Na stronach IPN został udostępniony ciekawy dokument – uzasadnienie umorzenia śledztwa w sprawie udziału komunistycznych służb specjalnych w zamachu na papieża Jana Pawła II.
Uzasadnienie można też ściągnąć stąd:
Na stronach IPN został udostępniony ciekawy dokument – uzasadnienie umorzenia śledztwa w sprawie udziału komunistycznych służb specjalnych w zamachu na papieża Jana Pawła II.
Uzasadnienie można też ściągnąć stąd:
Sytuacja w resorcie zdrowia, którym „kieruje” minister Bartosz Arłukowicz ciągle zagraża zdrowiu najciężej chorych.
Dwa miesiące temu Donald Tusk wraz z ministrem zdrowia Bartoszem Arłukowiczem zaprezentowali plan skrócenia kolejek w służbie zdrowia. Miał być przełom, ale na razie pacjenci tego nie odczuwają. A najciężej chorzy mogą rewolucji w służbie zdrowia nie przeżyć lub dożyć.
„Zbudowaliśmy system, w którym pacjent będzie w centrum uwagi. Pierwszy pakiet rozwiązań dotyczy onkologii Wszyscy rozumiemy, jak ważne jest zrobienie osobnego projektu dla walczących z chorobą nowotworową. Podjęliśmy decyzję, że znosimy limity w onkologii” – twierdził wtedy Arłukowicz.
Minister nie panuje nie tylko nad kolejkami, ale też nad działalnością swoich agend. Kilka miesięcy temu opisywałem konkurs na Dobór Niespokrewnionych Dawców Szpiku na rok 2014. Stawką konkursu jest przyznanie pieniędzy na znalezienie dawcy szpiku, który mógłby uratować życie chorego na białaczkę.
Członkowie komisji konkursowej rekomendowali Dyrektorowi Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego do Spraw Transplantacji Poltransplant zawarcie umów z pięcioma podmiotami – w tym również z Fundacja na Rzecz Chorych z Chorobami Krwi na realizację świadczeń zdrowotnych w 2014 r.
Owe podmioty miały poszukiwać dawcy szpiku dla chorego na białaczkę. Fundacja dostała zgodę (i zapewnione 400 tys. złotych) na wykonanie 20 procedur znalezienia niespokrewnionych dawców szpiku dla chorych na nowotwory krwi. Wszystko fajnie, tylko że ta fundacja nie miała laboratorium w miejscu, które deklarowała w dokumentach złożonych do konkursu – czyli przy ul. Marszałkowskiej 3⁄5 w Warszawie.
Po ujawnieniu tej sprawy przez portal wpolityce.pl obudziło się Ministerstwo Zdrowia i jego kontrolerzy postanowili sprawdzić istnienie laboratorium. W raporcie z kontroli stwierdzono, iż pod wskazanym adresem nie funkcjonuje żadne laboratorium, nie tylko Fundacji na Rzecz Chorych z Chorobami Krwi.
Profesor Roman Danielewicz, szef Poltransplantu przyznając Fundacji procedury w ostatnim dniu stycznia br. stwierdził, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Stanowisko w tej sprawie podparł protokołem kontroli w tym laboratorium, która przeprowadziło dwa tygodnie przed ogłoszeniem konkursu Krajowe Centrum Bankowania Tkanek i Komórek. Krajowe Centrum Bankowania Tkanek i Komórek oświadczyło, że uzyskało od Fundacji informację, iż „na dzień 29 stycznia 2014 roku laboratorium znajduje się i działa w siedzibie przy ul. Marszałkowskiej 3⁄5 w Warszawie”. To, jak wiemy, jest kłamstwem. Kto zatem poświadczył nieprawdę, skoro udowodnili to kontrolerzy z ministerstwa?
I co robi Poltransplant? Informuje nadzorujący go resort m. in. „o zawieszeniu umowy w sprawie poszukiwania i doboru niespokrewnionych dawców szpiku w 2014 r. zawartej przez Po/transplant z Fundacją do czasu przedstawienia przez Fundację aktualnego pozwolenia Ministra Zdrowia na testowanie komórek, tkanek i narządów” oraz zapewnia, że „procedury doboru realizowane przez Fundację na Rzecz Chorych z Chorobami Krwi przekierowane zostały do innego podmiotu”.
Dlaczego tych 400 tysięcy złotych nie podzielono pomiędzy cztery pozostałe podmioty, startujące w konkursie? Dlaczego Poltransplant postanowił przekazać publiczne pieniądze bez jakiegokolwiek konkursu? I komu?
Słodki sen ministra
Minister Arłukowicz wciąż potyka się o dołki, kopane pod nim przez szefostwo Poltransplantu, lobby profesorskie i farmaceutyczne.
Jego słodką tajemnicą jest, dlaczego pacjenci czekają w długich kolejkach do lekarza specjalisty. Według Bartosza Arłukowicza lekarze rodzinni mieli zlecać dodatkowe, specjalistyczne badania, tak aby szybciej diagnozować chorych na raka. Mają być również bardziej zmotywowani i muszą poświęcać pacjentom więcej czasu. Jednak szef resortu do tej pory nic nie zrobił poza tym, że pokazał się na konferencji prasowej i ogłosił zmiany.
Chwalebne, ale nadal służba zdrowia, w której ostatnie słowo należy nie do lekarza, ale do urzędnika NFZ, pełna jest absurdów. Przykład: za kilkudniową hospitalizację tzw. diagnostyczną NFZ płaci tyle, co za pobyt 30-dniowy w szpitalu. Te same procedury diagnostyczne realizowane w szpitalu bywają nawet dwudziestokrotnie droższe, niż gdyby je przeprowadzić w warunkach ambulatoryjnych. Rezultat? Pacjenci częściej trafiają na „kilka dni” do szpitala, który dobrze na nich zarabia
Dobry wzrok bez limitu
Na początku tego roku NFZ zapowiedział obniżenie wyceny dla świadczeniodawców za operację usunięcia zaćmy tak, by w ramach tych samych środków finansowych można było wykonać więcej operacji. Zabieg, który wcześniej był wyceniany na 2860 złotych, od stycznia kosztuje o 500 zł mniej. Nie przełożyło to się jednak na skrócenie kolejek. Lekarz okuliści twierdzą, że NFZ wprowadził limity (finansowe) operacji usuwania zaćmy. Doprowadziło to do sytuacji, że możliwości większości oddziałów okulistycznych są wykorzystywane jest w 50 procentach. Dlatego np. chorzy ze Śląska chętnie usuwają zaćmę w czeskich klinikach. Do Czeskiego Cieszyna to jedynie kilkadziesiąt kilometrów.
