



Katowice. Tak było.



Już tydzień z nami.

Fajnie jest, jak dzieci (własne) są zdolniejsze od rodziców. To podobno coraz częściej się zdarza.
- Cóż, takie życie – jak mawia Iga (lat 8 i więcej niż pół)…

Waldemar Mróz, były wiceprezes Katowickiego Holdingu Węglowego jest kłamcą lustracyjnym. Sąd Apelacyjny w Katowicach odrzucił apelację obrońcy TW Krzysztof.
Tak oto bez konsekwencji można twierdzić, że we władzach Katowickiego Holdingu Węglowego przez kilkanaście lat zasiadał szpicel bezpieki Waldemar Mróz.
Mróz w jednej z największych spółek górniczych – Katowickim Holdingu Węglowym SA przez 12 lat pełnił funkcję wiceprezesa. 30 października 2014 r. do Sądu Okręgowego w Katowicach trafił wniosek prokuratora biura lustracyjnego IPN o wszczęcie postępowania w sprawie Waldemara Mroza. Ów urzędnik był górniczą szychą.
Do 2013 roku z wyboru załogi był wiceprezesem Katowickiego Holdingu Węglowego S.A. Jako członek zarządu państwowej spółki musiał złożyć oświadczenie lustracyjne. Złożył, ale skłamał.
– Sąd pierwszej instancji orzekł, iż Waldemar Mróz jest kłamcą lustracyjnym, bo skłamał, iż nie był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Sąd Apelacyjny w Katowicach oddalił apelację obrońcy i utrzymał w mocy orzeczenie Sądu Okręgowego w Katowicach z dnia 16.11.2015 r. w sprawie lustracyjnej Waldemara Mroza, który oświadczenie lustracyjne składał jako ówczesny wiceprezes Katowickiego Holdingu Węglowego S.A. W prawomocnym już orzeczeniu Sąd Okręgowy w Katowicach uznał za niezgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne złożone przez Waldemara Mroza i orzekł wobec niego utratę prawa wybieralności w wyborach do Sejmu, Senatu i Parlamentu Europejskiego oraz w wyborach powszechnych organu i członka organu jednostki samorządu terytorialnego oraz organu jednostki pomocniczej jednostki samorządu terytorialnego, której obowiązek utworzenia wynika z ustawy, a także orzekł zakaz pełnienia funkcji publicznej, o których mowa w art. 4 pkt 2–57 „ustawy lustracyjnej” – na okres 5 lat –
mówi prokurator Andrzej Majcher, szef Oddziałowego Biura Lustracyjnego w Katowicach.
Mróz został surowo ukarany, bo zazwyczaj sądy skazują kłamców lustracyjnych na 3 lata zakazu pełnienia funkcji publicznych.
O Mrozie, gdy był wiceprezesem KHW SA napisałem wiele. Na przykład to, że z dokumentów zachowanych w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej wynika, iż Waldemar Mróz został zarejestrowany jako tajny współpracownik SB ps. „Krzysztof” (IPN Kr 309⁄525, IPN Kr 009⁄9514).
Dzięki temu, że zachowała się teczka pracy TW „Krzysztof” bez trudu można poznać szczegóły kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa. Skala współpracy robi wrażenie, bo teczka pracy TW „Krzysztof” miała 315 stron (!), jednak trzysta stron zostało zniszczonych i zachowało się jedynie 15.
Zachowały się oryginalne donosy pisane przez agenta. „Krzysztof” donosił o działaczach NZS na AGH, przekazywał ulotki oraz charakteryzował kolegów z uczelni. Jak wynika z numerów stron w teczce pracy TW Krzysztof pomiędzy jesienią 1980 roku a marcem 1983 roku przybyło 240 stron – to obraz skali współpracy. Ostatnie zachowane doniesienie jest z 1 marca 1983 roku.
Mróz nie przyznał się w swoim oświadczeniu lustracyjnym do współpracy z SB w Krakowie w latach 1980–1984. Moje źródła w ABW poinformowały mnie prawie trzy lata temu, że już po wyborze Mroza na stanowisko wiceprezesa KHW w 2001 roku, służby specjalne (wówczas Urząd Ochrony Państwa) sprawdzały przeszłość nowego członka zarządu strategicznej spółki węglowej.
