Chwa­ła bohaterom!

31 lip­ca 1944 r. o godz. 19.00 puł­kow­nik Anto­ni Chru­ściel ps. Mon­ter”, dowód­ca Okrę­gu War­szaw­skie­go AK, wydał roz­kaz bojo­wy o treści:
Alarm, do rąk wła­snych Komen­dan­tom Obwo­dów. Dnia 31.7. godz. 19.00. Naka­zu­ję »W« dnia 1.08. godzi­na 17.00… Otrzy­ma­nie roz­ka­zu natych­miast kwi­to­wać X”.

I tak roz­po­czę­ło się 1 sierp­nia 1944 r. Powsta­nie warszawskie.

Powstanie Warszawskie

Par­tia żywi, par­tia rzą­dzi – czy­li bez­czel­ność PO

Dyrek­tor­ką Oddzia­łu Naro­do­we­go Fun­du­szu Zdro­wia w Kato­wi­cach zosta­ła Ewa Momot. To rezul­tat par­tyj­ne­go tar­gu POSLD. O tym, że wygra wia­do­mo było kil­ka dni przed roz­strzy­gnię­ciem kon­kur­su”.

Kon­kurs albo był far­są, albo pani Momot jest dia­men­tem zarzą­dza­nia w służ­bie zdro­wia. Do tej pory jed­nak­że nie­oszli­fo­wa­nym, bo jej doświad­cze­nie w tema­cie” jest zni­ko­me i sze­rzej nieznane.

Ewa Momot ma 40 lat i z wykształ­ce­nia, a jak­że, jest praw­ni­kiem. Ser­ce ma po lewej stro­nie” – w latach 20032006 zwią­za­na była z oświę­cim­ską SLD. Zasia­da­ła w radzie nad­zor­czej PKSiS Oświę­cim, a od pra­wie sze­ściu lat jest w radzie nad­zor­czej oświę­cim­skiej spół­ki Skła­do­wi­sko Odpa­dów Komu­nal­nych. Od 2007 roku pra­cu­je w Urzę­dzie Mar­szał­kow­skim Woje­wódz­twa Ślą­skie­go w Kato­wi­cach, od nie­speł­na trzech lat jest tam kie­row­nicz­ką refe­ra­tu nad­zo­ru w wydzia­le zdro­wia. jest kie­row­nicz­ką refe­ra­tu nad­zo­ru w mar­szał­kow­skim wydzia­le zdro­wia. Pod­le­ga jej aż” 12 pracowników.

Ale to według jej pro­mo­to­rów wystar­czy do zarzą­dza­nia budże­tem 7,5 mld zł rocz­nie na lecze­nie. Po co zresz­tą doświad­cze­nie? Wystar­czy­ło popar­cie Danu­ty Pie­tra­szew­skiej, posłan­ki PO ze Ślą­ska oraz wice­mar­sza­łek woje­wódz­twa ślą­skie­go Alek­san­drę Skow­ro­nek, oczy­wi­ście rów­nież z par­tii, któ­ra lawi­no­wo tra­ci w son­da­żach. W ten oto spo­sób dwie panie wespół z trze­cią ogra­ły Toma­sza Tom­czy­kie­wi­cza, lide­ra ślą­skiej Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej, poka­zu­jąc wice­mi­ni­stro­wi gospo­dar­ki, kto tak napraw­dę w regio­nie roz­da­je karty.

Oprócz Ewy Momot o dyrek­tor­skie krze­sło w ślą­skim NFZ rywa­li­zo­wa­li jesz­cze: Joan­na Świer­czek z Kato­wic, Dariusz Brze­ziń­ski z Sosnow­ca, Woj­ciech Miciń­ski z Mysło­wic, Andrzej Sośnierz z Kobió­ra, Jerzy Fol­ga z Jaworz­na, Jerzy Sza­fra­no­wicz z Miko­ło­wa i Ewa Fica z Cho­rzo­wa. Z tego gro­na poważ­nych kan­dy­da­tów było trzech. Sza­fra­no­wicz to szef Zespo­łu Szpi­ta­li Miej­skich w Cho­rzo­wie, a Woj­ciech Miciń­ski – wice­dy­rek­tor Woje­wódz­kie­go Pogo­to­wia Ratun­ko­we­go. Wie­dzą, o co cho­dzi w zarzą­dza­niu na polu mino­wym zwa­nym ochro­ną zdrowia.

Ba, Momot wygra­ła też z Andrze­jem Sośnie­rzem, któ­ry przez wie­le lat był leka­rzem woje­wódz­kim, potem słyn­nym z nowa­tor­skich roz­wią­zań dyrek­to­rem Ślą­skiej Kasy Cho­rych, wresz­cie pre­ze­sem NFZ, za któ­rym jed­nak wle­cze się odium spon­so­ro­wa­nia oneg­daj przez kon­cer­ny far­ma­ceu­tycz­ne jego pry­wat­nej Fun­da­cji Zamek Chudów.

Kon­cer­ny wygry­wa­ły prze­tar­gi na dosta­wę leków czy reali­za­cję pro­gra­mów zdro­wot­nych orga­ni­zo­wa­ne przez Ślą­ską Regio­nal­ną Kasę Cho­rych, któ­rej wte­dy sze­fem był Andrzej Sośnierz. Sośnierz z rów­ną łatwo­ścią jak posa­dy zmie­niał par­tie. Obec­nie jest dyrek­to­rem Muzeum Gór­no­ślą­ski Park Etno­gra­ficz­ny w Chorzowie”.

Poprzed­ni kon­kurs na dyrek­to­ra NFZ w Kato­wi­cach też był żało­sny i prze­pro­wa­dzo­ny w rów­nie cham­skim sty­lu. Wygrał go Grze­gorz Nowak, któ­ry zdo­był mini­stra Arłu­ko­wi­cza swo­ją niekonwencjonalnością.

Nowak zasły­nął jako wybit­ny” kadro­wiec. Naczel­nicz­ką wydzia­łu świad­czeń zosta­ła kobie­ta, któ­ra nie mia­ła żad­ne­go doświad­cze­nia w zarzą­dza­niu ochro­ną zdro­wia. Anna Cza­gan-Nie­dbał (wcze­śniej, a jak­że, zwią­za­na z SLD) pra­co­wa­ła w przed­się­bior­stwie gospo­dar­ki odpa­da­mi, a potem kie­ro­wa­ła Miej­skim Zarzą­dem Dróg w Mysło­wi­cach. Te kwa­li­fi­ka­cje wystar­czy­ły, aby Nowak powie­rzył jej kie­ro­wa­nie wydzia­łem, któ­ry decy­du­je o podzia­le 7,5 mld zł na lecze­nie w całym woje­wódz­twie. Cza­gan-Nie­dbał kon­kurs na sta­no­wi­sko wygra­ła bły­ska­wicz­nie, odpo­wia­da­jąc w sie­dem minut na 30 zawi­łych praw­nych pytań.

Śląsk i cały region ma pecha. Strach cho­ro­wać. Świet­ni leka­rze prze­gry­wa­ją z nie­udol­no­ścią i pry­wa­tą urzęd­ni­ków NFZ. Oba­wiam się, że tło tej wygra­nej w kon­kur­sie” jest znacz­nie głęb­sze. Czy sto­łek dla pani Momot jest speł­nie­niem żądań coraz bar­dziej wygło­dzo­ne­go” SLD, któ­ry od kil­ku­na­stu mie­się­cy jest w koali­cji z PO w sej­mi­ku wojewódzkim?

Potwier­dza­ją się infor­ma­cje sprzed mie­się­cy, że koali­cja z SLD będzie dla PO dużo bar­dziej kosz­tow­na w kwe­stii podzia­łu sta­no­wisk, niż wcze­śniej­szy układ koali­cyj­ny z Ruchem Auto­no­mii Ślą­ska. W Oddzia­le NFZ w Kato­wi­cach, któ­rym będzie kie­ro­wać Ewa Momot, pra­cu­ją człon­ko­wie rodzin poli­ty­ków i posłów Plat­for­my Obywatelskiej.

Par­tii, któ­rej popar­cie zapew­ni­ło jej wygra­ną, i będzie mia­ła okre­ślo­ne wyma­ga­nia wobec swe­go zaple­cza. Cie­ka­we, jakie zobo­wią­za­nia ma Momot wobec SLD? To wyja­śni się wkrót­ce, po spo­dzie­wa­nym, tym razem lewi­co­wym desan­tem na ślą­ski NFZ.
Momot będzie musia­ła uwieść” (w prze­no­śni natu­ral­nie) lumi­na­rzy ślą­skiej medy­cy­ny, z któ­rych wie­lu pro­wa­dzi tak­że komer­cyj­ną dzia­łal­ność lecz­ni­czą, finan­so­wa­ną przez NFZ. Dzia­łal­ność, któ­ra przy­no­si ogrom­ne dochody.

To pre­mier wyda­je zgo­dę na wer­bu­nek dziennikarzy

Dzien­ni­ka­rze jakoś nie chcą przy­jąć do wia­do­mo­ści, że cho­ciaż za PRL wer­bo­wa­ła ich SB, to po 1989 roku byli łako­mym kąskiem („źró­dłem”) dla UOPWSI, a obec­nie są – dla CBA, ABW, SKWSWW.

Nie wiem, czy agen­tu­rze w dzien­ni­kar­skim śro­do­wi­sku popra­wi humor, iż na jej wer­bu­nek oso­bi­ście musiał wydać zgo­dę sze­fom służb pre­mier. Tak to już jest, że od kil­ku­na­stu lat to od Donal­da Tuska zale­ży, któ­ry dzien­ni­karz zosta­nie (lub nie) agen­tem służb specjalnych.

Od ponie­dział­ku trwa raczej śro­do­wi­sko­wa dys­ku­sja po arty­ku­le Woj­cie­cha Sur­ma­cza, opu­bli­ko­wa­nym w tygo­dni­ku wSie­ci. Redak­tor naczel­ny Gaze­ty Ban­ko­wej zarzu­cił Pio­tro­wi Nisz­to­ro­wi bli­skie związ­ki z Cen­tral­nym Biu­rem Antykorupcyjnym.

Woj­ciech Sur­macz napi­sał otwar­tym tek­stem na począt­ku swo­je­go artykułu:

Z nasze­go śledz­twa wyni­ka, że na pew­no był bar­dzo bli­sko tej służ­by i jej obec­ne­go sze­fa. Nisz­tor sta­now­czo temu zaprze­cza, a CBA nabie­ra wody w usta”.

Powo­łu­jąc się na ano­ni­mo­we źró­dła, autor arty­ku­łu infor­mu­je, że Nisz­tor kon­tak­ty z CBA nawią­zał już w 2010 roku.

For­mal­nie miał zostać zwer­bo­wa­ny w sierp­niu 2013 r. w war­szaw­skiej restau­ra­cji Roz­dro­że” - pisze Surmacz. 

Cytu­je też wypo­wiedź swo­ich ano­ni­mo­wych informatorów:

Tam pod­pi­sał zobo­wią­za­nie do współ­pra­cy, w któ­rym zgo­dził się na dostar­cza­nie służ­bie inte­re­su­ją­cych ją informacji”.

Woj­ciech Czuch­now­ski z Gaze­ty Wybor­czej ucho­dzi za eks­per­ta wie­lu dzie­dzin, w tym z dzie­dzi­ny służb spe­cjal­nych, i wymą­drza się w Press:

Trze­ba pamię­tać, że według pra­wa żad­na służ­ba spe­cjal­na nie może wer­bo­wać dzien­ni­ka­rzy, więc nie wyobra­żam sobie, by zro­bio­no wyją­tek w sto­sun­ku do Nisz­to­ra – zauwa­ża Woj­ciech Czuch­now­ski, dzien­ni­karz Gaze­ty Wyborczej”

ale nie wie, że art. 37 ust 2. ust o ABW mówi:

Sze­fo­wie Agen­cji w celu reali­za­cji zadań Agen­cji mogą wydać zgodę
na korzy­sta­nie z taj­nej współ­pra­cy z oso­ba­mi, o któ­rych mowa w ust. 1
pkt 7 i 8, jeże­li jest to uza­sad­nio­ne wzglę­da­mi bez­pie­czeń­stwa państwa,
po uzy­ska­niu zgo­dy Pre­ze­sa Rady Ministrów.”

Dla uła­twie­nia wyja­śniam, że ust. 8) dotyczy:

redak­to­rów naczel­nych, dzien­ni­ka­rzy lub osób pro­wa­dzą­cych dzia­łal­ność wydaw­ni­czą, o któ­rych mowa w usta­wie z dnia 26 stycz­nia 1984 r. – Pra­wo pra­so­we (Dz. U. Nr 5, poz. 24, z późn. zm.). ”

W przy­pad­ku usta­wy o CBA to art. 26 ust.1 zabra­nia wer­bun­ku dzien­ni­ka­rzy. Jed­nak już ust. 2 rado­śnie zezwala:

Szef CBA w celu reali­za­cji zadań CBA może wydać zgo­dę na korzy­sta­nie z taj­nej współ­pra­cy z oso­ba­mi, o któ­rych mowa w ust. 1 pkt 7 i 8, jeże­li jest to uza­sad­nio­ne wzglę­da­mi bez­pie­czeń­stwa pań­stwa, po uzy­ska­niu zgo­dy Pre­ze­sa Rady Ministrów.”

Czy­li, gdy­by się oka­za­ło, że Piotr N. jest agen­tem (GDY­BY powta­rzam), to zgo­dę Woj­tu­ni­ko­wi na jego wer­bu­nek wydał­by… pre­mier Donald Tusk.

Ten sam Tusk, któ­ry tak dotkli­wie obe­rwał” nagra­nia­mi pod­słu­cha­nych roz­mów dygni­ta­rzy PO, któ­re do WPROST tra­fi­ły za pośred­nic­twem Pio­tra Nisztora.

Powieść za 400 tys. zł cd.

W Inter­ne­cie zna­la­zły się frag­men­ty książ­ki o Janie Kul­czy­ku, któ­rą rze­ko­mo miał napi­sać Piotr Nisztor.

Przy­ta­czam kolej­ne frag­men­ty poni­żej (wcze­śniej­sze są tu), zastrze­ga­jąc jed­no­cze­śnie, że wszel­kie podo­bień­stwo do osób i wyda­rzeń jest przy­pad­ko­we, i nie bio­rę odpo­wie­dzial­no­ści za zacy­to­wa­ne poni­żej zda­rze­nia. Zapew­ne to fik­cja literacka.

Zaczerp­nię­te z pro­fi­lu FB Pitu Pitu.

Tak nie powin­no się pra­co­wać z żad­nym TW

Takie prze­ko­na­nie zosta­ło pod­da­ne jed­nak ostrej kry­ty­ce pra­wie dzie­więć lat póź­niej. Na począt­ku 1969 r. SB prze­pro­wa­dzi­ło wewnętrz­ną kon­tro­lę mate­ria­łów z tecz­ki TW Paweł” pod kątem spo­so­bu pra­cy z taj­nym współpracownikiem.
Według mate­ria­łów zacho­wa­nych w IPN nad­zór nad pra­cą funk­cjo­na­riu­szy SB z Kul­czy­kiem spra­wo­wał mjr M. Kola­szew­ski, zastęp­ca Naczel­ni­ka Wydzia­łu II SB KWMO w Bydgoszczy.
Ana­li­za wyko­na­na przez ppłk J. Górec­kie­go, Inspek­to­ra Kier. KWMO d.s. SB w Byd­gosz­czy, oka­za­ła się miaż­dżą­ca dla mjr Kolaszewskiego.

Zasta­no­wić się czy nie będzie z korzy­ścią dla pra­cy ope­ra­cyj­nej wszyst­kich jed­no­stek służ­by bez­pie­czeń­stwa podać do wia­do­mo­ści fak­ty /​ogólne/​jak nie nale­ży pra­co­wać z taj­ny­mi współpracownikami”

- czy­ta­my we wnio­skach z notat­ki służ­bo­wej doty­czą­cej ana­li­zy pra­cy funk­cjo­na­riusz SBTW Paweł”.

Fatal­na notat­ka z kry­ty­ką funk­cjo­na­riu­szy SB pro­wa­dzą­cych Kul­czy­ka tra­fi­ła na biur­ko Dyrek­to­ra Depar­ta­men­tu II. Mjr Kola­szew­ski w piśmie z 17 mar­ca 1969 r. pró­bo­wał wytłu­ma­czyć się ze sta­wia­nych zarzu­tów. Oprócz słusz­nych uwag natu­ry tech­nicz­nej, któ­re zosta­ły prze­ka­za­ne w notat­ce pokon­trol­nej, do nie­któ­rych punk­tów zmu­szo­ny jestem zło­żyć wyja­śnie­nia” – pisał ofi­cer SB.

Pró­bo­wał prze­ko­ny­wać, ze jed­nak uzy­ska­ne od Kul­czy­ka infor­ma­cje były istot­ne z punk­tu widze­nia dzia­łań służ­by. Pod­kre­ślił, że to wła­śnie z ini­cja­ty­wy SB biz­nes­men poważ­nie zaan­ga­żo­wał się w orga­ni­zo­wa­nie fir­my han­dlo­wej pol­sko-nie­miec­kiej na tere­nie Ber­li­na Zachodniego”.

Jakie ele­men­ty pra­cy z Kul­czy­kiem zosta­ły oce­nio­ne przez ppłk Górec­kie­go negatywnie?
Lita­nia błę­dów jest bar­dzo dłu­ga i zawie­ra się na dwu­na­stu stro­nach maszy­no­pi­su opa­trzo­nych datą 11 lute­go 1969 r.