O dwa tygodnie wydłużył się czas oczekiwania w kolejce na leczenie u ginekologa onkologa – teraz trzeba już czekać ponad miesiąc. Dłużej o półtora miesiąca czekają chorzy na wizytę u hematoonkologa, czas oczekiwania wynosi około 2 i pół miesiąca.
Krzysztof Bąk, rzecznik resortu zdrowia, na pytanie kiedy w sprawie pakietów kolejkowych coś się ruszy, odpowiadał, że „Projekty aktów wprowadzających zmiany zostały już przekazane do konsultacji społecznych 7 kwietnia. Dalej tylko obrady Komitetu Stałego Rady Ministrów, potem obrady Rady Ministrów, a następnie dokumenty trafią do Sejmu. Zapisy legislacyjne wejdą w życie na początku 2015 r.”
Poczekamy, ale czy dożyjemy?
Prokuratorzy IPN w Katowicach umorzyli śledztwo w sprawie zamachu na Jana Pawła II. Jednym z powodów decyzji był fakt, że Bułgarzy pomagający Ali Agcy 13 maja 1981 roku zostali już wcześniej osądzeni przez włoski sąd.
Na Placu Świętego Piotra w Watykanie do Jana Pawła II strzelał Mehmet Ali Agca, turecki terrorysta. Agcę schwytano natychmiast po zamachu. W lipcu 1981 r. zaczął się jego proces i zamachowiec został skazany na dożywotnie więzienie. Śledztwo nie wyjaśniło jednak tła zamachu. W 1983 r. Jan Paweł II odwiedził Agcę w rzymskim więzieniu i długo z nim rozmawiał.
W kwietniu 2006 r. katowicki pion śledczy IPN wszczął śledztwo w sprawie zamachu na życie Jana Pawła II. Było to możliwe, bo Karol Wojtyła, czyli Jan Paweł II był obywatelem polskim, zamach i jego przygotowanie można kwalifikować jako tzw. zbrodnię komunistyczną, czyli nieprzedawniający się na normalnych zasadach czyn funkcjonariusza państwa komunistycznego.
– Umorzenie sporządzone przez prokuratora Michała Skwarę liczy 230 stron i będzie dostępne na stronach internetowych IPN – powiedziała prokurator Ewa Koj, naczelniczka pionu śledczego IPN w Katowicach. Najważniejszym celem śledztwa IPN było ustalenie okoliczności przygotowania do zamachu, szczegółowe opisanie przebiegu oraz ujawnienie działań dezinformacyjnych podjętych w latach 80. ub. wieku przez służby specjalne bloku komunistycznego. I to się udało.
W czasie śledztwa prokuratorzy dotarli do nieznanych do tej pory faktów i dokumentów.
- Dzięki zeznaniom świadków ustaliliśmy rzecz do tej pory nieznaną. Otóż Operacja „Triangolo” była tzw. sprawą obiektową na Watykan, realizowaną i prowadzoną przez antykościelny Departament IV MSW do 1989 roku. I wbrew temu co do tej pory sądzono, nie dotyczyła tylko próby kompromitacji papieża kompromitacji papieża – mówi Ewa Koj.
Przed pielgrzymką Jana Pawła II do Polski w 1983 roku, Grzegorz Piotrowski (zabójca księdza Jerzego Popiełuszki) z Departamentu IV wraz z kilkorgiem funkcjonariuszy przygotowywał w Krakowie prowokację wymierzoną w papieża. Piotrowskiemu w przygotowaniu tej brudnej prowokacji pomagały dwie funkcjonariuszki SB, które udały się do mieszkania ks. Andrzeja Bardeckiego, przyjaciela papieża. Tam, przedstawiając się jako przedstawicielki komitetu pomocy, wykorzystując jej nieuwagę, podrzuciły materiały mające w przyszłości służyć do szantażu Jana Pawła II. Akcja się nie udała – Piotrowski upił się i spowodował wypadek, a ks. Bardecki znalazł podrzucone dokumenty i je zniszczył.
Agca i Bułgarzy
W czerwcu 2000 r. prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi ułaskawił Agcę. Nakazał też jego ekstradycję do Ankary, gdzie trafił do celi za zabójstwo tureckiego dziennikarza sprzed lat. W 2010 r. Agca został wypuszczony z więzienia. W sumie spędził za kratami 30 lat.
Zaraz po zamachu pojawiło się naturalne pytanie: kto zlecił próbę zamordowania człowieka stojącego na czele Kościoła rzymskokatolickiego i będącego równocześnie obywatelem państwa położonego za „żelazną kurtyną”? Wszystko wskazuje na to, że za zamachem mogły stać sowieckie służby specjalne, jednak – jak to bywa w świecie tajnych służb – dowodów na to brak, są tylko poszlaki.
Należy pamiętać, że przed sądem nie stanęli nigdy najważniejsi pomocnicy Agcy, zarówno Bułgarzy, jak i Turcy. Włoski sąd nie próbował także weryfikować śladów wskazujących nie tylko na bułgarski, ale i na sowiecki ślad w wyjaśnieniach Agcy, co można wytłumaczyć ówczesną sytuacją międzynarodową.
W 1985 r. przed włoskim sądem stanął oskarżony o zorganizowanie spisku przeciwko papieżowi Bułgar Siergiej Antonow. Był zastępcą dyrektora rzymskiej filii bułgarskich linii lotniczych Balkan Air i niemal na pewno oficerem bułgarskiego wywiadu. Obok niego zaocznie sądzeni byli dwaj bułgarscy „dyplomaci” z ambasady w Rzymie Żeliu Wasiliew i Todor Ajwazow. Obaj wcześniej wyjechali do domu. Wszyscy zostali uniewinnieni.