I natrafiono od razu na ślad przeszłości Mroza. Problem w tym, że tę wiedzę UOP, a potem ABW zachowały dla siebie, i nie poinformowały Rzecznika Interesu Publicznego (a później IPN) o tym, co pozostało w esbeckich materiałach o Waldemarze Mrozie.
Ten przykład wskazuje na dziwną bezradność służb specjalnych, które są odpowiedzialne za osłonę kontrwywiadowczą spółek Skarbu Państwa oraz sektora energetycznego. Tolerowanie na kierowniczym stanowisku osoby, które w przeszłości była konfidentem SB jest skandalem i stawia (po raz kolejny) pod znakiem zapytania profesjonalizm funkcjonariuszy ABW odpowiedzialnej za przyznawanie certyfikatów bezpieczeństwa.
Dlaczego? Czy Mróz mógł był np. szantażowany swoją przeszłością przez byłych funkcjonariuszy, którzy prowadzą interesy z KHW SA? A może wręcz przeciwnie – był na usługach służb III RP?
Na razie, jak wynika z KRS Waldemar Mróz jest na usługach jednego z najbogatszych Polaków – Krzysztofa Domareckiego, który dwa lata temu ogłosił, iż chce kupić trzy kopalnie węgla kamiennego na Śląsku. Na szczęście z buńczucznych planów nic nie wyszło.
Mróz jest prezesem zarządu spółki Universal Energy. W spółce jest jednym z trzech udziałowców. Ma 5000 udziałów Universal Energy Sp. z o.o. wartości 500 tysięcy złotych. Domarecki zaangażował się w spółkę w 100 tys. zł, a należąca całkowicie do niego spółka Ad Niva – 450 tys. zł.
Jak widać ten szpicel TW Krzysztof dobrze sobie radzi w Polsce po 1989 roku.
Stanisław Gościniak – były reprezentant Polski w siatkówce został prawomocnie uznany przez sąd za kłamcę lustracyjnego.
24 czerwca ubiegłego roku do Sądu Okręgowego w Gliwicach został skierowany wniosek IPN o wszczęcie postępowania lustracyjnego wobec Stanisława Gościniaka, jednego z siatkarzy reprezentacji Huberta Wagnera.

Gościniak to były członek reprezentacji olimpijskiej w siatkówce, prowadzonej przez Huberta Wagnera. Był mistrzem świata w Meksyku w 1974, został też uznany za najlepszego gracza tych mistrzostw. Zdobył brązowy medal mistrzostw Europy (Stambuł 1967), a także drugie miejsce w Pucharze Świata w Pradze. Polskę reprezentował 218 razy (1965–1974). Był jednym z najlepszych rozgrywających na świecie.
Wedle źródeł z Instytutu Pamięci Narodowej, Stanisław Gościniak został pozyskany do współpracy, a następnie był prowadzony przez Gromosława Czempińskiego.
Stanisław Gościniak był gwiazdą mistrzostw świata w 1974 roku. Wybrano go najlepszym rozgrywającym imprezy, uznawany za najlepszego na tej pozycji na świecie. Z kadry odszedł po MŚ, nie pojechał na igrzyska do Montrealu, wybrał grę w USA.
W Polsce grał w Gwardii Wrocław i Resovii Rzeszów. Szybko został trenerem, prowadził do sukcesów AZS Częstochowa – cztery mistrzostwa Polski, dwa razy był selekcjonerem Biało-Czerwonych (1986−1987, 2003–2004). Członek galerii sław piłki siatkowej (Volleyball Hall of Fame).
Orzeczeniem z dnia 28 grudnia 2015 r. SO w Gliwicach uznał za niezgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne złożone przez Stanisława Gościniaka jako kandydata na radnego w Częstochowie wyborach 2010 r.
Orzekł wobec niego „utratę prawa wybieralności w wyborach do Sejmu, Senatu i Parlamentu Europejskiego oraz w wyborach powszechnych organu i członka organu jednostki samorządu terytorialnego oraz organu jednostki pomocniczej jednostki samorządu terytorialnego, której obowiązek utworzenia wynika z ustawy, a także orzekł zakaz pełnienia funkcji publicznej, o których mowa w art. 4 pkt 2–57 „ustawy lustracyjnej” – na okres 6 lat”.