(…) wystą­pi­ły nie­do­po­wie­dze­nia odno­śnie sytu­acji w jakich zapo­znał okre­ślo­ne oso­by, cha­rak­ter tych kon­tak­tów oraz kto i z jakie­go tytu­łu finan­so­wał jego uczęsz­cza­nie do atrak­cyj­nych loka­li roz­ryw­ko­wych na tere­nie Wied­nia. Tego rodza­ju i podob­ne bra­ki wystę­pu­ją w dal­szej pra­cy z taj­nym współpracownikiem”

- czy­ta­my w notatce.

Ppłk Górec­ki zwró­cił uwa­gę na ogrom­ny bała­gan w dokumentacji.

Tyl­ko zada­nie z dnia 9.08.1960 r. zosta­ło zatwier­dzo­ne przez wyż­sze­go prze­ło­żo­ne­go. Pozo­sta­łe prze­sy­ła­no do Wydzia­łu III Depar­ta­men­tu II MSW (…) wyjaz­dy taj­ne­go współ­pra­cow­ni­ka na teren NRF pod wzglę­dem zle­co­nych zadań nie były doku­men­to­wa­ne. Trud­no rów­nież zorien­to­wać się ile takich wyjaz­dów było faktycznie”.

Zwró­co­no rów­nież uwa­gę, że nie wszyst­kie infor­ma­cje prze­ka­zy­wa­ne przez Kul­czy­ka posia­da­ją udo­ku­men­to­wa­ny spo­sób ich wyko­rzy­sta­nia”. Może to więc ozna­czać, że mimo oce­nio­nych jako waż­ne infor­ma­cji, nie wyko­rzy­sta­no w ogó­le. Oprócz tego zwró­co­no uwa­gę, że prze­ka­zy­wa­ne przez Kul­czy­ka infor­ma­cje nie były weryfikowane.

Pozwo­li­ło to t.w. Na okre­ślo­ną dowol­ność w zdo­by­wa­niu mate­ria­łów inte­re­su­ją­cych służ­bę bez­pie­czeń­stwa”- pisze ppłk Górec­ki, jed­no­cze­śnie zwra­ca­jąc uwa­gę, że uwi­docz­nił się rów­nież brak szcze­ro­ści i obiek­tyw­no­ści w prze­ka­zy­wa­nych mate­ria­łach” przez Kulczyka. 

Przy­kła­dem jest prze­ka­za­nie SB infor­ma­cji na temat zna­jo­mo­ści z oby­wa­te­lem D” z Toru­nia, któ­ry miał zaku­pić czę­ści do VW. „[Kul­czyk] zazna­cza, że zna go jesz­cze sprzed woj­ny, kie­dy pro­wa­dził hur­tow­nię suro­wej weł­ny, a ob D” był jego dostaw­cą. Fak­tycz­nie t.w. W 1939 miał tyl­ko 14 lat – jaki to więc wła­ści­ciel hur­tow­ni” - pyta ana­li­zu­ją­cy tecz­kę TW Paweł” ofi­cer SB.

Jed­nym z głów­nym zarzu­tów ppłk Górec­kie­go jest lek­ce­wa­że­nie przez pro­wa­dzą­cych Kul­czy­ka, zain­te­re­so­wa­nia jego oso­bom obcych służb. W mate­ria­łach znaj­du­ją się bowiem, jak opi­su­je ofi­cer SB, tyl­ko ogól­ne infor­ma­cje na ten temat.

W pierw­szym przy­pad­ku osob­nik poda­ją­cy się za Leopol­da’ pro­po­no­wał rekla­mę i dostar­cze­nie dla kli­nik oku­li­stycz­nych w kra­ju /PRL/ sztucz­nych oczu ze szkła i pla­sti­ku. W dru­gim nato­miast w miej­scu sta­łe­go zamel­do­wa­nia /​kuzyn, dr praw/​pod jego nie­obec­ność zgło­sił się przed­sta­wi­ciel poli­cji poli­tycz­nej, któ­ry roz­py­ty­wał kuzy­na t.w. Jak się zacho­wu­je. W cza­sie obu­stron­nej wymia­ny zdań, kuzyn zapy­tał poli­cjan­ta jakie są zastrze­że­nia. Ten miał odpo­wie­dzieć, że ucho­dzi /t.w./ za Pola­ka-fana­ty­ka. Kuzyn miał wyja­śnić, że tak nie jest – ucho­dzi raczej za pro­sto­li­nij­ne­go Pola­ka” – pisze ppłk Górec­ki i stwierdza:

Wyda­je się, że mało praw­do­po­dob­ne, aby zain­te­re­so­wa­nia zachod­nio­nie­miec­kich orga­nów wywia­du i kontr­wy­wia­du skoń­czy­ły się na w/​w fak­tach. Tym bar­dziej, gdy uwzględ­ni się aktu­al­ne moż­li­wo­ści taj­ne­go współ­pra­cow­ni­ka, na tere­nie kra­ju, sto­pień oso­bi­ste­go zaan­ga­żo­wa­nia w trans­ak­cjach han­dlo­wych i osią­ga­nych korzy­ści materialnych”.

Ppłk Górec­ki wska­zy­wał też na inne błę­dy. W tym m.in. fakt bra­ku infor­ma­cji na temat wszyst­kich pod­mio­tów, jakie w Pol­sce repre­zen­tu­je Kulczyk.
Po raz pierw­szy w piśmie doku­men­tach SB poja­wi­ły się też oskar­że­nia, że Kul­czyk może łamać pra­wo. Cho­dzi­ło o kwe­stie zwią­za­ną z przy­wo­żo­ny­mi mu przez kie­row­ców jed­nej z nie­miec­kich firm paczek.

Prze­pro­wa­dzo­na w 1962 r. wyryw­ko­wa kon­tro­la cel­na wyka­zu­je, że trud­ni się on prze­my­tem. O fak­tach tych infor­mo­wa­li­śmy Was, pro­sząc jed­no­cze­śnie o poda­nie czy dzia­łal­ność jego (…) na tut. tere­nie jest sank­cjo­no­wa­na przez Wasz Wydział. Koniecz­nym było­by to dla tut. Wydzia­łu w związ­ku z pla­no­wa­ny­mi przed­się­wzię­cia­mi [zatrzy­ma­nia­mi? – aut.] Mimo kil­ka­krot­nych moni­tów tele­fo­nicz­nych w tej spra­wie, nie otrzy­ma­li­śmy dotych­czas wyja­śnie­nia. (…) zwró­ci­li­śmy się pismem z dnia 16.V.1962 r. o ode­bra­nie od nie­go wyja­śnień na inte­re­su­ją­ce nas tema­ty (…) Mimo dwóch moni­tów pisem­nych i kil­ku inter­wen­cji tele­fo­nicz­nych nie otrzy­ma­li­śmy do dziś odpo­wie­dzi. Nato­miast prze­ka­za­ne do Waszej dys­po­zy­cji infor­ma­cje dot. zacho­wa­nia się t.w. ps. Paweł’ na prze­strze­ni 1961 r. zosta­ły wobec nie­go ujawnione.”

Ppłk Górec­ki wyka­zał rów­nież, że pro­wa­dzą­cy Kul­czy­ka mimo próśb nie wyja­śni­li jego rela­cji z ofi­ce­rem LWP podej­rza­nym o han­del obcą walutą.

SB: Kul­czyk może być zachod­nio­nie­miec­kim szpiegiem

25 stycz­nia 2011 r. restau­ra­cja Bel­lview, miesz­czą­ca się na Sta­rym Mie­ście w Pozna­niu. To wła­śnie tu swo­je 85. uro­dzi­ny świę­to­wał Hen­ryk Kul­czyk. Wpraw­dzie wiek ten prze­kro­czył już dobre pół roku wcze­śniej, nie prze­szko­dzi­ło to zapro­szo­nym gościom odśpie­wać uro­dzi­no­we­go Sto lat”.

Pod­czas impre­zy Kul­czyk senior został też uho­no­ro­wa­ni zło­tym meda­lem Labor Omnia Vin­cit – Pra­ca wszyst­ko zwy­cię­ży”, jego syn Jan otrzy­mał medal srebr­ny. W cza­sie uro­czy­sto­ści nie bra­ko­wa­ło wspo­mnień i aneg­dot, któ­ry­mi dzie­lił się jubi­lat. Zdra­dził m.in., że trzy­krot­nie pro­po­no­wa­no mu przy­ję­cie nie­miec­kie­go oby­wa­tel­stwa, a on za każ­dym razem odmawiał.

Powód? – W cza­sie woj­ny byłem żoł­nie­rzem AK, wal­czy­łem z Niem­ca­mi. Nie wypa­da­ło mi więc przyj­mo­wać nie­miec­kie­go oby­wa­tel­stwa – wyjaśniał.

Hen­ryk Kul­czyk bar­dzo lubi opo­wia­dać o swo­jej służ­bie w AK oraz korzy­ściach, jakie Pol­ska osią­gnę­ła dzię­ki pro­wa­dzo­nym przez nie­go inte­re­som. Sta­ra się w cza­sie roz­mów przed­sta­wiać jako patrio­ta. Moc­no kon­tra­stu­je to jed­nak z zacho­wa­ny­mi doku­men­ta­mi SB.

Wyni­ka z nich, że funk­cjo­na­riu­sze bez­pie­ki już na prze­ło­mie lat 50. i 60. mie­li poważ­ne wąt­pli­wo­ści, czy Kul­czyk nie zdra­dził Ojczy­zny. Biz­nes­men był bowiem podej­rze­wa­ny o współ­pra­cę z zachod­nio­nie­miec­ki­mi taj­ny­mi służ­ba­mi. W tym m.in. Bun­de­sna­chrich­ten­dienst, czy­li Fede­ral­ną Służ­bą Wywia­dow­czą, lepiej zna­ną jako BND.

SB zda­wa­ła sobie spra­wę, że sze­ro­kie kon­tak­ty i zna­jo­mo­ści Kul­czy­ka zarów­no w kra­ju, jak i zagra­ni­cą zwró­cą uwa­gę taj­nych służb RFN.

(…) wywiad NRF może sta­rać się go wyko­rzy­stać jako łącz­ni­ka. Mię­dzy inny­mi prze­ma­wia za tym to, że Hen­ryk’ ma bar­dzo dobra opi­nię u władz NRF oraz oso­by, z któ­ry­mi pozo­sta­je dotych­czas w kon­tak­cie zaj­mu­ją odpo­wie­dzial­ne sta­no­wi­ska i funk­cje w NRF i mogą o nim wydać jak naj­lep­szą opinię”.

Jed­nak po raz pierw­szy cień podej­rzeń poja­wił się w poło­wie 1959 r. Z doku­men­tów SB wyni­ka, że bez­pie­ka 19.09.1959 r. roz­po­czę­ła pro­wa­dze­nie spra­wy ope­ra­cyj­ne­go spraw­dze­nia o kryp­to­ni­mie Kon­takt”.

Powo­dem wsz­czę­cia ope­ra­cji były dane agen­tu­ral­ne, ze figu­rant po powro­cie z NRF w stycz­niu 1959 r. stał się bar­dzo ruchli­wy.” Pocho­dzi­ły one naj­praw­do­po­dob­niej od tw Roman”, któ­ry utrzy­my­wał rela­cje z Kulczykiem.

W doku­men­tach funk­cjo­na­riu­sze PRL-owskich służb wska­zy­wa­li też, że zaczął on inte­re­so­wać się zagad­nie­nia­mi gospo­dar­czy­mi w sen­sie pozna­nia pro­duk­cji nie­któ­rych zakła­dów spe­cjal­nych”. Oprócz tego pod­kre­śla­no fakt utrzy­my­wa­nia przez nie­go kon­tak­tów z dyplo­ma­ta­mi obcych państw akre­dy­to­wa­ny­mi w War­sza­wie. Jed­nak przede wszyst­kim wąt­pli­wo­ści SB wzbu­dzi­ło jego spo­tka­nie na tere­nie Dar­ło­wa z Józe­fem Trzo­sem, agen­tem wywia­du niemieckiego.

Aby wyja­śnić wąt­pli­wo­ści, w ramach wsz­czę­tej spra­wy, SB zaczę­ła inwi­gi­lo­wać Kul­czy­ka. Było to jesz­cze pół­to­ra roku przed for­mal­nym zare­je­stro­wa­niem go jako taj­ne­go współpracownika.

Figu­rant [H.K. – aut.] (…) jest aktyw­nie roz­pra­co­wy­wa­ny przy pomo­cy sie­ci agen­tu­ral­nej /3 jednostki/​inwi­gi­la­cja kore­spon­den­cji, P.T. i obser­wa­cję zewnętrz­ną” – czy­ta­my w jed­nym z rapor­tów z tego okresu. 

SB nie zna­la­zła dowo­dów potwier­dza­ją­cych podej­rze­nia. Jed­nak mimo nie stwier­dze­nia dzia­łal­no­ści szpie­gow­skiej, mjr Wła­dy­sław Pożo­ga, ówcze­sny naczel­nik wydzia­łu II MSW pole­cił dal­sze roz­pra­co­wa­nie Kul­czy­ka. „(…) według nie­go [Kul­czyk] zaj­mu­je się dzia­łal­no­ścią wywiadowczą (…)”.

Nie pre­cy­zo­wał jed­nak na jakiej pod­sta­wie tak twier­dził. Doku­men­ty SB wska­zu­ją tyl­ko, że Pożo­dze podej­rza­ne wyda­ły się kon­tak­ty Kul­czy­ka pod­czas jego zagra­nicz­nych wyjaz­dów. W 1957 r. biz­nes­men był w Austrii i Cze­cho­sło­wa­cji w ramach orga­ni­zo­wa­nej przez Orbis” wyciecz­ki, z kolei pod koniec 1958 r. uczest­ni­czył w Tar­gach Lip­skich. Potem od lute­go do mar­ca prze­by­wał w Niem­czech odwie­dza­jąc rodzinę.

Bez­pie­ka zde­cy­do­wa­ła się na kon­fron­ta­cję i prze­pro­wa­dze­nie ofi­cjal­nej roz­mo­wy z Kul­czy­kiem. Funk­cjo­na­riu­sze SB na spo­tka­nie umó­wi­li się tele­fo­nicz­nie. Doszło do nie­go 26 mar­ca 1960 r. godzi­nie 11.00 w Hote­lu Polo­nia w Toru­niu. Z Kul­czy­kiem spo­tka­li się mjr Pożo­ga i por. E. Pod­po­ra, ofi­cer ope­ra­cyj­ny Wydzia­łu III Depar­ta­men­tu II. Funk­cjo­na­riu­sze nagra­li całą roz­mo­wę. Jaki mia­ła ona przebieg?

[Kul­czyk] przed­sta­wił się w świe­tle lojal­ne­go oby­wa­te­la PRL i patrio­ty w zro­zu­mie­niu drob­no­miesz­czań­skim oraz, że zawsze jest goto­wy do udzie­le­nia nam pomo­cy gdy będzie miał ku temu odpo­wied­nie moż­li­wo­ści (…) zale­ży [mu] bar­dzo, aby mieć jak naj­lep­szą opi­nię w oczach służ­by bez­pie­czeń­stwa co nie­jed­no­krot­nie pod­kre­ślał i w związ­ku z tym gotów jest udzie­lać nam pomo­cy. Nie mniej jed­nak z roz­mo­wy moż­na było wyczuć, iż zbyt głę­bo­ko nie chciał­by się anga­żo­wać z uwa­gi na wzglę­dy moral­ne i dobre imię kupca”

- czy­ta­my w rapor­cie ze spo­tka­nia z Kul­czy­kiem opra­co­wa­nym przez por. Podporę.

W doku­men­cie poja­wia się suge­stia, że infor­ma­cje prze­ka­za­ne przez biz­nes­me­na mogą być dla bez­pie­ki bar­dzo interesujące.

Tajem­ni­czy list i szy­lin­gi w kieszeni

Po roz­mo­wie SB zaczę­ła więc poważ­nie zasta­na­wiać się nad pozy­ska­niem Kul­czy­ka do współ­pra­cy, a w doku­men­tach okre­ślać go już jako kan­dy­da­ta na wer­bu­nek”. Dzia­ło się tak w cza­sie, gdy w dal­szym cią­gu ist­nia­ły wąt­pli­wo­ści co do jego dzia­łal­no­ści. Według por. Jana Bran­den­bur­ga, kie­row­ni­ka Gru­py III Wydzia­łu II Depar­ta­men­tu II MSW cho­dzi­ło m.in. o prze­mil­cze­nie przez Kul­czy­ka pod­czas roz­mo­wy z bez­pie­ką kil­ku istot­nych zda­rzeń – w tym ujaw­nie­nia swo­ich kon­tak­tów z nie­miec­kim przed­się­bior­cą Eri­chem Kerschus.

Pod­czas mar­co­wej roz­mo­wy z funk­cjo­na­riu­sza­mi bez­pie­ki biz­nes­men sta­rał się baga­te­li­zo­wać kon­tak­ty z Niem­cem. Stwier­dził, że zna go prak­tycz­nie tyl­ko z widze­nia i spo­tkał się z nim tyl­ko raz w kawiar­ni Krenc­le­ra. Nie powie­dział jed­nak nic o tajem­ni­czym liście, jaki w stycz­niu 1959 r. prze­ka­zał mu oso­bi­ście Ker­schus. To wła­śnie ta kwe­stia wzbu­dzi­ła poważ­ne podej­rze­nia SB.

