Ma prawie trzy lata, i jest niezwykle ciekawska…
Za to ktoś miał zapłacić 400 tysięcy złotych?
W Internecie znalazły się fragmenty książki o Janie Kulczyku, którą rzekomo miał napisać Piotr Nisztor.
Ponieważ „znalezione, nie kradzione”, przytaczam fragmenty poniżej zastrzegając jednocześnie, że wszelkie podobieństwo do osób i wydarzeń jest przypadkowe, i nie biorę odpowiedzialności za zacytowane poniżej zdarzenia. Zapewne to fikcja literacka.
Poniższe fragmenty dostałem na G+, ale poszperałem i znalazłem też na profilu FB Pitu Pitu. Zaznaczam zatem, i do lektury!
Rozdział I – Wszystkie tajemnice Henryka Kulczyka
Kolebka Kulczyków na Kujawach
Wałdowo to liczącą dziś niespełna 600 mieszkańców wieś w powiecie sępoleńskim w województwie kujawsko-pomorskim. Przed reformą administracyjna znajdowała się ona w granicach województwa bydgoskiego.
Pierwsze wzmianki na temat tej miejscowości pojawiły się jeszcze na początku XIV wieku. Jednak Wałdowo poszczyć się może nie tylko długą historią, ale również niemal niezniszczonym podczas wojny zabytkowym kościołem św. Mateusza pochodzącym z 1621 r. Wydawałoby się więc, że mimo to podobnie jak w wielu tysiącach podobnych miejscowości w całej Polsce, nie ma tam nic niezwykłego. W Wałdowie działa Ochotnicza Straż Pożarna, Wiejski Ośrodek Kultury, jest poczta, apteka, kilka sklepów. Jednak każdy mieszkaniec wie, że to właśnie ta niewielka miejscowość była kolebką rodziny Kulczyków, najbardziej dziś wpływowej familii w polskim biznesie.
Krótka biografia Henryka Kulczyka wydana z okazji jego 85. urodzin informuje, że w Wałdowie mieszkał jego dziadek Józef. Jej autorzy nie opisują jednak czym dokładnie się zajmował, określają go tylko jako „zamożnego gospodarza”. Józef Kulczyk musiał być przewidującym człowiekiem, skoro część pieniędzy zdecydował się zainwestować na kształcenie syna – Władysława. Wysłał go bowiem do szkoły handlowej w Bochum.
Po zakończeniu nauki Władysław nie został jednak zagranicą, ale wrócił do Wałdowa, gdzie do momentu wybuchu wojny mieszkał wraz z żoną Heleną.
Okres międzywojenny był doskonałym okresem w historii rodziny Kulczyków. Interesy szły znakomicie. Władysław uruchomił i rozwijał Dom Rolniczo-Handlowy. Posiadał też gospodarstwo rolne i był właścicielem restauracji. Spełniał się też na niwie politycznej był m.in. radnym Sejmiku Wojewódzkiego w Toruniu.
Kazimierz Horyd, radny gminy Sępólno i emerytowany nauczyciel, opowiadał w 2008 r. „Gazecie Pomorskiej” Władysław Kulczyk zasłużył się w Wałdowie przede wszystkim jako społecznik:
- Jest uwieczniony w przedwojennej szkolnej kronice jako członek komitetu, który budował polską szkołę w ‘Wałdowie. A swoją salę przeznaczoną na wynajem dawał na spotkania katolickiej młodzieży i gwiazdki dla ubogich.
Oficjalna biografia Henryka Kulczyka opracowana na jego 85. urodziny informuje również, że jego ojciec Władysław miał w latach 30. aktywnie działać w „gminnym ogniwie Związku Zachodniego”.
Można podejrzewać, że chodzi o struktury Polskiego Związku Zachodniego. Była to organizacja patriotyczna sprzeciwiającej się rosnącym wpływom niemieckim w Polsce, w tym m.in. starała się blokować powstawanie na terenie kraju prywatnych niemieckich szkół.
W tej rodzinie „drobnomieszczańskiej” – jak określała Kulczyków SB – 26 czerwca 1925 r. na świat przyszedł Henryk, ojciec Jana, najbogatszego dziś Polaka. Nie był jednak jedynakiem, miał bowiem siostrę Halinę. W archiwum IPN nie zachowało się zbyt wiele informacji na jej temat. Z jednej z nielicznych notatek sporządzonych przez SB z rozmowy z TW „Romanem” wynika, że przez świętami Bożego Narodzenia w 1963 r. Halina Kulczyk wróciła do Polski z Berlina Zachodniego. Będąc zagranicą miała pracować w hotelu w Hannoverze lub Braunschweigu, którego właścicielem był niejaki Dominikowski, były kierownik „Zodiaku” w Bydgoszczy. Za zarobione tam pieniądze kobieta miała kupić auto.
„Roman” twierdził, że Dominikowski nie mógł otrzymać zezwolenia na przyjazd do Polski. Według niego zgodę udało się uzyskać dopiero dzięki Kulczykowi. W zamian za przysługę miał zatrudnić w swoich hotelu jego siostrę.
Młody Henryk Kulczyk przed wojną uczęszczał do działającej we wsi szkoły i pracował w rodzinnym gospodarstwie. Jednak sytuacja rodziny Kulczyków zaczęła się drastycznie pogarszać po wybuchu II Wojny Światowej. Wówczas Henryk miał zaledwie 13 lat. Według SB w 1942 r. Gestapo aresztowało Władysława i umieściło w obozie koncentracyjny. Część akt bezpieki wskazuje, że najpierw miał przebywać w Lipce, a potem w Dachau . Z kolei w innych źródłach i w nielicznych wypowiedziach samego Henryka Kulczyka pojawia się nazwa Oranienburg, czyli najprawdopodobniej chodzi w tym przypadku o funkcjonujący od 1936 r. obóz Sachsenhausen-Oranienburg. Z tych relacji wynika jednak, że Władysław trafił do obozu krótko po wybuchu wojny we wrześniu 1939 r.
W materiałach SB można też znaleźć informację, że dzięki pomocy rodziny udało mu się opuścić obóz. Wydostać miał go jego szwagier, z zawodu nauczyciel – niejaki Latzke. W archiwum IPN nie zachowały się jednak żadne szczegółowe informacje na ten temat. Wiadomo tylko, że po wojnie Władysław Kulczyk wrócił do Wałdowa, gdzie osiadł na stałe.
Co z kolei w czasie wojny robił jego syn Henryk? Z akt bezpieki wynika, że po aresztowaniu ojca musiał wyjechać z Wałdowa. Od 1942 r. do momentu zakończenia wojny mieszkał w Bydgoszczy, jednocześnie pracując w charakterze pracownika fizycznego w kontrolowanych przez Niemcy zakładach zbrojeniowych w Łęgnowie.
Działania podczas wojny młodego Kulczyka opisują też autorzy wspomnianej wyżej rocznicowej biografii.
Twierdzą, że znalazł on zatrudnienie w Bydgoszczy „w niemieckiej firmie pracującej na potrzeby frontu”. Nie podają jednak jej nazwy. Piszą, że początkowo pracował tam jako goniec, ale szybko awansował i stał się asystentem dyrektora. W 1943 r., w wieku osiemnastu lat wstąpił do Armii Krajowe i przyjął pseudonim „Paweł”. Został zaprzysiężony na członka pomorskiej organizacji „Gryf” zajmującej się wywiadem wojskowym.
Informacje te potwierdziła Fundacja Archiwum Pomorskie Armii Krajowej dokumentem: „zaświadczenie nr 224”, noszącym datę 22 sierpnia 2002 r.
„Pan H. Kulczyk ps. ‘Paweł’ do konspiracji został wprowadzony przez Alfonsa Gryczkę, a do Armii Krajowej zaprzysiężony w październiku 1943 r. przez chor. ‘Odrowąża’ – przypuszczalnie członka sztabu Inspektoratu AK w Bydgoszczy o nie ustalonym do tej pory nazwisku.
Był żołnierzem-wywiadowcą do czasu formalnego rozwiązania AK w 1945 r. nie ujawnił się. W 1942 r. został skierowany przez Arbeitsamt do pracy w firmie budowlanej w Bydgoszczy przy ul. Fordońskiej (Kenna und C.O. Bromberger Beton Werke). Meldunki wywiadowcze, kopie pism i plany ważnych strategicznie obiektów wojskowych przekazywał osobiście ‘Odrowążowi’ w punkcie kontaktowym przy ul. Krótkiej w Bydgoszczy, gdzie również uczestniczył w szkoleniach wojskowych.
Działalność konspiracyjną p. Henryka Kulczyka ps. ‘Paweł’ potwierdzają relacje: Czesława Romińskiego ps. ‘Grom’ (…) i Tadeusza Brukwickiego ps. ‘Alojzy’ (…) żołnierzy Garnizonu AK w Bydgoszczy.”
Co ciekawe w zachowanych aktach bezpieki nie ma najmniejszej wzmianki o działalności Henryka Kulczyka w AK. Czy bezpieka o tym nie wiedziała? Czy też celowo pomijała ten fakt w swoich dokumentach? Jeśli celowo, to dlaczego? A może był jakiś inny powód braku tej informacji? Tego nie wiadomo.
Warto jednak wspomnieć o czymś innym. Otóż Henryk Kulczyk służył w AK jako szeregowiec. Wiele lat później w ramach przepisów o awansach na stopnie oficerskie osób nie podlegających obowiązkowej służbie wojskowej otrzymał stopień podporucznika.
Awansował go decyzją z 2 grudnia 2002 r. prezydent Aleksander Kwaśniewski. Niespełna siedem lat później – 9 lutego 2009 r. – decyzją Bogdana Klicha Ministra Obrony Narodowej Kulczyk otrzymał awans na porucznika.