Sic transit gloria…
Krzysztof Kołaczek, szef Prokuratury Okręgowej w Katowicach w marcu odejdzie w stan spoczynku.

O Kołaczku pisałem w 2011 roku (!) na portalu wPolityce.pl
Poniżej ów tekst sprzed lat.
Czy szef katowickiej Prokuratury Okręgowej złamał ustawę o prokuraturze, nakazując swemu podwładnemu wycofanie się z decyzji o przedstawieniu zarzutów wiceministrowi finansów?
Doświadczenia prokuratorowi Krzysztofowi Kołaczkowi odmówić nie można. Kołaczek ma 60 lat, jest osobą znaną w środowisku związanym ze śląskim wymiarem sprawiedliwości. Przed 1990 r. pracował w prokuraturze rejonowej w Rudzie Śląskiej, potem przez trzy lata był referentem w wydziale śledczym ówczesnej prokuratury wojewódzkiej. W latach 1993–95 kierował tym wydziałem, a od lutego 1995 był zastępcą szefa prokuratury; m.in. sprawował nadzór nad postępowaniem sądowym i przygotowawczym.
W ubiegłym roku [czyli 2010 r. – TS] został szefem Prokuratury Okręgowej w Katowicach. To rekordzista, bo przez 14 lat był wiceszefem tej prokuratury, a od grudnia 2009 roku pełnił obowiązki jej szefa. Kołaczkowi powierzono obowiązki szefa katowickiej prokuratury, po odwołaniu ze stanowiska prok. Ewy Zuwały.
W latach 90. ubiegłego stulecia prok. Kołaczek był zaangażowany w prowadzone w Katowicach głośne śledztwa, m.in. w sprawie domniemanej korupcji w poznańskiej policji, tzw. afery cukrowniczej oraz w aferach związanych z górnictwem. Od 2000 r. jest prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej.
W tym życiorysie profesjonalisty brak jednak kilku spraw, o których prokurator Kołaczek wolałby zapewne zapomnieć. Tak jak o sprawie Bożeny Cząstki, filologa i językoznawcy z Katowic, która w latach 80. była inwigilowana przez SB w ramach prowadzonej w latach 1984–86 sprawy „Grupa”.
Esbecja objęła nią pracowników Uniwersytetu Śląskiego oraz robotników Huty Pokój. Kołaczek był prokuratorem w Rudzie Śląskiej, który aresztował B. Cząstkę w 1984 roku.
- Pamiętam Kołaczka jako cynicznego prokuratora, który za wszelką cenę chciał się wykazać wykryciem zorganizowanej grupy opozycyjnej. Trafiłam do aresztu na kilka tygodni właśnie na jego wniosek. Do rozprawy w sądzie nie doszło, gdyż objęła nas amnestia. Gdyby nie ona, to mogliśmy trafić do więzienia na kilka lat. Ten areszt zaważył na całym moim życiu, bo nie zostałam wtedy na uczelni i moja kariera zawodowa potoczyła się inaczej - mówi dr Bożena Cząstka-Szymon.
Inne postępowania, w których występuje prokurator Krzysztof Kołaczek, to m.in. sprawa zatrzymania przez patrol MO wiosną 1982 roku czterech osób, podczas malowania haseł na ścianach budynków w Sosnowcu. Białą farbą namalowano znaki „Polska Walcząca” i napisy „KPN” oraz „Precz z partią”.
W procesie, prowadzonym zgodnie z przepisami stanu wojennego w trybie doraźnym, zapadły wysokie wyroki. Zbigniew Antosik i Mirosław Marciniak zostali skazani na półtora roku pozbawienia wolności oraz grzywny po 10 tysięcy zł. Jerzy Olszewski i Roman Tolka – na 9 miesięcy więzienia.
Działacze śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” pamiętają także prokuratora Kołaczka z czasów tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego – z okresu „karnawału Solidarności”.
