Jeżeli Was zainteresuje dyskusja z moim udziałem, to polecam obejrzenie nagrania. Ostrzegam – ciekawe, ale długie…
Mur
O mój Śląsku… Katowice. Wełnowiec. To nie Mur berliński, ale to, co zostało po hucie cynku Hohenlohe, która tu działała od 1873 r.

Jej właścicielem był książę Hugo zu Hohenlohe, który został największym producentem cynku na świecie. I tak huta działała przez ponad 200 lat. Nie była to bynajmniej ekologiczna produkcja.
Po 1989 roku systematycznie wygaszano produkcję w hucie cynku z powodu m.in. wyeksploatowania urządzeń, braku inwestycji, a co za tym idzie braku konkurencyjności i opłacalności. Popadające w ruinę hale hutnicze zostały widowiskowo wyburzone w 2005 roku.
Wyziewy tlenków siarki, metali ciężkich z kominów huty, odpady poprodukcyjne skaziły teren wokół. Grunty na terenie dawnej Huty Cynku w Wełnowcu są zanieczyszczone cynkiem, ołowiem i kadmem.Ten syf nie zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Spokojnie można nakręcić „Ołowiane dzieci 2”. Ekologiczny horror.I wiecie, co będzie w tym miejscu? Osiedle. Tak. Nowy Wełnowiec.
Czytam na stronie dewelopera Grupa Capital Park PR-owy bełkot w stylu:
„Dziś teren, który niegdyś pełnił funkcję przemysłową, zyska nowe życie oraz zostanie przywrócony miastu i jego mieszkańcom. W miejscu dawnej huty powstanie Nowy Wełnowiec, który napisze kolejny rozdział w historii dzielnicy. Już na pierwszym etapie realizacji projektu zrewitalizowany zostanie ostatni pozostały fragment budynku huty – kompresorownia, która po renowacji będzie witała osoby korzystające z przestrzeni Nowego Wełnowca”. Na razie będzie w tym budynku biuro sprzedaży mieszkań. I dalej:
„Projekt jest odpowiedzią na potrzeby społeczne oraz te związane ze zmianami klimatu i ekologią. Zaprojektowane rozwiązania wykorzystują technologie zmniejszające oddziaływanie budynków na środowisko przy jednoczesnym zapewnieniu wysokiej jakości życia mieszkańców. Ważnymi aspektami są ograniczenie zużycia energii i emisji CO2.”
Czyli ktoś chce wybudować setki mieszkań na 30 hektarowym terenie skażonym metalami ciężkimi. Brawo. Nobel z ekologii pewny. Efektywna redukcja stężeń kadmu, arsenu czy ołowiu zajmuje nie 4, lecz często 10–30 lat. Wiedzieliście o tym?
Dziwię się (?), że twarz temu projektowi daje były prezydent Katowic Piotr Uszok. Kto jak kto, ale to Uszok powinien wiedzieć, co akurat było w tym miejscu i dlaczego przez lata nikt nie ryzykował budowy czegokolwiek…
Podziękowania należą się też radnym. We wrześniu 2024 roku — Rada Miasta Katowice uchwaliła Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP) dla tego terenu, otwierając drogę do budowy Nowego Wełnowca. Zagłosujecie na nich w kolejnych wyborach?
Na razie pierwszy etap inwestycji będzie skromny, biorąc pod uwagę jej całkowitą skalę. Mają powstać trzy budynki – 200 mieszkań z garażem podziemnym na około 220 samochodów i 285 miejsc postojowych dla rowerów.
Kolonia Alfred
Kolonia Alfred w Katowicach. „Zagrała” nawet w „Ołowianych dzieciach”. Aż żal patrzeć, jak systematycznie ulega ruinie.

Powstała w połowie XIX wieku dla pracowników nieistniejącej obecnie kopalni „Alfred”, założonej w 1834 roku i w 1859 roku połączonej z kopalnią „Hohenlohe”.
W sierpniu 1978 roku kolonia, zlokalizowana przy placu Alfreda 1–13, została wpisana do rejestru zabytków nieruchomych (jak widać
).
W 2015 roku Rada Miasta Katowice zgodziła się na przekazanie trzech budynków – nr 3, 4 i 9 nowemu dzierżawcy – Fundacji Pomocy Dzieciom i Seniorom. Fundacja ta wmurowała kamień węgielny pod budowę „Wioski Serca Jana Pawła II”, a także zaadaptowała dawny piec do wypieku chleba na kaplicę. Dodatkowo w ciągu kilku lat część z dachów pokryto dachówką bitumiczną z miejsce ceramicznej i zainstalowano na nich panele fotowoltaiczne.
Cała ta operacja to był jeden wielki skandal. Od przekazania budynków tejże fundacji, która niedawno na szczęście opuściła dzierżawione budynki, po skandaliczny remont pieca, który w cudowny sposób stał się kapliczką, aż po oszpecenie dachów panelami solarnymi.
Jestem ciekaw, co dalej…
Akt strzelisty
Dotarłem do pewnego bardzo ciekawego dokumentu, związanego z epidemią ołowicy w Szopienicach. To tak a propos serialu „Ołowiane dzieci”.
To cenny dokument. Wskazuje prawidłowo postawioną diagnozę, ale także zdumiewającą chęć do współpracy z władzami w ukrywaniu trującego problemu przed społeczeństwem. Przypomina trochę zachowanie władz w 1986 roku po katastrofie w elektrowni atomowej w Czarnobylu.

16 września 1974 roku prof. dr hab. Bożena Hager-Małecka, która była wówczas Kierownikiem Katedry i Kliniki Pediatrii Śląskiej Akademii Medycznej, a zarazem konsultantem wojewódzkim ds. pediatrii, pisze 6‑stronnicową notatkę do I Sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach Zdzisława Grudnia. Notatka, która dotyczy „zachorowania na ołowicę dzieci z terenu Katowic” jest „ściśle tajna” i „do rąk własnych” partyjnego notabla.
Profesor najpierw wyjaśnia, skąd się bierze zachorowanie na ołowicę, jakie są objawy tej choroby i skutki. Informuje, że w Klinice 2⁄3 chorych dzieci, u których rozpoznano ołowicę, może być niepełnosprawna fizycznie i intelektualnie.
Jednocześnie uspokaja Grudnia, bo w krajach kapitalistycznych jest gorzej:
„Opublikowane w 1971 r. wyniki badań nad zawartością ołowiu w powietrzu dziesięciu miast polskich (w ramach współpracy polsko-amerykańskiej) wykazały, że znaczne przekroczenie dopuszczalnej normy występuje jedynie w Katowicach (1,62 ug/m3).
Niektóre miasta USA i Europy przekraczają tę normę w jeszcze większym stopniu: Detroit – 4,8 ug/m3, Los Angeles 7,6, Mediolan 0,55–35,9.”