- W oparciu o zeznania oficerów Zarządu II Sztabu Generalnego, czyli wywiadu wojskowego, udało nam się ustalić w jaki sposób zostali ewakuowani po zamachu dwaj zamieszani weń Bułgarzy dyplomaci z ambasady w Rzymie Żeliu Wasiliew i Todor Ajwazow – stwierdza prokurator Koj.
Nawiasem mówiąc, w ratowaniu Bułgarów brały udział także inne wywiady państwa socjalistycznych. Od maja 1981 r. wywiad NRD (HVA) na zlecenie bułgarskich służb specjalnych brał udział w zakrojonej na szeroką skalę operacji dezinformacyjnej, która nosiła kryptonim „Papież” („Operation Papst”). Jej celem było odciągnięcie uwagi rzymskich śledczych od bułgarskiego tropu.
Jak wynika ze zgromadzonych w IPN dokumentów, jedną z kluczowych postaci w tej rozgrywce był płk Ormankow z bułgarskiego wywiadu. To ten sam człowiek, który jako bułgarski prokurator spotkał się w więzieniu z Ali Agcą, a jego tłumacz Petko Markow przez moment pozostawał z nim w celi sam na sam. Od tego momentu Agca nie tylko przestał zeznawać na temat swych kontaktów z Bułgarami, ale odwołał wszystkie poprzednie zeznania i zaczął grać rolę nawiedzonego fanatyka.
Po wielu latach miał powiedzieć sędziemu Ferdinando Imposimato, że Petko Markow zagroził śmiercią całej jego rodziny, jeśli nie zaprzestanie zeznawać na temat swych kontaktów z Bułgarami.
W postępowaniu zgromadzono już 250 tomów akt. Uzyskano także międzynarodową pomoc prawną z Niemiec, Holandii, Ukrainy, Bułgarii, Turcji i Włoch. Trwa tłumaczenie ostatnich dokumentów.
W 2011 roku IPN wspólnie z „Gościem Niedzielnym” wydał książkę „Papież musiał zginąć. Wyjaśnienia Ali Agcy”. Znalazła się w niej część materiałów, które będą stanowiły podstawę do przygotowywanego umorzenia. To m.in. przekazane z Włoch materiały ze śledztwa i procesu zamachowca, w tym jego wyjaśnienia.
Donald Tusk nie ma pojęcia o problemach branży górniczej. Albo jest otoczony przez sabotażystów lub pochlebców, którzy pakują go na minę
Premier Donald Tusk ma jednak poczucie humoru. „Sprawa polskiego węgla jest na tyle ważna, że nie może być mowy o tym, aby ludzie niekompetentni z jakiegoś klucza – towarzyskiego czy politycznego – funkcjonowali w spółkach węglowych” – wyznał we wtorek w Katowicach po spotkaniu związków zawodowych, przedstawicieli spółek węglowych i rządu.
Panie premierze – proszę wziąć od wicepremiera i zarazem ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego (PSL) czy jego zastępcy Tomasza Tomczykiewicza (PO) wykaz osób zatrudnionych na kierowniczych stanowiskach w Kompanii Węglowej i Katowickim Holdingu Węglowym (nie tylko w zarządach tych spółek, ale także w spółkach zależnych itp.). Z zaskoczeniem stwierdzi pan, iż wyraźnie preferowane na tych stanowiskach są osoby z partyjnymi układami lub takimiż legitymacjami. I zmartwię pana – w tej konkurencji wygrywa PSL.
Od co najmniej dwudziestu lat piszę o aferach. Większość z nich dotyczyła właśnie górnictwa. Bo „Sorry, taki mamy klimat”.
Tylko ten „klimat” trwa od co najmniej 20 lat. W 1995 r. powstał zespół ekonomistów, który miał przygotować raport w sprawie patologii w obrocie węglem. W raporcie napisano m.in. „Obserwowane łańcuchy pośrednictwa stwarzały dogodne możliwości dla powstawania nieprawidłowości w obrocie. Było widać system powiązań pomiędzy pośrednikami tworzącymi możliwości dla znacznego zawyżania cen i obniżania parametrów jakościowych”. Raport przeszedł bez echa. Polityce nie byli zainteresowani zlikwidowaniem afer. Dlaczego? To pytanie retoryczne.
Ewolucja afer
O ile w latach 90. afery w tym sektorze gospodarki były prymitywne – „znikające” pociągi z węglem, kradzieże ze zwałów czy ulatniający się kontrahenci, to później nastąpiła ewolucja. Zaczęły się kolejne „cuda” – tym razem na jakości kupowanego przez pośrednika węgla: na certyfikatach i fakturze widniał węgiel tańszy, który w rzeczywistości był znacznie droższy. Inny sposób – do węgiel wywożony z kopalni był mieszany z kamieniem.
Naturalnie, ponieważ odbiorcą były przeważnie elektrownie czy elektrociepłownie, to dowody przestępstwa płonęły w kotłach. Wystarczyło legalnie kupić dobry węgiel na fakturze, by mieć dostęp do kamienia (uboczny produkt wydobywania węgla), a po ich wymieszaniu zyskać towar, który po konkurencyjnych wobec kopalń cenach trafi do odbiorcy. Firma handlowa brała jeszcze z kopalni opłatę za wywóz kamienia. Intratnym, bo ekologicznym, biznesem jest także mieszanie węgla z mułami z osadników górniczych.
Ewolucja aferzystów następowała. Zaczęły się finezyjne „wałki” – tym razem na sprzęcie górniczym, przetargach czy usługach. Obecnie w sądach trwają procesy, w których oskarżonymi są byli dyrektorzy kopalni czy eks-członkowie zarządu górniczych spółek. Zarzut tradycyjny, czyli korupcja. Oskarżeni do niedawna mogli liczyć, że sąd uzna, iż kiedy brali łapówki, to nie pełnili funkcji publicznych. Zmieniła to opinia Sądu Najwyższego.