Trochę historii:
27 X 1981 r. na placu przed główną bramą do KWK „Sosnowiec” około południa niezidentyfikowani sprawcy wyrzucili z samochodu osobowego trzy fiolki z gazem, z których dwie pozostały nieuszkodzone, zaś z jednej zaczął się wydobywać niewidoczny, ale mocno gryzący gaz. W ciągu kilku godzin z objawami zatrucia do szpitala trafiło ponad sześćdziesiąt osób – w większości pracowników kopalni, a także mieszkańców pobliskich bloków, w tym kilkoro dzieci.
Całe zajście miało związek z wyznaczoną na ten sam dzień przed Sądem Rejonowym rozprawą przeciwko Wojciechowi Figlowi i siedmiu innym działaczom „S” z KWK Sosnowiec, którzy podczas strajku ostrzegawczego 7 VIII 1981 ze względów bezpieczeństwa odizolowali od załogi, dyrekcję kopalni, sekretarza POP PZPR i przewodniczącego Rady Zakładowej ZZG. Następnie usunęli umieszczoną na kopalnianym szybie pięcioramienną czerwoną gwiazdę.
Jeszcze w tym samym dniu załoga kopalni „Sosnowiec” ogłosiła strajk okupacyjny, żądając oczyszczenia skażonego miejsca i przybycia przedstawicieli władz. Stan niepewności o zdrowie i życie poszkodowanych utrzymywał się do nocy. Dopiero po północy okazało się, iż gaz z fiolki (dodawany w niedużych ilościach do gazu ziemnego czterohydrotiofen) był niegroźny dla życia.
Cała sprawa nabrała jednak dużego rozgłosu, o prowokacji pisały zagraniczne agencje i służby informacyjne „Solidarności”. 3 XI 1981 na biurkach najważniejszych dygnitarzy partyjnych w kraju znalazł się specjalny raport poświęcony zajściom w kopalni Sosnowiec. Protest trwał kilkanaście dni i zakończony został dopiero 12 XI 1981, po wielu negocjacjach, wizycie w kopalni Lecha Wałęsy oraz po wyemitowaniu w TVP konferencji prasowej z udziałem przedstawicieli strajkujących górników.
Pamiętam, że śledztwo w tej sprawie prowadził młody prokurator z Rudy Śląskiej, nazwiskiem Kołaczek. Musiał cieszyć się dużym zaufaniem swoich przełożonych, skoro powierzono mu tak drażliwą politycznie sprawę. Po kilku tygodniach sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawców
– wspomina działacz „S” z Sosnowca, który nawet dzisiaj prosi o anonimowość.
W poniedziałek w Prokuraturze Okręgowej w Katowicach pojawił się rzecznik rządu Paweł Graś. Jest świadkiem w śledztwie dotyczącym należności podatkowych Rafinerii Trzebinia. Prokuratorzy z Katowic badają, czy „nie doszło do przekroczenia uprawnień i działania na szkodę interesu publicznego przez funkcjonariuszy publicznych, w związku z wydaniem przez dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej w Krakowie wyników kończących postępowanie kontrolne w Rafinerii Trzebinia”.
Według portalu Tvn24.pl został wezwany na przesłuchanie, bo prokurator prowadzący śledztwo prawdopodobnie z billingów odkrył, że obecny rzecznik rządu kontaktował się z wiceministrem finansów Andrzejem Parafianowiczem pod koniec sierpnia 2008 roku.
Wtedy do siedziby krakowskiego UKS przyjechał pracownik z Ministerstwa Finansów z dekretem odwołującym dyrektora Mariusza Piątkowskiego i powołującym nowego dyrektora Henryka Surowca. Posłaniec zeznał, że z misją wysłał go wiceminister Parafianowicz. Jednak do odwołania dyrektora nie doszło. Pracownik resortu zeznał, że zadzwonił do niego wiceminister i kazał wracać do Warszawy bez wręczenia dekretu
- napisał tvn24.pl.
Po wizycie posłańca z resortu dyrektor Piątkowski zmienił decyzję w sprawie Trzebini (ostatecznie ogłoszono ją 27 listopada 2008 roku). Firma nie musiała zapłacić gigantycznej akcyzy w wysokości 900 mln zł. Wcześniej zapewniał prokuratorów walczących z mafią paliwową, że to Trzebinia jako wytwórca paliw musi zapłacić akcyzę
- podał portal.