Jednak mimo tego na Śląsku sytuacja jest zła:
„Z końcem lipca b.r. rozpoznano ciężkie zatrucie ołowiem u 2 dzieci leczonych w I Klinice Pediatrii Śl. AM w Zabrzu z powodu bardzo rzadkiej i dziedzicznej choroby (mukopolisacharydozy). Równocześnie u 2 dzieci rozpoznano ołowicę w oddziale dziecięcym szpitala w Katowicach-Janowie. […] Jako konsultant wojewódzki ds. pediatrii wizytowałam oddział dziecięcy w Katowicach-Janowie, gdzie przebywało 2 dzieci. Zaproponowałam leczenie ołowicy metoda skuteczniejszą, stosowaną w klinice dziecięcej w Zabrzu.
Zastosowałam postępowanie, które uznałam za skuteczne i równocześnie zabezpieczające dyskrecję: jednej z zatrudnionych w obu poradniach lekarce, dr Jolancie Król, zaproponowałam przygotowanie wykazu wszystkich dzieci w wieku 0–15 lat mieszkających w najbliższym sąsiedztwie huty i wykazujących objawy choroby stanowiącej przedmiot dociekań. W tym samym dniu udałam się do dyrektora Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Katowicach, by przedstawić swój punkt widzenia i dostosować go do decyzji dyrektora na prowadzenie akcji przeciwdziałania chorobie wśród dzieci.
Okazało się, że dyrektor, dr med. K. Grzybowski, pozostaje w kontakcie z władzami i przeprowadził szereg czynności: laborantka ZOZ (mgr Michalska) w Szopienicach szkoli się w Instytucie Medycyny Pracy w Sosnowcu w zakresie badań diagnostycznych ołowicy, by je prowadzić następnie w miejscowym laboratorium; wykonano wyżej wspomniane pomiary zanieczyszczeń ołowiem w terenach, z których pochodziły chore dzieci – wykazano wysokie przekroczenie dopuszczalnych norm; uzyskano spis mieszkańców interesującego nas terenu, jednakże bez dokładnych adresów i wieku dzieci.
Na moje wyraźne zapytanie uzyskałam odpowiedź dyrektora dr. med. K. Grzybowskiego, że cała sprawa należy do jego kompetencji i bierze z tytułu pełnionego stanowiska za nią odpowiedzialność. Proponował, bym jako konsultant wojewódzki ds. pediatrii pomogła w realizacji programu akcji w odniesieniu do dzieci. Wizyta złożona w Instytucie Medycyny Pracy w Sosnowcu pozwoliła na uzyskanie rad ze strony najlepszych specjalistów w zakresie ołowicy, doc. dr. K. Marka i dr. med. Kłopotowskiego.
Zaraz po powrocie z urlopu dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Matki i Dziecka dr Kajzerowej, tj. po siedmiu dniach, odwiedziłyśmy wspólnie poradnię. Jako konsultant wojewódzki nie mam uprawnień administracyjnych, a tylko prawo służenia radą fachową. Dr Kajzerowa wydała odpowiednie polecenia dr Jolancie Król i jednej, najwyżej ocenianej, pielęgniarce.
Dr J. Król przedstawiła wykaz 390 dzieci. Na podstawie wstępnych badań przewidziano trzy grupy dzieci: zdrowe, chore na ołowicę, kierowane bezpośrednio do kliniki dziecięcej w Zabrzu i podejrzane o chorobę, kierowane do poradni hematologicznej przy klinice (kierownik dr med. M. Sroczyńska).
Zalecono nie wydawać żadnych zaświadczeń o zachorowaniu dziecka na ołowicę. Dr Król w ciągu całej swej działalności nie wymieniła ani razu słowa „ołowica”, tłumacząc potrzebę wykonywania badań okresowych dzieci i ewentualną ocenę złych warunków mieszkaniowych. Na usilne naleganie rodziców uzależniających oddanie następnych dzieci do leczenia szpitalnego od posiadania odpowiedniego zaświadczenia wydano, być może przedwcześnie, dwa zaświadczenia o ołowicy rodzinie K[…] i Ch[…]”.
Sytuacja była poważna, czego prof. Hager-Małecka nie ukrywała przed I Sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
„Do dnia 15 września ukończono zaplanowane badania wstępne. Dr J. Król przebadała 374 dzieci;
– ołowicę rozpoznano u 78 dzieci;
– podejrzanych, wymagających szczegółowej diagnostyki jest ponad 72 dzieci;
– dzieci ze szkoły specjalnej mają wyniki badań przemawiające za ołowicą;
– aktualnie leczonych w klinice i szpitalu jest 18 dzieci. Stąd część jest już przekazana do oddziału przedłużonej terapii kliniki dziecięcej w Zabrzu, w Katowicach-Ligocie. Za staraniem dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Matki i Dziecka dzieci te zostaną następnie umieszczone w sanatoriach.
Dużą trudność w prowadzeniu akcji stanowi niechęć rodziców dzieci do rozstawania się z nimi na okres leczenia. Niestety dalsze utrzymywanie tajemnicy wobec dzieci intensywnie leczonych nie jest możliwe. Rodzice dopominają się informacji co do celowości stosowanego leczenia i jego wyników”.
Prof. Hager-Małecka proponuje tow. Z. Grudniowi sposoby na uniknięcie paniki wśród mieszkańców:
„1. Jak najszybsze leczenie wszystkich dzieci: pierwszy etap w klinice, następnie, do uzyskania mieszkania, w sanatorium. Kierowanie dzieci bezpośrednio do sanatorium nie wydaje się słuszne ze względu na specjalny typ badań laboratoryjnych koniecznych do prowadzenia leczenia, a także na niebezpieczeństwo budzenia sensacji w nieprzystosowanych do tego typu zagadnień środowiskach sanatoryjnych (małomiasteczkowy charakter uzdrowisk).
2. Dla szybkiego wykrywania zachorowań prowadzenie przez wojewódzkie stacje sanitarno-epidemiologiczne pomiarów zanieczyszczeń atmosfery w tych miejscowościach województwa, gdzie zachodzi możliwość skażenia atmosfery.
3. W miejscowościach wykazujących przekraczanie dopuszczalnych norm zanieczyszczeń powietrza (także w Katowicach-Szopienicach) pobierać od osób przebywających z jakichkolwiek przyczyn w szpitalu (zwłaszcza od kobiet rodzących) materiał (krew i mocz) do odpowiednich badań mających na celu wykrycie zatrucia. Chorzy nie są zorientowani co do tego, jakim celem służą pobierane od nich próby.
4. W miejscowościach zagrożonych, a także (dla przeciwstawienia) w dzielnicach o czystej atmosferze wykonywać okresowe przeglądy zdrowotności dzieci zarówno szkolnych, jak i przedszkolnych i niemowląt, z uwzględnieniem badań ukierunkowanych na zatrucia metalami ciężkimi.
5. Przeprowadzić do bezpiecznych mieszkań rodziny dzieci chorujących na ołowicę. W pierwszej kolejności należałoby uwzględnić najliczniejsze zachorowania w rodzinie i zamieszkujących na parterze i pierwszym piętrze. W następnej kolejności zamieszkujących na wyższych piętrach i w dalszej odległości do huty. Zamknięcie huty nie wydaje się słuszne, gdyż znaczne skażenie dotyczy ziemi. W tej sprawie konieczna jest wypowiedź specjalistów w zakresie ochrony środowiska.