Według bez­pie­ki nadaw­cą listu była oso­ba pod­pi­sa­na jako Jurek”. Z tre­ści listy wyni­ka­ło, że Jurek” był nie­daw­no w War­sza­wie, ale nie mógł się z nim skon­tak­to­wać. Dla­te­go też pozo­sta­wił ber­liń­ski numer tele­fo­nu (245504), pod któ­rym jest uchwyt­ny. SB, dla któ­rej treść listu wyda­wa­ła się wiel­ce podej­rza­na, zaczę­ła spraw­dzać opi­sa­ne w nim fak­ty. Usta­lo­no, że poda­ny numer nale­żał do zna­jo­me­go Kul­czy­ka o imie­niu Anto­ni, któ­re­go żona prze­by­wa­ła w tym cza­sie w War­sza­wie i mia­ła się spo­tkać z biznesmenem.

Wąt­pli­wo­ści SB wobec biz­nes­me­na spo­tę­go­wa­ło tyl­ko jego dziw­ne” zacho­wa­nie tuż przed wyjaz­dem do RFN. Kul­czyk miał bowiem ode­brać dla tajem­ni­cze­go Anto­nie­go dwie par­tie ksią­żek. Pierw­szą miał mu prze­ka­zać Józef Pie­czyń­ski, któ­re­go adres według doku­men­tów brzmiał: Dom Książ­ki Nowy Świat 61. Z kolei dru­gą par­tię mia­ło sta­no­wić 37 tomów ksią­żek Thie­ma Beche­ra. Kul­czyk miał je otrzy­mać od płk Gel­le­ra, zamiesz­ka­łe­go pod war­szaw­skim adre­sem ul. Dan­tysz­ka 16 m 2, tel. 82960.

Z uwa­gi na to, że treść tego listu mia­ła cha­rak­ter dość podej­rza­ny oraz same zle­ce­nia mia­ły tak­że cha­rak­ter budzą­cy podej­rze­nia przy dal­szych spo­tka­niach oko­licz­no­ści te nale­ża­ło­by do koń­ca wyjaśnić”
- czy­ta­my w wyko­na­nej przez SB ana­li­zie mar­co­wej roz­mo­wy z Kulczykiem. 

To nie były jed­nak wszyst­kie wąt­pli­wo­ści bez­pie­ki. SB zanie­po­ko­iły rela­cje Kul­czy­ka pod­czas wyciecz­ki w Austrii, o któ­rych nie poin­for­mo­wał pod­czas mar­co­wej roz­mo­wy funk­cjo­na­riu­szy SB. Cho­dzi­ło przede wszyst­kim o jego rela­cje z męż­czy­zną o imie­niu Sta­szek. Zwró­cił na nie uwa­gę taj­ny współ­pra­cow­nik SB o pseu­do­ni­mie Cze­sław”, naj­praw­do­po­dob­niej jed­ne­go z wyciecz­ko­wi­czów, któ­rzy podob­nie jak Kul­czyk wraz z Orbi­sem posta­no­wi­li zwie­dzić Austrię.

Doniósł on, że pod­czas poby­tu biz­nes­men spo­tkał się ze Stasz­kiem w restau­ra­cji Gie­zing. Potem przy­sia­dło się do nich trzech męż­czyzn oraz oko­ło trzy­dzie­sto­let­nia kobie­ta. Według TW Cze­sław” następ­ne­go dnia po spo­tka­niu Kul­czyk posia­dał więk­szą ilość szy­lin­gów. Miał tłu­ma­czyć się wyciecz­ko­wi­czom, że otrzy­ma­ne pie­nią­dze ma zwró­cić w pol­skie walu­cie jed­ne­mu ze zna­jo­mym. SB zwró­ci­ło uwa­gę, że na prze­ło­mie 19571958 jeden z męż­czyzn, z któ­ry­mi Kul­czyk spo­tkał się w restau­ra­cji Gie­zing odwie­dził go w Bydgoszczy.

Osta­tecz­nie spra­wa o kryp­to­ni­mie Kon­takt” zosta­ła zakończona.

W wyni­ku sto­so­wa­nia róż­nych przed­się­wzięć ope­ra­cyj­nych nie zdo­ła­no stwier­dzić, aby figu­rant zaan­ga­żo­wa­ny był do dzia­łal­no­ści szpie­gow­skiej. Podej­rze­nia któ­re były pod­sta­wą wsz­czę­cia roz­pra­co­wa­nia zosta­ły cał­ko­wi­cie wyja­śnio­ne” - czy­ta­my w jed­nym z doku­men­tów SB1960 r.

Takie sta­no­wi­sko bez­pie­ki może dzi­wić. Wpraw­dzie fak­tycz­nie wśród zacho­wa­nych w IPN doku­men­tów nie ma żad­ne­go, któ­ry potwier­dzał­by fakt współ­pra­cy biz­nes­me­na z BND, ale nie ma też mate­ria­łów, któ­re wyja­śniał­by fak­tycz­ny cel pod­da­wa­nych wcze­śniej w wąt­pli­wość dzia­łań Kulczyka.

Dla­cze­go więc bez­pie­ka zamknę­ła spra­wę twier­dząc, że wszel­kie podej­rze­nia zosta­ły wyja­śnio­ne? Być może funk­cjo­na­riu­sze bez­pie­ki doszli do wnio­sku, że Kul­czyk może być dla nich infor­ma­cyj­ną żyłą zło­ta – był mło­dy, inte­li­gent­ny i posia­dał sze­ro­kie kon­tak­ty zarów­no w kra­ju i zagranicą.

Jakie gór­nic­two, takie bez­pie­czeń­stwo” energetyczne

Nie­opo­dal domów w Cheł­mie Ślą­skim, nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści w pobli­żu Kato­wic, leni­wie pły­nie rze­ka Prze­msza. Miesz­kań­cy jed­nak nie podzi­wia­ją kra­jo­bra­zu, ale ze stra­chem patrzą na zachmu­rzo­ne nie­bo i pada­ją­cy deszcz. Powo­li prze­ko­nu­ją się, że jak pisał Maja­kow­ski Jed­nost­ka – zerem, jed­nost­ka – bzdu­rą”. Przy­naj­mniej dla węglo­wych baro­nów” z resor­tu górnictwa.

Strach jest wciąż obec­ny, bo przez szko­dy gór­ni­cze wywo­ła­ne wydo­by­ciem węgla, pro­wa­dzo­ne przez kopal­nię Piast” pół kilo­me­tra pod zie­mią, bez­po­śred­nio pod ich doma­mi, w każ­dej chwi­li miesz­kań­com gro­zi powódź. Podob­na, jak czte­ry lata temu.

Kie­dyś ich domy poło­żo­ne były na wznie­sie­niu i nie zagra­ża­ła im woda stu­let­nia Prze­mszy. Dla wyja­śnie­nia – wodą stu­let­nią” hydro­lo­dzy nazy­wa­ją taką, któ­rej ryzy­ko wystą­pie­nia w danym roku wyno­si 1 pro­cent. Ina­czej mówiąc, powta­rza się ona prze­cięt­nie raz na sto lat.

Dzi­siaj w wyni­ku obni­że­nia tere­nu po eks­plo­ata­cji węgla, rze­ka bez­po­śred­nio zagra­ża całej miej­sco­wo­ści. Miesz­kań­cy dziel­ni­cy Cheł­ma Ślą­skie­go – Chełm Mały, z prze­ra­że­niem i nie­do­wie­rza­niem wpa­tru­ją się w opu­bli­ko­wa­ne w 2013 r. mapy zagro­że­nia powo­dzio­we­go, z któ­rych jasno wyni­ka, że kil­ka­dzie­siąt domów będą­cych ich wła­sno­ścią może zna­leźć się pod wodą, głę­bo­ką miej­sca­mi na 4 metry. Nie są głu­pi i naiw­ni, widzą, że do tra­ge­dii doj­dzie na pew­no – nie tyl­ko raz na sto lat, ale być może raz na dzie­sięć. A może i częściej.
Zagrożenie_Myslowice_-_Chelm_Slaski

Kopal­nia Piast”, nadal eks­plo­atu­ją­ca węgiel pod miej­sco­wo­ścią, jest chlu­bą Kom­pa­nii Węglo­wej SA, naj­więk­sza fir­ma węglo­wa w Euro­pie. Naj­gor­szy zakład KW SA wydo­by­wa węgiel po 378 zł za tonę, a naj­bar­dziej efek­tyw­ny – po 205. Spół­ka nie pro­wa­dzi jed­nak roz­po­zna­nia zagro­że­nia powo­dzio­we­go i nie napra­wia powsta­łych w tym zakre­sie szkód. Być może oszczę­dza. Nie wypła­ci­ła nawet odszko­do­wań za powódź z 2010 roku w Cheł­mie Małym twier­dząc, że to nie jej wina!

Poszko­do­wa­ni (ich nazwi­ska w posia­da­niu auto­ra) zada­ją sobie pro­ste pytania:

Jak moż­na postę­po­wać w tak bar­ba­rzyń­ski spo­sób? W jakiej rze­czy­wi­sto­ści żyje­my? W imię jakich sza­lo­nych idei pań­stwo pol­skie ogra­bia nas z dorob­ku całe­go życia lub nawet kil­ku pokoleń?

Miesz­kań­cy wie­dzą już, że zgod­nie z Pra­wem wod­nym ich nie­ru­cho­mo­ści, zagro­żo­ne bez­po­śred­nio powo­dzią, nie nada­ją się w żad­nym wypad­ku do zamiesz­ka­nia. Że nie mają więk­szych szans nawet na ich ubez­pie­cze­nie, bo żaden ubez­pie­czy­ciel nie zary­zy­ku­je wyda­nia poli­sy. Wie­dzą też, że spro­wa­dze­nie bez­po­śred­nie­go nie­bez­pie­czeń­stwa zda­rze­nia zale­wu jest przestępstwem.

Żalą się, i piszą listy.

- Od dwóch lat wysy­ła­my wnio­ski do Pre­ze­sa Kom­pa­nii Węglo­wej, Pre­ze­sa Wyż­sze­go Urzę­du Gór­ni­cze­go i Mini­stra Śro­do­wi­ska w spra­wie powstrzy­ma­nia nie­zgod­nej z pra­wem dzia­łal­no­ści Kom­pa­nii Węglo­wej - mówią.

- Wysła­li­śmy nawet list do Pre­mie­ra Tuska.Bez jakie­go­kol­wiek rezultatu.Wymieniamy szcze­gó­ło­wo prze­pi­sy Pra­wa wod­ne­go, Pra­wa geo­lo­gicz­ne­go i gór­ni­cze­go, któ­re naru­szo­no przy wyda­niu kon­ce­sji na wydo­by­wa­nie węgla lub przy zatwier­dze­niu pla­nów ruchu kopal­ni. A otrzy­mu­je­my, i to nie zawsze, odpo­wie­dzi, że wszyst­ko jest w jak naj­lep­szym porząd­ku. Cza­sa­mi mamy wra­że­nie, że urzęd­nik po dru­giej stro­nie nie zna prze­pi­sów pra­wa lub z bli­żej nie­okre­ślo­nych przy­czyn nie chce ich znać. Bo jak może być zgod­ne z pra­wem spo­wo­do­wa­nie kata­stro­fy zale­wu kil­ku­dzie­się­ciu domów? Jakie prze­pi­sy pra­wa zezwa­la­ją na spro­wa­dze­nie bez­po­śred­nie­go nie­bez­pie­czeń­stwa zda­rze­nia zagra­ża­ją­ce­go życiu i zdro­wiu wie­lu ludzi w naj­wyż­szym stop­niu? – zalew na 4 metry zgod­nie z roz­po­rzą­dze­niem w spra­wie opra­co­wa­nia map zagro­że­nia i ryzy­ka powo­dzio­we­go jest takim zagrożeniem
doda­ją moi rozmówcy.

W koń­cu o nie­do­peł­nie­niu obo­wiąz­ków przez dyrek­to­ra kopal­ni Piast” oraz Dyrek­to­ra Okrę­go­we­go Urzę­du Gór­ni­cze­go w Kato­wi­cach poszko­do­wa­ni powia­do­mi­li prokuratora.

Kil­ka dni temu wysła­li też pismo do Pro­ku­ra­to­ra Gene­ral­ne­go, z proś­bą aby wziął udział w postę­po­wa­niu admi­ni­stra­cyj­nym doty­czą­cym wyda­nia przez Mini­stra Śro­do­wi­ska decy­zji wstrzy­mu­ją­cej dzia­łal­ność wydo­byw­czą Kom­pa­nii Węglo­wej S.A. Oddział KWK Piast” w Bie­ru­niu. Mini­ster­stwo Śro­do­wi­ska od ponad tygo­dnia nie odpo­wie­dzia­ło na prze­sła­ne mailem pytania.

Jak się oka­za­ło, kopal­nia nie posia­da nawet opi­nii orga­nu odpo­wie­dzial­ne­go za utrzy­ma­nie wód oraz uzgod­nie­nia z orga­nem wła­ści­wym do wyda­nia pozwo­le­nia wod­no­praw­ne­go, któ­re są wyma­ga­ne zgod­nie z Pra­wem geo­lo­gicz­nym i gór­ni­czym. Owe uzgod­nie­nia, któ­rych nie ma są nie­zbęd­ne do udzie­le­nia kon­ce­sji na eks­plo­ata­cję węgla z obsza­rów nara­żo­nych na nie­bez­pie­czeń­stwo powo­dzi. Jest to skan­dal i drwie­nie z prze­pi­sów. Moż­na zary­zy­ko­wać tezę, że kon­ce­sja na wydo­by­cie węgla przez kopal­nię Piast” zosta­ła wyda­na z naru­sze­niem prawa.

Miesz­kań­cy Cheł­ma Ślą­skie­go wysła­li skar­gę do Komi­sji Euro­pej­skiej o tole­ro­wa­nie przez Rzecz­po­spo­li­tą Pol­ską prak­tyk rażą­co naru­sza­ją­cych dyrek­ty­wę powodziową.

Czas poka­że, czy o bez­pie­czeń­stwie” ener­ge­tycz­nym kra­ju nadal będzie decy­do­wać wyłącz­nie lob­by węglo­we i jego aro­gan­cja wobec obo­wią­zu­ją­ce­go prawa.

O czym roz­ma­wia­li Romek, Janek i Piotrek?

Jeże­li nie jeste­ście znu­dze­ni wycie­ka­mi nagrań z pod­słu­chów, oto kolej­na por­cja Wprost tapes”. 

Tym razem nagra­nie spo­tka­nia Roma­na Gier­ty­cha z Janem Piń­skim i Pio­trem Nisz­to­rem, doko­na­ne w 2011 r. przez tego ostat­nie­go dzien­ni­ka­rza (?). Spo­tka­nie nie trwa­ło dłu­go, jed­nak jestem pod wra­że­niem. Każ­dy z bie­siad­ni­ków – jak wyni­ka z rela­cji uczest­ni­ków tegoż towa­rzy­skie­go spo­tka­nia – wchło­nął po 0,75 litra wódki.
Rosyjskiej?

Za to ktoś miał zapła­cić 400 tysię­cy złotych?

W Inter­ne­cie zna­la­zły się frag­men­ty książ­ki o Janie Kul­czy­ku, któ­rą rze­ko­mo miał napi­sać Piotr Nisztor.
Ponie­waż zna­le­zio­ne, nie kra­dzio­ne”, przy­ta­czam frag­men­ty poni­żej zastrze­ga­jąc jed­no­cze­śnie, że wszel­kie podo­bień­stwo do osób i wyda­rzeń jest przy­pad­ko­we, i nie bio­rę odpo­wie­dzial­no­ści za zacy­to­wa­ne poni­żej zda­rze­nia. Zapew­ne to fik­cja literacka.

Poniż­sze frag­men­ty dosta­łem na G+, ale poszpe­ra­łem i zna­la­złem też na pro­fi­lu FB Pitu Pitu. Zazna­czam zatem, i do lektury!

Roz­dział I – Wszyst­kie tajem­ni­ce Hen­ry­ka Kulczyka

Koleb­ka Kul­czy­ków na Kujawach
Wał­do­wo to liczą­cą dziś nie­speł­na 600 miesz­kań­ców wieś w powie­cie sępo­leń­skim w woje­wódz­twie kujaw­sko-pomor­skim. Przed refor­mą admi­ni­stra­cyj­na znaj­do­wa­ła się ona w gra­ni­cach woje­wódz­twa bydgoskiego.

Pierw­sze wzmian­ki na temat tej miej­sco­wo­ści poja­wi­ły się jesz­cze na począt­ku XIV wie­ku. Jed­nak Wał­do­wo poszczyć się może nie tyl­ko dłu­gą histo­rią, ale rów­nież nie­mal nie­znisz­czo­nym pod­czas woj­ny zabyt­ko­wym kościo­łem św. Mate­usza pocho­dzą­cym z 1621 r. Wyda­wa­ło­by się więc, że mimo to podob­nie jak w wie­lu tysią­cach podob­nych miej­sco­wo­ści w całej Pol­sce, nie ma tam nic nie­zwy­kłe­go. W Wał­do­wie dzia­ła Ochot­ni­cza Straż Pożar­na, Wiej­ski Ośro­dek Kul­tu­ry, jest pocz­ta, apte­ka, kil­ka skle­pów. Jed­nak każ­dy miesz­ka­niec wie, że to wła­śnie ta nie­wiel­ka miej­sco­wość była koleb­ką rodzi­ny Kul­czy­ków, naj­bar­dziej dziś wpły­wo­wej fami­lii w pol­skim biznesie.

