w hotelowej sieci. Dlaczego to takie ważne?
Otóż kilka godzin przez śmiercią w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej ukazał się artykuł. „Dziennikarze śledczy” donosili o wyroku nieistniejącego „Sądu Europejskiego”, w wyniku którego Jagiełło musi zapłacić koncernowi Sandvik 2 miliony euro odszkodowania za korumpowanie prezesów górniczych spółek. Potem okazało się, że artykuł szybko został ze strony Wyborczej usunięty, a Sandvik nigdy z takim powództwem nie występował…
[…]
Ingrid Jagiello, żona biznesmena jest dyplomowanym psychologiem. Ma gabinet lekarski w Austrii, w którym od pewnego czasu pracował jej mąż. Stanowczo zdementowała wersję o „depresji” czy „załamaniu nerwowym” męża, które mogło doprowadzić do targnięcia się na życie. Jednocześnie zdecydowanie odmówiła śledczym przyjazdu do Polski, aby złożyć zeznania, gdyż – jak wyjaśniła – „obawia się o swoje życie”. Została przesłuchana w Austrii.
Dobry stan psychiczny Jagiełły potwierdzili również jego adwokat, a także oficer ABW i prowadzący postępowanie w sprawie górniczej korupcji prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach.
Prokurator zajmujący się wyjaśnieniem śmierci Jagiełły nie przeprowadził jednak eksperymentu, który wykazałby, czy aluminiowy wieszak na ręcznik w hotelowej łazience był w stanie utrzymać ważącego ponad 80 kilogramów „samobójcę”.
Mimo wielu niejasności wokół przyczyn śmierci Jagiełły, głównego świadka w jednej z największych afer korupcyjnych w górnictwie, śledczy pozwolili na zniszczenie pobranych podczas sekcji wycinków tkanek i próbek.
[…]
Mechanizm korupcji
Dotarłem do listu Andrzeja Jagiełły, który tak opisywał korupcyjny proceder:
„W moich zeznaniach używałem cały czas terminy »prowizje«. Miałem na myśli kwoty, których domagali się przedstawiciele kopalni i spółek węglowych za podpisywanie umów na sprzedaż maszyn górniczych, za podpisywanie umów na ich remonty lub leasing czy wynajem, za dostawę części zamiennych czy uzyskanie płatności za wystawione faktury. To ze strony przedstawicieli kopalni i spółek węglowych wychodziła inicjatywa rozmowy o prowizjach, i oni tego żądali. Mój zastępca do spraw handlowych Wacław B. wspominał, że wręczał prowizje jakiemuś związkowcowi z jednej z kopalni należącej do KHW SA, i z tego co pamiętam nazywał on się Adam B. Był jego kolegą”.
Mechanizm przekazywania łapówek, których domagały się górnicze szychy, był następujący:
„Prowizje były wypłacane najpierw z Austrii, a potem poprzez firmę Eurologistyka lub Investia. Jeżeli chodzi o tę drugą firmę, to wszyscy w VATGT byli przekonani, że ta firma zajmuje się dla naszej spółki ściąganiem wierzytelności z kopalń, i taka była prawda. Jednak to Investia wręczała też prowizje przedstawicielom kopalni i spółek węglowych. W Voest Alpine o wręczaniu prowizji i sposobie jej finasowanie wiedział prezes VA i dyrektor”.
Wacław B. był autorem anonimu, który trafił w 2012 roku do ABW. Informował w nim, że Voest Alpine, a później Sandvik korumpował górnicze szychy. Chciał skompromitować Jagiełłę. Może dlatego, że pojawiały się informacje o prowadzonym śledztwie.
Sprawa korupcji dotyczyła nie tylko pracowników śląskich kopalń węgla kamiennego, ale także giełdowych spółek: KGHM Polska Miedź i Lubelski Węgiel Bogdanka.
Według Jagiełły łączna wysokość wręczonych łapówek (elegancko zwanych „prowizjami”), sięgała ponad 30 mln złotych. Korupcyjny proceder trwał przez 11 lat (1996 – 2007). Do sądów trafiło na razie 6 aktów oskarżenia.
Pierwsze zeznania w ABW Andrzej Jagiełło złożył w 2011 roku. Wcześniej, w 2010 roku próbował nawiązał kontakt w tej sprawie ze Zbigniewem Wassermannem, ówczesnym koordynatorem służb specjalnych.
Służby w cieniu
W lipcu 2012 roku Jagiełło został prezesem zarządu Kopex SA, potentata w branży maszyn górniczych. Po 11 miesiącach został zwolniony ze stanowiska. Zbiegło się to w czasie, kiedy do mediów przeciekły informacje o jego roli w prowadzonym śledztwie korupcyjnym. Jego miejsce zajął Józef Wolski, który zasiadał w zarządzie Kopexu i nie darzył sympatią Jagiełłę.