Opierając się na dotychczasowych wynikach badań, przedstawiam w załączeniu prowizoryczny, wynikający z przesłanek czysto lekarskich wykaz rodzin zasługujących na zmianę mieszkania w pierwszej kolejności (zał. a).
6. Może należałoby rozważyć celowość zorganizowania przez komitet blokowy zebrania dla mieszkańców zagrożonego terenu z udziałem lekarzy?”
Landszaft
O mój Śląsku… Widok dobrze znany. Przynajmniej od kilku dni.

Rozmowa w Radio Wnet
Niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) w latach 90. przyjęła strategię agresywnej penetracji polskiego życia publicznego i gospodarczego. Zamiast wycofać oficerów, Niemcy zmienili ich „legendy”. Służby wywiadowcze RFN masowo wykorzystywały przykrycia dyplomatyczne, biznesowe, a także – co budzi do dziś największe kontrowersje – działalność fundacji politycznych i stowarzyszeń kulturalnych.
I tak sobie porozmawialiśmy red. Katarzyną Adamiak niemalże bladym świtam. Było miło.
Asymetria naiwności. Jak polskie służby „wyszły” z Niemiec, a BND zostało w Polsce.
Gdy po 1989 roku Polska odzyskiwała powoli suwerenność, w gabinetach szefów rodzącego się Urzędu Ochrony Państwa zapadła decyzja, która na dekady zdefiniowała naszą pozycję w Europie: sojuszników się nie szpieguje.
W imię budowy zaufania i wspólnej drogi do NATO, Warszawa dobrowolnie „oślepiła się” na kierunku berlińskim, likwidując rezydentury i wygaszając agenturę. Jednak w świecie służb specjalnych próżnia nie istnieje. Podczas gdy polscy oficerowie otrzymali zakaz operowania nad Szprewą, niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) i kontrwywiad wojskowy (MAD) potraktowały Polskę jak poligon.

Od agresywnego wywiadu gospodarczego w czasie prywatyzacji, przez werbunek oficerów Wojska Polskiego, aż po systemową inwigilację polskich ministerstw – historia relacji wywiadowczych III RP z Niemcami to kronika naiwności, za którą przyszło nam zapłacić najwyższą cenę: strategiczne zaskoczenie projektami takimi jak Nord Stream.
Po 1989 roku, w imię politycznego resetu i dążenia do struktur zachodnich, Warszawa podjęła bezprecedensową decyzję o faktycznym wygaszeniu operacji wywiadowczych na terenie Niemiec. W tym samym czasie niemiecki wywiad cywilny – Bundesnachrichtendienst (BND) nie tylko nie zwolnił tempa, ale zintensyfikował działania, traktując Polskę jako poligon doświadczalny i strefę buforową. Historia relacji służb specjalnych III RP i RFN to studium jednostronnego rozbrojenia.
Wśród funkcjonariuszy dawnego Urzędu Ochrony Państwa (UOP) do dziś krążą opowieści o „politycznym zakazie”, który na początku lat 90. sparaliżował polski wywiad na kierunku niemieckim. W czasie, gdy Krzysztof Kozłowski i inni architekci nowych służb nieudolnie budowali fundamenty demokratycznej kontroli nad resortami siłowymi, zapadła niepisana, lecz rygorystycznie przestrzegana decyzja: sojuszników się nie szpieguje. Niemcy jako główny adwokat polskiej akcesji do NATO i UE, otrzymały od Warszawy swoisty immunitet wywiadowczy.
Problem w tym, że w Pullach (ówczesnej siedzibie BND) nikt podobnych rozkazów nie wydał.
Doktryna jednostronnego zaufania
Decyzja o wycofaniu aktywów wywiadowczych z Niemiec była podyktowana geopolityką. Rząd Tadeusza Mazowieckiego, a następnie kolejne gabinety solidarnościowe, wychodziły z założenia, że budowa zaufania wymaga pełnej transparentności. Oficerowie Zarządu Wywiadu UOP otrzymali jasny sygnał: Berlin to partner, nie cel.
„To był ewenement na skalę światową. Żaden szanujący się kraj, nawet w ramach najściślejszych sojuszy, nie rezygnuje całkowicie z rozpoznania wywiadowczego u swojego największego sąsiada. My to zrobiliśmy, licząc na wzajemność, której nigdy nie było” – mówi anonimowo były oficer pionu kontrwywiadu, aktywny w latach 90.
Skutki były natychmiastowe. Polska sieć agenturalna w Niemczech została w dużej mierze zwinięta lub „uśpiona” w sposób tak głęboki, że faktycznie przestała istnieć. Polski wywiad przeszedł na tzw. biały wywiad (analizę źródeł otwartych) i oficjalną wymianę partnerską. Tymczasem Niemcy, realizując swoją Ostpolitik, potrzebowali precyzyjnych informacji o stanie polskiej gospodarki, nastrojach społecznych i – co kluczowe – o stabilności politycznej kraju tranzytowego na Wschód.
O tym, że Niemcy przywiązują dużą uwagę do sytuacji w Polsce może świadczyć fakt, że co najmniej dwóch (?) ambasadorów miało w przeszłości związki z wywiadem. Niemieccy ambasadorowie w Polsce po 1990 r. – z doświadczeniem w służbach specjalnych.
Rüdiger Freiherr von Fritsch był ambasadorem Niemiec w Polsce w latach 2010–2014. Wcześniej pełnił funkcję wiceszefa Bundesnachrichtendienst (BND) – niemieckiej Federalnej Służby Wywiadu, czyli głównej cywilnej służby wywiadowczej RFN. Jego przejście z BND do placówki dyplomatycznej było komentowane jako „wysłanie do Warszawy dyplomaty o dużym doświadczeniu wywiadowczym”.
Arndt Freytag von Loringhoven – ambasador Niemiec w Warszawie w latach 2020–2022. Przed karierą dyplomatyczną był wiceszefem Bundesnachrichtendienst (BND) w latach 2007 – 2010.
BND: Sojusznik, który patrzy na ręce
Niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) w latach 90. przyjęła strategię agresywnej penetracji polskiego życia publicznego i gospodarczego. Zamiast wycofać oficerów, Niemcy zmienili ich „legendy”. Służby wywiadowcze RFN masowo wykorzystywały przykrycia dyplomatyczne, biznesowe, a także – co budzi do dziś największe kontrowersje – działalność fundacji politycznych i stowarzyszeń kulturalnych.
Cele BND w Polsce były wielowektorowe. To było rozpoznanie gospodarcze. Niemcy były żywotnie zainteresowane procesem prywatyzacji polskich przedsiębiorstw. Wiedza o tym, ile dany zakład jest wart i jakie są „nieoficjalne” warunki jego przejęcia, była bezcenna dla niemieckiego kapitału.
Monitorowano też środowiska niemieckiej mniejszości i nastroje na Ziemiach Odzyskanych. Penetrowano elity polityczne poprzez budowanie tzw. agentury wpływu, mającej na celu lobbowanie rozwiązań korzystnych dla Berlina w procesie negocjacyjnym z UE. Znacznie zwiększono kadrową obsadę niemieckich konsulatów w Opolu i Wrocławiu.