Zarzuty przekroczenia uprawnień prokurator Rafał Nagrodzki z wydziału PZ katowickiej „okręgówki” zamierzał kilkanaście dni temu postawić A. Parafianowiczowi.
Chodziło o odstąpienie od doręczenia aktów nominacji nowego dyrektora UKS i odwołania poprzedniego. Jednak postanowienie Nagrodzkiego o przedstawieniu zarzutów z 14 marca uchylił 22 marca Krzysztof Kołaczek, szef prokuratury okręgowej w Katowicach, uznając tę decyzję za przedwczesną.
I tu zaczyna się seria pytań. Otóż prokurator Kołaczek zdaniem moich rozmówców nie miał prawa takiej decyzji podjąć. Dlaczego? Wyjaśnia to „Ustawa o prokuraturze”.
Wynika z niej, że:
Art. 8. 1. Prokurator przy wykonywaniu czynności określonych w ustawach jest niezależny, z zastrzeżeniem przepisów ust. 2 oraz art. 8a i 8b.
2. Prokurator jest obowiązany wykonywać zarządzenia, wytyczne i polecenia przełożonego prokuratora. Zarządzenia, wytyczne i polecenia nie mogą dotyczyć treści czynności procesowej.
3. Zarządzenia i wytyczne dotyczące konkretnie oznaczonej sprawy oraz polecenia są włączane do akt sprawy.
oraz
Art. 8a. 1. Prokurator bezpośrednio przełożony uprawniony jest do zmiany lub uchylenia decyzji prokuratora podległego. Zmiana lub uchylenie decyzji wymaga formy pisemnej i jest włączana do akt sprawy.
Art. 8b. 1. Prokurator przełożony może powierzyć podległym prokuratorom wykonywanie czynności należących do jego zakresu działania, chyba że ustawa zastrzega określoną czynność wyłącznie do jego właściwości.
Tyle przepisy. Ich interpretacja powinna być jednakowa. Decyzje też, ale tak nie jest.
Podjęcie takiej decyzji przez doświadczonego prokuratora, za jakiego uważany jest Kołaczek, jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Zgodnie z ustawą o prokuraturze, przełożony może zmienić lub uchylić decyzję śledczego. Jednak nie dotyczy to postanowienia o przedstawieniu zarzutów. Według niej szef, który uzna, że nie ma podstaw do postawienia zarzutów, powinien przejąć sprawę i umorzyć postępowanie przeciwko danej osobie
– mówi Małgorzata Bednarek, szefowa Stowarzyszenia Prokuratorów „Ad Vocem”.
Po uchyleniu decyzji o przedstawieniu zarzutów obrońcy podejrzanego mogliby wskazywać, że doszło do quasi-umorzenia postępowania przeciwko osobie. Zgodnie z przepisami po upływie sześciu miesięcy, ponowne przedstawienie jej zarzutów byłoby niedopuszczalne i sprawy nie ma
– wyjaśnia M. Bednarek.
– Jeżeli tak było, to kwalifikuje się to do postępowania dyscyplinarnego – dodają inni podwładni prokuratora okręgowego.
Tyle artykuł sprzed lat. Zgadnijcie, czy jakiekolwiek postępowanie dyscyplinarne zostało wszczęte?
Opowieść będzie prawdziwa, choć wydaje się zupełnie nieprawdopodobna. Nieprawdopodobna głównie ze względu na finał.
Na portalu wpolityce.pl opisałem swego czasu przypadki „lustracyjnych wpadek sędziów i prokuratorów” z województwa śląskiego („Agenci w togach”). Historia ma dalszy ciąg, który obfituje w ciekawe zwroty akcji. Jeżeli Władysław Pasikowski kiedykolwiek zechce nakręcić kolejny odcinek Psów, to ma gotowy scenariusz.
Kilka lat temu do jednej z prokuratur na południu Polski listonosz przyniósł przesyłkę. Nie był to anonim. List miał prawdziwego nadawcę, ale nie to zaskoczyło śledczych. Szok przeżyli, kiedy okazało się, że zawierał szokujące informacje i dowody o „prywatyzacji akt” przez esbeków.