„Wyciąg z powyższej decyzji przesłał do Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Poznaniu Departament Wojskowy Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Na podstawie przesłanego wyciągu został sporządzony akt mianowania, którego zgodność z powyższą decyzją potwierdził własnym podpisem i pieczęcią Szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego.”
[ILUSTRACJA – decyzja o awansie z publikacji wydanej na 85. lecie H. Kulczyka]
Pierwsze biznesy Henryka Kulczyka
Z dokumentów SB wynika, że po wojnie Kulczyk skończył szkołę średnią – najprawdopodobniej Liceum Handlowe w Bydgoszczy – i rozpoczął studia ekonomiczne na Uniwersytecie w Toruniu. Jednak po dwóch latach musiał przerwać naukę. Powód?
„Potrzeby życiowe, realna perspektywa założenia własnej rodziny, zmuszały do bardziej przyziemnych wyborów” – wyjaśniają przerwanie studiów autorzy „Henryk Kulczyk – pragmatyk z duszą romantyka”.
Sytuacja zmusiła go do szukania zajęcia. Tymczasem czasy nie były łatwe. Związkiem Radzieckim twardą ręką rządził Józef Stalin, co bardzo poważnie odbijało się na sytuacji w Polsce. Brutalne czystki, bezwzględne działania aparatu represji poważnie ograniczały działania przedsiębiorców.
W tym trudnym okresie w marcu 1950 r. Kupiecki Instytut Wiedzy Zawodowej przy Naczelnej Radzie Zrzeszeń Kupieckich R.P. w Warszawie potwierdził fachowe przygotowanie 25-letnie wówczas Henryka Kulczyka do samodzielnego prowadzenia przedsiębiorstwa w branży włókienniczo-odzieżowej.
Ta rekomendacja bardzo szybko pomogła w interesach. Bezpieka informowała w dokumentach, że właśnie w tej branży starał się odnaleźć Kulczyk. Początkowo był zatrudniony w charakterze pracownika umysłowego w Spółdzielni ‘Dziewiarz’. Prowadził też w Bydgoszczy własny zakład bieliźniarski. Z jego biografii wynika, że założył też WEŁNOHURT, czyli Hurtownię i Pralnię Wełny Hurtowej.
Zachowane materiały PRL-owskich specsłużb wskazują, że po wojnie Henryka poznał zarejestrowanego przez SB TW „Janiszewski”. Oto co mówił służbie o początkach kariery polonijnego biznesmena:
„Był wówczas właścicielem hurtowni wełny. Po likwidacji hurtowni założył pracownię w której produkował koszule męskie (…) Jest człowiekiem solidnym, grzecznym, łatwo nawiązującym znajomości z obcokrajowcami. Należy do ludzi, którzy swoje słowo więcej cenią od wszelkich dokumentów. Jest rzutki i obrotny. Do obecnej rzeczywistości ustosunkowany jest pozytywnie.”
Jednak okazało się, że w drugiej połowie lat 50. w Polsce zaczęto walczyć z własnością prywatną. Władza nacjonalizowała majątki i przejmowała firmy. Państwo zabrało też przedsiębiorstwa Kulczykowi. Młody biznesmen, zaczął więc wyjeżdżać do Niemiec. Szybko zaczął zarabiać na pośrednictwie, czyli sprzedawania towarów i usług pomiędzy przedsiębiorstwami z Polski i Niemiec.
Co było tajemnicą sukcesu?
Z akt bezpieki wynika, że Henryk Kulczyk posiadał w największych miastach RFN – Berlinie Zachodnim, Bremie, Monachium, Norymberdze i Kolonii – zamożną rodzinę. SB podkreślała, że mógł nawet liczyć na finansowe wsparcie z ich strony.
Jednak nie pieniądze były w tej sytuacji najważniejsze. Krewni dzięki swoim kontaktom mogli bowiem młodemu przedsiębiorcy otworzyć wiele drzwi na terenie RFN. To było bezcenne i oznaczało dla Kulczyka żyłę złota. Jednym z najbardziej wpływowych kuzynów Kulczyka był dr Paweł Latzke, sędzia i radca ministra sprawiedliwości RFN. Jego brat Bruno, był z kolei profesorem medycyny i prowadził lekarską praktykę.
Dzięki innemu krewnemu ks. Edwardowi Latzke, proboszczowi i radcy biskupiemu, Kulczyk mógł liczyć na kontakty w niemieckim kościele katolickim. Tym bardziej, że zażyłość rodzinna z duchownym była bardzo silna. To właśnie jego ojciec miał, jak wspominałem wcześniej, wyciągnąć z obozu koncentracyjnego ojca Henryka. Innym kuzynem Kulczyka mieszkającym w Niemczech Zachodnich był Alfons Latzke, ceniony artysta, malarz i rzeźbiarz.
Według SB był on działaczem International Christian Leadership, organizacji do której należeli wpływowi zachodnioniemieccy politycy, biznesmeni i naukowcy. Z wieloma z nich miał utrzymywać przyjacielskie kontakty.
W zdobyciu tak istotnych w biznesie kontaktów pomogła mu jednak nie tylko rodzina, ale m.in. członkostwo w Polskim Związku Motorowym w Bydgoszczy. Według SB z ramienia tej organizacji opiekował się wszystkimi dyplomatami przyjeżdżającymi z wizytami do Bydgoszczy.
Pod czujnym okiem bezpieki
Nie można się więc dziwić, że młodym, rzutkim biznesmenem na przełomie lat 50. i 60 zainteresowała się bezpieka. Wprawdzie w oficjalnym życiorysie Henryka Kulczyka próżno szukać informacji na temat jego relacji ze Służbą Bezpieczeństwa, to potwierdzają je dokumenty PRL-owskich służb, które znajdują się dziś w archiwum IPN. Wynika z nich, że na początku lat 60. był on typowany przez SB jako doskonały kandydat na tajnego współpracownika.
Formalnie kontakt z Kulczykiem PRL-owskie służby rozpoczęły utrzymywać od 26 marca 1960 r. Wówczas doszło do pierwszego spotkania biznesmena z funkcjonariuszami bezpieki. Odbyło się ono w ramach sprawy o kryptonimie „Kontakt”.
[Opis operacji oraz przebieg rozmowy opisany w rozdziale dotyczącym podejrzeń SB wobec Kulczyka o współprace z niemieckimi tajnymi służbami.]
Po raz kolejny przedsiębiorca spotkał się z funkcjonariuszami SB 14 lipca 1960.
„Podczas tej rozmowy (…) [Kulczyk] zadeklarował się iż na ile będzie miał możliwości to bardzo chętnie udzieli nam pomocy jednakże pod warunkiem, że nie będzie nigdzie figurował w ewidencji jako współpracownik i prócz osób, które z nim prowadziły rozmowy nikt więcej o tym nie będzie zorientowany. Nie chciałby także pisać zobowiązań ani również brać pieniędzy za złożone informacje. Nadmienił, iż podyktowane jest to tym, że on chce mieć dobre imię wszędzie wśród otoczenia w Polsce i w NRF. Fakt ujawnienia współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa przekreśliłby dalsze jego życie.
Dodał także, że jemu nikt nie może dać gwarancji ilu jeszcze w naszym aparacie jest ludzi, którzy mogą pójść w ślady Światły, czy Monata . Na powyższą sprawę odpowiednio zareagowano i wytłumaczono K. Henrykowi, z czego wynikało w końcu, że zrozumiał naszą intencje odnośnie udzielenia przez niego interesujących nas informacji. Na zakończenie rozmowy raz jeszcze podkreślił, że nie odciąguje się od udzielania nam pomocy, bo widzi, że mógłby w tych czy innych sprawach dopomóc nam, a zależy mu bardzo na utrzymaniu dobrych stosunków z nami jako przedstawicielami Służby Bezpieczeństwa”
- czytamy w jednym z dokumentów z połowy 1960 r. sporządzonych przez funkcjonariuszy bezpieki.
SB uważało Kulczyka za niezwykle perspektywicznego człowieka. Z tego też powodu przygotowywano specjalny opatrzony klauzulą ściśle tajny plan jego wykorzystania. Oficerowie z Departamentu II MSW chcieli m.in., aby został przygotowany do „roli łącznika między ob. NRF a ich znajomymi w Polsce i odwrotnie”. Powód?
„(…) ‘Henryk’ cieszy się dużym zaufaniem wśród poznanych osób i osoby te chętnie chcą poprzez niego przysłać do Polski różne listy paczki, walutę itp. W wypadku wyjazdu ‘Henryka’ do NRF zgłaszają się do niego różne osoby z prośbą o zabranie podobnych rzeczy do NRF. Jak oświadczył ‘Henryk’, dotychczas poza małymi wyjątkami (…) spraw takich nie załatwiał bo obawiał się, że może wejść w konflikt z władzami.”
Można podejrzewać, że pomysł ten ostatecznie nie został zrealizowany. Nie zachowały się bowiem żadne dokumenty wskazujące, że zamierzania SB zostały wcielone życie.
5 lipca 1960 r. Henryk Kulczyk złożył podanie o zgodę na wyjazd do RFN.
Funkcjonariusze bezpieki zwietrzyli więc dobry pretekst do przetestowania możliwości wywiadowczych rzutkiego biznesmena. W tym celu zaczęli opracowywać zadania, które miałby zrealizować podczas zagranicznego pobytu. Sformułowanie wytycznych zajęło bezpiece miesiąc. Dokument zawierający pierwsze zadania dla Henryka Kulczyka ostatecznie został opatrzony datą 8 sierpnia 1960 r.
Jakie oczekiwania przed biznesmenem stawiali funkcjonariusze bezpieki? Były to sugestie dotyczące przekazania informacji na temat osób, z którymi, jak przyznał się w rozmowach z SB, utrzymywał kontakty na terenie RFN. Bezpieka zleciła mu m.in. rozpracowanie jego krewnych – braci Latzke.