Polski kontrwywiad odnotowywał w połowie lat 90. wzmożoną aktywność niemieckich służb na Pomorzu i Śląsku. Dochodziło do „wojny nerwów” i cichych wydaleń dyplomatów bez medialnego rozgłosu.
Szpiedzy w sercu Polski – ujawnione przypadki
Choć polski kontrwywiad (najpierw UOP, potem ABW) miał związane ręce polityczną poprawnością, skala niemieckiej aktywności była już tak duża, że dochodziło do wpadek niemieckich szpiegów. Wiele z nich było wyciszanych dyplomatycznie, ale część ujrzała światło dzienne, obnażając mit partnerskich relacji.
W 1993 r. sąd wojskowy w Bydgoszczy skazał oficera WP ppłk. Piotra Hoffmanna na 4 lata pozbawienia wolności za szpiegostwo na rzecz wojskowego wywiadu RFN (MAD). Hoffmann jako wykładowca w Wyższej Szkole Oficerskiej w Koszalinie miał przekazywać informacje niemieckiemu wywiadowi od 1985 do 1992 r., został zatrzymany przez UOP już w realiach III RP.
Ryszard Tomaszek został zatrzymany przez UOP i aresztowany w 1991 roku. Tomaszek dostarczał Niemcom informacji w zamian za korzyści majątkowe. Dotyczyły one m.in. jednostek Wojska Polskiego. Tomaszek usiłował wykpić się tłumaczeniem, że swą działalność w 1987 r. podjął z pobudek politycznych, czyli jako przeciwnik ustroju PRL. Został skazany 9 kwietnia 1992 r. na 7 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych.
Jednak najbardziej bolesne były werbunki Polaków. Klasycznym modus operandi BND było wykorzystywanie problemów finansowych lub sentymentów proniemieckich. Co istotne – w sprawach tych często pojawiał się wątek „niskiej szkodliwości” w narracji publicznej. Przez lata dominowało przekonanie, że szpieg niemiecki to „dobry szpieg”, bo przecież jesteśmy w NATO. To uśpiło czujność.
Utracone „oczy i uszy”
Decyzja o wycofaniu operacyjnym z Niemiec miała długofalowe skutki. W kluczowych momentach dla polskiej racji stanu – takich jak negocjacje w sprawie gazociągu Nord Stream, czy później Nord Stream 2 – Warszawa była często zaskakiwana decyzjami Berlina.
Polscy decydenci nie dysponowali niejawną wiedzą o rzeczywistych powiązaniach niemieckich polityków z rosyjskim biznesem (przypadek Gerharda Schrödera), ponieważ polski wywiad nie prowadził tam aktywnej gry operacyjnej. Byliśmy skazani na to, co Niemcy chcieli nam powiedzieć oficjalnymi kanałami, lub na to, co udało się dowiedzieć z mediów.
Niemieckie służby wywiadowcze nie próżnowały. Wystarczy wspomnieć ujawnienie przez dziennikarzy tygodnika „Der Spiegel” w 2015 roku dokumentów, z których wynikało, że BND systematycznie podsłuchiwało polskie MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) oraz MSZ. Wśród celów były też polskie placówki dyplomatyczne. Berlin tłumaczył to „błędem w systemie selektorów”, ale eksperci nie mają wątpliwości: to było celowe działanie.
W odpowiedzi na ujawnienie afery, w 2016 r. Niemcy reformują prawo, de facto legalizując inwigilację instytucji unijnych i państw partnerskich w imię „interesu politycznego Niemiec”. Polska nadal pozostaje w strefie zainteresowania operacyjnego BND.
Cena poprawności
Bilans ostatnich trzech dekad wywiadowczych działań jest dla Polski niekorzystny. Podczas gdy Warszawa w imię „pojednania” dobrowolnie oślepiła się na kierunku zachodnim, Berlin pragmatycznie realizował doktrynę, w której zaufanie jest dobre, ale kontrola (wywiadowcza) jeszcze lepsza.
Przypadki ujawnionych agentów BND to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwym problemem nie są bowiem pojedynczy szpiedzy, ale systemowa zgoda polskich elit po 1989 roku na funkcjonowanie w warunkach informacyjnej asymetrii. W świecie służb specjalnych brak wzajemności nie jest traktowany jako gest dobrej woli, lecz jako oznaka słabości.
Kluczowe jest rozróżnienie dwóch niemieckich służb: BND (wywiad zagraniczny) oraz MAD (Militärischer Abschirmdienst – kontrwywiad wojskowy). O ile BND operuje na zewnątrz, o tyle MAD zajmuje się ochroną Bundeswehry, ale w Polsce obie te służby przejawiały aktywność, szczególnie w okresach napięć politycznych lub wielkich przetargów zbrojeniowych.
Choć ppłk Zbigniew J. (oficer Wojska Polskiego) został w 2014 r. skazany za szpiegostwo na rzecz Rosji, proces ten ujawnił potężną lukę w polskim kontrwywiadzie, którą przez lata wykorzystywały służby zachodnie, w tym BND i MAD. Podczas śledztwa wyszło na jaw, że polscy oficerowie, mający dostęp do tajemnic NATO, byli rutynowo „monitorowani” przez oficerów niemieckiego kontrwywiadu wojskowego (MAD).
Niemcy, pod pozorem współpracy sojuszniczej w ramach struktur NATO, prowadzili tzw. rozpoznanie sylwetkowe polskich dowódców. Zbierali dane o ich słabościach, nałogach i poglądach politycznych. W kilku przypadkach polskie służby musiały interweniować, by ograniczyć zbyt zażyłe relacje polskich oficerów z „łącznikami” z Berlina, które wykraczały poza protokół.
W roku 2000 doszło do bezpośredniego ujęcia osób powiązanych z niemieckimi służbami wojskowymi. W pobliżu portu wojennego w Gdyni zatrzymano dwóch obywateli Niemiec wyposażonych w wysokiej klasy sprzęt optyczny i nasłuchowy. Oficjalnie twierdzili, że są „pasjonatami okrętów”.
Polskie służby ustaliły, że zatrzymani współpracowali z niemieckim wywiadem morskim (podległym MAD/BND). Ich zadaniem było mapowanie ruchu polskich jednostek i testowanie czujności ochrony po wejściu Polski do programu Partnership for Peace. Sprawa zakończyła się cichym wydaleniem i oficjalnym protestem dyplomatycznym, który nigdy nie trafił na czołówki gazet.
„Operacja w martwym polu” – Inwigilacja polskiego MON
W 2015 roku, przy okazji afery Snowdena, ujawniono, że BND posiadało aktywnych informatorów lub techniczne źródła dostępu wewnątrz Ministerstwa Obrony Narodowej. Niemców interesowały polskie plany modernizacji armii, a konkretnie to, czy Polska wybierze ofertę niemiecką (np. czołgi Leopard, okręty podwodne), czy amerykańską.
Choć nie doszło do spektakularnego aresztowania „kreta” (prawdopodobnie ze względu na osłonę dyplomatyczną informatora), kontrwywiad wojskowy (SKW) musiał przeprowadzić głęboką czystkę w departamentach zamówień, po tym jak niemieckie firmy zbrojeniowe dysponowały wiedzą o tajnych parametrach przetargowych, zanim te zostały oficjalnie ogłoszone.