Proces niszczenia dokumentów SB rozpoczął się na przełomie 1988/1989 roku, trwał z przerwami podczas rozmów Okrągłego Stołu, był kontynuowany po wyborach 4 czerwca 1989 r., a w skali masowej rozpoczął się po sierpniowej nominacji Mazowieckiego na premiera. Nie wszystko zniszczono.
Okazało się, że teczki wybranej („perspektywicznej”) agentury w środowisku prawniczym i naukowym na Śląsku i Podbeskidziu, zamiast trafić do archiwum UOP (gdzie później znalazłyby się zapewne ze względu na rangę agentury w zbiorze zastrzeżonym IPN), wyniesiono do prywatnych zbiorów.
Autorką listu do prokuratury była żona wysokiego rangą funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Poinformowała śledczych o tym, iż w regionie działa grupa byłych esbeków, którzy szantażują przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości dokumentami sprzed lat. Napisała, że tylko jej mąż wyniósł z archiwum SB kilkadziesiąt tomów akt agentury, którą miały Wydziały: V (przemysł) i III (środowiska naukowe, twórcze, inteligenckie).
Wyjęte z archiwum SB teczki, które trafiły do prywatnych „czytelni” esbeków dotyczyły nie byle jakiej agentury. Były to dokumenty – dowody agenturalnej przeszłości wielu obecnie prominentnych sędziów, prokuratorów, notariuszy i adwokatów województwa śląskiego, i nie tylko.
Prokuratorzy zainteresowali się przysłanym listem. Zostało wszczęte postępowanie, objęte klauzulą najwyższej tajności. Informatorka prokuratury została przesłuchana. Podała konkretne przykłady, kto i jakie składał propozycje „ocalałym agentom”. Nietrudno się domyślić, że były z gatunku „nie do odrzucenia”, no chyba że ktoś z nich nagle chce, aby odnalazły się oryginalne akta, świadczące o jego delatorskiej przeszłości. A w konsekwencji na zarzut złożenia nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego i wystrzałowy koniec prawniczej kariery.
W jednym dniu w kilku mieszkaniach na Śląsku i Podbeskidziu funkcjonariusze ABW przeprowadzili wielogodzinne przeszukania w domach esbeków, których nazwiska podała kobieta. Znaleziono wiele dokumentów, których nie powinno tam być. Zaczęły się przesłuchania podejrzewanych o prywatyzację esbeckich akt. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zgodnie z zasadami prokuratorskiej sztuki, organizatorzy procederu powinni mieć postawione zarzuty. Jednak tak się nie stało.
Śledztwo IPN ze Śląska zostało nagle odebrane i trafiło do Warszawy. Tam utknęło na długie miesiące. Prokurator Instytutu Pamięci Narodowej nie śpieszył się. Zamiast stawiać zarzuty organizatorom szantażu, wezwał autorkę listu. Podczas przesłuchania poinformował ją nagle, że mogą jej zostać postawione zarzuty. Taka deklaracja prokuratora wywołała u świadka natychmiastową amnezję.
Sławomir Cenckiewicz tak opisywał proceder niszczenia akt, elegancko nazywany przez podwładnych Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW „brakowaniem”:
„Pierwsza fala zniszczeń nastąpiła wiosną 1989 r. Jeszcze podczas trwania obrad Okrągłego Stołu, 26 marca 1989 r., dyrektor Departamentu IV MSW gen. Tadeusz Szczygieł poinformował szefa SB gen. Henryka Dankowskiego i dyrektora Biura „C” (archiwum MSW) płk. Kazimierza Piotrowskiego o zniszczeniu tzw. teczek ewidencji operacyjnej na księży. […]Kolejny etap niszczenia archiwów związany był z reorganizacją MSW w sierpniu 1989 r. Zlikwidowano wówczas najważniejsze piony operacyjne bezpieki, m.in. departamenty III (działalność antykomunistyczna), IV (walka z Kościołem), V (sfera produkcyjna) i owiane złą sławą Biuro Studiów zajmujące się elitą solidarnościowego podziemia. Przykładowo z połączenia Departamentu IV i Biura Studiów powstał później Departament Studiów i Analiz. W ten sposób skoncentrowano bodaj najważniejsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa procesu transformacji ustrojowej, aktualne sprawy operacyjne i zbiory archiwalne dotyczące ludzi Kościoła i „Solidarności”. Elita byłego Departamentu IV i Biura Studiów przystąpiła wówczas do akcji niszczenia akt”.