Oprócz tego liczyła, że po powrocie do kraju przekaże informacje na temat niemieckich przedsiębiorców Gintera Millera i niejakiego Sztegnera, rodziny Gretznerów oraz przedstawiciela jednej z niemieckich firm Johana Heyze. SB zależało też na wszelkich danych dotyczących firmy Kierschus z Berlina Zachodniego.
Jednak szczególnie PRL-owskie służby oczekiwały przekazania informacji na temat dr. Dąbrowskiego, biznesmena polskiego pochodzenia, mieszkającego od lat w Niemczech Zachodnich. Kulczyk utrzymywał z nim dobre relacje, ponieważ był on krewnym jego żony. SB interesowały przede wszystkim:
„(…) jego poglądy polityczne, stosunek do Polski, jego warunki życiowe i bytowe, stan rodzinny (…) co go najbardziej interesuje w rozmowie na temat sytuacji w Polsce, dlaczego tak bardzo zależy mu na przyjeździe do Polski”.
Oprócz tego bezpieka liczyła na informacje także o innych nie wymienionych z nazwiska osobach.
„Niezależnie od powyższego ob. K.H. zamierza odwiedzić dalszych znajomych zam. w NRF, których nazwisk nie znamy, wobec powyższego będzie miał za zadanie ustalać o nich bliższe dane jak wyżej” – czytamy w powyżej wspomnianymi raporcie.
Zachowane dokumenty SB wskazują, że Henryk Kulczyk po powrocie do kraju – mimo że nie był formalnie zarejestrowany jako tajny współpracownik – przekazał bezpiece informacje: „(…) zadanie wykonał i po powrocie przekazał istotne dane o wspomnianych osobach”.
Nie wiadomo jak wyglądał raport Kulczyka przekazany PRL-owskim służbą, bo oprócz lakonicznego zdania na ten temat nie zachowało się nic więcej.
SB zależało jednak na formalnej rejestracji Kulczyka jako tajnego współpracownika. W sporządzanych dokumentach ubolewali, że biznesmen nie chciał początkowo podpisać zobowiązania do współpracy. Ostatecznie, jak wskazuje w jednym z pism funkcjonariusz PRL-owskich służb opory te udało się przełamać. Dlatego też bezpieka zdecydowała się na formalny werbunek Kulczyka jako tajnego współpracownika.
Wniosek w tej sprawie do zaakceptowania swoim zwierzchnikom przedłożył 2 czerwca 1961 r. kpt. Zenon Jakubowski, Kierownik Grupy III z bydgoskiej Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiego ds. Służby Bezpieczeństwa. Przedstawił w nim Kulczyka jako osobę, która dzięki swoim zdolnościom mogłaby zdobywać dla służby niezmiernie istotne informacje.
„Kandydat walorami osobistymi, a mianowicie – odpowiednim poziomem intelektualnym, dobrą prezencją, przedsiębiorczością, sprytem i spostrzegawczością gwarantuje wykonanie nawet najbardziej skomplikowanych zadań i przedsięwzięć operacyjnych”
- argumentował swoim zwierzchnikom kpt. Jakubowski.
Oprócz tego wskazywał na duże możliwości operacyjne kandydata. Świadczyć o tym miały jego szerokie znajomości na terenie RFN.
„W NRF posiada dość liczną i zamożną rodzinę oraz szereg znajomych na eksponowanych stanowiskach w środowisku handlowców. Utrzymuje aktualne kontakty z przedstawicielami następujących firm niemieckich: Gunter Muller – Berlin zachodni, Heyke John – Brema, Lalko Germind – Eifel, Schaefer – Krefeld, Kreschus – Berlin itp., dość często załatwiając dla nich różne sprawy w Polskich Centralach Handlu Zagranicznego. Fakt posiadania w NRF rodziny i omawianych kontaktów pozwala mu w każdej chwili wyjechać do Niemiec Zachodnich i wykonać zlecone zadania.”
We wniosku o zgodę na werbunek kpt. Jakubowski szczegółowo opisał jakiego typu zadania miałby wykonywać biznesmen.
„Werbowany będzie [wykorzystany] do rozpracowania osób pozostających w zainteresowaniu grupy niemieckiej jako tzw. jednostka manewrowa z uwagi, iż posiada szerokie możliwości rozpoznania interesujących nas osób i może być wykorzystany do różnych kombinacji operacyjnych”
- wyjaśniał funkcjonariusz bezpieki.
W rubryce sposób pozyskania napisał:
„Na najbliższym spotkaniu omówiona zostanie z nim szeroko konieczność udzielenia nam informacji i pomagania w realizacji zadań służby bezpieczeństwa. W zależności od sytuacji zobowiązane o współpracy pobiorę natychmiast, lub też pozostawi się tą kwestię otwartą aż do chwili złożenia przez niego odnośnego dokumentu. Po dokonaniu werbunku na odbywanych spotkaniach przystąpię do szczegółowego spotkania w zakresie koniecznym dla wykonywania przez niego zadań operacyjnych.”
Zwierzchnicy kpt. Jakubowskiego wyrazili zgodę na werbunek Kulczyka. Mając akceptację kierownictwa przystąpił on więc do działania.
Do spotkania biznesmena z kpt. Jakubowskim doszło w lokalu konspiracyjnym w Bydgoszczy o pseudonimie „Bajka” 18 sierpnia 1961 r. Ze sprawozdania funkcjonariusza z przeprowadzonej rozmowy wynika, że Henryk Kulczyk bez oporów zgodził się na podjęcie formalnej współpracę i zdecydował się przyjąć dobrze mu znany pseudonim – „Paweł”.
Taki nosił bowiem podczas II Wojny Światowej jako żołnierz Armii Krajowej.
Podczas sierpniowej rozmowy ustalono również, że na kolejnych spotkaniach z funkcjonariuszami bezpieki biznesmen będzie przechodził przeszkolenie z zasad konspiracji.
Podczas sierpniowej rozmowy ustalono również, że na kolejnych spotkaniach z funkcjonariuszami bezpieki biznesmen będzie przechodził przeszkolenie z zasad konspiracji.
Kpt. Jakubowski, w swoim raporcie dokładnie opisał jak przebiegał werbunek. raportował swoim zwierzchnikom.
„Na zapisanie tego rodzaju dokumentu wyraził zgodę z zastrzeżeniami iż o tym absolutnie poza mną nikt nie będzie wiedział i na spotkania nie będą przychodziły osoby mu obce. Te zastrzeżenia podyktowane są względami konspiracji. Uważa, że gdyby ujawniono jego powiązania z naszymi organami, może stracić możliwość zarobku, gdyż nikt by mu nie wierzył, nie zechciał załatwiać z nim żadnych transakcji.”
[ILUSTRACJA1 – skan dokumentu – Zobowiązanie do współpracy – strona 1]
[ILUSTRACJA2 – skan dokumentu – Ankieta Henryka Kulczyka – strony 2]
Wydaje się jednak, że podpisanie przez Henryka Kulczyka zobowiązania do współpracy SB było przemyślanym krokiem. Jako przedsiębiorca bez wsparcia bezpieki miałby bowiem w latach 60. poważne problemy chociażby z otrzymywaniem paszportu na służbowe wyjazdu zagraniczne.
Tym bardziej do krajów zachodnich takich jak RFN. W tym czasie Polska nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z Niemcami Zachodnimi. Wszelkie relacje gospodarcze w tym czasie były ściśle kontrolowane przez PRL-owskie służby. Dopiero za rządów Edwarda Gierka relacje Polski z RFN zaczęły się ocieplać.
Miesiąc po werbunku, w połowie września Kulczyk złożył wniosek o zgodę na wyjazd do Holandii. Podczas pobytu w tym kraju planował m.in. odwiedzić mieszkającego w Amsterdamie znajomego biznesmena. Z dokumentów SB wynika, że chodziło o właściciela firmy handlowej Frieidal M Co von Olsta.
Bezpieka posiadał wiedzę, że polski biznesmen chce też przy okazji wjechać na teren RFN, odwiedzając m.in. Berlin, Hamburg, Bremę i Bielefield. W tym celu – jak wynika z dokumentów bezpieki – dr Dombrowski miał mu załatwić w ambasadzie NRF w Hadze wizę wkładkową na wyjazd do Niemiec. Dzięki temu wizyta na terenie RFN nie byłaby odnotowana w jego paszporcie.
SB planowała wykorzystać nieoficjalną wizytę i przekazała biznesmenowi listę zadań do wykonania w trakcie tej podróży. Oczekiwano od Kulczyka zebrania wszelkich możliwych danych z dziedziny wojskowości. Jednak przede wszystkim bezpiece zależało na informacjach dotyczących znajomego mu biznesmena o nazwisku Locke. Według służby mógł być on bowiem zaangażowany w działalność wywiadowczą.
Ze zdobytych informacji przez bezpiekę wynikało, że Locke jest szefem tajnego działu w jednej z niemieckich spółek. Niestety z dokumentów nie wynika, jak nazywało się to przedsiębiorstwo. Jednak komórka na czele której stał Niemiec miała prowadzić oddzielną księgowość i finanse. Oprócz tego zwykli pracownicy tej firmy nie mieli prawa wstępu do tych pomieszczeń. „Oficjalnie dział ten zajmuje się zawieraniem kontraktów handlowych z krajami bloku wschodniego” – czytamy w jednym z dokumentów SB.
Oficjalnie zadania dla Kulczyka zostały sformułowane na piśmie w listopadzie 1961 r. Właśnie wtedy polonijny biznesmen miał się z nimi zapoznać. Na ostatniej kartce, czterostronicowego dokumentu widnieje podpis: „przyjęto do wiadomości Paweł”.
W sumie dokument zawierał dwanaście punktów z wytycznymi i z praktycznymi radami SB dla Henryka Kulczyka.