Agentura wpływu i „niemiecki łącznik” w Warszawie
W historii III RP odnotowano przypadki Polaków – często byłych współpracowników służb PRL – którzy po 1989 roku zostali „przejęci” przez BND.
Jeden z nich nosinazwisko często pojawiające się w opracowaniach historycznych dotyczących UOP. To wysokiej rangi urzędnik państwowy, odpowiedzialny swego czasu za politykę zagraniczną w latach 90. Przez kontrwywiad był podejrzewany o regularne przekazywanie analiz i notatek z posiedzeń rządu rezydenturze BND w Warszawie. Urzędnik nie został oskarżony o szpiegostwo (brak zgody politycznej na proces z Niemcami), ale został zmuszony do dymisji pod innym pretekstem. To klasyczny przykład „ujęcia” szpiega, który kończy się eliminacją z życia publicznego zamiast więzienia.
Polskie służby (szczególnie w latach 2007–2015) miały nieformalny priorytet: nie szukać wrogów na Zachodzie. Powodowało to, że wiele sygnałów o aktywności BND czy MAD było ignorowanych lub bagatelizowanych przez kierownictwo służb. Dopiero audyty w SKW i ABW po 2015 roku ujawniły skalę zaniedbań i to, jak głęboko niemieckie służby spenetrowały polskie procesy decyzyjne pod płaszczem „sojuszniczej wymiany informacji”.
Koniec epoki naiwności?
Dzisiaj, patrząc na puste teczki aktywów polskiego wywiadu z lat 90. i porównując je z listą „selektorów” BND wymierzonych w polskie MSZ, MSW i MON, widać wyraźnie, że partnerstwo z Berlinem było budowane na asymetrii.
Polska próbowała być prymusem nowej dyplomacji, Niemcy pozostały pragmatycznym graczem, dla którego informacja niejawna jest narzędziem budowy hegemonii. Przypadki ujętych współpracowników niemieckich służb wywiadowczych czy skandal z podsłuchiwaniem polskich polityków powinny być dla Warszawy bolesną lekcją: w świecie służb specjalnych nie ma państw „zaprzyjaźnionych” – są tylko państwa partnerskie, których interesy bywają zbieżne, ale których intencje zawsze muszą być weryfikowane.
Dopóki polskie służby nie odzyskają pełnej zdolności operacyjnej na kierunku zachodnim, będziemy jedynie pasywnym odbiorcą polityki kreowanej w Berlinie, a nasze bezpieczeństwo będzie zależeć nie od naszej wiedzy, lecz od cudzej łaski. Najwyższy czas, by „ślepa plama” na mapie polskiego wywiadu odeszła do historii wraz z epoką geopolitycznej naiwności.
Niemiecka narracja nacjonalistyczno-rewizjonistyczna
Niemiecka kampania dezinformacyjna dotycząca polskiej odpowiedzialności za Holokaust stanowi wyrafinowany mechanizm socjotechniczny, którego korzenie sięgają lat 50. XX wieku. Efekty widzimy dzisiaj.
Według prof. Grzegorza Kucharczyka, termin „polskie obozy koncentracyjne” stworzyli pod koniec lat pięćdziesiątych funkcjonariusze wywiadu RFN, którzy w czasie wojny pracowali dla III Rzeszy – byli to ludzie, którzy po kapitulacji Niemiec znaleźli się w strefach okupowanych przez aliantów zachodnich. Ten kłamliwy termin powstał w ramach wysiłku semantycznego opartego na zasadzie Goebbelsa, że kłamstwa ciągle powtarzane stają się prawdą.
Książka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe: przełomowy moment kampanii
Publikacja „Polscy burmistrzowie i Holokaust” autorstwa niemieckiego historyka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe stanowi kulminację wieloletniej kampanii zmierzającej do przerzucenia odpowiedzialności za Zagładę. Książka ta, finansowana przez niemieckie instytucje, wzbudziła ostrą krytykę Instytutu Pamięci Narodowej, który zidentyfikował szereg manipulacji historycznych.
Główne manipulacje zidentyfikowane przez IPN
Rossoliński-Liebe wprost wyraża ubolewanie, że w dotychczasowych badaniach historycznych marginalizowana była rola polskich burmistrzów. Nie dodaje jednak, że administracja lokalna była niemiecką administracją w stworzonym przez Niemców państwie „przybocznym” Rzeszy – Generalnym Gubernatorstwie, a etnicznych Polaków zatrudniano w niej jedynie jako urzędników zmuszonych do bezwzględnego posłuszeństwa.
Najbardziej rażącym elementem jest niemal całkowite zatarcie różnicy między sprawcą a ofiarą systemu. Niemiecka administracja – twórca i wykonawca Zagłady – znika w formach bezosobowych: „zadecydowano”, „postanowiono”, „nakazano”. Autor przekonuje, że „obiekty” uważane dotychczas za przeciwieństwa w badaniach, np. okupanci i okupowani, są ze sobą połączone, przestając widzieć różnice między nimi, a tym samym ogranicza odpowiedzialność Niemców za ich działanie.
Rossoliński-Liebe stwierdza wręcz, że burmistrzowie byli często bardziej odpowiedzialni za Holokaust niż Niemcy, których nazywa „niemieckimi odpowiednikami” polskich urzędników. Przypisuje burmistrzom sprawczość i posiadanie pola do „własnych projektów politycznych”, ignorując fakt, że w relacjach polsko-niemieckich w GG istniała wyłącznie podległość Polaków wobec Niemców.
Rażącym przykładem manipulacji faktograficznej jest sprawa Karola Roschildta, burmistrza Piaseczna. Według sugestii Rossolińskiego-Liebe protestował on przeciwko wywożeniu przedmiotów z getta, ponieważ chciał zachować je dla siebie, podczas gdy dokumenty wskazują na zupełnie inne motywy.
System „polskich” autorów wspierających niemiecką narrację
Prof. Bogdan Musiał w tygodniku „wSieci” opisał mechanizm kreowania polityki historycznej przez Niemcy przy wykorzystaniu polskich historyków. Triada kontrowersyjnych nazwisk wygląda tak:
Jan Tomasz Gross – nazywany w niemieckich mediach „amerykańsko-polskim historykiem”, wielokrotnie gościł w czołowych niemieckich mediach, powtarzając tezy o tym, że Polacy w czasie II wojny światowej zabili więcej Żydów niż Niemców.
Marcin Zaremba – w wywiadzie dla niemieckiej stacji MDR powtórzył tezy Grossa, uzasadniając je liczbami. Stwierdził, że między październikiem 1939 a latem 1944 zabitych zostało około 1300 Niemców, podczas gdy wydanych lub zamordowanych przez Polaków zostało ponad 10 tysięcy Żydów.
Włodzimierz Borodziej – według prof. Musiała, profesor Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego zdominował dyskurs i badania na temat stosunków Polski z zachodnim sąsiadem. Wiele wskazuje na to, że zawdzięcza swoją pozycję zakulisowemu wsparciu różnych instytucji. Po upadku komunizmu Niemcy nadal forsują jego kandydaturę na różne stanowiska.