Krót­ka bio­gra­fia Hen­ry­ka Kul­czy­ka wyda­na z oka­zji jego 85. uro­dzin infor­mu­je, że w Wał­do­wie miesz­kał jego dzia­dek Józef. Jej auto­rzy nie opi­su­ją jed­nak czym dokład­nie się zaj­mo­wał, okre­śla­ją go tyl­ko jako zamoż­ne­go gospo­da­rza”. Józef Kul­czyk musiał być prze­wi­du­ją­cym czło­wie­kiem, sko­ro część pie­nię­dzy zde­cy­do­wał się zain­we­sto­wać na kształ­ce­nie syna – Wła­dy­sła­wa. Wysłał go bowiem do szko­ły han­dlo­wej w Bochum.
Po zakoń­cze­niu nauki Wła­dy­sław nie został jed­nak zagra­ni­cą, ale wró­cił do Wał­do­wa, gdzie do momen­tu wybu­chu woj­ny miesz­kał wraz z żoną Heleną.

Okres mię­dzy­wo­jen­ny był dosko­na­łym okre­sem w histo­rii rodzi­ny Kul­czy­ków. Inte­re­sy szły zna­ko­mi­cie. Wła­dy­sław uru­cho­mił i roz­wi­jał Dom Rol­ni­czo-Han­dlo­wy. Posia­dał też gospo­dar­stwo rol­ne i był wła­ści­cie­lem restau­ra­cji. Speł­niał się też na niwie poli­tycz­nej był m.in. rad­nym Sej­mi­ku Woje­wódz­kie­go w Toruniu.

Kazi­mierz Horyd, rad­ny gmi­ny Sępól­no i eme­ry­to­wa­ny nauczy­ciel, opo­wia­dał w 2008 r. Gaze­cie Pomor­skiej” Wła­dy­sław Kul­czyk zasłu­żył się w Wał­do­wie przede wszyst­kim jako społecznik:

- Jest uwiecz­nio­ny w przed­wo­jen­nej szkol­nej kro­ni­ce jako czło­nek komi­te­tu, któ­ry budo­wał pol­ską szko­łę w Wał­do­wie. A swo­ją salę prze­zna­czo­ną na wyna­jem dawał na spo­tka­nia kato­lic­kiej mło­dzie­ży i gwiazd­ki dla ubogich.
Ofi­cjal­na bio­gra­fia Hen­ry­ka Kul­czy­ka opra­co­wa­na na jego 85. uro­dzi­ny infor­mu­je rów­nież, że jego ojciec Wła­dy­sław miał w latach 30. aktyw­nie dzia­łać w gmin­nym ogni­wie Związ­ku Zachodniego”.

Moż­na podej­rze­wać, że cho­dzi o struk­tu­ry Pol­skie­go Związ­ku Zachod­nie­go. Była to orga­ni­za­cja patrio­tycz­na sprze­ci­wia­ją­cej się rosną­cym wpły­wom nie­miec­kim w Pol­sce, w tym m.in. sta­ra­ła się blo­ko­wać powsta­wa­nie na tere­nie kra­ju pry­wat­nych nie­miec­kich szkół.

W tej rodzi­nie drob­no­miesz­czań­skiej” – jak okre­śla­ła Kul­czy­ków SB26 czerw­ca 1925 r. na świat przy­szedł Hen­ryk, ojciec Jana, naj­bo­gat­sze­go dziś Pola­ka. Nie był jed­nak jedy­na­kiem, miał bowiem sio­strę Hali­nę. W archi­wum IPN nie zacho­wa­ło się zbyt wie­le infor­ma­cji na jej temat. Z jed­nej z nie­licz­nych nota­tek spo­rzą­dzo­nych przez SB z roz­mo­wy z TW Roma­nem” wyni­ka, że przez świę­ta­mi Boże­go Naro­dze­nia w 1963 r. Hali­na Kul­czyk wró­ci­ła do Pol­ski z Ber­li­na Zachod­nie­go. Będąc zagra­ni­cą mia­ła pra­co­wać w hote­lu w Han­no­ve­rze lub Braun­schwe­igu, któ­re­go wła­ści­cie­lem był nie­ja­ki Domi­ni­kow­ski, były kie­row­nik Zodia­ku” w Byd­gosz­czy. Za zaro­bio­ne tam pie­nią­dze kobie­ta mia­ła kupić auto.

Roman” twier­dził, że Domi­ni­kow­ski nie mógł otrzy­mać zezwo­le­nia na przy­jazd do Pol­ski. Według nie­go zgo­dę uda­ło się uzy­skać dopie­ro dzię­ki Kul­czy­ko­wi. W zamian za przy­słu­gę miał zatrud­nić w swo­ich hote­lu jego siostrę.

Mło­dy Hen­ryk Kul­czyk przed woj­ną uczęsz­czał do dzia­ła­ją­cej we wsi szko­ły i pra­co­wał w rodzin­nym gospo­dar­stwie. Jed­nak sytu­acja rodzi­ny Kul­czy­ków zaczę­ła się dra­stycz­nie pogar­szać po wybu­chu II Woj­ny Świa­to­wej. Wów­czas Hen­ryk miał zale­d­wie 13 lat. Według SB1942 r. Gesta­po aresz­to­wa­ło Wła­dy­sła­wa i umie­ści­ło w obo­zie kon­cen­tra­cyj­ny. Część akt bez­pie­ki wska­zu­je, że naj­pierw miał prze­by­wać w Lip­ce, a potem w Dachau . Z kolei w innych źró­dłach i w nie­licz­nych wypo­wie­dziach same­go Hen­ry­ka Kul­czy­ka poja­wia się nazwa Ora­nien­burg, czy­li naj­praw­do­po­dob­niej cho­dzi w tym przy­pad­ku o funk­cjo­nu­ją­cy od 1936 r. obóz Sach­sen­hau­sen-Ora­nien­burg. Z tych rela­cji wyni­ka jed­nak, że Wła­dy­sław tra­fił do obo­zu krót­ko po wybu­chu woj­ny we wrze­śniu 1939 r.

W mate­ria­łach SB moż­na też zna­leźć infor­ma­cję, że dzię­ki pomo­cy rodzi­ny uda­ło mu się opu­ścić obóz. Wydo­stać miał go jego szwa­gier, z zawo­du nauczy­ciel – nie­ja­ki Latz­ke. W archi­wum IPN nie zacho­wa­ły się jed­nak żad­ne szcze­gó­ło­we infor­ma­cje na ten temat. Wia­do­mo tyl­ko, że po woj­nie Wła­dy­sław Kul­czyk wró­cił do Wał­do­wa, gdzie osiadł na stałe.

Co z kolei w cza­sie woj­ny robił jego syn Hen­ryk? Z akt bez­pie­ki wyni­ka, że po aresz­to­wa­niu ojca musiał wyje­chać z Wał­do­wa. Od 1942 r. do momen­tu zakoń­cze­nia woj­ny miesz­kał w Byd­gosz­czy, jed­no­cze­śnie pra­cu­jąc w cha­rak­te­rze pra­cow­ni­ka fizycz­ne­go w kon­tro­lo­wa­nych przez Niem­cy zakła­dach zbro­je­nio­wych w Łęgnowie.
Dzia­ła­nia pod­czas woj­ny mło­de­go Kul­czy­ka opi­su­ją też auto­rzy wspo­mnia­nej wyżej rocz­ni­co­wej biografii.

Twier­dzą, że zna­lazł on zatrud­nie­nie w Byd­gosz­czy w nie­miec­kiej fir­mie pra­cu­ją­cej na potrze­by fron­tu”. Nie poda­ją jed­nak jej nazwy. Piszą, że począt­ko­wo pra­co­wał tam jako goniec, ale szyb­ko awan­so­wał i stał się asy­sten­tem dyrek­to­ra. W 1943 r., w wie­ku osiem­na­stu lat wstą­pił do Armii Kra­jo­we i przy­jął pseu­do­nim Paweł”. Został zaprzy­się­żo­ny na człon­ka pomor­skiej orga­ni­za­cji Gryf” zaj­mu­ją­cej się wywia­dem wojskowym.

Infor­ma­cje te potwier­dzi­ła Fun­da­cja Archi­wum Pomor­skie Armii Kra­jo­wej doku­men­tem: zaświad­cze­nie nr 224”, noszą­cym datę 22 sierp­nia 2002 r.

Pan H. Kul­czyk ps. Paweł’ do kon­spi­ra­cji został wpro­wa­dzo­ny przez Alfon­sa Grycz­kę, a do Armii Kra­jo­wej zaprzy­się­żo­ny w paź­dzier­ni­ku 1943 r. przez chor. Odro­wą­ża’ – przy­pusz­czal­nie człon­ka szta­bu Inspek­to­ra­tu AK w Byd­gosz­czy o nie usta­lo­nym do tej pory nazwisku.

Był żoł­nie­rzem-wywia­dow­cą do cza­su for­mal­ne­go roz­wią­za­nia AK1945 r. nie ujaw­nił się. W 1942 r. został skie­ro­wa­ny przez Arbe­it­samt do pra­cy w fir­mie budow­la­nej w Byd­gosz­czy przy ul. For­doń­skiej (Ken­na und C.O. Brom­ber­ger Beton Werke). Mel­dun­ki wywia­dow­cze, kopie pism i pla­ny waż­nych stra­te­gicz­nie obiek­tów woj­sko­wych prze­ka­zy­wał oso­bi­ście Odro­wą­żo­wi’ w punk­cie kon­tak­to­wym przy ul. Krót­kiej w Byd­gosz­czy, gdzie rów­nież uczest­ni­czył w szko­le­niach wojskowych.

Dzia­łal­ność kon­spi­ra­cyj­ną p. Hen­ry­ka Kul­czy­ka ps. Paweł’ potwier­dza­ją rela­cje: Cze­sła­wa Romiń­skie­go ps. Grom’ (…) i Tade­usza Bru­kwic­kie­go ps. Aloj­zy’ (…) żoł­nie­rzy Gar­ni­zo­nu AK w Bydgoszczy.”

Co cie­ka­we w zacho­wa­nych aktach bez­pie­ki nie ma naj­mniej­szej wzmian­ki o dzia­łal­no­ści Hen­ry­ka Kul­czy­ka w AK. Czy bez­pie­ka o tym nie wie­dzia­ła? Czy też celo­wo pomi­ja­ła ten fakt w swo­ich doku­men­tach? Jeśli celo­wo, to dla­cze­go? A może był jakiś inny powód bra­ku tej infor­ma­cji? Tego nie wiadomo.

War­to jed­nak wspo­mnieć o czymś innym. Otóż Hen­ryk Kul­czyk słu­żył w AK jako sze­re­go­wiec. Wie­le lat póź­niej w ramach prze­pi­sów o awan­sach na stop­nie ofi­cer­skie osób nie pod­le­ga­ją­cych obo­wiąz­ko­wej służ­bie woj­sko­wej otrzy­mał sto­pień podporucznika.

Awan­so­wał go decy­zją z 2 grud­nia 2002 r. pre­zy­dent Alek­san­der Kwa­śniew­ski. Nie­speł­na sie­dem lat póź­niej – 9 lute­go 2009 r. – decy­zją Bog­da­na Kli­cha Mini­stra Obro­ny Naro­do­wej Kul­czyk otrzy­mał awans na porucznika.

Wyciąg z powyż­szej decy­zji prze­słał do Woje­wódz­kie­go Szta­bu Woj­sko­we­go w Pozna­niu Depar­ta­ment Woj­sko­wy Urzę­du do Spraw Kom­ba­tan­tów i Osób Repre­sjo­no­wa­nych. Na pod­sta­wie prze­sła­ne­go wycią­gu został spo­rzą­dzo­ny akt mia­no­wa­nia, któ­re­go zgod­ność z powyż­szą decy­zją potwier­dził wła­snym pod­pi­sem i pie­czę­cią Szef Woje­wódz­kie­go Szta­bu Wojskowego.”

[ILU­STRA­CJA – decy­zja o awan­sie z publi­ka­cji wyda­nej na 85. lecie H. Kulczyka]

Pierw­sze biz­ne­sy Hen­ry­ka Kulczyka

Z doku­men­tów SB wyni­ka, że po woj­nie Kul­czyk skoń­czył szko­łę śred­nią – naj­praw­do­po­dob­niej Liceum Han­dlo­we w Byd­gosz­czy – i roz­po­czął stu­dia eko­no­micz­ne na Uni­wer­sy­te­cie w Toru­niu. Jed­nak po dwóch latach musiał prze­rwać naukę. Powód?

Potrze­by życio­we, real­na per­spek­ty­wa zało­że­nia wła­snej rodzi­ny, zmu­sza­ły do bar­dziej przy­ziem­nych wybo­rów” – wyja­śnia­ją prze­rwa­nie stu­diów auto­rzy Hen­ryk Kul­czyk – prag­ma­tyk z duszą romantyka”.

Sytu­acja zmu­si­ła go do szu­ka­nia zaję­cia. Tym­cza­sem cza­sy nie były łatwe. Związ­kiem Radziec­kim twar­dą ręką rzą­dził Józef Sta­lin, co bar­dzo poważ­nie odbi­ja­ło się na sytu­acji w Pol­sce. Bru­tal­ne czyst­ki, bez­względ­ne dzia­ła­nia apa­ra­tu repre­sji poważ­nie ogra­ni­cza­ły dzia­ła­nia przedsiębiorców.

W tym trud­nym okre­sie w mar­cu 1950 r. Kupiec­ki Insty­tut Wie­dzy Zawo­do­wej przy Naczel­nej Radzie Zrze­szeń Kupiec­kich R.P. w War­sza­wie potwier­dził facho­we przy­go­to­wa­nie 25-let­nie wów­czas Hen­ry­ka Kul­czy­ka do samo­dziel­ne­go pro­wa­dze­nia przed­się­bior­stwa w bran­ży włókienniczo-odzieżowej.

Ta reko­men­da­cja bar­dzo szyb­ko pomo­gła w inte­re­sach. Bez­pie­ka infor­mo­wa­ła w doku­men­tach, że wła­śnie w tej bran­ży sta­rał się odna­leźć Kul­czyk. Począt­ko­wo był zatrud­nio­ny w cha­rak­te­rze pra­cow­ni­ka umy­sło­we­go w Spół­dziel­ni Dzie­wiarz’. Pro­wa­dził też w Byd­gosz­czy wła­sny zakład bie­liź­niar­ski. Z jego bio­gra­fii wyni­ka, że zało­żył też WEŁ­NO­HURT, czy­li Hur­tow­nię i Pral­nię Weł­ny Hurtowej.

Zacho­wa­ne mate­ria­ły PRL-owskich spec­służb wska­zu­ją, że po woj­nie Hen­ry­ka poznał zare­je­stro­wa­ne­go przez SB TW Jani­szew­ski”. Oto co mówił służ­bie o począt­kach karie­ry polo­nij­ne­go biznesmena:

Był wów­czas wła­ści­cie­lem hur­tow­ni weł­ny. Po likwi­da­cji hur­tow­ni zało­żył pra­cow­nię w któ­rej pro­du­ko­wał koszu­le męskie (…) Jest czło­wie­kiem solid­nym, grzecz­nym, łatwo nawią­zu­ją­cym zna­jo­mo­ści z obco­kra­jow­ca­mi. Nale­ży do ludzi, któ­rzy swo­je sło­wo wię­cej cenią od wszel­kich doku­men­tów. Jest rzut­ki i obrot­ny. Do obec­nej rze­czy­wi­sto­ści usto­sun­ko­wa­ny jest pozytywnie.”

Jed­nak oka­za­ło się, że w dru­giej poło­wie lat 50. w Pol­sce zaczę­to wal­czyć z wła­sno­ścią pry­wat­ną. Wła­dza nacjo­na­li­zo­wa­ła mająt­ki i przej­mo­wa­ła fir­my. Pań­stwo zabra­ło też przed­się­bior­stwa Kul­czy­ko­wi. Mło­dy biz­nes­men, zaczął więc wyjeż­dżać do Nie­miec. Szyb­ko zaczął zara­biać na pośred­nic­twie, czy­li sprze­da­wa­nia towa­rów i usług pomię­dzy przed­się­bior­stwa­mi z Pol­ski i Niemiec.

Co było tajem­ni­cą sukcesu?

Z akt bez­pie­ki wyni­ka, że Hen­ryk Kul­czyk posia­dał w naj­więk­szych mia­stach RFN – Ber­li­nie Zachod­nim, Bre­mie, Mona­chium, Norym­ber­dze i Kolo­nii – zamoż­ną rodzi­nę. SB pod­kre­śla­ła, że mógł nawet liczyć na finan­so­we wspar­cie z ich strony.

Jed­nak nie pie­nią­dze były w tej sytu­acji naj­waż­niej­sze. Krew­ni dzię­ki swo­im kon­tak­tom mogli bowiem mło­de­mu przed­się­bior­cy otwo­rzyć wie­le drzwi na tere­nie RFN. To było bez­cen­ne i ozna­cza­ło dla Kul­czy­ka żyłę zło­ta. Jed­nym z naj­bar­dziej wpły­wo­wych kuzy­nów Kul­czy­ka był dr Paweł Latz­ke, sędzia i rad­ca mini­stra spra­wie­dli­wo­ści RFN. Jego brat Bru­no, był z kolei pro­fe­so­rem medy­cy­ny i pro­wa­dził lekar­ską praktykę.