Na długo przed samobójstwem Barbary Blidy próbowano uszczelnić system sprzedaży, wprowadzając „certyfikowanych pośredników”, przez których Kompania Węglowa czy Katowicki Holding Węglowy sprzedawały węgiel. Kolejny „pic na wodę”. Niestety, była to w kilku przypadkach furtka, przez która prezesi spółek górniczych kupowali przychylność związków zawodowych.
Elektrownie, elektrociepłownie i cementownie dostawały tańszy węgiel, niż gdyby kupiły go bezpośrednio u producenta, ponieważ prywatny pośrednik otrzymywał dodatkowo duże upusty w kopalni. Zarobił zatem pośrednik i jego przyjaciele. Traciły kopalnie na upustach i fałszowaniu jakości.
Zmiana warty
Donald Tusk i jego ekipa o górnikach i Śląsku przypomnieli sobie wtedy, kiedy górnicy zaczęli głośno protestować (na razie na ulicach Katowic) i pojawiły się mocno wypowiadane opinie o poważnych kłopotach finansowych Kompanii Węglowej.
Cytuję za depeszą PAP: „W ubiegłym roku KW na sprzedaży węgla straciła ponad miliard zł”. Agencja prasowa z litości nie podała, że tak się od długiego czasu składało, iż pierwsze skrzypce w zarządzie tejże spółki węglowej grali nominaci koalicjanta PO, czyli Polskiego Stronnictwa Ludowego. Czyli ekipa z PSL winna sabotażu? To gdzie zarzuty?
Największe obawy o Śląsk i górnictwo wypowiadają politycy, którzy decydowali o zamykaniu kopalni i pozbawieniu pracy kilkudziesięciu tysięcy osób.
Dodam zmykaniu definitywnym – czyli zabetonowaniu, zalaniu itp. A teraz politycy kreują się na zatroskanych losem górników i ich rodzin, którym wówczas rzucono na pożegnanie z kopalnią 40 tysięcy złotych odprawy, ku radości okolicznych dilerów samochodowych. Jak się jest „jedynką” na liście PO na Śląsku, to trzeba dbać o elektorat.
Rząd udaje trzeźwo myślącego zawodnika, ale to gra na zwłokę. Kolejny cytat z D. Tuska: „Dowiedziałem się o wielu nieprawidłowościach w zarządzaniu sektorem, dotyczącymi m.in. przetargów i prywatyzacji. Dlatego jest tu dzisiaj ze mną minister spraw wewnętrznych i szef delegatury Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego”.
Premier zapewne nie czyta gazet i raportów dostarczanych przez szefa MSW. O aferach głośno od lat. Zajmują się nimi (z różnym skutkiem) policja, CBŚ, ABW i CBA. Sugeruję ministrowi Sienkiewiczowi, aby zorientował się, ilu byłych funkcjonariuszy lub członków ich rodzin pracuje w spółkach węglowych. Prawda, że sporo? Przecież po odejściu ze służby „resortowi emeryci” nie poddali się lobotomii…
Brak też osłony kontrwywiadowczej sektora górniczego. No bo jak można tłumaczyć fakt, że jeszcze rok temu jednym z wiceprezesów spółki górniczej była osoba, która w dokumentach IPN figuruje jako agent SB?
Szef rządu zapowiedział, że oczekuje od niedawno wybranego prezesa Kompanii Węglowej Mirosława Tarasa, aby „bardzo wyraźnie wskazał, z kim chce pracować, biorąc na siebie bardzo poważne zadanie naprawy Kompanii Węglowej”. Znając mechanizmy personalne w KW mogę zaryzykować tezę, że na Śląsk zjedzie desant współpracowników Tarasa z lubelskiej kopalni „Bogdanka”, którą swego czasu kierował.
Tekst opublikowany na portalu wpolityce.pl
Był moim stryjem i fajnym gościem. Więcej o Henryku Szymborskim można przeczytać tu.
„Przegląd Sportowy” z 1957.11.07
KRAKÓW, 5.11 (tel. wł.) Wisła – ŁKS Łódź 1:7 (1:3). Bramki dla ŁKS zdobyli: Szymborski (4), Szczepański, Soporek i Kowalec, dla Wisły Rogoza. Sędzia Barwiński z Katowic. Widzów 15.000.
WISŁA: Leśniak, Monica, Kawula. Budka, Michel, Jędrys, Machowski, Kościelny I, Rogoza, Jurczak, Budek.
ŁKS: Szczurzyński, Walczak, Sturzyn, Wieteska, Jańczyk, Grzywocz, Szczepański, Baran, Szymborski, Soporek, Kowalec.
Niedawno przebyta ostra grypa, na którą chorowało 7 piłkarzy pierwszej drużyny Wisły, musiała wyrządzić „ślad” na piłkarzach krakowskich, którzy we wtorek musieli rozegrać zaległy mecz o mistrzostwo I ligi z ŁKS-em. Nie mniej jednak odnosiło się wrażenie, że nawet w pełnej kondycji musieli by oni ugiąć czoła przed przeciwnikiem, który już niejednokrotnie w Krakowie umiał sobie zaskarbić uznanie widowni.
Oprócz miażdżącej przewagi kondycyjnej oraz wyraźnej, przewagi w szybkości i bojowości przewyższali bowiem piłkarze ŁKS swego przeciwnika dyspozycją psychiczną i kto wie, czy ona właśnie nie była źródłem ich wysokiego zwycięstwa. Piłkarze ŁKS nie stracili bowiem spokoju i wiary w swoje siły w trudnym dla nich początkowym okresie meczu, kiedy to przez pełne 30 minut bramka Szczużyńskiego była ustawicznie pod obstrzałem, a na przedpolu czerwonych koszul dochodziło raz po raz do krótkich spięć. Przeczekali oni ten impet gospodarzy a nawet zdobyli prowadzenie. Jędrys i Michel, operujący niemal bez przerwy pod bramką ŁKS nie zdążyli na czas cofnąć się pod swoją bramkę, Monica „zaspał nieco”, a chytry Szymborski błyskawicznie wykorzystał ten „sprzyjający obrót sprawy” i na tablicy wynikowej pod napisem „ŁKS” zawisła cyfra 1.