Warto przytoczyć te, w których bezpieka instruuje go jak powinien się zachować w razie, gdyby jego osobą zainteresowały się zachodnioniemieckie tajne służby:
„7. Jeżeli podczas pańskiego pobytu w N.R.F. Zaistnieje sytuacja, że ktoś z osób postronnych będzie się starał z panem rozmawiać proszę tych okazji nie unikać lecz należy się zorientować w rozmowie kto to jest, co sobą reprezentuje i jaki jest cel jego rozmowy z panem. Po zorientowaniu się, że jest to przedstawiciel wywiadu N.R.F. Zawartą znajomość podtrzymywać jednak odnosić się z rezerwą do stawianych panu propozycji ewentualnej współpracy. Odpowiedz wiążącą t.zn. Wyrażającą zgodę na współpracę udzielić dopiero po kilku dniach, tłumacząc, że są to za poważne sprawy ażeby decyzje podejmować pochopnie
(…)9. Jeżeli dojdzie do rozmowy z pracownikami wywiadu niewątpliwie będą oni pytać w jaki sposób pan postępuje, że prawie co roku uzyskuje pan paszport na wyjazd za granicę. Poszczególne wyjazdy należy uzasadnić w następujący sposób: a)W 1959 r. na podstawie uzyskanego zaproszenia od rodziny złożył pan dokumenty w Kom. Milicji w Bydgoszczy z prośbą o zezwolenie na wyjazd w celu odwiedzenia rodziny w N.R.F.Po kilku miesiącach otrzymał pan zgodę na wyjazd.
b) drugi raz był pan w N.R.F w 1960 r. wyjazd ten nastąpił w nieco innych okolicznościach a mianowicie po otrzymaniu zaproszenia na przyjazd do wujostwa na uroczystości złotych godów wszczął pan starania o wyjazd. Wiedząc, że sprawy wyjazdu do N.R.F. są ograniczone radził się znajomych jak ma postąpić żeby uzyskać zgodę na wyjazd dowiedział się pan od znajomych, że w Biurze Paszportowym uwzględniane są w pewnym stopniu wyjazdy do N.R.F. osób, które mają tam do załatwienia sprawy spadkowe w związku z tym w kwestionariuszu wpisał pan całą rodzinę w N.R.F. Z ich naukowymi tytułami – uzasadniając, iż obecnie chcą te zobowiązania spłacić na tej podstawie uzyskał pan zgodę na wyjazd.
c) zgodę na bieżący wyjazd uzyskał pan bez większych trudności jak z powyższego wynika władze polskie na wyjazd do innych państw widocznie nie robią ograniczeń.
10. W rozmowie z pracownikami wywiadu /jeżeli do takich dojdzie/może pan się spotkać z zarzutem iż współpracuje pan z władzami polskimi. Na taki zarzut należy zareagować dość ostro i oświadczyć, że jeżeli mają do pana tego rodzaju zastrzeżenia to nie chce pan z nimi w ogóle rozmawiać (…)”
SB zadaniowała także Kulczyka przed jego wyjazdem w 1963 r. do Danii. Podczas pobytu w tym skandynawskim kraju miał nawiązać kontakt z Jerzym Zakroczymskim i powołując się na słowa jego przyjaciółki zasugerować powrót do kraju. SB dokładnie opisała Kulczykowi jak powinna przebiegać rozmowa:
„Jest przekonana, że bez żadnych obaw może wrócić do Polski. W sprawie tej informowała się u czynników miarodajnych /nie wymieniać jakich/, które ją zapewniły, że nie będzie pociągnięty do odpowiedzialności karnej za ucieczkę z Polski, a nawet popełnione przestępstwa za granicą. Obiecano jej nawet pewne poparcie, gdy zajdzie tego potrzeba”.
Nie wiadomo jednak, czy zadanie zostało wykonane, bo nie ma o tym śladu w zachowanych w IPN materiałach bezpieki.
W tym samym dokumencie bezpieka chwaliła się już z sukcesów jakie osiągnęła dzięki przekazywanym przez Henryka Kulczyka informacjom.
„ (…) przekazane przez niego dane o szkodliwej działalności w polskim handlu zagranicznym przez Morocznika, Grunberga, Zielińskiego, Horczewskiego stanowiły podstawę do ich zwolnienia z pracy.”
Skąd Kulczyk posiadał takie informacje? „Bardziej dokładne rozeznanie przez tajnego współpracownika tego odcinka wynikało przede wszystkim z tego, że osobiście jest zaangażowany w zawieraniu transakcji jako stały przedstawiciel firmy handlowej w Hamburgu.” O czym dokładnie miał informować? „(…) t.w. wymienia, które z osób reprezentujących centrale handlu zagranicznego faworyzują, dlaczego i które firmy zachodnioniemieckie.”
Kulczyk przekazywał też SB informacje na temat rzekomych agentów obcego wywiadu, których udało mu się odkryć. Jednym z nich miał być Ulrich Grochall, niemiecki biznesmen, najprawdopodobniej konkurent Kulczyka w interesach.
„Sam Grochall to jestem w 100% przekonany, że współpracuje dla jakiegoś instytutu, czy dla wywiadu niemieckiego pod takim czy innym płaszczykiem, dlatego, że on kiedyś pytał się mnie, jak wygląda legitymacja Urzędu Bezpieczeństwa, a poza tym w Niemczech jest trudno uzyskać licencje na niektóre artykuły, a on nie ma z tym trudności. Opowiadał, ze zgłosili się do niego panowie z tajnej policji, których rzekomo przegnał, ale to były tylko tak dla mnie, aby wysondować co ja na ten temat powiem.”
Informacje o Grochollu Kulczyk uzupełnia 24 kwietnia 1967 r. Doniósł on SB, że między 8 a 10 kwietnia przebywał w biurze niemieckiego biznesmena.
„(…) zwierzył się mu, że został ponownie odwiedzony przez pracowników wywiadu, którzy poinformowali go, że kupcy wyjeżdżający w sprawach handlowych do NRD wchodzą tam w porozumienie z obywatelami NRD i w zamian za atrakcyjne umowy wykorzystywani są do określonych celów przeciwko NRF.”
Kolejną notatkę na temat Grochalla Kulczyk przekazał 9 września 1969 r.
„(…) dotychczas Grochall doskonale prosperował, gdyż według mnie udzielali mu pomocy finansowej określone związki przesiedleńców czy nawet wywiad, któremu on na pewno obiecał realizować zadania. Widocznie z tego się nie wywiązał i pomoc ta została mu cofnięta. Stąd też obecne kłopoty finansowe. Moim zdaniem to Grochall albo nie wywiązał się z zadań, względnie też przekazywał informacje mało wartościowe i znane już wywiadowi – dlatego zerwali z nim współpracę (…).”
Kulczyk ostrzegał przed firmą Grochalla także centrale handlu zagranicznego.
„(…) ostrzegł Prodimex, ażeby nie dawano towaru na kredyt dla firmy Grochol, która zbankrutowała, a jej właściciel chciał naciągnąć stronę polską na duże straty”
- czytamy w jednym z dokumentów bezpieki.
Czy było to niszczenie z zimną krwią dzięki relacja SB konkurencji? Czy faktycznie troska o dobro kraju?
Ppłk M. Nabiałek, starszy inspektor Wydziału III Departamentu II MSW czterokrotnie spotkał się w 1970 r. służbowo z Kulczykiem.
„Spotkania, które odbyłem poświęciłem głównie na uwagi pod adresem ‘Pawła’ związane z przekazanymi przez niego informacjami. W sposób bardzo stanowczy wykazałem mu, że jego możliwości są o wiele większe, że współpracę z nami traktuje marginesowo i w wygodny dla siebie sposób. (…) W rozmowie jest bardzo przekonywający. Jestem jednak zdania, że informuje nas tylko o sprawach, które w niczym nie naruszają jego interesów prywatnych. (…) Nasze zadania nie stanowią dla niego żadnego ryzyka. Po prostu o czym się dowie i jeżeli chce to nas o tym poinformuje. Nie widać też możliwości podstawienia go wywiadowi zachodnioniemieckiemu.”
Co kryło się w archiwum Pożogi?
Warto przyjrzeć się bliżej niektórym funkcjonariuszom bezpieki, którzy utrzymywali kontakt z Kulczykiem. Niewątpliwie najważniejszą osobą w tym gronie, która zrobiła w SB zawrotną karierę był później awansowany na generała dywizji Władysław Pożoga. To była obok Kiszczaka jedna z najważniejszych osób mających wpływ na działalność bezpieki.
Zresztą od początku lat 80. był on szefem zarówno wywiadu, jak i kontrwywiadu. Posiadał więc dostęp do największych tajemnic PRL oraz znał prawdziwe drogi do kariery najbardziej wpływowych osób III RP. Nie tylko biznesmenów, ale także polityków, dziennikarzy, dyplomatów. Warto więc bliżej przedstawić jego sylwetkę jednego z najbardziej wpływowych ludzi PRL-owskich służb.
W archiwum IPN zachował się jego życiorys napisany 6 lipca 1945 r. , gdy Pożoga ubiegał się o przyjęcie do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie:
„Urodziłem się dnia 1.8.1923 r. w Sierżawach gminy Tarczek pow. iłżecki [ówczesne województwo kieleckie – aut.] Po skończeniu ośmiu lat życia uczęszczałem do miejscowej szkoły w Sierżawach. W roku 1936 uczęszczałem do piątego oddziału szkoły powszechnej w Świętomaszczy. Po skończeniu szkoły powszechnej w Świętomaszczy w 1939 r złożyłem egzamin do szkoły zawodowej w Starachowicach, Z powodu wybuchu wojny do szkoły nie uczęszczałem tylko przebywałem u ojca we wsi Sierżawy.
W roku 1941 wyjechałem do kuzynów do Warszawy i tam uczęszczałem do pierwszej klasy gimnazjum. Z powodu wielkich łapanek zmuszony byłem powrócić do wsi Sierżawy i pracowałem w Spółdzielni ‘Praca’ w Sierżawach jako zastępca sklepowego.