Terror niemiecki w Generalnym Gubernatorstwie
Aby zrozumieć manipulacyjny charakter narracji Rossolińskiego-Liebe, konieczne jest przypomnienie rzeczywistych warunków okupacji. W Generalnym Gubernatorstwie na czele którego stał Hans Frank, terror prowadzony był na masową skalę. Gubernator Frank 3 października 1939 roku stwierdził, że „Polska ma być traktowana jak kolonia, a Polacy staną się niewolnikami Wielkiej Rzeszy Niemieckiej”.
- Polacy pozbawieni byli jakiejkolwiek autonomii – urzędnicy byli zmuszeni do bezwzględnego posłuszeństwa;
- Za najmniejszą pomoc Żydom groziła śmierć całej rodziny ratującego;
- Rozporządzenie gubernatora Franka z października 1941 r. mówiło wprost: „Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci”.
- Rozkaz komendanta policji Herberta Böttchera nakazywał, że w przypadku odkrycia ukrywanych Żydów wszystkie zamieszkujące tam osoby – także dzieci – mają zostać uśmiercone, a zabudowania spalone;
Reakcja na wypowiedź ambasadora USA Toma Rose’a
Wypowiedź ambasadora USA Toma Rose’a z listopada 2025 roku stanowi przełomowy moment w konfrontacji z niemiecką kampanią dezinformacyjną. Rose, sam będący Żydem, użył niezwykle mocnych sformułowań:
Kluczowe tezy wypowiedzi ambasadora:
„Zbyt długo ten naród obciążany był moralną skazą, która nigdy nie była jego – oszczerstwem, że Polska w jakikolwiek sposób ponosi odpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez innych”.
„Przekonanie, że Polska współdzieli winę za barbarzyńskie czyny dokonane przeciwko niej jest groteskowym fałszowaniem historii i w gruncie rzeczy formą «oszczerstwa krwi» („blood libel”) wymierzonym w Polskę i Polaków”.
Rose świadomie użył terminu historycznie związanego z antysemickimi oskarżeniami Żydów o mordy rytualne, odwracając go przeciwko tym, którzy oskarżają Polskę. To językowe działanie ma głębokie znaczenie – porównuje fałszywe oskarżenia Polski o współudział w Holokauście do średniowiecznych mitów o mordach rytualnych, które przez wieki były narzędziem prześladowań.
Ambasador podkreślił, że takie oskarżenia „zatruwały przez lata relacje między Żydami i Polakami, między Izraelem a Polską, a także między Stanami Zjednoczonymi i Polską”, zmuszając „do rozmów dla Polaków głęboko obraźliwych”.
Kampania dezinformacyjna po wypowiedzi Rose’a
Po wystąpieniu ambasadora Rose’a narastają próby kontynuowania kampanii rewizjonistycznej. Charakterystyczne są:
Odwołania wydarzeń promocyjnych książki Rossolińskiego-Liebe: W Niemczech i Austrii odwoływano spotkania promocyjne książki, przy czym autor przyznawał, że podobne ograniczenia spotkał już w Polsce, gdzie odmawiano organizacji spotkań w muzeach i instytucjach.
Rola niemieckich instytucji: Niemieckie telewizje publiczne, jak ZDF, systematycznie używały określenia „polskie obozy zagłady”, co doprowadziło do procesu sądowego wygranego przez polskiego więźnia Auschwitz Karola Tenderę. Mimo to praktyka ta kontynuowana jest w innych formach.
Nowy etap rewizjonizmu: Jak zauważa Jakob Schergaut, historyk z Uniwersytetu w Jenie, rewizjonizm w Niemczech ewoluował od „klasycznego negowania Holokaustu” do pośredniego krytykowania kultury pamięci jako takiej. Postępująca erozja wiedzy historycznej w Niemczech skutkuje powstaniem luk, w których łatwo zasiać fałszywe narracje.
Przypadek AfD i Stefana Scheila
Przykładem nasilającego się rewizjonizmu są działania polityków Alternatywy dla Niemiec (AfD). Stefan Scheil, historyk związany z AfD, próbował uderzyć w Polskę, publikując fałszywą narrację o „polskim imperializmie” przed wojną. Użył znaczka z polskiej poczty podziemnej z 1942 roku, przedstawiającego w propagandowy sposób przyszłe granice Polski, aby „udowodnić” polskie ambicje kolonialne w 1939 roku – całkowicie ignorując kontekst historyczny.
Inny polityk AfD, Dominik Kaufner twierdzi, że „pierwsza faza ludobójstwa rozpoczęła się w 1918 roku” (cytując Stefana Scheila) sugerując, że Polska prowadziła politykę eksterminacji Niemców. Tego rodzaju tezy znajdą poklask wśród zwolenników AfD, mimo że krytycy określają Scheila jako pseudohistoryka.
Potomek generała Stahela i nowy etap rewizjonizmu
Symptomatyczne były działania w 2014 r. Christopha Brosziesa, profesora Uniwersytetu Goethego, potomka niemieckiego generała Reinera Stahela, który domagał się, aby Muzeum Powstania Warszawskiego przestało nazywać hitlerowskiego komendanta Warszawy zbrodniarzem wojennym – mimo że Stahel jest odpowiedzialny m.in. za wydanie rozkazu rozstrzelania 600 więźniów przy ul. Rakowieckiej oraz używanie cywilów jako żywych tarcz. Jak pisała „Niedziela”, działania te „są symptomatyczne i wyznaczają nowy etap niemieckiego rewizjonizmu historycznego”.
Mechanizmy niemieckiej polityki historycznej
Niemcy do uprawiania rewizjonizmu stosują wyrafinowaną socjotechnikę. Na przestrzeni ostatnich lat powstało wiele filmów przedstawiających Niemców bardziej jako ofiary wojny niż agresorów – o alianckich nalotach bombowych, o „dobrych” esesmanach, o Hitlerze jako „postaci tragicznej”. Dowodem na to jest m.in. trzyczęściowy serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, który TVP1 wyemitowała w czerwcu 2013 r. Film wywołał dyskusję w Polsce i Niemczech, dotyczącą sposobu przedstawienia w serialu Polaków oraz problemu odpowiedzialności Niemców za zbrodnie II wojny światowej. Po emisji filmu w publicznej telewizji ZDF w marcu w niemieckich mediach rozpoczęła się burzliwa debata o odpowiedzialności „zwykłych Niemców” za zbrodnie II wojny.
Pojawia się mit „wyzwolenia” Niemiec. Koncepcja, że 8 maja 1945 Niemcy zostały „wyzwolone”, jest stałym elementem niemieckiej narracji powtarzanej od dekad. W przeprowadzanych sondażach większość Niemców jest przekonana, że ich kraj został wyzwolony od nazistowskiego reżimu. Jak zauważył prof. Bogdan Musiał: „Niemcy dziś nie wiedzą, że przegrali wojnę. Wierzą, że zostali wyzwoleni”.
Według badań z 2020 roku blisko 70 proc. Niemców uważa, że ich przodkowie nie byli oprawcami w czasach nazizmu. Prof. Andrzej Przyłębski, były ambasador RP w Niemczech, stwierdził, że „95 proc. Niemców nie zna skali zbrodni dokonywanych w Polsce”.