Dzię­ki inne­mu krew­ne­mu ks. Edwar­do­wi Latz­ke, pro­bosz­czo­wi i rad­cy bisku­pie­mu, Kul­czyk mógł liczyć na kon­tak­ty w nie­miec­kim koście­le kato­lic­kim. Tym bar­dziej, że zaży­łość rodzin­na z duchow­nym była bar­dzo sil­na. To wła­śnie jego ojciec miał, jak wspo­mi­na­łem wcze­śniej, wycią­gnąć z obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go ojca Hen­ry­ka. Innym kuzy­nem Kul­czy­ka miesz­ka­ją­cym w Niem­czech Zachod­nich był Alfons Latz­ke, cenio­ny arty­sta, malarz i rzeźbiarz.

Według SB był on dzia­ła­czem Inter­na­tio­nal Chri­stian Leader­ship, orga­ni­za­cji do któ­rej nale­że­li wpły­wo­wi zachod­nio­nie­miec­cy poli­ty­cy, biz­nes­me­ni i naukow­cy. Z wie­lo­ma z nich miał utrzy­my­wać przy­ja­ciel­skie kontakty.

W zdo­by­ciu tak istot­nych w biz­ne­sie kon­tak­tów pomo­gła mu jed­nak nie tyl­ko rodzi­na, ale m.in. człon­ko­stwo w Pol­skim Związ­ku Moto­ro­wym w Byd­gosz­czy. Według SB z ramie­nia tej orga­ni­za­cji opie­ko­wał się wszyst­ki­mi dyplo­ma­ta­mi przy­jeż­dża­ją­cy­mi z wizy­ta­mi do Bydgoszczy.

Pod czuj­nym okiem bezpieki

Nie moż­na się więc dzi­wić, że mło­dym, rzut­kim biz­nes­me­nem na prze­ło­mie lat 50. i 60 zain­te­re­so­wa­ła się bez­pie­ka. Wpraw­dzie w ofi­cjal­nym życio­ry­sie Hen­ry­ka Kul­czy­ka próż­no szu­kać infor­ma­cji na temat jego rela­cji ze Służ­bą Bez­pie­czeń­stwa, to potwier­dza­ją je doku­men­ty PRL-owskich służb, któ­re znaj­du­ją się dziś w archi­wum IPN. Wyni­ka z nich, że na począt­ku lat 60. był on typo­wa­ny przez SB jako dosko­na­ły kan­dy­dat na taj­ne­go współpracownika.

For­mal­nie kon­takt z Kul­czy­kiem PRL-owskie służ­by roz­po­czę­ły utrzy­my­wać od 26 mar­ca 1960 r. Wów­czas doszło do pierw­sze­go spo­tka­nia biz­nes­me­na z funk­cjo­na­riu­sza­mi bez­pie­ki. Odby­ło się ono w ramach spra­wy o kryp­to­ni­mie Kon­takt”.

[Opis ope­ra­cji oraz prze­bieg roz­mo­wy opi­sa­ny w roz­dzia­le doty­czą­cym podej­rzeń SB wobec Kul­czy­ka o współ­pra­ce z nie­miec­ki­mi taj­ny­mi służbami.]

Po raz kolej­ny przed­się­bior­ca spo­tkał się z funk­cjo­na­riu­sza­mi SB 14 lip­ca 1960.

Pod­czas tej roz­mo­wy (…) [Kul­czyk] zade­kla­ro­wał się iż na ile będzie miał moż­li­wo­ści to bar­dzo chęt­nie udzie­li nam pomo­cy jed­nak­że pod warun­kiem, że nie będzie nigdzie figu­ro­wał w ewi­den­cji jako współ­pra­cow­nik i prócz osób, któ­re z nim pro­wa­dzi­ły roz­mo­wy nikt wię­cej o tym nie będzie zorien­to­wa­ny. Nie chciał­by tak­że pisać zobo­wią­zań ani rów­nież brać pie­nię­dzy za zło­żo­ne infor­ma­cje. Nad­mie­nił, iż podyk­to­wa­ne jest to tym, że on chce mieć dobre imię wszę­dzie wśród oto­cze­nia w Pol­sce i w NRF. Fakt ujaw­nie­nia współ­pra­cy ze Służ­bą Bez­pie­czeń­stwa prze­kre­ślił­by dal­sze jego życie.

Dodał tak­że, że jemu nikt nie może dać gwa­ran­cji ilu jesz­cze w naszym apa­ra­cie jest ludzi, któ­rzy mogą pójść w śla­dy Świa­tły, czy Mona­ta . Na powyż­szą spra­wę odpo­wied­nio zare­ago­wa­no i wytłu­ma­czo­no K. Hen­ry­ko­wi, z cze­go wyni­ka­ło w koń­cu, że zro­zu­miał naszą inten­cje odno­śnie udzie­le­nia przez nie­go inte­re­su­ją­cych nas infor­ma­cji. Na zakoń­cze­nie roz­mo­wy raz jesz­cze pod­kre­ślił, że nie odcią­gu­je się od udzie­la­nia nam pomo­cy, bo widzi, że mógł­by w tych czy innych spra­wach dopo­móc nam, a zale­ży mu bar­dzo na utrzy­ma­niu dobrych sto­sun­ków z nami jako przed­sta­wi­cie­la­mi Służ­by Bezpieczeństwa”

- czy­ta­my w jed­nym z doku­men­tów z poło­wy 1960 r. spo­rzą­dzo­nych przez funk­cjo­na­riu­szy bezpieki.

SB uwa­ża­ło Kul­czy­ka za nie­zwy­kle per­spek­ty­wicz­ne­go czło­wie­ka. Z tego też powo­du przy­go­to­wy­wa­no spe­cjal­ny opa­trzo­ny klau­zu­lą ści­śle taj­ny plan jego wyko­rzy­sta­nia. Ofi­ce­ro­wie z Depar­ta­men­tu II MSW chcie­li m.in., aby został przy­go­to­wa­ny do roli łącz­ni­ka mię­dzy ob. NRF a ich zna­jo­my­mi w Pol­sce i odwrot­nie”. Powód?

(…) Hen­ryk’ cie­szy się dużym zaufa­niem wśród pozna­nych osób i oso­by te chęt­nie chcą poprzez nie­go przy­słać do Pol­ski róż­ne listy pacz­ki, walu­tę itp. W wypad­ku wyjaz­du Hen­ry­ka’ do NRF zgła­sza­ją się do nie­go róż­ne oso­by z proś­bą o zabra­nie podob­nych rze­czy do NRF. Jak oświad­czył Hen­ryk’, dotych­czas poza mały­mi wyjąt­ka­mi (…) spraw takich nie zała­twiał bo oba­wiał się, że może wejść w kon­flikt z władzami.”

Moż­na podej­rze­wać, że pomysł ten osta­tecz­nie nie został zre­ali­zo­wa­ny. Nie zacho­wa­ły się bowiem żad­ne doku­men­ty wska­zu­ją­ce, że zamie­rza­nia SB zosta­ły wcie­lo­ne życie.
5 lip­ca 1960 r. Hen­ryk Kul­czyk zło­żył poda­nie o zgo­dę na wyjazd do RFN.

Funk­cjo­na­riu­sze bez­pie­ki zwie­trzy­li więc dobry pre­tekst do prze­te­sto­wa­nia moż­li­wo­ści wywia­dow­czych rzut­kie­go biz­nes­me­na. W tym celu zaczę­li opra­co­wy­wać zada­nia, któ­re miał­by zre­ali­zo­wać pod­czas zagra­nicz­ne­go poby­tu. Sfor­mu­ło­wa­nie wytycz­nych zaję­ło bez­pie­ce mie­siąc. Doku­ment zawie­ra­ją­cy pierw­sze zada­nia dla Hen­ry­ka Kul­czy­ka osta­tecz­nie został opa­trzo­ny datą 8 sierp­nia 1960 r.

Jakie ocze­ki­wa­nia przed biz­nes­me­nem sta­wia­li funk­cjo­na­riu­sze bez­pie­ki? Były to suge­stie doty­czą­ce prze­ka­za­nia infor­ma­cji na temat osób, z któ­ry­mi, jak przy­znał się w roz­mo­wach z SB, utrzy­my­wał kon­tak­ty na tere­nie RFN. Bez­pie­ka zle­ci­ła mu m.in. roz­pra­co­wa­nie jego krew­nych – bra­ci Latzke.

Oprócz tego liczy­ła, że po powro­cie do kra­ju prze­ka­że infor­ma­cje na temat nie­miec­kich przed­się­bior­ców Gin­te­ra Mil­le­ra i nie­ja­kie­go Szte­gne­ra, rodzi­ny Gret­zne­rów oraz przed­sta­wi­cie­la jed­nej z nie­miec­kich firm Joha­na Hey­ze. SB zale­ża­ło też na wszel­kich danych doty­czą­cych fir­my Kier­schus z Ber­li­na Zachodniego.

Jed­nak szcze­gól­nie PRL-owskie służ­by ocze­ki­wa­ły prze­ka­za­nia infor­ma­cji na temat dr. Dąbrow­skie­go, biz­nes­me­na pol­skie­go pocho­dze­nia, miesz­ka­ją­ce­go od lat w Niem­czech Zachod­nich. Kul­czyk utrzy­my­wał z nim dobre rela­cje, ponie­waż był on krew­nym jego żony. SB inte­re­so­wa­ły przede wszystkim:

(…) jego poglą­dy poli­tycz­ne, sto­su­nek do Pol­ski, jego warun­ki życio­we i byto­we, stan rodzin­ny (…) co go naj­bar­dziej inte­re­su­je w roz­mo­wie na temat sytu­acji w Pol­sce, dla­cze­go tak bar­dzo zale­ży mu na przy­jeź­dzie do Polski”.

Oprócz tego bez­pie­ka liczy­ła na infor­ma­cje tak­że o innych nie wymie­nio­nych z nazwi­ska osobach.

Nie­za­leż­nie od powyż­sze­go ob. K.H. zamie­rza odwie­dzić dal­szych zna­jo­mych zam. w NRF, któ­rych nazwisk nie zna­my, wobec powyż­sze­go będzie miał za zada­nie usta­lać o nich bliż­sze dane jak wyżej” – czy­ta­my w powy­żej wspo­mnia­ny­mi raporcie.
Zacho­wa­ne doku­men­ty SB wska­zu­ją, że Hen­ryk Kul­czyk po powro­cie do kra­ju – mimo że nie był for­mal­nie zare­je­stro­wa­ny jako taj­ny współ­pra­cow­nik – prze­ka­zał bez­pie­ce infor­ma­cje: „(…) zada­nie wyko­nał i po powro­cie prze­ka­zał istot­ne dane o wspo­mnia­nych osobach”.

Nie wia­do­mo jak wyglą­dał raport Kul­czy­ka prze­ka­za­ny PRL-owskim służ­bą, bo oprócz lako­nicz­ne­go zda­nia na ten temat nie zacho­wa­ło się nic więcej.

SB zale­ża­ło jed­nak na for­mal­nej reje­stra­cji Kul­czy­ka jako taj­ne­go współ­pra­cow­ni­ka. W spo­rzą­dza­nych doku­men­tach ubo­le­wa­li, że biz­nes­men nie chciał począt­ko­wo pod­pi­sać zobo­wią­za­nia do współ­pra­cy. Osta­tecz­nie, jak wska­zu­je w jed­nym z pism funk­cjo­na­riusz PRL-owskich służb opo­ry te uda­ło się prze­ła­mać. Dla­te­go też bez­pie­ka zde­cy­do­wa­ła się na for­mal­ny wer­bu­nek Kul­czy­ka jako taj­ne­go współpracownika.

Wnio­sek w tej spra­wie do zaak­cep­to­wa­nia swo­im zwierzch­ni­kom przed­ło­żył 2 czerw­ca 1961 r. kpt. Zenon Jaku­bow­ski, Kie­row­nik Gru­py III z byd­go­skiej Komen­dy Woje­wódz­kiej Mili­cji Oby­wa­tel­skie­go ds. Służ­by Bez­pie­czeń­stwa. Przed­sta­wił w nim Kul­czy­ka jako oso­bę, któ­ra dzię­ki swo­im zdol­no­ściom mogła­by zdo­by­wać dla służ­by nie­zmier­nie istot­ne informacje.

Kan­dy­dat walo­ra­mi oso­bi­sty­mi, a mia­no­wi­cie – odpo­wied­nim pozio­mem inte­lek­tu­al­nym, dobrą pre­zen­cją, przed­się­bior­czo­ścią, spry­tem i spo­strze­gaw­czo­ścią gwa­ran­tu­je wyko­na­nie nawet naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych zadań i przed­się­wzięć operacyjnych”

- argu­men­to­wał swo­im zwierzch­ni­kom kpt. Jakubowski.

Oprócz tego wska­zy­wał na duże moż­li­wo­ści ope­ra­cyj­ne kan­dy­da­ta. Świad­czyć o tym mia­ły jego sze­ro­kie zna­jo­mo­ści na tere­nie RFN.

W NRF posia­da dość licz­ną i zamoż­ną rodzi­nę oraz sze­reg zna­jo­mych na eks­po­no­wa­nych sta­no­wi­skach w śro­do­wi­sku han­dlow­ców. Utrzy­mu­je aktu­al­ne kon­tak­ty z przed­sta­wi­cie­la­mi nastę­pu­ją­cych firm nie­miec­kich: Gun­ter Mul­ler – Ber­lin zachod­ni, Hey­ke John – Bre­ma, Lal­ko Ger­mind – Eifel, Scha­efer – Kre­feld, Kre­schus – Ber­lin itp., dość czę­sto zała­twia­jąc dla nich róż­ne spra­wy w Pol­skich Cen­tra­lach Han­dlu Zagra­nicz­ne­go. Fakt posia­da­nia w NRF rodzi­ny i oma­wia­nych kon­tak­tów pozwa­la mu w każ­dej chwi­li wyje­chać do Nie­miec Zachod­nich i wyko­nać zle­co­ne zadania.”

We wnio­sku o zgo­dę na wer­bu­nek kpt. Jaku­bow­ski szcze­gó­ło­wo opi­sał jakie­go typu zada­nia miał­by wyko­ny­wać biznesmen.

Wer­bo­wa­ny będzie [wyko­rzy­sta­ny] do roz­pra­co­wa­nia osób pozo­sta­ją­cych w zain­te­re­so­wa­niu gru­py nie­miec­kiej jako tzw. jed­nost­ka manew­ro­wa z uwa­gi, iż posia­da sze­ro­kie moż­li­wo­ści roz­po­zna­nia inte­re­su­ją­cych nas osób i może być wyko­rzy­sta­ny do róż­nych kom­bi­na­cji operacyjnych”

- wyja­śniał funk­cjo­na­riusz bezpieki.

W rubry­ce spo­sób pozy­ska­nia napisał:

Na naj­bliż­szym spo­tka­niu omó­wio­na zosta­nie z nim sze­ro­ko koniecz­ność udzie­le­nia nam infor­ma­cji i poma­ga­nia w reali­za­cji zadań służ­by bez­pie­czeń­stwa. W zależ­no­ści od sytu­acji zobo­wią­za­ne o współ­pra­cy pobio­rę natych­miast, lub też pozo­sta­wi się tą kwe­stię otwar­tą aż do chwi­li zło­że­nia przez nie­go odno­śne­go doku­men­tu. Po doko­na­niu wer­bun­ku na odby­wa­nych spo­tka­niach przy­stą­pię do szcze­gó­ło­we­go spo­tka­nia w zakre­sie koniecz­nym dla wyko­ny­wa­nia przez nie­go zadań operacyjnych.”

Zwierzch­ni­cy kpt. Jaku­bow­skie­go wyra­zi­li zgo­dę na wer­bu­nek Kul­czy­ka. Mając akcep­ta­cję kie­row­nic­twa przy­stą­pił on więc do działania.

Do spo­tka­nia biz­nes­me­na z kpt. Jaku­bow­skim doszło w loka­lu kon­spi­ra­cyj­nym w Byd­gosz­czy o pseu­do­ni­mie Baj­ka” 18 sierp­nia 1961 r. Ze spra­woz­da­nia funk­cjo­na­riu­sza z prze­pro­wa­dzo­nej roz­mo­wy wyni­ka, że Hen­ryk Kul­czyk bez opo­rów zgo­dził się na pod­ję­cie for­mal­nej współ­pra­cę i zde­cy­do­wał się przy­jąć dobrze mu zna­ny pseu­do­nim – Paweł”.
Taki nosił bowiem pod­czas II Woj­ny Świa­to­wej jako żoł­nierz Armii Krajowej.
Pod­czas sierp­nio­wej roz­mo­wy usta­lo­no rów­nież, że na kolej­nych spo­tka­niach z funk­cjo­na­riu­sza­mi bez­pie­ki biz­nes­men będzie prze­cho­dził prze­szko­le­nie z zasad konspiracji.

Pod­czas sierp­nio­wej roz­mo­wy usta­lo­no rów­nież, że na kolej­nych spo­tka­niach z funk­cjo­na­riu­sza­mi bez­pie­ki biz­nes­men będzie prze­cho­dził prze­szko­le­nie z zasad konspiracji.

Kpt. Jaku­bow­ski, w swo­im rapor­cie dokład­nie opi­sał jak prze­bie­gał wer­bu­nek. rapor­to­wał swo­im zwierzchnikom.