W styczniu 1944 r. pełniłem obowiązki buchaltera w Spółdzielni spożywczej ‘Praca’ w Sierżawach a zarazem byłem zakonspirowany w organizacji niepodległościowej PPR. Od m‑ca lutego 1944 r. w regionie pełniłem obowiązki tajnego wywiadowcy.
(…) od dnia 1.III.1945 r. do dnia 27.VI.1945 r. pełniłem obowiązki referenta rolnego w gminie Tarczek, a zarazem pracowałem jako pierwszy sekretarz komitetu gminnego PPR w gminie Tarczek.”
Pożoga pochodził z rodziny rolniczej. Jego ojciec Stanisław i matka Maria posiadali 9 hektarów ziemi. Miał trzech braci – Stanisława (ur. 1914 r), Pawła (ur. 1917 r.) i Henryka (ur. 1925 r.). Swoją działalność polityczną rozpoczął w Polskiej Partii Robotniczej w styczniu 1944 r. Nadano mu wówczas pseudonim „Wesoły”. Służył w oddziale „Łokietka” wchodzącej w skład pierwszej brygady ziemi kieleckiej działającej w miejscowości Gostowa woj kieleckie.
W związku z prowadzoną działalnością w czerwcu 1945 r.
„wracając do domu został napadnięty przez reakcjonistów, mocno pobity i postrzelony w nogę, a następnego dnia reakcjoniści napadli na jego dom, pobili i obrabowali ojca”.
7 lipca 1945 r. podpisał zobowiązanie jako współpracownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ślubowanie złożył z kolei 17 stycznia 1946 r.
4 czerwca 1949 r. ożenił się z Anną z d. Szumską. Wcześniej zgody na ślub udzieliło mu MBP.
W jednym z wniosków o awans na wyższe stanowisko można przeczytać o wzorowej postawie ideologiczno-politycznej Pożogi:
„Potrafi słusznie oceniać sprawy kierując się w pracy rozsądkiem i linią wytyczna Partii. Zdolny, pracowity, całkowicie oddany dla Polski Ludowej. Swoimi doświadczeniami dzieli się z pracownikami tamt. Wydziału [Wydział ds. Funkcjonariuszy WUBP w Rzeszowie – aut.] oraz służy im radą. Cieszy się autorytetem i poważaniem wśród pracowników urzędu. Politycznie wyrobiony, bierze aktywny udział w życiu społecznym i partyjnym przy tut. Urzędzie. Zastrzeżeń natury politycznej nie budzi.”
W innym dokumencie z marca 1951 r. możemy przeczytać o Pożodze:
„O średnim poziomie intelektualnym, dokształca się w szkole średniej, jest uczciwym, prawdomównym, nałogów ani też wad nie zauważono. W życiu prywatnym prowadzi się należycie.”
Z kolei z charakterystyki sporządzonej dwa lata temu opisano jego stosunek do Kościoła: „Stosunek do kleru i wierzeń negatywny /wg słów na zebraniach partyjnych i codziennej rozmowy/.”
Niestety, w teczce Pożogi zachowanej w IPN ostatni dokument nosi datę 1956 r. Wiadomo jednak, że bardzo szybko piął się on po szczeblach kariery najpierw w Bydgoszczy, a potem w Gdańsku.
Na początku 1973 r. przeprowadził się z Trójmiasta do Warszawy – najpierw został wicedyrektora Departamentu II MSW (kontrwywiadu), a po kilku miesiącach stanął na jego czele. Awans ten Pożoga miał zawdzięczać wsparciu m.in. Stanisławowi Kani w latach 1980–81 I sekretarzowi KC PZPR.
Marceli Wieczorek, były oficer wywiadu PRL tak przekazywał jedno z resortowych spotkań, które odbyło się niedługo po objęciu w lipcu 1981 r. przez Czesława Kiszczaka stanowiska szefa MSW:
„Byłem świadkiem – opowiada – spotkania na resortowym szczycie, już po objęciu stanowiska ministra przez Cz. Kiszczaka. Gen. Jaruzelski wysłuchiwał referatów kierowników poszczególnych pionów. Jako pierwszy wystąpił dyrektor Departamentu I, gen. Słowikowski. Co by o nim złego nie powiedzieć, to należy przyznać, że w czasie referowania spraw fachowych, związanych z pracą departamentu, wypadł bardzo dobrze. Był kompetentny, dobrze znający prowadzone sprawy, władający czystą polszczyzną, potrafiący z miejsca odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania.
Następnie, zgodnie z numeracją departamentów głos zabrał Władysław Pożoga. Zaczął jak świeżo mianowany kapral przemawiający do rekrutów. Językiem, którym posługiwali się resortowe kołki. Słuchacze nie mogli zrozumieć nie tylko myśli referującego, bo ich w referacie nie było, ale nawet poszczególnych słów. Minister opuścił łeb ze wstydu, Słowikowski uśmiechał się ironicznie, tylko Wojciech Jaruzelski nie dawał niczego po sobie poznać.”
Zdolności intelektualne Pożogi, które już na wczesnym etapie jego służby w bezpiece nie były najwyżej oceniane, nie przeszkadzały mu jednak w robieniu kariery. Tuż po tym kompromitującym wystąpieniu został szefem Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, a następnie otrzymał stanowisko I zastępcy szefa MSW.
Według Zbigniewa Siemiątkowskiego, byłego polityka SLD, ostatniego szefa Urzędu Ochrony Państwa, a po jego likwidacji stojącego na czele Agencji Wywiadu, Pożoga wraz z gen. Kiszczakiem mieli monopol na kontakty z wywiadem. Dlatego też Pożoga pod koniec 1984 r., jako wiceminister spraw wewnętrznych nadzorujący wywiad, starał się odcinać od spraw operacyjnych nowo powołanego z nadania gen. Wojciecha Jaruzelskiego wiceszefa MSW – Andrzeja Gdulę.
Zresztą ten były I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Bielsko-Białej, był jednym z najbardziej zaufanych ludzi prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Zdjęcie „rodzinne”
Komu przeszkadza IPN w Katowicach?
Właściwie nie powinna mnie dziwić ani retoryka, ani spojrzenie na polską historię i Instytut Pamięci Narodowej, prezentowane na łamach Dziennika Zachodniego. To czasopismo jest wydawane przez Polskapresse, która jest z kolei częścią niemieckiego koncernu medialnego Verlagsgruppe Passau. To widać i czuć na łamach.
Chyba żadna z dymisji nie wzbudziła ostatnio w Katowicach i regionie takich emocji, jak odwołanie dyrektora katowickiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej Andrzeja Drogonia. Suwerenna decyzja prezesa IPN stała się pożywką dla rozmaitych spekulacji i – co częste w przypadku, kiedy mowa jest o tej instytucji – dała asumpt przeciwnikom istnienia Instytutu. Nawiasem mówiąc także dr Drogoń przyczynił się trochę do wywołania szumu medialnego wokół jego zwolnienia, udzielając na prawo i lewo wywiadów.
W piątek, 4 lipca na łamach regionalnej gazety „Polska Dziennik Zachodni”, podobno jednego z najpoczytniejszych (nie należy tego mylić z opiniotwórczością) dzienników w województwie śląskim wydawanego przez spółkę Polskapresse (spółka-córka niemieckiego koncernu Verlagsgruppe Passaau), ukazał się artykuł pióra Teresy Semik pod zaskakującym tytułem „Czy IPN służy jeszcze demokracji?”
Autorka, która w innych swoich tekstach oscyluje pomiędzy szacunkiem dla ofiar pacyfikacji śląskich kopalń w grudniu 1981 r., a admiracją dla komunistycznego wojewody Jerzego Ziętka, tym razem uznała, że Oddział IPN w Katowicach zasługuje na surową ocenę i nie omieszkała dopuścić do głosu jego krytyków.
Już lead, czyli pierwszy akapit artykułu, wprowadzający w zagadnienie, podający w skrócie najistotniejsze informacje, a często także i konkluzje, zawiera zdanie z wypowiedzi posła SLD Zbyszka Zaborowskiego, który w tonie charakterystycznym dla członków tej formacji bezceremonialnie orzeka: „To Instytut Propagowania Nienawiści, powinien być zlikwidowany”.
Trudno zresztą wymagać od posła Zaborowskiego, prywatnie skądinąd inteligentnego człowieka, sympatii do IPN. Co rusz jakiś jego znajomy okazuje się kłamcą lustracyjnym lub jego agenturalna przeszłość została ujawniona przez historyków czy prokuratorów IPN.
Można jedynie żałować, że pani Semik nie pokusiła się, by sięgnąć głębiej do życiorysu człowieka, któremu tak chętnie udzieliła głosu. Może stara się być dobrze wychowana, i brzydzi się weryfikacją życiorysów cytowanych autorytetów?
Przywiązany do legitymacji PZPR
Zbyszek (a w zasadzie Zbigniew) Zaborowski zbyt wiele zawdzięcza systemowi komunistycznemu, by być jego krytykiem, tak w przeszłości, jak i obecnie. W latach 1977–1982 przewodniczył Socjalistycznemu Związkowi Studentów Polskich na Uniwersytecie Śląskim. Kiedy w 1980 r. powstawało Niezależne Zrzeszenie Studentów, był już członkiem PZPR.
Nie rzucił legitymacją partyjną, gdy bezpartyjny prof. August Chełkowski został we wrześniu 1981 r. rektorem uczelni, ani też kiedy cztery miesiące później tenże Chełkowski został internowany, a w Katowicach na kopalni „Wujek” doszło do masakry górników strajkujących w proteście przeciw ogłoszeniu stanu wojennego.