Decyzja śledczych sparaliżowała nie tylko naiwnych informatorów. Dlatego zapewne nigdy nie dowiemy się, czy i jaki był związek pomiędzy prywatyzacją akt przez esbeków, a operacją kryptonim „Oaza” prowadzoną w Bielsku Białej przez Wojskowe Służby Informacyjne na początku lat 90. ubiegłego wieku. Niektóre szczegóły tejże operacji zostały ujawnione w 2007 roku w „Raporcie z likwidacji WSI”.
Okazało się, że WSI w Bielsku Białej utworzyły tajną rezydenturę w ramach sprawy o kryptonimie „Oaza”, która była prowadzona od 10.10.1994 r. do 25.09.1996 r. Operacja „Oaza” prowadzona przez WSI na Podbeskidziu, jednak niewykluczone, że w całym kraju były jej odpowiedniki.
Informacje, zawarte w aktach tej sprawy są szokujące:
„Plan rozpoczynający teczkę o kryptonimie „O” wskazuje na konieczność budowania systemu zabezpieczenia kontrwywiadowczego na terenie województwa bielskiego z wykorzystaniem negatywnie zweryfikowanych b. oficerów SB i ich źródeł osobowych. Działalność ta miała być prowadzona pod przykryciem jako firma ochroniarska „Komandos”. Rezydentura miała składać się z trzech b. funkcjonariuszy SB, którzy mieli powtórnie pozyskać b. funkcjonariuszy oraz tajnych współpracowników SB w interesujących WSI środowiskach w kraju i zagranicą. Planowano podjęcie b. współpracowników uplasowanych w środowiskach dziennikarskim, prawniczym, urzędników administracji państwowej, biznesu, stanowisk kierowania oraz osób związanych ze służbami specjalnymi i wojskiem. Przewidywano zwerbowanie 8–10 b. TW na jednego członka rezydentury. Planowano wyposażenie szefa rezydentury (negatywnie zweryfikowanego b. funkcjonariusza SB) w dokument polecający do organów Policji i Straży Granicznej, skłaniający szefów miejscowych organów MSW do udzielania pomocy. Wynagrodzenie dla rezydentów miało opiewać na kwotę 4–5 milionów starych złotych miesięcznie. Do łącznikowania rezydentury wyznaczeni zostali płk Marek Wolny i ppłk Jan Węgierski. Wykluczono kontakty rezydentury z jawnymi placówkami terenowymi Kontrwywiadu WSI. Był to zabieg zapewniający konspirację działań, przy czym jednocześnie powodował, że stworzona struktura nie podlegała niczyjej kontroli ani merytorycznej, ani finansowej”.
Do działań zaangażowanych zostało trzech byłych funkcjonariuszy SB, którzy zostali pozyskani do współpracy z WSI jako rezydenci tej służby specjalnej o pseudonimach: „Ryszard […]”, „Władysław […]” i „Jan […]”. Autorzy raportu ustalili, że to „pseudonimy nadane przez WSI, jednak w niektórych przypadkach są to jednocześnie imiona i nazwiska osób powszechnie znanych na terenie byłych województwa bielskiego”.
Byli esbecy „sprzedali” wojskowej służbie specjalnej swoje informacje na temat agentury, która działała na kontrolowanym przez nich terenie w latach 80. Sporządzono listę ponad stu nazwisk byłych tajnych współpracowników SB
„Nie można wykluczyć, że osoby, które nie znalazły się w aktach sprawy realizowały przedsięwzięcia tak dalece naruszające prawo, że prowadzący sprawę nie zaryzykowali ich udokumentowania” – piszą autorzy raportu o WSI.