W 3 minuty później łodzianie prowadzili już 3:0. I znów w tym wypadku naprzeciwko 4 napastników łódzkich stanęło tylko 2 obrońców Wisły. Żaden z nich nie potrafił dogonić Szczepańskiego, który zainicjowawszy rajd prawą stroną, podciągnął piłkę na odległość dogodną do strzału i załatwił resztę.
Te 2 bramki, zdobyte w krótkich odstępach czasu , rozkleiły zupełnie drużynę Wisły. (…)
W rozmowach prowadzonych podczas przerwy, wracali sympatycy drużyny krakowskiej pamięcią do meczu z Ruchem, kiedy to Wisła od stanu 1:4, „wyciągnęła” na 4:4. W takim nastroju niektórzy z widzów jak gdyby z zadowoleniem „powitali” 4 bramkę ŁKS, zdobytą przez Soporka w 51 minucie.
Odtąd to co działo się na boisku, zadawało srogi cios „zwolennikom czwartej bramki” ???. Napastnicy krakowscy nie potrafili ani na moment utrzymać przy sobie piłki, nie mogli własnej defensywie dać ani na chwilę wytchnienia. I tak doszło do pogromu. Desperackie interwencje Leśniaka i pewna „ulga taryfowa” ze strony łodzian w końcowej fazie spotkania zapobiegły dwucyfrówce.
Nie szukając zbyt szumnych słów trzeba powiedzieć, że ŁKS grał dobrze, okresami nawet bardzo dobrze — Wisła zaś źle okresami żenująco źle. O przyczynach wspomnieliśmy na wstępie. Nie mniej jednak gwałtowny spadek formy u tak rutynowanych zawodników Jak Machowski, Rogoża, Jędrys i inni jest czymś zdumiewającym. Przy tak gwałtownym spadku formy wychodzą w jaskrawym świetle na jaw braki w wyszkoleniu technicznym i jeszcze gorszy a dyskredytujący zupełnie wielu piłkarzy „brak głowy”.
W drużynie łódzkiej ponad poziom kolegów wybili się: Szymborski, Grzywocz. Jańczyk i Baran.
St. Habzda
Do dzisiaj Francuzi nie przeprosili Polaków za to, że w tym kraju w czasie II wojny światowej były obozy internowania, w których przetrzymywano polskie kobiety, dzieci i mężczyzn. To niechlubny rozdział w historii Francji.
Od dawna nie jest tajemnicą, że w latach 1938 – 1946 na terytorium Francji istniała sieć obozów internowania, do których trafiali antyfaszyści. Najpierw byli to uczestnicy Brygad Międzynarodowych (również Polacy), którzy walczyli przeciwko siłom generała Franco, a potem uciekinierzy z hitlerowskich Niemiec i z Austrii. Przeciwnicy Hitlera przebywali w obozach nawet po wypowiedzeniu przez Francję wojny Niemcom we wrześniu 1939 roku. W czasach kolaboracyjnego rządu Vichy dołączali do nich Żydzi przywiezieni z Polski oraz z Niemiec. Stąd trafiali do obozów zagłady m.in. w Dachau i w Auschwitz. Po zakończeniu II wojny obozy istniały jeszcze przez rok. Wtedy internowano w nich osoby kolaborujące z hitlerowcami. Jednak pewne niepopularne fakty i skrzętnie ukrywane szczegóły działalności obozów internowania są wciąż bulwersujące.
Francuzi nie mają bowiem powodów do dumy. Dramat Polaków we Francji rozpoczął się w roku 1940, po przegranej wojnie z Niemcami. Rozejm podpisany 22 czerwca 1940 roku w Rhoterdes spowodował między innymi utworzenie na terenie południowej Francji państwa ze stolicą w Vichy. Ta część Francji, zajmująca około 60 procent terytorium, miała do końca 1942 roku pewną niezależność od Niemiec. Swoją „suwerennością” państwo rządzone przez marszałka Petaina (rząd Vichy), obejmowało także francuskie tereny zamorskie znajdujące się między innymi w Afryce Północnej.
Jednym z problemów, jakie stworzyła nowa sytuacja polityczna, była bardzo duża grupa uchodźców. Była to głównie ludność cywilna przemieszczająca się przez tereny Francji na skutek wojennej zawieruchy. Tę grupę uchodźców szacowano jako „milionowe rzesze”. Wśród nich przeważali Francuzi, głównie z terenów włączonych do Niemiec – Alzacji i Lotaryngii, a także Belgowie, Holendrzy, obywatele Luksemburga oraz Polacy.
W 1939 roku liczbę Polaków skupionych w środowiskach polonijnych przebywających we Francji szacowano na 685 400 osób. W czasie działań wojennych na terenie Francji nieokupowanej znajdowało się łącznie około 150 tysięcy Polaków. Przebywali tam legalnie i pracowali głównie na terenach górniczych Montceau-les-Mines, Saint – Etienne itp., a także na terenach rolniczych w Gaskonii, Limousin i w rejonie Tuluzy. Oprócz tej licznej grupy w czasie działań wojennych pojawili się tu również Polacy, którzy przybyli wraz z innymi grupami uchodźców cywilnych z terenów m. in. Francji okupowanej.
Zgodnie z prawem międzynarodowym polskich uchodźców władze Vichy powinny traktować jak ludność cywilną „strony walczącej”. Tak jednak nie było. Podstawą prawną do dokonywania masowego osadzania cudzoziemców, w tym Polaków w obozach były akty prawa wewnętrznego wydawane we Francji częściowo jeszcze przed podziałem na strefę okupowaną i nieokupowaną.
Urzędnicy francuscy orzekający w kwestii osadzenia obywateli polskich w obozach dowolnie interpretowali przepisy. Często dochodziło do pomyłek w tym zakresie. Tak się stało w przypadku osadzenia w obozie Le Bournets de Chirot Polaka, który przybył spod Paryża wraz z rodziną do jednej z miejscowości na terenie południowej Francji. Tutaj skutecznie się „zagospodarował”, zdobywając ten sposób środki utrzymania. Dla urzędników francuskich było to jednak nieistotne. Polak trafił do jednej z kompanii roboczych dla byłych wojskowych, a nie osób cywilnych.