Rola niemieckich fundacji i instytucji
Fundacje polityczne działające w Polsce, takie jak Fundacja im. Róży Luksemburg (zbliżona do partii Die Linke), Fundacja Konrada Adenauera czy Friedricha Eberta, mają swoje przedstawicielstwa w Warszawie. Projekty są współfinansowane ze środków Federalnego Ministerstwa Rozwoju i Współpracy Niemiec. Choć oficjalnie działają w zakresie „edukacji politycznej”, ich wpływ na kształtowanie narracji historycznej budzi pytania o neutralność przekazu.
Stanowisko Międzynarodowego Sojuszu na rzecz Pamięci o Holokauście
Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście (IHRA) w swoim raporcie z 2021 roku uznał, że zniekształcanie pamięci o Holokauście jest podstępniejsze niż jego negowanie. Jednym z przykładów jest zacieranie odpowiedzialności nazistowskich Niemiec za utworzenie obozów koncentracyjnych. IHRA wymienia jako przykłady fałszowania pamięci: usprawiedliwianie lub trywializowanie znaczenia Holokaustu, pomniejszanie liczby ofiar, próby obwiniania Żydów za spowodowanie własnego ludobójstwa.
Ambasador Rose przypomniał fundamentalne fakty ignorowane w rewizjonistycznej narracji:
- Polska stworzyła jedyną sponsorowaną przez rząd podziemną instytucję w całej okupowanej Europie poświęconą wyłącznie ratowaniu Żydów – Żegotę, która uratowała tysiące, być może dziesiątki tysięcy ludzi;
- Polska była jedynym miejscem w okupowanej przez Niemcy Europie, gdzie jakikolwiek rodzaj pomocy Żydom był karany egzekucją osoby ratującej i jej całej rodziny;
- Tysiące Polaków zginęło ratując Żydów;
- Żaden kraj poza Izraelem nie zrobił więcej dla upamiętnienia Holokaustu niż Polska – z pewnością nie Niemcy, które popełniły zbrodnie, ani Rosja, która je tłumiła;
- Polska jest dziś najbezpieczniejszym krajem w Europie dla Żydów;
Perspektywy i wnioski
Kampania dezinformacyjna dotycząca polskiej odpowiedzialności za Holokaust stanowi element szerszej strategii przesunięcia odpowiedzialności moralnej i historycznej. Jak wskazuje recenzja IPN, próba przesunięcia odpowiedzialności za Holokaust może wpływać na zachodnią debatę o historii i kształtować błędne narracje o polskim współudziale.
Prof. Andrew Michta określił wypowiedź ambasadora Rose’a jako „przełomowy moment dla zachodniej polityki historycznej”. Podkreślił, że „to, czego brakuje, to opowiedzenie prawdy o tym, czym była okupacja niemiecka. Mord na obywatelach polskich, czy to byli Polacy, czy to byli Żydzi, jest rzeczą, która nie powinna być używana do jakichkolwiek manipulacji politycznych”.
Niemiecka narracja nacjonalistyczno-rewizjonistyczna, wykładana w książkach podpisanych nazwiskami „polskich” lub „amerykańsko-polskich” autorów, służy osiągnięciu kilku celów strategicznych: redukcji niemieckiej odpowiedzialności moralnej i potencjalnie finansowej, osłabieniu pozycji Polski w sporach o odszkodowania wojenne, relatywizacji niemieckich zbrodni poprzez ukazanie rzekomej „powszechności” kolaboracji.
Jest to mechanizm opisany przez Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście jako bardziej niebezpieczny niż otwarty negacjonizm, ponieważ działa subtelniej i jest trudniejszy do zidentyfikowania.
Zrozumienie współczesnych manipulacji cyfrowych jest niemożliwe bez analizy ich pierwotnych źródeł w propagandzie nazistowskiej i komunistycznej. Te historyczne operacje informacyjne nie tylko ukształtowały międzynarodową percepcję Kampanii Wrześniowej w jej kluczowym momencie, ale przede wszystkim stworzyły fundamenty narracyjne, które są reaktywowane do dziś. Współczesne mity o polskim zacofaniu, bezcelowości oporu czy zdradzie sojuszników nie powstały w cyfrowej próżni – są echem starannie zaplanowanych kampanii, których celem było usprawiedliwienie agresji i osłabienie polskiej suwerenności.
Fundamentalnym celem nazistowskiej propagandy w 1939 roku było odwrócenie ról ofiary i agresora, aby usprawiedliwić inwazję na Polskę w oczach własnego społeczeństwa i opinii międzynarodowej. Propagandyści III Rzeszy przedstawiali Niemcy jako państwo zmuszone do samoobrony przed rzekomymi polskimi prowokacjami i terrorem.
W tym celu zastosowano klasyczną operację pod fałszywą flagą. Incydent gliwicki, czyli pozorowany atak na niemiecką radiostację przeprowadzony przez przebranych w polskie mundury agentów SS, posłużył jako bezpośredni pretekst do rozpoczęcia działań „retorsyjnych”. Zaplanowany charakter tej operacji został jednoznacznie potwierdzony w powojennych zeznaniach jej dowódcy, Alfreda Naujocksa, złożonych podczas procesów norymberskich. Ministerstwo Oświecenia Publicznego i Propagandy Rzeszy systematycznie budowało fałszywy obraz „polskich środków terroru” i rzekomych prześladowań mniejszości niemieckiej, przygotowując grunt pod agresję militarną.
W przeciwieństwie do propagandy nazistowskiej, której celem było usprawiedliwienie agresji, powojenna dezinformacja komunistyczna dążyła do minimalizowania znaczenia polskiego oporu, który był niezależny od wpływów Związku Radzieckiego. Aparat komunistyczny, dążąc do legitymizacji swojej władzy, osłabiał autorytet i dziedzictwo II Rzeczypospolitej oraz jej sił zbrojnych.
W tym celu propagowano tezy deprecjonujące kompetencje polskiego dowództwa, wyolbrzymiano chaos w szeregach armii i podkreślano rzekomą bezcelowość walki. Choć najbardziej rażące kłamstwa, jak kłamstwo katyńskie, nigdy nie zyskały szerokiej akceptacji społecznej, inne narracje skutecznie zakorzeniły się w powojennej świadomości. Utrwalanie obrazu klęski jako nieuniknionej i wynikającej z niekompetencji wpisywało się w szerszą strategię osłabiania polskiej tożsamości narodowej i umniejszania suwerennej zdolności państwa do obrony.
Dowody archiwalne wskazują na świadomą współpracę agencji Associated Press z reżimem nazistowskim. AP nie tylko wiedziała o nadchodzącej inwazji, ale również dostarczyła amerykańskiej publiczności proniemiecki przekaz. Ten historyczny precedens jest dziś instrumentalizowany przez dezinformatorów do systemowego podważania wiarygodności współczesnych mediów i organizacji fact-checkingowych. Argument, że kluczowe media historyczne były kontrolowane przez państwo agresora, służy delegitymizacji wszelkich obecnych prób prostowania fałszywych narracji historycznych, przedstawiając je jako równie niewiarygodne i systemowo kontrolowane.