Na zapi­sa­nie tego rodza­ju doku­men­tu wyra­ził zgo­dę z zastrze­że­nia­mi iż o tym abso­lut­nie poza mną nikt nie będzie wie­dział i na spo­tka­nia nie będą przy­cho­dzi­ły oso­by mu obce. Te zastrze­że­nia podyk­to­wa­ne są wzglę­da­mi kon­spi­ra­cji. Uwa­ża, że gdy­by ujaw­nio­no jego powią­za­nia z naszy­mi orga­na­mi, może stra­cić moż­li­wość zarob­ku, gdyż nikt by mu nie wie­rzył, nie zechciał zała­twiać z nim żad­nych transakcji.”

[ILUSTRACJA1 – skan doku­men­tu – Zobo­wią­za­nie do współ­pra­cy – stro­na 1]
[ILUSTRACJA2 – skan doku­men­tu – Ankie­ta Hen­ry­ka Kul­czy­ka – stro­ny 2]

Wyda­je się jed­nak, że pod­pi­sa­nie przez Hen­ry­ka Kul­czy­ka zobo­wią­za­nia do współ­pra­cy SB było prze­my­śla­nym kro­kiem. Jako przed­się­bior­ca bez wspar­cia bez­pie­ki miał­by bowiem w latach 60. poważ­ne pro­ble­my cho­ciaż­by z otrzy­my­wa­niem pasz­por­tu na służ­bo­we wyjaz­du zagraniczne.
Tym bar­dziej do kra­jów zachod­nich takich jak RFN. W tym cza­sie Pol­ska nie utrzy­my­wa­ła sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych z Niem­ca­mi Zachod­ni­mi. Wszel­kie rela­cje gospo­dar­cze w tym cza­sie były ści­śle kon­tro­lo­wa­ne przez PRL-owskie służ­by. Dopie­ro za rzą­dów Edwar­da Gier­ka rela­cje Pol­ski z RFN zaczę­ły się ocieplać.

Mie­siąc po wer­bun­ku, w poło­wie wrze­śnia Kul­czyk zło­żył wnio­sek o zgo­dę na wyjazd do Holan­dii. Pod­czas poby­tu w tym kra­ju pla­no­wał m.in. odwie­dzić miesz­ka­ją­ce­go w Amster­da­mie zna­jo­me­go biz­nes­me­na. Z doku­men­tów SB wyni­ka, że cho­dzi­ło o wła­ści­cie­la fir­my han­dlo­wej Frie­idal M Co von Olsta.

Bez­pie­ka posia­dał wie­dzę, że pol­ski biz­nes­men chce też przy oka­zji wje­chać na teren RFN, odwie­dza­jąc m.in. Ber­lin, Ham­burg, Bre­mę i Bie­le­field. W tym celu – jak wyni­ka z doku­men­tów bez­pie­ki – dr Dombrow­ski miał mu zała­twić w amba­sa­dzie NRF w Hadze wizę wkład­ko­wą na wyjazd do Nie­miec. Dzię­ki temu wizy­ta na tere­nie RFN nie była­by odno­to­wa­na w jego paszporcie.

SB pla­no­wa­ła wyko­rzy­stać nie­ofi­cjal­ną wizy­tę i prze­ka­za­ła biz­nes­me­no­wi listę zadań do wyko­na­nia w trak­cie tej podró­ży. Ocze­ki­wa­no od Kul­czy­ka zebra­nia wszel­kich moż­li­wych danych z dzie­dzi­ny woj­sko­wo­ści. Jed­nak przede wszyst­kim bez­pie­ce zale­ża­ło na infor­ma­cjach doty­czą­cych zna­jo­me­go mu biz­nes­me­na o nazwi­sku Loc­ke. Według służ­by mógł być on bowiem zaan­ga­żo­wa­ny w dzia­łal­ność wywiadowczą.

Ze zdo­by­tych infor­ma­cji przez bez­pie­kę wyni­ka­ło, że Loc­ke jest sze­fem taj­ne­go dzia­łu w jed­nej z nie­miec­kich spół­ek. Nie­ste­ty z doku­men­tów nie wyni­ka, jak nazy­wa­ło się to przed­się­bior­stwo. Jed­nak komór­ka na cze­le któ­rej stał Nie­miec mia­ła pro­wa­dzić oddziel­ną księ­go­wość i finan­se. Oprócz tego zwy­kli pra­cow­ni­cy tej fir­my nie mie­li pra­wa wstę­pu do tych pomiesz­czeń. Ofi­cjal­nie dział ten zaj­mu­je się zawie­ra­niem kon­trak­tów han­dlo­wych z kra­ja­mi blo­ku wschod­nie­go” – czy­ta­my w jed­nym z doku­men­tów SB.

Ofi­cjal­nie zada­nia dla Kul­czy­ka zosta­ły sfor­mu­ło­wa­ne na piśmie w listo­pa­dzie 1961 r. Wła­śnie wte­dy polo­nij­ny biz­nes­men miał się z nimi zapo­znać. Na ostat­niej kart­ce, czte­ro­stro­ni­co­we­go doku­men­tu wid­nie­je pod­pis: przy­ję­to do wia­do­mo­ści Paweł”.
W sumie doku­ment zawie­rał dwa­na­ście punk­tów z wytycz­ny­mi i z prak­tycz­ny­mi rada­mi SB dla Hen­ry­ka Kulczyka.

War­to przy­to­czyć te, w któ­rych bez­pie­ka instru­uje go jak powi­nien się zacho­wać w razie, gdy­by jego oso­bą zain­te­re­so­wa­ły się zachod­nio­nie­miec­kie taj­ne służby:

7. Jeże­li pod­czas pań­skie­go poby­tu w N.R.F. Zaist­nie­je sytu­acja, że ktoś z osób postron­nych będzie się sta­rał z panem roz­ma­wiać pro­szę tych oka­zji nie uni­kać lecz nale­ży się zorien­to­wać w roz­mo­wie kto to jest, co sobą repre­zen­tu­je i jaki jest cel jego roz­mo­wy z panem. Po zorien­to­wa­niu się, że jest to przed­sta­wi­ciel wywia­du N.R.F. Zawar­tą zna­jo­mość pod­trzy­my­wać jed­nak odno­sić się z rezer­wą do sta­wia­nych panu pro­po­zy­cji ewen­tu­al­nej współ­pra­cy. Odpo­wiedz wią­żą­cą t.zn. Wyra­ża­ją­cą zgo­dę na współ­pra­cę udzie­lić dopie­ro po kil­ku dniach, tłu­ma­cząc, że są to za poważ­ne spra­wy aże­by decy­zje podej­mo­wać pochopnie
(…)

9. Jeże­li doj­dzie do roz­mo­wy z pra­cow­ni­ka­mi wywia­du nie­wąt­pli­wie będą oni pytać w jaki spo­sób pan postę­pu­je, że pra­wie co roku uzy­sku­je pan pasz­port na wyjazd za gra­ni­cę. Poszcze­gól­ne wyjaz­dy nale­ży uza­sad­nić w nastę­pu­ją­cy spo­sób: a)W 1959 r. na pod­sta­wie uzy­ska­ne­go zapro­sze­nia od rodzi­ny zło­żył pan doku­men­ty w Kom. Mili­cji w Byd­gosz­czy z proś­bą o zezwo­le­nie na wyjazd w celu odwie­dze­nia rodzi­ny w N.R.F.Po kil­ku mie­sią­cach otrzy­mał pan zgo­dę na wyjazd.

b) dru­gi raz był pan w N.R.F w 1960 r. wyjazd ten nastą­pił w nie­co innych oko­licz­no­ściach a mia­no­wi­cie po otrzy­ma­niu zapro­sze­nia na przy­jazd do wujo­stwa na uro­czy­sto­ści zło­tych godów wsz­czął pan sta­ra­nia o wyjazd. Wie­dząc, że spra­wy wyjaz­du do N.R.F. są ogra­ni­czo­ne radził się zna­jo­mych jak ma postą­pić żeby uzy­skać zgo­dę na wyjazd dowie­dział się pan od zna­jo­mych, że w Biu­rze Pasz­por­to­wym uwzględ­nia­ne są w pew­nym stop­niu wyjaz­dy do N.R.F. osób, któ­re mają tam do zała­twie­nia spra­wy spad­ko­we w związ­ku z tym w kwe­stio­na­riu­szu wpi­sał pan całą rodzi­nę w N.R.F. Z ich nauko­wy­mi tytu­ła­mi – uza­sad­nia­jąc, iż obec­nie chcą te zobo­wią­za­nia spła­cić na tej pod­sta­wie uzy­skał pan zgo­dę na wyjazd.

c) zgo­dę na bie­żą­cy wyjazd uzy­skał pan bez więk­szych trud­no­ści jak z powyż­sze­go wyni­ka wła­dze pol­skie na wyjazd do innych państw widocz­nie nie robią ograniczeń.

10. W roz­mo­wie z pra­cow­ni­ka­mi wywia­du /​jeżeli do takich dojdzie/​może pan się spo­tkać z zarzu­tem iż współ­pra­cu­je pan z wła­dza­mi pol­ski­mi. Na taki zarzut nale­ży zare­ago­wać dość ostro i oświad­czyć, że jeże­li mają do pana tego rodza­ju zastrze­że­nia to nie chce pan z nimi w ogó­le rozmawiać (…)”

SB zada­nio­wa­ła tak­że Kul­czy­ka przed jego wyjaz­dem w 1963 r. do Danii. Pod­czas poby­tu w tym skan­dy­naw­skim kra­ju miał nawią­zać kon­takt z Jerzym Zakro­czym­skim i powo­łu­jąc się na sło­wa jego przy­ja­ciół­ki zasu­ge­ro­wać powrót do kra­ju. SB dokład­nie opi­sa­ła Kul­czy­ko­wi jak powin­na prze­bie­gać rozmowa:

Jest prze­ko­na­na, że bez żad­nych obaw może wró­cić do Pol­ski. W spra­wie tej infor­mo­wa­ła się u czyn­ni­ków mia­ro­daj­nych /​nie wymie­niać jakich/​, któ­re ją zapew­ni­ły, że nie będzie pocią­gnię­ty do odpo­wie­dzial­no­ści kar­nej za uciecz­kę z Pol­ski, a nawet popeł­nio­ne prze­stęp­stwa za gra­ni­cą. Obie­ca­no jej nawet pew­ne popar­cie, gdy zaj­dzie tego potrzeba”.

Nie wia­do­mo jed­nak, czy zada­nie zosta­ło wyko­na­ne, bo nie ma o tym śla­du w zacho­wa­nych w IPN mate­ria­łach bezpieki.
W tym samym doku­men­cie bez­pie­ka chwa­li­ła się już z suk­ce­sów jakie osią­gnę­ła dzię­ki prze­ka­zy­wa­nym przez Hen­ry­ka Kul­czy­ka informacjom.

(…) prze­ka­za­ne przez nie­go dane o szko­dli­wej dzia­łal­no­ści w pol­skim han­dlu zagra­nicz­nym przez Morocz­ni­ka, Grun­ber­ga, Zie­liń­skie­go, Hor­czew­skie­go sta­no­wi­ły pod­sta­wę do ich zwol­nie­nia z pracy.”

Skąd Kul­czyk posia­dał takie infor­ma­cje? Bar­dziej dokład­ne roze­zna­nie przez taj­ne­go współ­pra­cow­ni­ka tego odcin­ka wyni­ka­ło przede wszyst­kim z tego, że oso­bi­ście jest zaan­ga­żo­wa­ny w zawie­ra­niu trans­ak­cji jako sta­ły przed­sta­wi­ciel fir­my han­dlo­wej w Ham­bur­gu.” O czym dokład­nie miał infor­mo­wać? „(…) t.w. wymie­nia, któ­re z osób repre­zen­tu­ją­cych cen­tra­le han­dlu zagra­nicz­ne­go fawo­ry­zu­ją, dla­cze­go i któ­re fir­my zachodnioniemieckie.”

Kul­czyk prze­ka­zy­wał też SB infor­ma­cje na temat rze­ko­mych agen­tów obce­go wywia­du, któ­rych uda­ło mu się odkryć. Jed­nym z nich miał być Ulrich Gro­chall, nie­miec­ki biz­nes­men, naj­praw­do­po­dob­niej kon­ku­rent Kul­czy­ka w interesach.

Sam Gro­chall to jestem w 100% prze­ko­na­ny, że współ­pra­cu­je dla jakie­goś insty­tu­tu, czy dla wywia­du nie­miec­kie­go pod takim czy innym płasz­czy­kiem, dla­te­go, że on kie­dyś pytał się mnie, jak wyglą­da legi­ty­ma­cja Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa, a poza tym w Niem­czech jest trud­no uzy­skać licen­cje na nie­któ­re arty­ku­ły, a on nie ma z tym trud­no­ści. Opo­wia­dał, ze zgło­si­li się do nie­go pano­wie z taj­nej poli­cji, któ­rych rze­ko­mo prze­gnał, ale to były tyl­ko tak dla mnie, aby wyson­do­wać co ja na ten temat powiem.”

Infor­ma­cje o Gro­chol­lu Kul­czyk uzu­peł­nia 24 kwiet­nia 1967 r. Doniósł on SB, że mię­dzy 8 a 10 kwiet­nia prze­by­wał w biu­rze nie­miec­kie­go biznesmena.

(…) zwie­rzył się mu, że został ponow­nie odwie­dzo­ny przez pra­cow­ni­ków wywia­du, któ­rzy poin­for­mo­wa­li go, że kup­cy wyjeż­dża­ją­cy w spra­wach han­dlo­wych do NRD wcho­dzą tam w poro­zu­mie­nie z oby­wa­te­la­mi NRD i w zamian za atrak­cyj­ne umo­wy wyko­rzy­sty­wa­ni są do okre­ślo­nych celów prze­ciw­ko NRF.”

Kolej­ną notat­kę na temat Gro­chal­la Kul­czyk prze­ka­zał 9 wrze­śnia 1969 r.

(…) dotych­czas Gro­chall dosko­na­le pro­spe­ro­wał, gdyż według mnie udzie­la­li mu pomo­cy finan­so­wej okre­ślo­ne związ­ki prze­sie­dleń­ców czy nawet wywiad, któ­re­mu on na pew­no obie­cał reali­zo­wać zada­nia. Widocz­nie z tego się nie wywią­zał i pomoc ta zosta­ła mu cof­nię­ta. Stąd też obec­ne kło­po­ty finan­so­we. Moim zda­niem to Gro­chall albo nie wywią­zał się z zadań, względ­nie też prze­ka­zy­wał infor­ma­cje mało war­to­ścio­we i zna­ne już wywia­do­wi – dla­te­go zerwa­li z nim współpracę (…).”

Kul­czyk ostrze­gał przed fir­mą Gro­chal­la tak­że cen­tra­le han­dlu zagranicznego.

(…) ostrzegł Pro­di­mex, aże­by nie dawa­no towa­ru na kre­dyt dla fir­my Gro­chol, któ­ra zban­kru­to­wa­ła, a jej wła­ści­ciel chciał nacią­gnąć stro­nę pol­ską na duże straty”

- czy­ta­my w jed­nym z doku­men­tów bezpieki.

Czy było to nisz­cze­nie z zim­ną krwią dzię­ki rela­cja SB kon­ku­ren­cji? Czy fak­tycz­nie tro­ska o dobro kraju?
Ppłk M. Nabia­łek, star­szy inspek­tor Wydzia­łu III Depar­ta­men­tu II MSW czte­ro­krot­nie spo­tkał się w 1970 r. służ­bo­wo z Kulczykiem.

Spo­tka­nia, któ­re odby­łem poświę­ci­łem głów­nie na uwa­gi pod adre­sem Paw­ła’ zwią­za­ne z prze­ka­za­ny­mi przez nie­go infor­ma­cja­mi. W spo­sób bar­dzo sta­now­czy wyka­za­łem mu, że jego moż­li­wo­ści są o wie­le więk­sze, że współ­pra­cę z nami trak­tu­je mar­gi­ne­so­wo i w wygod­ny dla sie­bie spo­sób. (…) W roz­mo­wie jest bar­dzo prze­ko­ny­wa­ją­cy. Jestem jed­nak zda­nia, że infor­mu­je nas tyl­ko o spra­wach, któ­re w niczym nie naru­sza­ją jego inte­re­sów pry­wat­nych. (…) Nasze zada­nia nie sta­no­wią dla nie­go żad­ne­go ryzy­ka. Po pro­stu o czym się dowie i jeże­li chce to nas o tym poin­for­mu­je. Nie widać też moż­li­wo­ści pod­sta­wie­nia go wywia­do­wi zachodnioniemieckiemu.”

Co kry­ło się w archi­wum Pożogi?

War­to przyj­rzeć się bli­żej nie­któ­rym funk­cjo­na­riu­szom bez­pie­ki, któ­rzy utrzy­my­wa­li kon­takt z Kul­czy­kiem. Nie­wąt­pli­wie naj­waż­niej­szą oso­bą w tym gro­nie, któ­ra zro­bi­ła w SB zawrot­ną karie­rę był póź­niej awan­so­wa­ny na gene­ra­ła dywi­zji Wła­dy­sław Pożo­ga. To była obok Kisz­cza­ka jed­na z naj­waż­niej­szych osób mają­cych wpływ na dzia­łal­ność bezpieki.

Zresz­tą od począt­ku lat 80. był on sze­fem zarów­no wywia­du, jak i kontr­wy­wia­du. Posia­dał więc dostęp do naj­więk­szych tajem­nic PRL oraz znał praw­dzi­we dro­gi do karie­ry naj­bar­dziej wpły­wo­wych osób III RP. Nie tyl­ko biz­nes­me­nów, ale tak­że poli­ty­ków, dzien­ni­ka­rzy, dyplo­ma­tów. War­to więc bli­żej przed­sta­wić jego syl­wet­kę jed­ne­go z naj­bar­dziej wpły­wo­wych ludzi PRL-owskich służb.