– Kiedy pojawiła się informacja w radiu o śmierci Jagiełły, jechaliśmy wtedy do Zakopanego. Nie zapomnę nigdy tego wybuchu radości kilku osób – słyszę od jednego z byłych menedżerów Kopexu. – Jagiełłę nie lubiano, bo był wyniosły, znał języki a przede wszystkim chciał wprowadzić nowoczesne metody zarządzania. Niektórym „leśnym dziadkom” z Kopexu to się nie podobało – dodaje.
Wolski zdecydował nawet o złożeniu pozwu przeciwko Jagielle za to, że ten doprowadził do „strat wizerunkowych spółki”. Sąd jednak pozew odrzucił.
Niewykluczone, że niechęć Wolskiego do Jagiełły miała też inne podłoże.
Otóż, jak wynika z materiałów zachowanych w IPN w aktach Zarządu II Sztabu Generalnego Wolski występuje w latach 1978–84 jako tzw. adresówka (pseudonim „Ekonomista”, „300”). To osoba, na której adres zamieszkania wysyłano przesyłki pocztowe (listy, pocztówki, telegramy, paczki) z ukrytą treścią lub zawartością stanowiącą informację wywiadowczą przeznaczoną dla organu wywiadu lub osoby związanej z wywiadem.
Zapytałem prezesa Kopex SA o to, czy był współpracownikiem służb PRL i czy spotkały go jakieś represje w tamtych latach?
- Nie byłem współpracownikiem służb specjalnych. Kilkakrotnie odmówiono mi wydania paszportu, natomiast jako ambitny młody człowiek starałem się pokazać, że posiadam wiedzę i wysokie kompetencje, aby awansować w hierarchii górniczej struktury organizacyjnej. Stąd od 1979 roku zostałem dyrektorem ekonomicznym kopalni, a od 1983 roku dyrektorem ekonomicznym jedenastu kopalń
– wyjaśnia J. Wolski.
Myli się. Z jego akt paszportowych wynika, że Wolski bez problemu w czasach PRL dostawał paszport. Wyjeżdżał na Zachód wiele razy, w tym nawet z dzieckiem. Był też członkiem Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, oficerem rezerwy wojska. Jego ojciec – wicedyrektorem delegatury NIK w Katowicach, a brat – zawodowym wojskowym.
Jagiełło wyjechał z Polski w 1981 roku. Był wtedy studentem IV roku Wyższej Szkoły Inżynierskiej im. Jurija Gagarina w Zielonej Górze. Dostał paszport na organizowany przez studencki klub speleologiczny na wyjazd do Austrii. Wyjechał w czerwcu 1981 roku i już do Polski nie wrócił.
– To był klasyczny sposób przerzucania wówczas współpracowników cywilnego wywiadu zagranicę. Brak jakichkolwiek śladów inwigilacji rodziny Jagiełły po jego ucieczce z kraju może świadczyć o tym, iż był współpracownikiem służb specjalnych. Może o tym świadczyć dalszy rozwój jego kariery
– wyjaśnia jeden z moich rozmówców.
Wiceminister bierze w łapę
Czy Jagiełło zdecydował się zeznawać w zamian za bezkarność? Niewykluczone. Możliwe, że został do tych zeznań nakłoniony. Być może była to walka służb o wpływy w górnictwie.
Prokurator Jerzy Gajewski z Prokuratury Apelacyjnej był bardzo zadowolony z zeznań Jagiełły, który doskonale znał górniczą branżę i obowiązujące w niej reguły. Zdążył swoimi zeznaniami i przekazanymi ABW oraz prokuraturze dokumentami obciążyć prawie 30 osób. W tym byłych prezesów Kompanii Węglowej, Katowickiego Holdingu Węglowego, byłego prezesa Polskiego Koncernu Energetycznego i dyrektorów kopalni, przedstawicieli KGHM oraz Lubelskiego Węgla Bogdanka.
Za ujawnienie korupcji i złożenie obszernych zeznań Jagiełło otrzymał status „małego świadka koronnego” oraz zapewnienie bezkarności. Jagiełło jednak doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że jest w branży górniczej „spalony”.
– To był niesamowity świadek, źródło ogromnej wiedzy o ludziach i interesach w węglowej branży. Miał fenomenalną pamięć oraz skłonność do „chomikowania” dokumentów. Na przykład, gdyby nie przedawnienie to postawilibyśmy zarzuty byłemu wiceministrowi. Andrzej Jagiełło razem z nim był w Szwajcarii, gdzie na jego nazwisko założył w banku konto, na które wpłacił tysiące dolarów łapówki. Kiedy poprosiliśmy o dowody, pokazał imienne bilety lotnicze oraz umowę założenia tegoż konta. Wiceministrowi się upiekło
– mówi osoba zaangażowana w toczące się postępowanie.
Wbrew pozorom na śmierci Jagiełły nie skorzystają oskarżeni na podstawie jego zeznań. Nie będą w stanie ich podważyć. Świadek nie żyje.
Tomasz Szymborski
Cały artykuł został opublikowany w Gazecie Polskiej z 30 grudnia 2015 r.
Taki widok miałem z okna mieszkania na 13. pietrze Superjednostki w grudniu 1981 roku.