Zdarzało się, że Polacy stawiali opór nie chcąc zgodzić się na umieszczenie w obozie. Na przykład przyprowadzona pod bramę obozu w Argeles-sur-Mer wraz z trzema córkami Apolonia Karbownik odmówiła wejścia na jego teren. Wówczas strażnicy wprowadzili do środka jej dzieci, natomiast kobietę siłą przerzucili przez ogrodzenie obozu.
Istniało kilka różniących się kategorii obozów na terenie Francji Vichy, w których osadzano Polaków: w obozach w Limoges, Argeles-sur-Mer i Rivesaltes zarówno dlatego, że byli „cudzoziemcami” na terenie Francji, ale przede wszystkim dlatego, że nie mieli dość pieniędzy, które wystarczyłyby na ich utrzymanie.
Największą ilość obozów stanowiły tzw. obozy cywilne, w których umieszczano osoby posiadające status internowanych. Dla określenia tych obozów używano zwrotu „camp d’hebergement”. Używano także zwrotu „centre d’accueil”, co oznacza „obóz dla ludności”. Czasem także w dokumentach pojawiały się określenia „obóz koncentracyjny”. Służył on do określania różnych kategorii obozów np. dla określenia obozu przejściowego w Montaudran w Tuluzie, w którym następował podział internowanych Polaków na cywilów i wojskowych. Ci ostatni później trafiali do „stałych obozów” lub kompanii roboczych przeznaczonych dla żołnierzy albo zostawali zwolnieni. Zwrot „obóz koncentracyjny”, w formie pisanej – „Camp de Concentration” lub „Camp de Consontration” widniał na bramie wjazdowej do obozu w Argeles-sur-Mer. Z kolei określenie „obóz koncentracyjny” dla określenia obozu w Agde pojawiło się w jednym z dokumentów nadsyłanych do Kardynała Augusta Hlonda, któremu przesyłano informacje o ciężkiej sytuacji Polaków w obozach rządu Vichy.
Obozy dla ludności cywilnej zazwyczaj były traktowane jako obozy internowania. Jak wynika z dokumentów zachowanych w polskich i francuskich archiwach, w obozach internowania przetrzymywano prawie 4 tysięcy osób. W styczniu 1941 roku liczbę Polaków osadzonych w obozach Argeles – sur – Mer i Agde szacowano łącznie na około 2000 osób. W przypadku obozu w Agde w styczniu 1941 roku liczba osadzonych tam Polaków była szacowana na 800 osób, z czego 300 to dzieci w wieku od 3 miesięcy.
Obozy, do których trafili polscy uchodźcy znajdowały się m.in. w : Argeles-sur- Mer, Gurs, Agde, Montaudran w Tuluzie, Gaillac, Clairefond, Rivesaltes, Bacares, Oued-Zem w Maroku, Limoges, Perpignan. Wśród internowanych w obozie w Argeles-sur-Mer znajdowały się między innymi rodziny Seniuków i Karbowników. Ich córkami były Wanda Gaś, Janina Mrozek, Helena Łuka, Natalia Ignaszak oraz Kazimiera Felkel. Z kilkoma z nich rozmawiałem, bo po wojnie wrócili do Polski i zamieszkali na Śląsku.
Losy tych dwóch rodzin były pogmatwane. Przed wybuchem II wojny światowej, Karbownikowie i Seniukowie mieszkali w Villerupt w Departamencie Moselle w Alzacji. Z Polski wyjechali „za chlebem”. Nazareusz Seniuk pracował w fabryce żelaza w Villerupt. Natomiast Kazimierz Karbownik zatrudniony był w zakładach hutniczych w pobliskiej miejscowości Michevil. Po rozpoczęciu wojny między Niemcami i Francją obie rodziny zostały ewakuowane, wraz z rzeszami innych uchodźców, na teren Francji południowej (nie okupowanej). Seniuków władze francuskie ewakuowały do miejscowości St. Radegonde, a Karbownikowie ostatecznie znaleźli się w miejscowości Les Eglisottes.
W Nowy Rok 1941 roku do domu Seniuków przyjechali francuscy żandarmi. Zaproponowali oni Nazareuszowi, aby Wanda, jego córka przyjęła obywatelstwo francuskie. To był warunek rezygnacji z zamiaru umieszczenia całej rodziny w obozie dla cudzoziemców w Limoges.
Ojciec odmówił i powiedział, że jesteśmy Polakami. Dano nam godzinę na spakowanie i trafiliśmy do obozu w Limoges. Po pięciu dniach przetransportowano nas do Argeles-sur-Mer – mówiła Wanda (obecnie Gaś). Razem z nimi przewieziono około pół setki innych Polaków, także rodzinę Karbowników.
Obóz prawie koncentracyjny
Warunki obozach internowania były bardzo złe. Wszystkimi takimi obozami na terenie Francji rządu Vichy, administrowały władze francuskie. Do obozu w Argeles-sur-Mer w czasie, gdy przebywała tam Helena Łuka, przyjechał oficer niemiecki. Zapytany przez Apolonię Karbownik o przyczynę umieszczenia w obozie Polaków odpowiedział, iż była to decyzja Francuzów. W Argeles-sur-Mer strażnikami byli zdemobilizowani żołnierze francuscy oraz żandarmi. Po rozległym terenie obozu jeździli konno.
Mieli drewniane pałki i często bili nimi osadzonych nawet za drobne przewinienia np. próbę skontaktowania się z inną osobą przez ogrodzenie oddzielające różne części obozu
– wspominała Wanda.
Obóz w Agde był pilnie strzeżony, a internowanych w nim traktowano jak więźniów. W przypadku obozu w Argeles-sur-Mer przed umieszczeniem w nim dorośli musieli oddać wszystkie posiadane dokumenty m.in. polskie paszporty. Nadto uchodźcy otrzymywali zapisane na karteczkach numerki. Wanda była wtedy dzieckiem, ale wciąż pamięta smutne obrazy.