Zaborowski być może wiedział, że zgodnie z wytycznymi Komitetu Wojewódzkiego PZPR karierę na Wydziale Nauk Społecznych UŚ po wprowadzeniu stanu wojennego mogli kontynuować wyłącznie „zaufani towarzysze”. Kiedy w 1982 r. z uczelni zwalniano „element reakcyjny i klerykalny”, Zaborowski został pracownikiem naukowo-dydaktycznym UŚ. Partii pozostał wierny do końca.
Nie pożegnał się z nią nawet po wyborach czerwcowych, latem 1989 r. kiedy to uczelniana organizacja PZPR straciła większość swoich członków. On przeciwnie – dorabiał na etacie w Wydziale Nauki, Edukacji i Kultury Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. Był jednym z liderów „Ruchu 8 Lipca” na Górnym Śląsku, frakcji w łonie partii komunistycznej, powstałej z inicjatywy „liberalnej” części członków PZPR po klęsce wyborczej w czerwcu 1989 r. Zaangażowany w budowę partii postkomunistycznej w 1990 r. został sekretarzem Wojewódzkiego Komitetu Wykonawczego SdRP w Katowicach, co już w wolnej Polsce otworzyło drogę dalszej kariery.
Zaborowski obraża historyków z IPN, mówiąc, że „Historią najnowszą powinni zająć się poważni historycy, a nie z zaciągu PiS-owskiego” i oskarżając Instytut o zbytnie upolitycznienie. Wypowiada te słowa człowiek, który w latach osiemdziesiątych był pracownikiem Zakładu Międzynarodowych Stosunków Politycznych XX wieku na Uniwersytecie Śląskim, gdzie badania prowadzono w oparciu o marksistowską metodologię i wytyczne płynące z takich placówek jak Akademia Nauk Społecznych przy KC PZPR.
Żaden z historyków zatrudnionych w katowickim IPN nie jest – i w momencie przyjmowania do pracy nie był – członkiem jakiekolwiek partii politycznej. Zarzut o upolitycznienie w ustach człowieka, który w okresie kiedy parał się pracą naukową był członkiem partii komunistycznej, to nie tylko smutny żart, ale brak intelektualnej (?) uczciwości ze strony autorki artykułu, która powinna zadać sobie więcej trudu w poznaniu ścieżek kariery swojego rozmówcy.
„Badaniem najnowszej historii Polski powinni się zająć poważni historycy, a nie propagandyści. Na wszystkich uniwersytetach mamy instytuty historii, mamy Polską Akademię Nauk” – po raz kolejny obraża historyków zatrudnionych w IPN Zaborowski, co znów skrzętnie i bezrefleksyjnie przytacza dziennikarka „Dziennika Zachodniego”.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że większość pracowników Biura Edukacji Publicznej IPN w Katowicach posiada stopień naukowy doktora nauk humanistycznych w dziedzinie historii, który nadawany jest wyłącznie przez wydziały szkół wyższych i niektóre placówki naukowe, w drodze przewodu doktorskiego tylko tej osobie, która, zdała egzaminy doktorskie i obroniła rozprawę doktorską.
Skoro – zdaniem posła Zaborowskiego – posiadacze takiego tytułu nie są „poważnymi historykami”, a propagandystami, to powinien mieć pretensje do tych uczelni, które potwierdziły ich obecność w świecie nauki polskiej. To właśnie powyżej przytoczone wypowiedzi posła Zaborowskiego, a nie publikacje pracowników katowickiego IPN, są przykładem nieuczciwej politycznej propagandy, uprawianej na przekór oczywistym faktom.
Prace naukowe historyków Instytutu powinny być i są oceniane przez innych naukowców, specjalistów w danej dziedzinie i to na ich recenzjach, a nie wynurzeniach postkomunistycznego polityka, powinna oprzeć się Teresa Semik. Wymagałoby to jednak być może wielogodzinnej wizyty w bibliotece, czego nie można powiedzieć o rozmowie z posłem, do której wystarczy odrobina chęci i życzliwie przekazany numer telefonu.
Profesor wie prawie wszystko
Drugi z jej rozmówców, historyk z Uniwersytetu Śląskiego prof. Zygmunt Woźniczka, częściowo staje po stronie IPN, choć nie brak i w tym przypadku bezpodstawnego przytyku, że (cytat): „Publikacje IPN często nie są konfrontowane z innymi źródłami i wiele jest skażonych wyłącznie esbeckim spojrzeniem”. Trochę to dziwne podejście biorąc pod uwagę, że profesor był w 2010 r. członkiem Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego.
Można tylko żałować, że było nie było habilitowany pracownik nauki nie zadał sobie trudu, by dokładnie przejrzeć monografie i artykuły historyków z katowickiego Oddziału Instytutu, chociażby takich autorów jak dr Adam Dziuba, dr Bogusław Tracz czy Sebastian Rosenbaum, którzy pisząc o upadku systemu komunistycznego, strajkach w 1988 r. czy wyborach w 1989 r. opierali się na wynikach kwerend archiwalnych zarówno w IPN, jak i w Archiwum Państwowym w Katowicach, Archiwum Akt Nowych w Warszawie, innych archiwach lokalnych oraz prasie.
Podobnie fundamentalne opracowania o stosunku władz państwowych do kościoła katolickiego dr Łucji Marek i dr hab. Adama Dziuroka, również oparte na szerokiej kwerendzie źródłowej. Twierdzenie, że ich prace zostały „skażone wyłącznie esbeckim spojrzeniem”, mija się z prawdą czyli jest zwyczajnym kłamstwem, co Teresa Semik powinna wychwycić konstruując swój tekst, a nie opierać się na autorytecie prof. Woźniczki, nota bene nie cieszącego się w środowisku zawodowych historyków szczególną atencją.
Wszystko wskazuje na to, że autorka również nie zapoznała się publikacjami pracowników referatu naukowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Katowicach, a szkoda. Woźniczka ma zresztą prawo nie lubić Instytutu Pamięci Narodowej. Podobnie jak większość katowickich historyków z jego pokolenia oddał w swoim czasie trybut socjalistycznej humanistyce, pisząc dysertację doktorską o Ruchu Obrońców Pokoju w Polsce w latach 1948–1974, którą obronił w 1984 r.
Promotorem pracy doktorskiej Z. Woźniczki był towarzysz Andrzej Werblan, który oprócz zajmowania katedry profesorskiej na UŚ, był również redaktorem naczelnym komunistycznego pisma ideologicznego „Nowe Drogi” i dyrektorem Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu Komitetu Centralnego PZPR.
W wolnej Polsce Zygmunt Woźniczka porzucił swoje niedawne pasje badawcze i jako jeden z pierwszych w katowickim środowisku naukowym poświęcił się odkrywaniu tzw. białych plam. Chwała mu za to.
Jednak wydana przezeń w 1992 r. monografia Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” została krytycznie przyjęta przez część recenzentów, którzy zarzucili mu m.in. popełnienie plagiatu z artykułu Janusza Kurtyki oraz niepublikowanej rozprawy doktorskiej Tomasza Honkisza.
Dobry historyk to pokorny historyk
Należy oddać uczciwość, że autorka artykułu dopuszcza do głosu historyków broniących dorobku IPN – dr Andrzeja Krzystyniaka i dr Jacka Kurka. Sęk w tym, że pierwszy z nich nie ma jeszcze znaczniejszego dorobku naukowego, a drugi nie zajmował się w swoich badaniach systemami totalitarnymi i dziejami PRL. Ten ostatni znów niepotrzebnie powtarza jak mantrę argument o upolitycznieniu IPN.
Badacze dziejów najnowszych związani z Uniwersytetem Śląskim w Katowicach bez wątpienia mają problem z katowickim Oddziałem IPN. Z jednej strony uczciwość intelektualna nie pozwala im potępić w czambuł czy przejść obojętnie obok dorobku naukowego pracowników Instytutu, z drugiej zaś większość z nich ma za sobą „heglowskie ukąszenie”, o którym dziś niechętnie wspominają w swoich oficjalnych życiorysach.
Również dorobek naukowy i ilość publikacji poświęconych historii najnowszej po 1945 r., zwłaszcza dziejom PRL, które wyszły spod pióra historyków z Uniwersytetu Śląskiego są więcej niż skromne. Co prawda kiedy w 1992 r. reorganizowano strukturę Instytutu Historii UŚ powstał Zakład Historii Najnowszej po 1945 roku, jednak do 2012 r. jego szefem był Andrzej Topol, autor m.in. wyjątkowo zideologizowanego skryptu „Główne problemy rozwoju politycznego Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”, który od 1979 r. stanowił dla studentów podstawę materiału do egzaminów z historii powojennej Polski na historii i naukach politycznych.
Z różnych względów prof. Topol nie był zapewne zainteresowany, by w jego zakładzie były prowadzone jakieś szeroko zakrojone badania nad regionem w czasach PRL. Być może kluczem do całego problemu lokalnych, katowickich elit z Instytutem, jak i w ogóle z szeroko pojętą dekomunizacją, jest właśnie ich osobiste – zawodowe i towarzyskie – uwikłanie w tamten system?
Redaktorka – księgowa
Teresa Semik nie omieszkała wytoczyć dział przeciwko IPN w postaci argumentów finansowych. Szafuje liczbami, chcąc udowodnić, że Instytut pochłania zbyt dużo środków, a między wierszami można wyczytać, że są to w zasadzie pieniądze zmarnowane. Zaraz potem znów przywołuje Zbyszka Zaborowskiego, który przekonuje expressis verbis, że IPN „nie służy demokracji”.
Na szczęście jest to prywatne zdanie pana posła, który widać ma inne pojęcie demokracji, niż to przyjmowane w świecie zachodniej kultury politycznej. Być może bliższa jest mu wciąż „demokracja ludowa” albo „demokracja typu leninowskiego” z jej centralizmem demokratycznym i rzekomym ludowładztwem?