Historyczne tezy propagandowe, pierwotnie tworzone przez aparaty totalitarnych państw, zostały przekształcone w trwałe i uproszczone mity, które są idealnie dopasowane do wirusowego charakteru mediów społecznościowych.
Ich współczesnym celem jest erozja polskiej tożsamości historycznej, podważanie zaufania do sojuszy i osłabienie pozycji geopolitycznej Polski. Mity te, dzięki swojej prostocie i ładunkowi emocjonalnemu, zyskują przewagę nad złożonymi faktami historycznymi, stając się skutecznym narzędziem w wojnie informacyjnej.
Platforma X (dawniej Twitter) stanowi ekosystem informacyjny szczególnie podatny na dezinformację historyczną. Jej architektura, promująca szybkość, emocjonalne reakcje i uproszczone komunikaty, tworzy idealne warunki dla ewolucji i rozprzestrzeniania się historycznych mitów. Algorytmy platformy często wzmacniają treści kontrowersyjne i polaryzujące, co sprawia, że fałszywe, ale atrakcyjne narracje zyskują przewagę nad złożonymi i merytorycznymi analizami.
Akcja-reakcja
IPN na platformie X prowadzi aktywną kampanię przeciwstawną do narracji Rossolińskiego-Liebe. Konto @ipngovpl (założone w grudniu 2009, ponad 61 300 obserwujących) opublikowało wpis o recenzji książki niemieckiego historyka, który osiągnął znaczący zasięg: ponad 1200 pobrań recenzji książki w pierwszych dniach po publikacji.
Konta na X wspierające rewizjonistyczną narrację
Grzegorz Rossoliński-Liebe – brak weryfikowalnego oficjalnego konta
Mimo że autor książki jest aktywny w przestrzeni medialnej, nie posiada zweryfikowanego oficjalnego konta na X. Jego działalność promocyjna odbywa się głównie przez:
- Instytucje niemieckie (Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie)
- Fundacje finansowane z budżetu RFN (Friedrich-Ebert-Stiftung)
- Akademickie profile instytucjonalne
Krytyczne konta weryfikujące narrację
Anonimowy Dyplomata @adyplomata
Na X od sierpnia 2025 r., ale ma już ugruntowaną pozycję. Konto funkcjonuje jako jedno ze źródeł „amatorskiej dyplomacji” – równoległego, oddolnego komentowania sporów międzynarodowych z Polski, często w kontrze do działań lub bierności władz w Warszawie. Autor jako pierwszy 7 listopada ujawnił skandal wokół książki Rossolińskiego-Liebe, i przeprowadził kampanię ujawniającą przekłamania. Jego wpisy były później szeroko komentowane i repostowane. Omówił też szeroko recenzję IPN publikacji „Polscy burmistrzowie i Holokaust” na tysol.pl
Zygfryd Czaban @CDzwoni
„Founder and Honorary Fellow – Polski Instytut Studiów Teutońskich (PIST)” Polski Instytut Studiów Teutońskich (PIST) to inicjatywa stworzona przez Czabana, która – zgodnie z jego deklaracją – ma „twardo strzec myśli Dmowskiego i przekazywać ją następnym pokoleniom”. PIST koncentruje się na analizie relacji polsko-niemieckich z perspektywy krytycznej wobec Niemiec. Diament na X.
Anna Nowicka z LinkedIn w lutym 2024 opisała rolę Czabana w następujący sposób:
„Czaban jest na Twitterze takim guru od analizy relacji polsko-niemieckich. Jest rosnącym autorytetem na Twitterze. Jest też problemem w trwającej na Twitterze wojnie informacyjnej dla sił protuskowych.” Czaban monitoruje i nagłaśnia akcje niemieckich środowisk rewizjonistycznych, które chcą granic z 1914 roku, co oznaczałoby połowę dzisiejszego terytorium Polski.
Paweł Sokała (@PawelSokala)
Publicysta i dziennikarz publikujący analizę działań Rossolińskiego-Liebe. W kluczowym wpisie z 19 listopada 2025 ujawnił:
- Finansowanie autora przez fundację Friedrich-Ebert-Stiftung (budżet RFN)
- Promocję książki przez Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie objęty patronatem ministra spraw zagranicznych RP Radosława Sikorskiego
- Manipulacje historyczne dotyczące „ciągłości prawnej” między II RP a GG
Zbigniew Siedlewski (@ZbigSiedlewski)
Doskonały wpis z 24 listopada 2025 r. analizujący publikację książki Rossolińskiego-Liebe przez instytucje niemieckie. Identyfikuje mechanizmy dystrybucji narracji rewizjonistycznej.
Rosyjskie sieci dezinformacji na X
Jesienią 2024 roku zidentyfikowano siatkę polskojęzycznych botów składającą się z kilku tysięcy kont powiązanych z rosyjską agencją Social Design Agency (SDA) pracującą dla Kremla.
Monika Hübscher, badaczka z Uniwersytetu Duisburg-Essen zidentyfikowała strategiczne wykorzystywanie mediów społecznościowych przez AfD do reinterpretacji Holokaustu
Mechanizmy działania:
- Celowe pomijanie żydowskich ofiar narodowego socjalizmu w postach na Facebooku i YouTube
- Niewymienianie Holokaustu
- Przedstawianie Niemców jako ofiar Hitlera i nazizmu
- Jest to działanie antysemickie, ponieważ ma na celu relatywizację lub odwrócenie niemieckiej winy za Holokaust;
Kluczową słabością polskiej strategii w social mediach jest dychotomia między podejściem skoncentrowanym na treści a podejściem zorientowanym na format. Instytucje historyczne (IPN, MIIWŚ) dostarczają rzetelną, merytoryczną i złożoną wiedzę, która jest fundamentem odporności. Z drugiej strony, media społecznościowe takie jak X wymagają prostych, wirusowych i emocjonalnych formatów, aby skutecznie konkurować o uwagę odbiorcy. Złożone materiały historyczne, choć wartościowe, często przegrywają w starciu z dezinformacyjnymi memami. Tworzy to strategiczną lukę, w której prawdziwa, ale niedostosowana do medium narracja nie jest w stanie skutecznie zneutralizować fałszywego, ale atrakcyjnego przekazu.
Najbardziej szkodliwe i trudne do zwalczania są narracje bazujące na ziarnie prawdy, czego przykładem jest instrumentalizacja faktu o braku realnej pomocy ze strony zachodnich sojuszników w 1939 roku. Wykorzystywanie autentycznych urazów historycznych pozwala dezinformatorom skutecznie podważać zaufanie do obecnych sojuszy, takich jak NATO, co stanowi bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.
Instytucje historyczne (IPN, MIIWŚ) muszą wdrożyć strategię „treści konkurencyjnych”, produkując własne, w pełni rzetelne, ale wirusowe formaty (infografiki, krótkie wideo) zoptymalizowane pod algorytmy platformy X. Celem jest nie tylko prostowanie faktów, ale aktywne konkurowanie z dezinformacją o uwagę i zasięg w tym samym ekosystemie informacyjnym.
Sami @CDzwoni i @AnonimowyDyplmata nie wystarczą.
Betlyjka na Nikiszu
Też ładna…

Mgła
Taki mamy grudzień…