„Nasz” obóz był on podzielony na trzy części. W jednej umieszczeni byli internowani po wojnie domowej w Hiszpanii komuniści, dla których pierwotnie założono ten obóz. W pozostałych dwóch znajdowali się uchodźcy cudzoziemscy – osobno umieszczono mężczyzn i chłopców, a osobno kobiety i pozostałe dzieci. Pamiętam płot z drutu kolczastego, który ciągnął się aż do wybrzeża morskiego. Sam obóz usytuowany był na plaży. Części przeznaczone dla mężczyzn oraz kobiet i dzieci oddzielone były podwójnym ogrodzeniem z drutu. Pasem pomiędzy tymi dwoma ogrodzeniami przechadzał się strażnik uzbrojony w karabin i ubrany w cywilną odzież
– zeznawała W. Gaś przed prokuratorem IPN, który prowadził śledztwo. Obecnie śledztwo jest zawieszone, bo śledczy czekają od kilku lat na pomoc prawną z Francji. I zapewne poczekają.
Naturalnie obowiązywał surowy zakaz opuszczania obozu. Wyjście bez zezwolenia, aby np. kupić chleb, groziło karą 6 dni aresztu. Władze obozowe karały aresztem wraz z „twardym łożem”, czyli koniecznością spania na cementowej posadzce bez siennika, nawet za najmniejsze wykroczenia. Niepokornych uchodźców przenoszono do „obozu specjalnego”, którym zarządzał funkcjonariusz o polsko brzmiącym nazwisku „Dynkowski”.
Większą możliwość wydostania się poza teren obozu miały dzieci. Wyślizgiwały się za druty obozu po to, aby udać się do pobliskiego miasteczka Argeles-sur-Mer i kupić jedzenie.
Wychodziliśmy poza obóz na plaży, gdzie nie było już ogrodzenia albo przez otwory zrobione w ogrodzeniu przez dorosłych. Strażnicy zazwyczaj pozwalali dzieciom na tego rodzaju opuszczanie obozu, ale zdarzały się przypadki, że zabierali oni zakupioną żywność, a nawet nas bili
– opowiada Helena.
Stosunek władz francuskich do internowanych Polaków był zły. Jak ustalili prokuratorzy, widać to było szczególnie w czasie prób udzielenia pomocy internowanym w obozach przez organizacje polityczne i charytatywne oraz kościelne. Konsekwentnie uniemożliwiano pracownikom PCK, Biur Polskich oraz katolickim duchownym dostarczanie żywności i odzieży.
W obozach w Argeles-sur-Mer i Agde były bardzo złe warunki sanitarno – bytowe. Internowani mieszkali w ruderach – drewnianych barakach, postawionych na wilgotnym, podmokłym terenie. Nie dawały prawie żadnej osłony przed zimnem i deszczem. Było w nich przeraźliwie zimno, bo brakowało opału. Baraki te były postawione na terenie wilgotnym. Przepełnione braki były pokryte blachą falistą. W każdym z nich mieszkało 40–50 osób. Nie miały podłogi, ani w miejsca do spania. Internowani noce spędzali bezpośrednio na piasku, czasem na położnym na piasku kocu lub na słomie.
Ubikacje znajdowały się na zewnątrz – bezpośrednio na plaży. W części obozu zajmowanej przez kobiety i dzieci znajdowała się tylko jedna pompa z wodą. Do mycia służyła jednak woda morska. Silne huragany, na początku Nowego Roku (1941) w obozie w Argeles-sur-Mer połamały drzewa i zepchnęły do morza kilkanaście baraków. Utopiło się wtedy w morzu kilkoro dzieci.
Internowani w obozach głodowali, bo Francuzi dawali mało żywności. Na dietę internowanych Polaków składały się często jedynie brukiew lub bulwy z wody i 100 gram czarnego chleba na osobę na jeden dzień. W ogóle więźniowie nie jedli tłuszczów.
Głód najbardziej doskwierał dzieciom. W obozie w Gurs mdlały z wycieńczenia. Zdarzały się również przypadki śmierci głodowej dzieci. W obozie w Argeles-sur-Mer przez dwa dni kobietom i dzieciom w ogóle dawano jedzenia. Lekarz, który badał później zwolnionych z internowania Polaków, stwierdził u niektórych objawy „obrzęku głodowego”.
Dostarczana przez PCK żywność była grabiona przez szajki okradające kuchnie obozowe.. Dopiero po kilku miesiącach, prawdopodobnie po kontroli w obozie, dzieci zaczęto karmić lepszymi zupami, dawano im owoce, a czasem nawet kawałek czekolady.
Jednak na początku 1941 roku w obozie w Agde większość polskich dzieci była chora. Stwierdzono wśród nich przypadki zachorowań na odrę i ostatecznie szesnaścioro spośród nich odwieziono do szpitala w Montpellier. Jedno 3,5‑roczne dziecko zmarło. Na terenie obozu w Argeles-sur-Mer była plaga szczurów.
O Boże, te szczury to było coś strasznego. Były tak wygłodzone, że rzucały się na nas! Mnie pogryzły… Resztki pozostałej żywności mama przywiązywała na sznurkach do sufitu, gdyż, w przeciwnym razie, zostałaby ona zjedzona przez te gryzonie
- wspomina Wanda.
Na początku 1941 roku przedstawiciele PCK, Biur Polskich oraz Polskiej Misji Katolickiej zaczęli negocjować przeniesienie osadzonych Polaków w Argeles-sur-Mer i Agde do innego obozu. Z oporami władz Vichy, ale udało się.
W lutym 1941 roku zlikwidowano obóz w Agde, a znajdujący się w nim Polacy zostali przeniesieni do Rivesaltes. Od kilku miesięcy prowadzono rozmowy z władzami francuskimi dotyczące określenia warunków, na jakich internowani w obozach Polacy zostaną ostatecznie zwolnieni. Udało się to w połowie 1941 roku, kiedy to większość Polaków została zwolniona z internowania w Rivesaltes na skutek „pozytywnej” decyzji władz francuskich.
Internowani po zwolnieniu z obozu trafiali do schronisk PCK lub wynajmowanych hotelach. Jednak nie wszyscy. W marcu 1942 roku w obozach internowania nadal przetrzymywano prawie 800 osób, w tym 520 Żydów posiadających polskie obywatelstwo.