W archi­wum IPN zacho­wał się jego życio­rys napi­sa­ny 6 lip­ca 1945 r. , gdy Pożo­ga ubie­gał się o przy­ję­cie do Woje­wódz­kie­go Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa Publicz­ne­go w Rzeszowie:

Uro­dzi­łem się dnia 1.8.1923 r. w Sier­ża­wach gmi­ny Tar­czek pow. iłżec­ki [ówcze­sne woje­wódz­two kie­lec­kie – aut.] Po skoń­cze­niu ośmiu lat życia uczęsz­cza­łem do miej­sco­wej szko­ły w Sier­ża­wach. W roku 1936 uczęsz­cza­łem do pią­te­go oddzia­łu szko­ły powszech­nej w Świę­to­masz­czy. Po skoń­cze­niu szko­ły powszech­nej w Świę­to­masz­czy w 1939 r zło­ży­łem egza­min do szko­ły zawo­do­wej w Sta­ra­cho­wi­cach, Z powo­du wybu­chu woj­ny do szko­ły nie uczęsz­cza­łem tyl­ko prze­by­wa­łem u ojca we wsi Sierżawy.
W roku 1941 wyje­cha­łem do kuzy­nów do War­sza­wy i tam uczęsz­cza­łem do pierw­szej kla­sy gim­na­zjum. Z powo­du wiel­kich łapa­nek zmu­szo­ny byłem powró­cić do wsi Sier­ża­wy i pra­co­wa­łem w Spół­dziel­ni Pra­ca’ w Sier­ża­wach jako zastęp­ca sklepowego.
W stycz­niu 1944 r. peł­ni­łem obo­wiąz­ki buchal­te­ra w Spół­dziel­ni spo­żyw­czej Pra­ca’ w Sier­ża­wach a zara­zem byłem zakon­spi­ro­wa­ny w orga­ni­za­cji nie­pod­le­gło­ścio­wej PPR. Od m‑ca lute­go 1944 r. w regio­nie peł­ni­łem obo­wiąz­ki taj­ne­go wywiadowcy.
(…) od dnia 1.III.1945 r. do dnia 27.VI.1945 r. peł­ni­łem obo­wiąz­ki refe­ren­ta rol­ne­go w gmi­nie Tar­czek, a zara­zem pra­co­wa­łem jako pierw­szy sekre­tarz komi­te­tu gmin­ne­go PPR w gmi­nie Tarczek.”

Pożo­ga pocho­dził z rodzi­ny rol­ni­czej. Jego ojciec Sta­ni­sław i mat­ka Maria posia­da­li 9 hek­ta­rów zie­mi. Miał trzech bra­ci – Sta­ni­sła­wa (ur. 1914 r), Paw­ła (ur. 1917 r.) i Hen­ry­ka (ur. 1925 r.). Swo­ją dzia­łal­ność poli­tycz­ną roz­po­czął w Pol­skiej Par­tii Robot­ni­czej w stycz­niu 1944 r. Nada­no mu wów­czas pseu­do­nim Weso­ły”. Słu­żył w oddzia­le Łokiet­ka” wcho­dzą­cej w skład pierw­szej bry­ga­dy zie­mi kie­lec­kiej dzia­ła­ją­cej w miej­sco­wo­ści Gosto­wa woj kieleckie.

W związ­ku z pro­wa­dzo­ną dzia­łal­no­ścią w czerw­cu 1945 r.

wra­ca­jąc do domu został napad­nię­ty przez reak­cjo­ni­stów, moc­no pobi­ty i postrze­lo­ny w nogę, a następ­ne­go dnia reak­cjo­ni­ści napa­dli na jego dom, pobi­li i obra­bo­wa­li ojca”.

7 lip­ca 1945 r. pod­pi­sał zobo­wią­za­nie jako współ­pra­cow­nik Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Publicz­ne­go, ślu­bo­wa­nie zło­żył z kolei 17 stycz­nia 1946 r.
4 czerw­ca 1949 r. oże­nił się z Anną z d. Szum­ską. Wcze­śniej zgo­dy na ślub udzie­li­ło mu MBP.

W jed­nym z wnio­sków o awans na wyż­sze sta­no­wi­sko moż­na prze­czy­tać o wzo­ro­wej posta­wie ide­olo­gicz­no-poli­tycz­nej Pożogi:

Potra­fi słusz­nie oce­niać spra­wy kie­ru­jąc się w pra­cy roz­sąd­kiem i linią wytycz­na Par­tii. Zdol­ny, pra­co­wi­ty, cał­ko­wi­cie odda­ny dla Pol­ski Ludo­wej. Swo­imi doświad­cze­nia­mi dzie­li się z pra­cow­ni­ka­mi tamt. Wydzia­łu [Wydział ds. Funk­cjo­na­riu­szy WUBP w Rze­szo­wie – aut.] oraz słu­ży im radą. Cie­szy się auto­ry­te­tem i powa­ża­niem wśród pra­cow­ni­ków urzę­du. Poli­tycz­nie wyro­bio­ny, bie­rze aktyw­ny udział w życiu spo­łecz­nym i par­tyj­nym przy tut. Urzę­dzie. Zastrze­żeń natu­ry poli­tycz­nej nie budzi.”

W innym doku­men­cie z mar­ca 1951 r. może­my prze­czy­tać o Pożodze:

O śred­nim pozio­mie inte­lek­tu­al­nym, dokształ­ca się w szko­le śred­niej, jest uczci­wym, praw­do­mów­nym, nało­gów ani też wad nie zauwa­żo­no. W życiu pry­wat­nym pro­wa­dzi się należycie.”

Z kolei z cha­rak­te­ry­sty­ki spo­rzą­dzo­nej dwa lata temu opi­sa­no jego sto­su­nek do Kościo­ła: Sto­su­nek do kle­ru i wie­rzeń nega­tyw­ny /​wg słów na zebra­niach par­tyj­nych i codzien­nej rozmowy/.”

Nie­ste­ty, w tecz­ce Pożo­gi zacho­wa­nej w IPN ostat­ni doku­ment nosi datę 1956 r. Wia­do­mo jed­nak, że bar­dzo szyb­ko piął się on po szcze­blach karie­ry naj­pierw w Byd­gosz­czy, a potem w Gdańsku.

Na począt­ku 1973 r. prze­pro­wa­dził się z Trój­mia­sta do War­sza­wy – naj­pierw został wice­dy­rek­to­ra Depar­ta­men­tu II MSW (kontr­wy­wia­du), a po kil­ku mie­sią­cach sta­nął na jego cze­le. Awans ten Pożo­ga miał zawdzię­czać wspar­ciu m.in. Sta­ni­sła­wo­wi Kani w latach 198081 I sekre­ta­rzo­wi KC PZPR.

Mar­ce­li Wie­czo­rek, były ofi­cer wywia­du PRL tak prze­ka­zy­wał jed­no z resor­to­wych spo­tkań, któ­re odby­ło się nie­dłu­go po obję­ciu w lip­cu 1981 r. przez Cze­sła­wa Kisz­cza­ka sta­no­wi­ska sze­fa MSW:

Byłem świad­kiem – opo­wia­da – spo­tka­nia na resor­to­wym szczy­cie, już po obję­ciu sta­no­wi­ska mini­stra przez Cz. Kisz­cza­ka. Gen. Jaru­zel­ski wysłu­chi­wał refe­ra­tów kie­row­ni­ków poszcze­gól­nych pio­nów. Jako pierw­szy wystą­pił dyrek­tor Depar­ta­men­tu I, gen. Sło­wi­kow­ski. Co by o nim złe­go nie powie­dzieć, to nale­ży przy­znać, że w cza­sie refe­ro­wa­nia spraw facho­wych, zwią­za­nych z pra­cą depar­ta­men­tu, wypadł bar­dzo dobrze. Był kom­pe­tent­ny, dobrze zna­ją­cy pro­wa­dzo­ne spra­wy, wła­da­ją­cy czy­stą pol­sz­czy­zną, potra­fią­cy z miej­sca odpo­wie­dzieć na naj­trud­niej­sze pytania.

Następ­nie, zgod­nie z nume­ra­cją depar­ta­men­tów głos zabrał Wła­dy­sław Pożo­ga. Zaczął jak świe­żo mia­no­wa­ny kapral prze­ma­wia­ją­cy do rekru­tów. Języ­kiem, któ­rym posłu­gi­wa­li się resor­to­we koł­ki. Słu­cha­cze nie mogli zro­zu­mieć nie tyl­ko myśli refe­ru­ją­ce­go, bo ich w refe­ra­cie nie było, ale nawet poszcze­gól­nych słów. Mini­ster opu­ścił łeb ze wsty­du, Sło­wi­kow­ski uśmie­chał się iro­nicz­nie, tyl­ko Woj­ciech Jaru­zel­ski nie dawał nicze­go po sobie poznać.”

Zdol­no­ści inte­lek­tu­al­ne Pożo­gi, któ­re już na wcze­snym eta­pie jego służ­by w bez­pie­ce nie były naj­wy­żej oce­nia­ne, nie prze­szka­dza­ły mu jed­nak w robie­niu karie­ry. Tuż po tym kom­pro­mi­tu­ją­cym wystą­pie­niu został sze­fem Służ­by Wywia­du i Kontr­wy­wia­du, a następ­nie otrzy­mał sta­no­wi­sko I zastęp­cy sze­fa MSW.

Według Zbi­gnie­wa Sie­miąt­kow­skie­go, byłe­go poli­ty­ka SLD, ostat­nie­go sze­fa Urzę­du Ochro­ny Pań­stwa, a po jego likwi­da­cji sto­ją­ce­go na cze­le Agen­cji Wywia­du, Pożo­ga wraz z gen. Kisz­cza­kiem mie­li mono­pol na kon­tak­ty z wywia­dem. Dla­te­go też Pożo­ga pod koniec 1984 r., jako wice­mi­ni­ster spraw wewnętrz­nych nad­zo­ru­ją­cy wywiad, sta­rał się odci­nać od spraw ope­ra­cyj­nych nowo powo­ła­ne­go z nada­nia gen. Woj­cie­cha Jaru­zel­skie­go wice­sze­fa MSW – Andrze­ja Gdulę.

Zresz­tą ten były I sekre­tarz Komi­te­tu Woje­wódz­kie­go PZPR w Biel­sko-Bia­łej, był jed­nym z naj­bar­dziej zaufa­nych ludzi pre­zy­den­ta Alek­san­dra Kwaśniewskiego.

Zdję­cie rodzin­ne”

Cze­sław Kisz­czak, lew salo­no­wy w swo­im żywio­le z czwar­tą wła­dzą (jej lwią częścią).
Zdję­cie pocho­dzi z Twittera.

Kiszczak i reszta

Komu prze­szka­dza IPN w Katowicach?

Wła­ści­wie nie powin­na mnie dzi­wić ani reto­ry­ka, ani spoj­rze­nie na pol­ską histo­rię i Insty­tut Pamię­ci Naro­do­wej, pre­zen­to­wa­ne na łamach Dzien­ni­ka Zachod­nie­go. To cza­so­pi­smo jest wyda­wa­ne przez Pol­ska­pres­se, któ­ra jest z kolei czę­ścią nie­miec­kie­go kon­cer­nu medial­ne­go Ver­lags­grup­pe Pas­sau. To widać i czuć na łamach.

Chy­ba żad­na z dymi­sji nie wzbu­dzi­ła ostat­nio w Kato­wi­cach i regio­nie takich emo­cji, jak odwo­ła­nie dyrek­to­ra kato­wic­kie­go Oddzia­łu Insty­tu­tu Pamię­ci Naro­do­wej Andrze­ja Dro­go­nia. Suwe­ren­na decy­zja pre­ze­sa IPN sta­ła się pożyw­ką dla roz­ma­itych spe­ku­la­cji i – co czę­ste w przy­pad­ku, kie­dy mowa jest o tej insty­tu­cji – dała asumpt prze­ciw­ni­kom ist­nie­nia Insty­tu­tu. Nawia­sem mówiąc tak­że dr Dro­goń przy­czy­nił się tro­chę do wywo­ła­nia szu­mu medial­ne­go wokół jego zwol­nie­nia, udzie­la­jąc na pra­wo i lewo wywiadów.

W pią­tek, 4 lip­ca na łamach regio­nal­nej gaze­ty Pol­ska Dzien­nik Zachod­ni”, podob­no jed­ne­go z naj­po­czyt­niej­szych (nie nale­ży tego mylić z opi­nio­twór­czo­ścią) dzien­ni­ków w woje­wódz­twie ślą­skim wyda­wa­ne­go przez spół­kę Pol­ska­pres­se (spół­ka-cór­ka nie­miec­kie­go kon­cer­nu Ver­lags­grup­pe Pas­sa­au), uka­zał się arty­kuł pió­ra Tere­sy Semik pod zaska­ku­ją­cym tytu­łem Czy IPN słu­ży jesz­cze demokracji?”

Autor­ka, któ­ra w innych swo­ich tek­stach oscy­lu­je pomię­dzy sza­cun­kiem dla ofiar pacy­fi­ka­cji ślą­skich kopalń w grud­niu 1981 r., a admi­ra­cją dla komu­ni­stycz­ne­go woje­wo­dy Jerze­go Zięt­ka, tym razem uzna­ła, że Oddział IPN w Kato­wi­cach zasłu­gu­je na suro­wą oce­nę i nie omiesz­ka­ła dopu­ścić do gło­su jego krytyków.

Już lead, czy­li pierw­szy aka­pit arty­ku­łu, wpro­wa­dza­ją­cy w zagad­nie­nie, poda­ją­cy w skró­cie naj­istot­niej­sze infor­ma­cje, a czę­sto tak­że i kon­klu­zje, zawie­ra zda­nie z wypo­wie­dzi posła SLD Zbysz­ka Zabo­row­skie­go, któ­ry w tonie cha­rak­te­ry­stycz­nym dla człon­ków tej for­ma­cji bez­ce­re­mo­nial­nie orze­ka: To Insty­tut Pro­pa­go­wa­nia Nie­na­wi­ści, powi­nien być zlikwidowany”. 

Trud­no zresz­tą wyma­gać od posła Zabo­row­skie­go, pry­wat­nie skąd­inąd inte­li­gent­ne­go czło­wie­ka, sym­pa­tii do IPN. Co rusz jakiś jego zna­jo­my oka­zu­je się kłam­cą lustra­cyj­nym lub jego agen­tu­ral­na prze­szłość zosta­ła ujaw­nio­na przez histo­ry­ków czy pro­ku­ra­to­rów IPN.

Moż­na jedy­nie żało­wać, że pani Semik nie poku­si­ła się, by się­gnąć głę­biej do życio­ry­su czło­wie­ka, któ­re­mu tak chęt­nie udzie­li­ła gło­su. Może sta­ra się być dobrze wycho­wa­na, i brzy­dzi się wery­fi­ka­cją życio­ry­sów cyto­wa­nych autorytetów?

Przy­wią­za­ny do legi­ty­ma­cji PZPR

Zby­szek (a w zasa­dzie Zbi­gniew) Zabo­row­ski zbyt wie­le zawdzię­cza sys­te­mo­wi komu­ni­stycz­ne­mu, by być jego kry­ty­kiem, tak w prze­szło­ści, jak i obec­nie. W latach 19771982 prze­wod­ni­czył Socja­li­stycz­ne­mu Związ­ko­wi Stu­den­tów Pol­skich na Uni­wer­sy­te­cie Ślą­skim. Kie­dy w 1980 r. powsta­wa­ło Nie­za­leż­ne Zrze­sze­nie Stu­den­tów, był już człon­kiem PZPR.

Nie rzu­cił legi­ty­ma­cją par­tyj­ną, gdy bez­par­tyj­ny prof. August Cheł­kow­ski został we wrze­śniu 1981 r. rek­to­rem uczel­ni, ani też kie­dy czte­ry mie­sią­ce póź­niej ten­że Cheł­kow­ski został inter­no­wa­ny, a w Kato­wi­cach na kopal­ni Wujek” doszło do masa­kry gór­ni­ków straj­ku­ją­cych w pro­te­ście prze­ciw ogło­sze­niu sta­nu wojennego.

Zabo­row­ski być może wie­dział, że zgod­nie z wytycz­ny­mi Komi­te­tu Woje­wódz­kie­go PZPR karie­rę na Wydzia­le Nauk Spo­łecz­nych po wpro­wa­dze­niu sta­nu wojen­ne­go mogli kon­ty­nu­ować wyłącz­nie zaufa­ni towa­rzy­sze”. Kie­dy w 1982 r. z uczel­ni zwal­nia­no ele­ment reak­cyj­ny i kle­ry­kal­ny”, Zabo­row­ski został pra­cow­ni­kiem nauko­wo-dydak­tycz­nym . Par­tii pozo­stał wier­ny do końca.