Nie wiadomo, dlaczego dr Krzystyniak, uważa, że „ofensywa prawdy w ostatnich latach znacznie jednak straciła impet”, a „Instytut stał się zbyt hermetyczny”. Ilość książek i inicjatyw podejmowanych tylko w ciągu ubiegłych dwóch-trzech lat przeczy tym twierdzeniom. Oddział IPN w Katowicach jako jedyny w Polsce wydaje od dwóch lat własne czasopismo poświęcone historii regionu w XX wieku.
„Czasypismo” to bogato ilustrowane i nowocześnie poskładane zdążyło już zdobyć popularność i zaufanie licznych czytelników. Każdego roku z inicjatywy i dzięki pracy pracowników Biura Edukacji Publicznej, powstają nowe wystawy i organizowane są konferencje naukowe, zarówno lokalne, jak i międzynarodowe. Wciąż ukazują się książki, by przypomnieć tylko słynną pt. „Wywózka. Deportacja mieszkańców Górnego Śląska do obozów pracy przymusowej w Związku Sowieckim w 1945 r. Faktografia – konteksty – pamięć” pod redakcją Sebastiana Rosenbauma i Dariusza Węgrzyna, której nakład rozszedł się w mgnieniu oka.
Jeśli do tego dodamy szereg artykułów, wykładów, i działań edukacyjnych, otrzymujemy obraz sprawnie działającej instytucji, wciąż potrzebnej w tej części świata, by przywrócić normalność po tragicznych doświadczeniach XX wieku. To właśnie konsekwentny demontaż pozostałości antydemokratycznych systemów władzy bezsprzecznie służy demokracji, wbrew temu, co uważa poseł Zaborowski.
Nie wiem, jakie intencje przyświecały autorce artykułu. Mogę się jedynie domyślać, że i dla niej IPN stanowi problem, z którym trudno jest żyć, a jeszcze trudniej się oswoić. Być może chciała zachować dziennikarską bezstronność, ale dobór rozmówców, jak przywoływane przez nią argumenty wskazują wyraźnie, po której stronie bije jej serce.
Szkoda, że czytelnik „Dziennika Zachodniego” po raz kolejny otrzymał zniekształconą wizję świata, w którym osobiste obiekcje i urazy kładą się cieniem na obrazie działalności tej, jakże ważnej dla demokracji w Polsce, instytucji publicznej.
A może o to chodziło?
Afryka dzika
Dawno temu w pewnej redakcji…
Słynny dział reporterski Trybuny Śląskiej.
Szkoła pisania i … życia. Prawdziwa szkoła zawodu. Nawet nam wtedy do głowy nie przyszło, żeby podsłuchiwać czy korzystać z nagrań od „nosicieli”.
Ponieważ robiłem te zdjęcia, to mnie nie ma prawa na nich być 🙂 Kwestia optyki.
Obrazki. Konwój do Sarajewa cz. 2
Znalezione i zeskanowane. Konwój Equilibre z Janką Ochojską do Sarajewa. Zima 1992.
Gdzieś w Afryce
Interesy konsula Janowskiego pod lupą
Zatrzymanie byłego konsula honorowego w Monako, Wojciecha Janowskiego, który prowadził rozległe interesy w Polsce, wywołało panikę wśród jego biznesowych towarzyszy. Być może będzie poważnym impulsem do rzetelnego zbadania działalności mafii paliwowej, jej odprysków w Polsce i nie tylko.
W ubiegłym tygodniu francuska prokuratura uznała, że Polak brał udział w morderstwie Helene Pastor, najbogatszej mieszkanki Monako i swojej teściowej. Janowski po kilku dniach odwołał swoje zeznania, z których wynikało, że przyznał się do udziału w tym zabójstwie. Jednak afera nakierowała snop światła na niego i osoby z nim powiązane w biznesowe więzi. W tym także w biznesy, które lubią ciszę.
Nazwisko Wojciecha Janowskiego pojawia się w trzech zarejestrowanych w Polsce spółkach: Isat z Gliwic, Epi-Lab z Warszawy – obie z ograniczoną odpowiedzialnością – oraz Unia Gospodarcza Samorządowych Funduszy Pożyczkowych „Samorządowa Polska” SA, również z Warszawy. W spółce Isat, która powstała w 2001 roku Wojciech Janowski jest jedynym wspólnikiem. Ma 12 000 udziałów o nominalnej wartości 6 mln złotych. Zakres działania tejże spółki jest szeroki – od transmisji danych poprzez łowiectwo aż po wytwarzanie produktów rafinacji ropy naftowej. Ostatnie roczne sprawozdanie finansowe spółka złożyła za 2011 r.
W KRS jest wiele informacji o zaległościach podatkowych (dokładnie aż 20) wobec II Urzędu Skarbowego w Bielsku – Białej. Zaległości wynoszą około 60 tysięcy złotych. Komornik z Poznania w 2009 roku umorzył prowadzone postępowanie egzekucyjne z „uwagi na fakt, że z egzekucji nie uzyska się sumy wyższej od kosztów egzekucyjnych”.
Funkcję prezesa zarządu w Isat sp. z o.o. pełni Wiesław S., człowiek o bogatym i barwnym życiorysie, wielokrotnie przeze mnie opisywanym („Szpiedzy, agenci i dyplomaci” – wPolityce.pl). Wiesław S. jest byłym rezydentem Służby Bezpieczeństwa, pseudonim „Maj”, i oficerem Wojska Polskiego, po zmianie ustroju biznesmenem, który pojawia się w wielu dziwnych, by nie powiedzieć – aferalnych przedsięwzięciach.
Opisałem też, że Wiesław S. był zamieszany także w głośną aferę CERPO (spółka pod nazwą Centralny Rejestr Pojazdów Oznakowanych). Do tej firmy wyprowadzono dane osobowe klientów PZU, aby je sprzedać niemieckiemu kontrahentowi. Wiesław S. był dyrektorem technicznym CERPO. Według prokuratury, to on przekazał poufne dane Richardowi Martinowi, pochodzącemu z Katowic obywatelowi niemieckiemu, a ten wywiózł je do Niemiec. W ubiegłym roku Martin został uniewinniony.
W akcie oskarżenia przeciw Martinowi pojawia się nazwisko późniejszego konsula, Wojciecha Janowskiego. Z aktu oskarżenia przeciwko R. Martinowi:
„W lipcu 2000 roku Martin zeznał w prokuraturze nieprawdę o tym, że w 1997 roku w hotelu Mariott w Warszawie brał udział w pewnym spotkaniu. W czasie spotkania, w którym mieli brać udział Mieczysław Włosek, Leszek Miller i Wojciech Janowski, planowano wręczenie 10 tysięcy dolarów łapówki dyrektorowi Aresztu Śledczego w Bytomiu za pomoc w uchyleniu aresztu tymczasowego Wiesława S.”
W roku 1997 Wiesława S. zatrzymano go pod zarzutem pomocy w wyłudzeniu 800 tys. zł kredytu oraz działania na szkodę Fundacji Kardiologicznej „Serce”. Gdy trafił do aresztu, pomogła mu wyjść na wolność opinia profesora medycyny Stanisława Pasyka.
Wiesław S. pojawia się w wielu wątkach tzw. afery paliwowej, której wyjaśnienie od kilku lat jest skutecznie sparaliżowane. Śledczy nigdy nie dotarli do szczytów osób z politycznego świecznika, które brały – jak twierdzi były prokurator Andrzej Czyżewski – aktywny udział w jej ochranianiu przed nadmierną dociekliwością śledczych i prokuratury.
Janowski także ma związki z paliwami, a dokładniej – z Rafinerią Glimar w Gorlicach. Nafta Polska sprzedała Glimar Grupie Lotos S.A. Grupa Lotos S.A po ogłoszeniu upadłości spółki w 2008 roku sprzedała Glimar Podkarpackiemu Holdingowi Budowy Dróg Drogbud (za 1 milion złotych). Drogbud natomiast sprzedał rafinerię firmie Hudson Oil Corporation (HOC). Obecnie jej właścicielem są kanadyjska firma Hudson Oil Corporation i cypryjska – Fortionell Limited. Janowski jest dyrektorem Hudson Oil Corp.
Janowski i grafen
Epi-Lab to spółka, która działa w branży nowoczesnych półprzewodników. Produkuje także grafen. Niedawno tak pisał o niej Forsal.pl:
„To spin-off, rzadki w Polsce gatunek firmy, która wypączkowała z uniwersytetu lub instytutu badawczego. W tym przypadku macierzystą jednostką jest warszawski Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych. Chociaż przemysł, na którego potrzeby instytut mógłby działać w Polsce, praktycznie nie istnieje, pracownicy ITME nie składają broni. Wytworzyła się tu nietypowa dla świata polskiej nauki kultura, w której zwieńczeniem procesu badawczego musi być konkret. To właśnie na gruncie tej kultury powstał Epi-Lab, owoc 30 lat badań w dziedzinie epitaksji prowadzonych przez założyciela firmy dr. Strupińskiego”.
Tak więc spółka Epi-Lab „wypączkowała” z ITME, a jej prezesem jest dr inż. Włodzimierz Strupiński, który opracował nowatorską metodę produkcji supernowoczesnego materiału – grafenu. Unia Europejska przeznaczy ponad miliard euro w ciągu najbliższych 10 lat na badania w związku z grafenem, a polskimi pracami kieruje właśnie W. Strupiński.
Jak wynika z KRS jedynym udziałowcem spółki, która ma kapitał zakładowy w wysokości 100 tys. zł jest Isos Technologies SARL. To spółka z Luksemburga. Janowski w Epi-Lab jest członkiem Rady Nadzorczej. Były konsul honorowy w Monako do 2013 r. był członkiem rady nadzorczej „Samorządowej Polski”. Pełna nazwa to Unia Gospodarcza Samorządowych Funduszy Pożyczkowych „Samorządowa Polska” S.A.