Towarzysz generał Wojciech Jaruzelski nie tylko 13 grudnia 1981 roku pozbawił moje pokolenie Teleranka czy audycji „60 minut na godzinę”. Pozbawił nas złudzeń.

Kilka dni później strzelano do górników kopalni Wujek. I już nigdy nic nie było takie samo. Kilku moich kolegów i przyjaciół skurwiło się, zostając później agentami bezpieki lub podpisało lojalkę. Mieli w dupie ideały i zyskali święty spokój.
Złośliwie można dzisiaj stwierdzić, że dokonali właściwego wyboru.
Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach obchodzi podwójny jubileusz zespołu: 80-lecia istnienia i 70-lecia działalności w Katowicach.

Wieczór rozpoczął „W głębi morza” – obraz muzyczny w formie uwertury na wielką orkiestrę Grzegorza Fitelberga, ojca założyciela i pierwszego dyrektora orkiestry.
Znakomity wiolonczelista Truls Mørk, który wykonał I Koncert wiolonczelowy Dymitra Szostakowicza. Truls Mørk gra na cennym instrumencie Esquire Domenico Montagnany z 1723 roku.
Na koniec zabrzmiała Symfonia fantastyczna Hectora Berlioza. Całość poprowadził Alexander Liebreich, dyrektor artystyczny NOSPR.
Warto było!
Biurowiec dawnej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Katowicach, czyli DOKP (to ten z prawej strony) powoli maleje. Aż trudno dzisiaj uwierzyć, że miał 90 metrów wysokości, i budkę milicyjną na dachu.
Budynek zniknie z centrum Katowic do końca tego roku. Co powstanie na miejscu 90-metrowego budynku? To zagadka.

Kopalnia Węgla Kamiennego „Katowice” (niem. Ferdinandgrube) to nieczynna od lat kopalnia znajdująca się w centrum miasta, w dzielnicy Bogucice.
Działała w latach 1823–1999. Do 1936 roku kopalnia nosiła nazwę „Ferdynand”. W okresie 1953–1956 kopalnia nazywała się, a jakże – „Stalinogród”, podobnie jak miasto, w którym się znajdowała.
Dzisiaj na jej terenach znajdują się budynki NOSPR oraz nowego Muzeum Śląskiego. Górnicy natomiast od lat są na emeryturach lub zasiłkach.

To, co powyżej wita zwiedzających muzealna ekspozycję kilkanaście metrów pod ziemią. Kiedyś ten napis witał górników zdążających na szychtę.