Nie poże­gnał się z nią nawet po wybo­rach czerw­co­wych, latem 1989 r. kie­dy to uczel­nia­na orga­ni­za­cja PZPR stra­ci­ła więk­szość swo­ich człon­ków. On prze­ciw­nie – dora­biał na eta­cie w Wydzia­le Nauki, Edu­ka­cji i Kul­tu­ry Komi­te­tu Woje­wódz­kie­go PZPR w Kato­wi­cach. Był jed­nym z lide­rów Ruchu 8 Lip­ca” na Gór­nym Ślą­sku, frak­cji w łonie par­tii komu­ni­stycz­nej, powsta­łej z ini­cja­ty­wy libe­ral­nej” czę­ści człon­ków PZPR po klę­sce wybor­czej w czerw­cu 1989 r. Zaan­ga­żo­wa­ny w budo­wę par­tii post­ko­mu­ni­stycz­nej w 1990 r. został sekre­ta­rzem Woje­wódz­kie­go Komi­te­tu Wyko­naw­cze­go SdRP w Kato­wi­cach, co już w wol­nej Pol­sce otwo­rzy­ło dro­gę dal­szej kariery.

Zabo­row­ski obra­ża histo­ry­ków z IPN, mówiąc, że Histo­rią naj­now­szą powin­ni zająć się poważ­ni histo­ry­cy, a nie z zacią­gu PiS-owskie­go” i oskar­ża­jąc Insty­tut o zbyt­nie upo­li­tycz­nie­nie. Wypo­wia­da te sło­wa czło­wiek, któ­ry w latach osiem­dzie­sią­tych był pra­cow­ni­kiem Zakła­du Mię­dzy­na­ro­do­wych Sto­sun­ków Poli­tycz­nych XX wie­ku na Uni­wer­sy­te­cie Ślą­skim, gdzie bada­nia pro­wa­dzo­no w opar­ciu o mark­si­stow­ską meto­do­lo­gię i wytycz­ne pły­ną­ce z takich pla­có­wek jak Aka­de­mia Nauk Spo­łecz­nych przy KC PZPR.

Żaden z histo­ry­ków zatrud­nio­nych w kato­wic­kim IPN nie jest – i w momen­cie przyj­mo­wa­nia do pra­cy nie był – człon­kiem jakie­kol­wiek par­tii poli­tycz­nej. Zarzut o upo­li­tycz­nie­nie w ustach czło­wie­ka, któ­ry w okre­sie kie­dy parał się pra­cą nauko­wą był człon­kiem par­tii komu­ni­stycz­nej, to nie tyl­ko smut­ny żart, ale brak inte­lek­tu­al­nej (?) uczci­wo­ści ze stro­ny autor­ki arty­ku­łu, któ­ra powin­na zadać sobie wię­cej tru­du w pozna­niu ście­żek karie­ry swo­je­go rozmówcy.

Bada­niem naj­now­szej histo­rii Pol­ski powin­ni się zająć poważ­ni histo­ry­cy, a nie pro­pa­gan­dy­ści. Na wszyst­kich uni­wer­sy­te­tach mamy insty­tu­ty histo­rii, mamy Pol­ską Aka­de­mię Nauk” – po raz kolej­ny obra­ża histo­ry­ków zatrud­nio­nych w IPN Zabo­row­ski, co znów skrzęt­nie i bez­re­flek­syj­nie przy­ta­cza dzien­ni­kar­ka Dzien­ni­ka Zachodniego”.

War­to w tym miej­scu przy­po­mnieć, że więk­szość pra­cow­ni­ków Biu­ra Edu­ka­cji Publicz­nej IPN w Kato­wi­cach posia­da sto­pień nauko­wy dok­to­ra nauk huma­ni­stycz­nych w dzie­dzi­nie histo­rii, któ­ry nada­wa­ny jest wyłącz­nie przez wydzia­ły szkół wyż­szych i nie­któ­re pla­ców­ki nauko­we, w dro­dze prze­wo­du dok­tor­skie­go tyl­ko tej oso­bie, któ­ra, zda­ła egza­mi­ny dok­tor­skie i obro­ni­ła roz­pra­wę doktorską.

Sko­ro – zda­niem posła Zabo­row­skie­go – posia­da­cze takie­go tytu­łu nie są poważ­ny­mi histo­ry­ka­mi”, a pro­pa­gan­dy­sta­mi, to powi­nien mieć pre­ten­sje do tych uczel­ni, któ­re potwier­dzi­ły ich obec­ność w świe­cie nauki pol­skiej. To wła­śnie powy­żej przy­to­czo­ne wypo­wie­dzi posła Zabo­row­skie­go, a nie publi­ka­cje pra­cow­ni­ków kato­wic­kie­go IPN, są przy­kła­dem nie­uczci­wej poli­tycz­nej pro­pa­gan­dy, upra­wia­nej na prze­kór oczy­wi­stym faktom.

Pra­ce nauko­we histo­ry­ków Insty­tu­tu powin­ny być i są oce­nia­ne przez innych naukow­ców, spe­cja­li­stów w danej dzie­dzi­nie i to na ich recen­zjach, a nie wynu­rze­niach post­ko­mu­ni­stycz­ne­go poli­ty­ka, powin­na oprzeć się Tere­sa Semik. Wyma­ga­ło­by to jed­nak być może wie­lo­go­dzin­nej wizy­ty w biblio­te­ce, cze­go nie moż­na powie­dzieć o roz­mo­wie z posłem, do któ­rej wystar­czy odro­bi­na chę­ci i życz­li­wie prze­ka­za­ny numer telefonu.

Pro­fe­sor wie pra­wie wszystko

Dru­gi z jej roz­mów­ców, histo­ryk z Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go prof. Zyg­munt Woź­nicz­ka, czę­ścio­wo sta­je po stro­nie IPN, choć nie brak i w tym przy­pad­ku bez­pod­staw­ne­go przy­ty­ku, że (cytat): Publi­ka­cje IPN czę­sto nie są kon­fron­to­wa­ne z inny­mi źró­dła­mi i wie­le jest ska­żo­nych wyłącz­nie esbec­kim spoj­rze­niem”. Tro­chę to dziw­ne podej­ście bio­rąc pod uwa­gę, że pro­fe­sor był w 2010 r. człon­kiem Spo­łecz­ne­go Komi­te­tu Popar­cia Jaro­sła­wa Kaczyńskiego.

Moż­na tyl­ko żało­wać, że było nie było habi­li­to­wa­ny pra­cow­nik nauki nie zadał sobie tru­du, by dokład­nie przej­rzeć mono­gra­fie i arty­ku­ły histo­ry­ków z kato­wic­kie­go Oddzia­łu Insty­tu­tu, cho­ciaż­by takich auto­rów jak dr Adam Dziu­ba, dr Bogu­sław Tracz czy Seba­stian Rosen­baum, któ­rzy pisząc o upad­ku sys­te­mu komu­ni­stycz­ne­go, straj­kach w 1988 r. czy wybo­rach w 1989 r. opie­ra­li się na wyni­kach kwe­rend archi­wal­nych zarów­no w IPN, jak i w Archi­wum Pań­stwo­wym w Kato­wi­cach, Archi­wum Akt Nowych w War­sza­wie, innych archi­wach lokal­nych oraz prasie.

Podob­nie fun­da­men­tal­ne opra­co­wa­nia o sto­sun­ku władz pań­stwo­wych do kościo­ła kato­lic­kie­go dr Łucji Marek i dr hab. Ada­ma Dziu­ro­ka, rów­nież opar­te na sze­ro­kiej kwe­ren­dzie źró­dło­wej. Twier­dze­nie, że ich pra­ce zosta­ły ska­żo­ne wyłącz­nie esbec­kim spoj­rze­niem”, mija się z praw­dą czy­li jest zwy­czaj­nym kłam­stwem, co Tere­sa Semik powin­na wychwy­cić kon­stru­ując swój tekst, a nie opie­rać się na auto­ry­te­cie prof. Woź­nicz­ki, nota bene nie cie­szą­ce­go się w śro­do­wi­sku zawo­do­wych histo­ry­ków szcze­gól­ną atencją.

Wszyst­ko wska­zu­je na to, że autor­ka rów­nież nie zapo­zna­ła się publi­ka­cja­mi pra­cow­ni­ków refe­ra­tu nauko­we­go Biu­ra Edu­ka­cji Publicz­nej IPN w Kato­wi­cach, a szko­da. Woź­nicz­ka ma zresz­tą pra­wo nie lubić Insty­tu­tu Pamię­ci Naro­do­wej. Podob­nie jak więk­szość kato­wic­kich histo­ry­ków z jego poko­le­nia oddał w swo­im cza­sie try­but socja­li­stycz­nej huma­ni­sty­ce, pisząc dyser­ta­cję dok­tor­ską o Ruchu Obroń­ców Poko­ju w Pol­sce w latach 19481974, któ­rą obro­nił w 1984 r.

Pro­mo­to­rem pra­cy dok­tor­skiej Z. Woź­nicz­ki był towa­rzysz Andrzej Wer­blan, któ­ry oprócz zaj­mo­wa­nia kate­dry pro­fe­sor­skiej na , był rów­nież redak­to­rem naczel­nym komu­ni­stycz­ne­go pisma ide­olo­gicz­ne­go Nowe Dro­gi” i dyrek­to­rem Insty­tu­tu Pod­sta­wo­wych Pro­ble­mów Mark­si­zmu-Leni­ni­zmu Komi­te­tu Cen­tral­ne­go PZPR.

W wol­nej Pol­sce Zyg­munt Woź­nicz­ka porzu­cił swo­je nie­daw­ne pasje badaw­cze i jako jeden z pierw­szych w kato­wic­kim śro­do­wi­sku nauko­wym poświę­cił się odkry­wa­niu tzw. bia­łych plam. Chwa­ła mu za to.

Jed­nak wyda­na prze­zeń w 1992 r. mono­gra­fia Zrze­sze­nia Wol­ność i Nie­za­wi­słość” zosta­ła kry­tycz­nie przy­ję­ta przez część recen­zen­tów, któ­rzy zarzu­ci­li mu m.in. popeł­nie­nie pla­gia­tu z arty­ku­łu Janu­sza Kur­ty­ki oraz nie­pu­bli­ko­wa­nej roz­pra­wy dok­tor­skiej Toma­sza Honkisza.

Dobry histo­ryk to pokor­ny historyk

Nale­ży oddać uczci­wość, że autor­ka arty­ku­łu dopusz­cza do gło­su histo­ry­ków bro­nią­cych dorob­ku IPN – dr Andrze­ja Krzy­sty­nia­ka i dr Jac­ka Kur­ka. Sęk w tym, że pierw­szy z nich nie ma jesz­cze znacz­niej­sze­go dorob­ku nauko­we­go, a dru­gi nie zaj­mo­wał się w swo­ich bada­niach sys­te­ma­mi tota­li­tar­ny­mi i dzie­ja­mi PRL. Ten ostat­ni znów nie­po­trzeb­nie powta­rza jak man­trę argu­ment o upo­li­tycz­nie­niu IPN.

Bada­cze dzie­jów naj­now­szych zwią­za­ni z Uni­wer­sy­te­tem Ślą­skim w Kato­wi­cach bez wąt­pie­nia mają pro­blem z kato­wic­kim Oddzia­łem IPN. Z jed­nej stro­ny uczci­wość inte­lek­tu­al­na nie pozwa­la im potę­pić w czam­buł czy przejść obo­jęt­nie obok dorob­ku nauko­we­go pra­cow­ni­ków Insty­tu­tu, z dru­giej zaś więk­szość z nich ma za sobą heglow­skie uką­sze­nie”, o któ­rym dziś nie­chęt­nie wspo­mi­na­ją w swo­ich ofi­cjal­nych życiorysach.

Rów­nież doro­bek nauko­wy i ilość publi­ka­cji poświę­co­nych histo­rii naj­now­szej po 1945 r., zwłasz­cza dzie­jom PRL, któ­re wyszły spod pió­ra histo­ry­ków z Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go są wię­cej niż skrom­ne. Co praw­da kie­dy w 1992 r. reor­ga­ni­zo­wa­no struk­tu­rę Insty­tu­tu Histo­rii powstał Zakład Histo­rii Naj­now­szej po 1945 roku, jed­nak do 2012 r. jego sze­fem był Andrzej Topol, autor m.in. wyjąt­ko­wo zide­olo­gi­zo­wa­ne­go skryp­tu Głów­ne pro­ble­my roz­wo­ju poli­tycz­ne­go Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Ludo­wej”, któ­ry od 1979 r. sta­no­wił dla stu­den­tów pod­sta­wę mate­ria­łu do egza­mi­nów z histo­rii powo­jen­nej Pol­ski na histo­rii i naukach politycznych.

Z róż­nych wzglę­dów prof. Topol nie był zapew­ne zain­te­re­so­wa­ny, by w jego zakła­dzie były pro­wa­dzo­ne jakieś sze­ro­ko zakro­jo­ne bada­nia nad regio­nem w cza­sach PRL. Być może klu­czem do całe­go pro­ble­mu lokal­nych, kato­wic­kich elit z Insty­tu­tem, jak i w ogó­le z sze­ro­ko poję­tą deko­mu­ni­za­cją, jest wła­śnie ich oso­bi­ste – zawo­do­we i towa­rzy­skie – uwi­kła­nie w tam­ten system?

Redak­tor­ka – księgowa

Tere­sa Semik nie omiesz­ka­ła wyto­czyć dział prze­ciw­ko IPN w posta­ci argu­men­tów finan­so­wych. Sza­fu­je licz­ba­mi, chcąc udo­wod­nić, że Insty­tut pochła­nia zbyt dużo środ­ków, a mię­dzy wier­sza­mi moż­na wyczy­tać, że są to w zasa­dzie pie­nią­dze zmar­no­wa­ne. Zaraz potem znów przy­wo­łu­je Zbysz­ka Zabo­row­skie­go, któ­ry prze­ko­nu­je expres­sis ver­bis, że IPN nie słu­ży demo­kra­cji”.

Na szczę­ście jest to pry­wat­ne zda­nie pana posła, któ­ry widać ma inne poję­cie demo­kra­cji, niż to przyj­mo­wa­ne w świe­cie zachod­niej kul­tu­ry poli­tycz­nej. Być może bliż­sza jest mu wciąż demo­kra­cja ludo­wa” albo demo­kra­cja typu leni­now­skie­go” z jej cen­tra­li­zmem demo­kra­tycz­nym i rze­ko­mym ludowładztwem?

Nie wia­do­mo, dla­cze­go dr Krzy­sty­niak, uwa­ża, że ofen­sy­wa praw­dy w ostat­nich latach znacz­nie jed­nak stra­ci­ła impet”, a Insty­tut stał się zbyt her­me­tycz­ny”. Ilość ksią­żek i ini­cja­tyw podej­mo­wa­nych tyl­ko w cią­gu ubie­głych dwóch-trzech lat prze­czy tym twier­dze­niom. Oddział IPN w Kato­wi­cach jako jedy­ny w Pol­sce wyda­je od dwóch lat wła­sne cza­so­pi­smo poświę­co­ne histo­rii regio­nu w XX wieku.

Cza­sy­pi­smo” to boga­to ilu­stro­wa­ne i nowo­cze­śnie poskła­da­ne zdą­ży­ło już zdo­być popu­lar­ność i zaufa­nie licz­nych czy­tel­ni­ków. Każ­de­go roku z ini­cja­ty­wy i dzię­ki pra­cy pra­cow­ni­ków Biu­ra Edu­ka­cji Publicz­nej, powsta­ją nowe wysta­wy i orga­ni­zo­wa­ne są kon­fe­ren­cje nauko­we, zarów­no lokal­ne, jak i mię­dzy­na­ro­do­we. Wciąż uka­zu­ją się książ­ki, by przy­po­mnieć tyl­ko słyn­ną pt. Wywóz­ka. Depor­ta­cja miesz­kań­ców Gór­ne­go Ślą­ska do obo­zów pra­cy przy­mu­so­wej w Związ­ku Sowiec­kim w 1945 r. Fak­to­gra­fia – kon­tek­sty – pamięć” pod redak­cją Seba­stia­na Rosen­bau­ma i Dariu­sza Węgrzy­na, któ­rej nakład roz­szedł się w mgnie­niu oka.

Jeśli do tego doda­my sze­reg arty­ku­łów, wykła­dów, i dzia­łań edu­ka­cyj­nych, otrzy­mu­je­my obraz spraw­nie dzia­ła­ją­cej insty­tu­cji, wciąż potrzeb­nej w tej czę­ści świa­ta, by przy­wró­cić nor­mal­ność po tra­gicz­nych doświad­cze­niach XX wie­ku. To wła­śnie kon­se­kwent­ny demon­taż pozo­sta­ło­ści anty­de­mo­kra­tycz­nych sys­te­mów wła­dzy bez­sprzecz­nie słu­ży demo­kra­cji, wbrew temu, co uwa­ża poseł Zaborowski.

Nie wiem, jakie inten­cje przy­świe­ca­ły autor­ce arty­ku­łu. Mogę się jedy­nie domy­ślać, że i dla niej IPN sta­no­wi pro­blem, z któ­rym trud­no jest żyć, a jesz­cze trud­niej się oswo­ić. Być może chcia­ła zacho­wać dzien­ni­kar­ską bez­stron­ność, ale dobór roz­mów­ców, jak przy­wo­ły­wa­ne przez nią argu­men­ty wska­zu­ją wyraź­nie, po któ­rej stro­nie bije jej serce.

Szko­da, że czy­tel­nik Dzien­ni­ka Zachod­nie­go” po raz kolej­ny otrzy­mał znie­kształ­co­ną wizję świa­ta, w któ­rym oso­bi­ste obiek­cje i ura­zy kła­dą się cie­niem na obra­zie dzia­łal­no­ści tej, jak­że waż­nej dla demo­kra­cji w Pol­sce, insty­tu­cji publicznej.
A może o to chodziło?