To organizacją not for profit, utworzona w maju 2009 r. Po co? Otóż „celem Unii jest stworzenie ogólnopolskiej sieci instytucji mikrofinansowych – lokalnych funduszy pożyczkowych”. Onet.pl napisał niedawno, powołując się na anonimowe źródło:
„Jak na razie nic nie rokuje sukcesu. Rok po roku „Samorządowa Polska” wydaje około miliona złotych na koszty operacyjne, a zysków nie widać”.
Towarzystwo polityków mile widziane
W tej organizacji dużo znanych nazwisk – głównie byłych polityków. Współprzewodniczącymi Krajowej Rady Programowej „Samorządowej Polski” są Jerzy Buzek i Aleksander Kwaśniewski. Prezesem Zarządu jest Jacek Janiszewski (minister rolnictwa i rozwoju wsi w rządzie J. Buzka) W Radzie Nadzorczej sporo byłych polityków. Przewodniczącym jest Jerzy Zdrzałka (m.in. były prezes PZU SA), jego zastępcą Krzysztof Janik (eks poseł SLD i szef MSWiA w rządzie Leszka Milera). W tym gronie znaleźli się także m.in.: Jan Klimek (obecny przewodniczący rady nadzorczej Katowickiego Holdingu Węglowego) i Tadeusz Donocik z Katowic (były wiceminister gospodarki).
Czkawka po mafii paliwowej
Danuta Gaszewska, współwłaścicielka spółki Dansztof w 2005 r. przekonywała sejmową komisję śledczą ds. PKN Orlen, że mafia paliwowa w Polsce istnieje, ale chronią ją funkcjonariusze państwa, przedstawiciele organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Jej zeznania wywoływały uśmiech niedowierzania.
Dzisiaj Gaszewska została zatrzymana i trafiła do aresztu, aby odbyć karę. Jej pełnomocnicy twierdzą, że to zemsta wymiaru sprawiedliwości, w którym wpływy mafii paliwowej są nadal duże.
Kobieta była kluczowym świadkiem prokuratury, jednak jej zeznań nie traktowano poważnie. Śledczy uznali, iż zeznając o mafii paliwowej, jej mechanizmach i zamieszanych w proceder politykach wszelkich opcji, funkcjonariuszy byłych i obecnych służb specjalnych, stara się wybielić.
Dwa lata temu Gaszewska została skazana na 2 lata pozbawienia wolności. Za co? Nie wdając się w szczegóły – firma Dansztof w wyniku przestępczych machinacji została przejęta przez członków mafii paliwowej i stała się jednym z jej ogniw. Danuta Gaszewska, na której ciążył zarzut działania na niekorzyść spółki Dansztof (podobnie jak na jej wspólniku, przebywającym w Niemczech Andrzeju Czyżewskim, byłym prokuratorze), relacjonowała podczas przesłuchania przed Komisją Orlenu, w jaki sposób do jej spółki weszła w październiku 1999 r. grupa przestępcza, którą w uproszczeniu nazwała PKN Orlen SA – BGM.
- Spółka Dansztof z Bogatyni była ważnym ogniwem między Petrochemią Płock i później PKN Orlen, a mafią paliwową – mówiła Gaszewska. - W dokumentacji Dansztofu” były dowody na uzgadnianie faktur pomiędzy spółkami uznawanymi za ogniwa mafii paliwowej, a spółkami związanymi z Petrochemią Płock. Były też dokumenty świadczące o posługiwaniu się fakturami CPN i Petrochemii do wprowadzania podrobionego paliwa do obrotu handlowego - dodawała.
Gaszewska przekonywała wtedy posłów, że zarówno ona, jak i Andrzej Czyżewski usiłowali wydostać się spod wpływów mafii i zapowiadali, że gdy tylko zbiorą dokumenty na przestępczą działalność, powiadomią organy ścigania. Stwierdziła, że nie robiło to jednak wrażenia na wspólnikach Dansztofu z mafii paliwowej, bo „szczycili się oni ochroną funkcjonariuszy państwowych”.
Gaszewska przeżyła 6 włamań, parę zamachów, podpalenie zabudowań, próbę porwania dzieci i umieszczenie w samochodzie ładunku przypominającego bombę.
- Sprawa Dansztofu zakończyła się prawomocnym wyrokiem skazującym wobec Danuty Gaszewskiej. To efekt działań całej grupy sędziów, którą można określić mianem „jeleniogórska spółdzielnia sędziowska” - mówi Andrzej Czyżewski.
Śledztwo przeciwko Czyżewskiemu i Gaszewskiej – osobom, które jako jedne z pierwszych doniosły o istnieniu mafii paliwowej w Polsce – nadzorował w Prokuraturze Krajowej Ryszard Rychlik, ówczesny dyrektor Biura do spraw Przestępczości Zorganizowanej. To za jego aprobatą wydano też – dziś już uchylony – list gończy za Andrzejem Czyżewskim. List, który zmusił go do opuszczenia kraju na prawie 5 lat.
2 lipca do domu Danuty Gaszewskiej przyszli funkcjonariusze policji i przewieźli ją do aresztu, aby odbyła prawomocny wyrok.
- Perfidne działanie. Gdyby dostała wezwanie do odbycia kary, to przysługiwałoby na to zażalenie. W Sądzie Najwyższym są kasacje od kilku wyroków w tej sprawie. Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka do takiej sytuacji nie powinno dojść, tym bardziej, że Gaszewska była pozbawiona prawa do obrony. Wyrok powinien być natychmiast uchylony – uważa Czyżewski.
Czyżewski i Gaszewska mają potężnych przeciwników. Jednym z nich jest Wiesław S., były agent SB ps. Maj oraz oficer kontrwywiadu wojskowego PRL. Niedawno pisałem o nim w artykule „Szpiedzy, agenci, dyplomaci” – o pewnym wątku w życiorysie Wojciecha Janowskiego, byłego konsula honorowego w Monako, który przyznał się do udziału w zabójstwie swojej teściowej – miliarderki Helen Pastor.
W materiałach komisji śledczej ds. PKN Orlen, Wiesław S. wymieniany jest jako przykład na udział oficerów i agentów służb specjalnych w mafii paliwowej. O S. i jego roli w tym procederze mówili m.in. Danuta Gaszewska, była współwłaścicielka spółki Dansztof, i były prokurator Andrzej Czyżewski.
Oboje byli ważnymi świadkami prokuratury i komisji śledczej. Twierdzą, że firma Polonia Promotion, przejęła wart miliony złotych majątek Dansztofu na podstawie sfałszowanych faktur, dowodzących rzekomego zadłużenia tej spółki wobec uważanej za organizatora przestępczych procederów — spółkę BGM ze Szczecina. S. większość swoich interesów prowadził na swoją żonę, Annę. To ona założyła w Zabrzu w 1999 roku firmę Polonia Promotion. S. przez wiele lat był tylko pełnomocnikiem prezesa zarządu.
- Zawiadomiłem ministra sprawiedliwości o przestępstwie. Dopuścili się go Antoni Macierewicz i Zbigniew Wassermann, ujawniając tajemnicę śledztwa i pomawiając mnie o przestępstwa
- napisał S. na swojej stronie internetowej (istnieje od 2005 roku), odnosząc się do wypowiedzi obu posłów z komisji orlenowskiej na temat jego przestępczej działalności i związków ze służbami.
W procesie przeciwko Gaszewskiej, który toczył się w sądzie Zgorzelcu, S. występował jako świadek oskarżenia.
- Kiedy świadek zakończył pracę w służbach specjalnych? - zapytała S. podczas jednej z rozpraw Gaszewska.
- W 1984 r. na własną prośbę zostałem zwolniony z WSW. Ja byłem oficerem kontrwywiadu wojskowego - odparł S. Nie zająknął się o swojej współpracy z SB.
Obecność ludzi służb specjalnych w mafii paliwowej, obecnie już trochę zapomnianej, nie powinna zaskakiwać. Na 1990 r. – jak wynika z materiałów niemieckich służb specjalnych – w Polsce rozpoczęła się operacja „Grafit“, czyli przejęcie przez WSW/WSI z powrotem całkowitej kontroli nad przemysłem paliwowym i energetycznym w Polsce. Proces ten doczekał się nawet kilku odsłon, ale przy okazji stal się przedmiotem drobiazgowo przeprowadzonej dezinformacji.
„Spółdzielnia“ dbała o to, żeby do opinii publicznej nie „przeciekło“ słowo „Grafit”, a wszczynane śledztwa i postepowania karno-skarbowe, kończyły się na osobach podstawionych lub wytypowanych z grona pokrzywdzonych. W ciągu dwudziestu lat istnienia „republiki okrągłostołowej“, w interesie operacji „Grafit“ dokonano kilkunastu zmian w prawie karnym, co praktycznie na stale zabezpieczyło dalsza działalność tej mafii.
Przedmiotem zainteresowania osób wywodzących się z WSW/WSI i powiązanych organizacyjnie z GRU i b. funkcjonariuszami STASI stały się wszystkie rafinerie, sieć dystrybucji paliw, wszystkie większe zakłady przemysłowe i centra energetyczne oparte na paliwach płynnych i produktach naftowych, jak również specjalnie modyfikowany dla celów przestępczych system bankowy. Nie było to szczególnie trudne zadanie, albowiem w aktach Operativgruppe Warschau (grupa Stasi, która w latach 80. działała w Warszawie) znajdują się nazwiska funkcjonariuszy służb specjalnych oddelegowanych przed 1989 r. do tzw. zadań specjalnych. Są tam dzisiejsi luminarze polskiej gospodarki, bankowości i chyba nazwiska wszystkich szefów służb specjalnych „reformowanych“ po lutym 1989 r.


























