Następnie wytypowane nazwiska sprawdzono w ewidencji operacyjnej UOP, uzyskując potwierdzenie charakteru rejestracji osoby jako TW, a przy okazji możliwość wglądu w materiały z archiwum SB. Dobór osób, którymi zainteresowały się WSI w ramach „Oazy” był dosyć przypadkowy. Wojskowy kontrwywiad nie powinien (co jednak podczas operacji „Oaza” robił) interesować aktorem, plastykiem czy handlowcem, bo nie mieli oni ani kompetencji związanych z bezpieczeństwem państwa, tym bardziej w aspekcie sił zbrojnych.
Z raportu o WSI:
„Przykładem tego nastawienia jest działanie b. funkcjonariusza SB, ps. „Janusz O.”, który przed pozyskaniem ujawnił, że posiada w ukryciu materiały ze sprawy prowadzonej w czasie, gdy służył w SB (sprawa miała kryptonim „PALESTRA” a z ukierunkowania funkcjonariusza można wnioskować, że dotyczyła środowiska prawniczego w rejonie bielskim). Około 300 stron tych materiałów przekazał on do WSI. Zawierały one m.in. fakty kompromitujące osoby ze środowiska prawniczego, wskazywały na tajnych współpracowników w tym środowisku (m.in. prokurator, sędzia, notariusz). O ukryciu materiałów oraz o ich zawartości zostali poinformowani M. Wolny i K. Głowacki. Inny funkcjonariusz SB, ps. „WŁADYSŁAW K.” wskazywał na swoje źródła, które były zwerbowane do rozpracowania struktur NSZZ „Solidarność”. Komisja dotychczas nie ustaliła, co dalej stało się z tymi materiałami. Z dotychczasowej analizy sposobu działania WSI można wnioskować, że zostały użyte bądź do szantażu występujących w sprawie osób, bądź jako pretekst do ich ponownego rozpracowania i zwerbowania. Tymczasem obowiązkiem WSI było przekazanie akt sprawy „PALESTRA” do IPN” ”.
Niewykluczone, że podczas operacji „Oaza” WSI prowadziły – jak czytamy w raporcie WSI – „zaprogramowane sprawdzenia środowiska biznesowo-prawniczego w woj. bielskim, z wyraźnym ukierunkowaniem na pozyskanie wiedzy umożliwiającej szantażowanie wybranych osób”.
Jednak nie tylko o rozpoznanie środowisk biznesowo-prawniczych w Operacji „Oaza” chodziło. Dotarłem do jednej z osób zaangażowanych w jej prowadzenie.
– Struktura organizacji była wzorowana na działaniach włoskich służb specjalnych w latach 50. XX w. i utworzenie w łonie tychże służb tajnej struktury bojowej pod kryptonimem Gladio. Gladio miała przeciwdziałać dojściu komunistów do władzy. Była też częścią struktury Stay-behind działającej w wielu krajach NATO. We Włoszech miała powiązania z tajną lożą P2, która pod wodzą bankiera i faszysty Licio Gelliego skupiała magnatów władzy ekonomicznej, politycznej i wojskowej. W razie wojny mieliśmy tworzyć ruch oporu – mówi J.
Podczas „Oazy” prowadzono działania wykraczające poza kompetencje kontrwywiadu WSI, realizując działania skierowane na rejon bielski i typowe dla wywiadu. Z jednej strony służyły rozpoznaniu stanu zabezpieczenia przez służby specjalne pewnych środowisk i osób, z drugiej zaś mogły być wstępem dla planowanych działań, dla których konieczne było rozpoznanie przeprowadzone w środowisku politycznym i prawniczym.
Dla bezpieczeństwa swoich informatorów nie podaję nazwisk oraz kryptonimów, pseudonimów, stanowisk bohaterów tej opowieści. Nadal też nie znamy odpowiedzi na podstawowe pytanie: Czy „Oaza” i „skręcone” śledztwo w sprawie prywatyzacji teczek agentury SB maja jakiś wspólny mianownik? Jeżeli tak, to umorzenie śledztwa opisywanego na początku tej opowieści wskazuje, że wpływy służb specjalnych III RP sięgają wymiaru sprawiedliwości.
Tomasz Szymborski
Artykuł ukazał się w tygodniku wSieci w listopadzie 2014 roku