Rodzina Seniuków została zwolniona z obozu w Rivesaltes pod koniec maja 1941 roku. Trafili do schroniska PCK w miejscowości La Bastide. Później dołączyła do nich rodzina Karbowników.
Losy internowanych Żydów
W obozach internowania osadzani byli również Żydzi posiadający polskie obywatelstwo. Dotyczyły ich jednak inne zasady. Z obozów internowania zostali przewiezieni do obozów koncentracyjnych, gdzie zginęli. Jednak wcześniej musieli się poddać odrębnej akcji związanej z ich „spisem”. W tym wypadku jednak posiadanie polskiego obywatelstwa nie ratowało przed rejestracją. Zresztą ten „spis” tak naprawdę był wstępem do deportacji Żydów do obozów zagłady, między innymi w Auschwitz. Było to zgodne z polityką władz Vichy, zmierzającą do ich eksterminacji.
Pierwsze deportacje Żydów do obozów w Gurs, Rivesaltes, Les Milles i innych nastąpiły już w październiku 1940 roku. Transporty z tych obozów bezpośrednio do obozów zagłady miały miejsce począwszy od sierpnia 1942 roku, kiedy to władze francuskie podjęły działania w celu ich „opróżnienia” na terenie nieokupowanym z Żydów internowanych tam po październiku 1940 roku.
Oprócz Żydów w obozach umieszczano innych cudzoziemców, do których odnosiły się te same przepisy. Osadzeni tam zostali Cyganie, Włosi, Belgowie, Holendrzy, Anglicy, Amerykanie, Rosjanie. Ukraińcy, także Niemcy, a ponadto znaczna ilość Hiszpanów, w szczególności – uczestników wojny domowej, którzy walczyli po stronie komunistów, a po wycofaniu się na teren Francji – zostali internowani w obozach.
Rodziny Seniuków i Karbowników po wojnie nie chciały zostać we Francji. W 1946 roku jako repatrianci wrócili do Polski. Nigdy nie odwiedzili Francji, bo chcieli jak najszybciej zapomnieć.
Wystarczył reportaż w Dużym Formacie i kilka materiałów w TVN, aby sąd szybko zrozumiał, jakie są oczekiwania opinii społecznej.
„(…) Od skazania żadna ekstremalna metamorfoza w jej zachowaniu nie zaszła, dlatego Agnieszka F., znana jako siostra Bernadetta powinna odbyć zasądzoną karę” – ocenił sąd. Zaskakujące jest, że ten sam sąd, który trzykrotnie sąd pozytywnie rozpatrywał prośby o odroczenie wyroku ze względu na zły stan zdrowia, nagle zmienia optykę. Dlaczego? Skąd ta nagła troska o wizerunek wymiaru sprawiedliwości? Niespodziewana poprawa stanu zdrowia? Nie, tak na sąd podziałały media – kamery, mikrofony… Nie bronię siostry Bernardetty. Każdy, kto molestuje, deprawuje czy bije dzieci, musi zostać ukarany. Mam jednak wątpliwości, czy tylko zakonnice zasłużyły na medialny lincz?
Afera w prowadzonym w Zabrzu przez boromeuszki ośrodka opiekuńczego dla dzieci i młodzieży, w którym od lat dochodziło do drastycznych zachowań, jest bulwersująca. Wielokrotnie wcześniej opisywana, była też tematem reportaży w TVN.
Z zeznań wychowanków wyłaniał się obraz pełen przemocy i agresji – zarówno ze strony zakonnic, jak i ich podopiecznych. Gehenna trwała od lat 70. Wychowankowie zeznawali w sądzie, co skrupulatnie opisała reporterka Dużego Formatu podczas procesu, który rozpoczął się sześć lat temu:
„Młodsi zamykani byli na noc ze starszymi, 20-letnimi wychowankami, siostry wyzywały dzieci od zboczeńców, gnojków i debili. Dziewczynkom za karę wkładano mydło do ust, wiązano do kaloryfera, myto w zimnej wodzie. Zakonnice biły menażką albo wieszakiem. O pomoc prosiły często starszych chłopaków. Nieposłuszne dzieci były rozbierane i bite. Niektóre nie wytrzymywały, w ośrodku były próby samobójcze”.
Naturalnie reportaż został zilustrowany grafiką, przedstawiająca złą, zaciętą twarz starej zakonnicy. Taka prymitywna socjotechnika, której przesłanie było jasne: „Zakonnica musi pójść siedzieć”.
Za bicie i przyzwalanie na przemoc seksualną oskarżono Agnieszkę F., czyli siostrę Bernadettę, dyrektorkę ośrodka, oraz jedną z sióstr, Bogumiłę Ł. Cztery lata temu zapadł wyrok. Siostrę Bernadettę skazano na dwa lata w zawieszeniu, Bogumiłę Ł. na osiem miesięcy, także w zawieszeniu. Prokuratura złożyła apelację.
Trzy lata temu siostra Bernadetta została skazana na bezwzględną karę dwóch lat więzienia. Za kratki nie trafiła, bo przysyłała do sądu wnioski o odroczenie wykonania kary ze względu na zły stan zdrowia i podeszły wiek – ma bowiem 59 lat. Takie jest prawo, że skazany prawomocnym wyrokiem może składać wnioski do sądu o odroczenie wykonania kary.
W ubiegłym roku opisywałem sprawę wypadku drogowego, z 1997 r., w którym zginął jeden młody mężczyzna, a jego dwaj koledzy zostali kalekami. Jego sprawca za kratki trafił w ubiegłym roku, po… 13 latach od prawomocnego wyroku! Nie wiem, na ile to była „zasługa” niemrawego i liberalnego sądu, a ile na to, że pasażerem był kolega kierowcy, Dawid Kostempski (obecny prezydent Świętochłowic, który został wówczas skazany na półtora roku także w zawieszeniu na trzy lata za zacieranie śladów przestępstwa.), syn prominentnego biznesmena z branży węglowej.
Nie zauważyłem specjalnego zainteresowania dziennikarzy Gazety Wyborczej, nawet tej lokalnej, tym skandalem.
Po ukazaniu się reportażu „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” było już wiadomo, że Gazeta Wyborcza – nigdy nie wybacza. Bóg zapewne wybaczył.